
15 października 2004 (dzień 2 Expedycji) [piątek]
0:30
Jesteśmy na Ukrainie! Zaskakuje nas jakość drogi - bez pasów i bez oznakowanego pobocza. Zgodnie z radami przyjaciół dojeżdżamy na pustym baku - bo "paliwo ma być na Ukrainie tańsze o ponad połowę". Po 3 - 5 km od granicy wyłania się zadaszony plac, a na nim ok. 30 pojazdów czekających w kolejce do dystrybutorów. Po ok. 30 minutach nadeszła nasza kolej - lejemy do pełna za 151,25 hrywny (litr ON w cenie 2,75 hrywny) cena wydaje się nam bardzo atrakcyjna 55 litrów paliwa za 23 EUR (to daje litr ON za 1,79 pln)
1:00
Jedziemy dalej w stronę Drohobycza, prędkość maksymalnie 60 km na godzinę - szybsza jazda grozi utratą zawieszenia.
1:15
Moc silnika w naszym Korando stopniowo słabnie - po kolejnych 15 minutach musimy zatrzymać się - obroty spadają niemal do "0" - po chwili silnik sam gaśnie. Sytuacja nie wygląda dobrze: środek nocy, odludne miejsce oraz nieznana przyczyna usterki. Awaria mogła być spowodowana albo uszkodzeniem w wyniku złej jakości dróg albo paliwem, bo tylko to się zmieniło na przestrzeni ostatnich 15-20 km.
2:36
Po kilku wymuszonych przez brak mocy postojach na kolejnej stacji dolewamy 6 litrów benzyny - po uruchomieniu silnik ma przez chwilę większą moc na jakieś 150- 200 metrów potem znowu następuje spadek i samoistne wyłączenie. Musimy wylać z baku paliwo... tylko czym i jak?
10:40
Postanawiamy, że Michał i Andrzej pojadą autobusem lub stopem do Lwowa. Znajdą tam do naszego przyjazdu warsztat, gdzie będziemy mogli naprawić samochód. Michał, który kilka razy był we Lwowie ma swoje stałe miejsce noclegowe u Pana Antoniego, więc nie martwimy się o nocleg. Pytamy o pomoc w napotykanych warsztatach - obsługa, patrząc na nasz samochód rozkłada ręce - to nie wołga czy też moskwicz...
14:50
W każdym napotkanym warsztacie odpowiedź jest ta sama - "u nas takiego nie naprawisz". Decydujemy się na ostatni desperacki krok - znalezienie serwisu mercedesa (silnik Ssangyoung'a jest właśnie Mercedesa). Kierujemy się zgodnie z tablicami reklamowymi do lokalnego dealera Mercedesa, ku naszemu zaskoczeniu po drodze trafimy na warsztat, przed którym stoją głównie mercedesy - nie ma oznaczeń autoryzowanej stacji, ale sprawia wrażenie, że może nam pomogą. Szef warsztatu, rozumiejący dość dobrze po polsku, stwierdza, że przyczyną są zapchane filtry i po ich wymianie wszystko będzie dobrze. Po ok. 45 min filtry są wymienione, a samochód pracuje bez zarzutu. Koszt naprawy to robocizna - 82 hrywny i 57,60 hrywien za części. Drogi we Lwowie są w złym stanie i poza standardowymi dziurami przebiegają przez nie tory tramwajowe, które wystają znacznie ponad powierzchnię. Dodatkowo znacząca część dróg w mieście to pofalowana kostka brukowa. Normą są tu samochody zaparkowane przy lub na lewym pasie drogi - nie na poboczu - jak mówią miejscowi "dla oszczędności przestrzeni". Prawie nie obowiązują pasy dla pieszych, którzy przechodzą w każdym punkcie drogi. Ku naszemu zaskoczeniu nie widać, żeby kierowcom taka "kultura" jazdy przeszkadzała, co więcej nie zauważyliśmy, aby dochodziło tu do stłuczek.
16:20
Docieramy do mieszkania Pana Antoniego. Warunki lokalowe do przyjęcia - mieszkanie usytuowane w kamienicy z końca XIX wieku. Jest nieco zaniedbane, ale czyste.
17:40
Ruszamy w miasto. Starówka zachwyca - jest piękna, choć strasznie zaniedbana, biedą i brudem. Powoli zapada zmrok, jest zimno jakieś 10-12 stopni. Koszt kolacji to: 106,50 hrywien - kelnerka po otrzymaniu 110 hrywien zapomina przynieść resztę.
20:20
Zmęczeni wracamy do mieszkania Pana Antoniego, aby się umyć w ciepłej wodzie. Musimy się pospieszyć - jest tylko do 21:00. Jak nam objaśnia na Ukrainie jest problem z wodą i jest ona racjonowana - większe ciśnienie jest tylko w godz. 6:00-9:00 i 18:00-21:00.
17 października 2004 (4 dzień expedycji) [niedziela]
10:15
Jesteśmy na rogatkach Odessy. Na początek chcemy znaleźć Patiomkinską Lestnice - Schody Potiomkińskie, jeden z najbardziej znanych i punktów Odessy. Po ulicach porusza się sporo drogich zagranicznych samochodów, w centrum sklepy z ekskluzywnymi towarami, kasyna, restauracje... Jesteśmy pod wrażeniem, które niestety mija na widok tego, co za pięknymi fasadami - czyli brudnych i obskurnych podwórzy, śmieci wysypujących się z kontenerów, czy też zrujnowanych kamienic, wplecionych pomiędzy odnowione budynki.
11:16
Oficjalny start EXPEDYCJI! Kręcimy ujęcie naszego teamu na Schodach i schodzimy do portu obejrzeć statki wypoczynkowe. Po zwiedzeniu starówki ruszamy w drogę na Krym.
19 października 2004 (6 dzień expedycji) [wtorek]
12:20
Jesteśmy na krętej drodze wiodącej nad samym wybrzeżem morza - Riviera Krymska. Po drodze natrafiamy na miejscowość Ikerman - z wykutymi w skale "celami" mnichów i starą cerkwią. Jesteśmy zaskoczeni stosunkowo wysoką dodatnią temperaturą jaka panuje wewnątrz korytarzy i cel. Nad cerkwią i kompleksem kiedyś stała twierdza broniąca ludności i mnichów.
14:30
Udajemy się serpentynami w dalsza drogę. Prędkość jaką rozwijamy - to góra 30-50 km/godz
17:00
Zmęczeni kilkugodzinna jazdą serpentynami postanawiamy znaleźć nocleg. Pomimo zakończonego sezonu - nie jest to łatwe. Zjeżdżamy do kolejnych oznaczonych pensjonatów, domów wypoczynkowych, sanatoriów - część z nich jest już zamknięta. Ceny za nocleg sięgają 170 hrywien od osoby. Jedziemy dalej w stronę Jałty.
18:30
Jesteśmy w miejscowości Simiejz i tu podobnie ceny w pensjonatach wysokie. Nocna włóczęga po plaży. Spotykamy rozśpiewaną grupę studentów z Moskwy ("wspinaczy skalnych"), siedzących przy kuchence palnikowej i przygotowujących grzańca. Dowiadujemy się, że wielu z nich chętnie wyjeżdża w polskie Tatry.
21 października 2004 (8 dzień expedycji) [czwartek]
11:45
Jesteśmy w Jałcie. Parkujemy w centrum - koszt 5 hrywien za godzinę. Zwiedzamy miasto i wyjeżdżamy z Jałty, kierując się do Feodocji.
20:20
Jesteśmy w Feodozji - planujemy noc spędzić w namiocie na plaży. Jest zimno około 5-7 stopni. Pojawia się jednak szansa na rozbicie namiotów na prywatnej posesji. Alek - tak ma na imię nasz gospodarz, proponuje nocleg w nieużywanej części cafe. Korzystamy z zaproszenia i rozpakowujemy się. Po chwili pojawia się Alek i zaprasza na zaplecze, gdzie czeka już na nas gorąca zupa i mocna herbata. Siadamy do rozmowy - towarzyszą nam Alek, rodowity Uzbek oraz jego przyjaciel - Tatar Krymski, którzy prowadzą sezonową knajpkę z uzbecką kuchnią. Alek opowiada o sobie, swojej rodzinie i kraju - za tydzień może 10 dni wraca już do siebie, "jest po sezonie". Rano mamy spróbować samsy - typowej potrawy uzbeckiej - specjalności cafe, z której Alek jest dumny. Gospodarze sporo pytają o Polskę, jaka jest kuchnia, ile można zarobić i czy znamy takie potrawy pachnące stepem... Rozmowa przeciąga się do późnej nocy.
22 października 2004 (9 dzień expedycji) [piątek]
15:30
Opuszczamy Krym i dojeżdżamy do wybrzeża Morza Azowskiego, przy drodze stragany zastawione świeżym kawiorem (czarnym i czerwonym) i będącym pod ochroną jesiotrem. Cena kawioru to tu od 100 do 140 hrywien za słoik 0,5 litrowy.
15:50
Kolejna z wielu kontroli drogowych - tym razem mamy za ciemne szyby. Wykupując odpowiednią plakietkę - badanie techniczne, możemy bez problemu jechać dalej - koszt plakietki "legalizującej" niedopuszczalne przyciemnienie to 104 hrywny. Mamy do wyboru: zapłacić albo auto zostanie skierowane do zakładu, w którym odkleją nam folie i dopiero wtedy będzie można wyruszyć dalej. Na zachętę milicjant informuje nas, że plakietka jest ważna nie tylko na Ukrainie ale i w Rosji i Białorusi. Płacimy.
23 października 2004 (10 dzień expedycji) [sobota]
9:30
Kolejna z wielu kontrola drogowa - jesteśmy tuż przed granicą. Pewni, że wszystko mamy w porządku czekamy na pozwolenie dalszej jazdy - tym razem milicjant jednak nie daje za wygraną. Udaje mu się - brak nam plakietki państwa czyli PL-ki. Negocjacje zaczynają się od 50 USD! Milicjant przystaje na propozycję - 10 euro - przed odjazdem mówi nam, żeby przy kolejnej kontroli powiedzieć że "Piotrowic nas pustil" - nie będzie już dalszych problemów. Granica. Na przejściu prawie pusto, a odprawa ukraińska przebiega sprawnie. Po 20 min. jesteśmy na rosyjskim punkcie kontrolnym. Po odprawie paszportowej musimy wyrobić "strachowke" - ubezpieczenie komunikacyjne na terenie Rosji - bez niej nie dostaniemy dalszych dokumentów. Koszt "strachowki" to 1029, 60 rubla, a dodatkowe "zezwolenie drogowe" wystawione jest tylko na 5 dni. Tłumaczenie, że wizy mamy jeszcze na 3 tygodnie i że "strachowka" obowiązuje przez 14 dni niewiele pomagają - "to inne przepisy, ja mam takie z Moskwy". Pomaga dopiero wsadzone do szuflady 100 rubli - dostajemy zezwolenie aż do końca obowiązywania ubezpieczenia, czyli nie na 5 a na 14 dni.
13:40
Hugo zostaje wywołany przez krótkofalówkę - to Andrzej i Tomek: "mamy problem - zatrzymała nas milicja". Oczom Hugo ukazuje się na końcu uliczki dwóch milicjantów, a za nimi Andrzej i Tomek, którzy zostali zatrzymani za filmowanie i fotografowanie bazaru. Z rozmowy Hugo z milicjantami wynika, że w Rosji filmowanie jest zabronione. Mamy w trójkę nieodparte wrażenie, że problemem jest chęć otrzymania przez Panów milicjantów łapówki. Żądamy zaprowadzenia nas na posterunek do komendanta - wzbudza to lekkie zdziwienie młodych funkcjonariuszy - po drodze nawiązują rozmowę, że może by i nie iść - już nas nie interesują łapówki. Na komisariacie zostajemy ponownie wylegitymowani. Po chwili wychodzi do nas oficer dyżurny - Andrzej pokazuje mu, co filmował - ryby na targu - rozbawiony incydentem oficer, po "surowym" pouczeniu, że nie wolno filmować obiektów strategicznych pozwala opuścić komisariat.
19:10
Jesteśmy w Rostowie nad Donem - to jedno z większych miast w tym rejonie Rosji. Zatrzymujemy się na kolację. Cena za posiłek wynosi: 930 rubli.
20:20
Ruszamy w dalszą drogę do Soczi. Planujemy jazdę przez całą noc. Wyjeżdżając z miasta mijamy przydrożny całodobowy bazar rozciągnięty na niemal 2 - 3 km. Czas zakupić tu atlas samochodowy. Cena 200 rubli - dla Polaków 180 rubli.
26 października 2004 (13 dzień expedycji) [wtorek]
8:15
W planie sprawdzenie możliwości przejazdu przez Abchazję do Gruzji, a dalej do Turcji. Od Rosjan, dowiadujemy się, że Abchazja odłączyła się od Gruzji i jest niezależną republiką o mocno prorosyjskim kierunku politycznym, z czym nie zgadza się znacząca część społeczeństwa, chcąca pełnej niezależności lub dalszej przynależności do Gruzji. Podobno co kilkanaście km można spotkać na drodze uzbrojonych ludzi, zbierających opłaty za przejazd - średnio 100 USD od osoby. Mogą to być zarówno "bojownicy" walczący za lub przeciw władzy, "przedstawiciele" lokalnego watażki, czy też zwykli bandyci - nikt tego tutaj nie wie. Spotykamy się również z opiniami, że nic nam nie grozi, jeśli nie będziemy zjeżdżać z głównej drogi, czy też jechać nocą lub po prostu zatrzymywać się przy drodze - to może wzbudzić zainteresowanie. Kolejny problem, nad którym się zastanawiamy to jak wygląda granica abchasko - gruzińska i czy przez nią przejedziemy (czy dostaniemy na niej wizy gruzińskie), bo powrotu do Rosji już nie będzie (mamy wizy jednokrotne). Sytuacja jest poważna.
10:15
Dojeżdżamy do strefy przygranicznej ok. 500 m przed granicą. Mijamy tętniący życiem niewielki bazar. Można tam spotkać zarówno Rosjan, jak i Abchazów korzystających na przygranicznym handlu. Napotkany przed przejściem rosyjski celnik po obejrzeniu naszych paszportów informuje, że nie uda nam się przejechać, "jest to wewnętrzne przejście graniczne obsługujące tylko Rosjan i Abchazów". Dodaje nieco ciszej, że nie wpuści nas również dla naszego bezpieczeństwa. A nawet gdybyśmy przejechali to i byłyby problemy na granicy gruzińskiej, bo nie mamy wiz, a na granicy ich nie dostaniemy. Sugeruje prom do Batumi - gdzie w porcie dostaniemy wizy lub próbę przejścia granicy przez przejścia w Osetii. Ta ostatnia propozycja wydaje nam się jeszcze bardziej ryzykowna od wersji przejazdu przez Abchazję...
28 października 2004 (15 dzień expedycji) [czwartek]
9:50
Możemy wjeżdżać przed prom - najpierw zebranie paszportów i deklaracji celnych. Dostajemy cichą zgodę na filmowanie przejścia. Kupujemy bilety - cena 14175 rubli na biletach widnieje 450 USD - to jak dotychczas nasz największy wydatek. [50 USD od osoby oraz 300 USD za samochód i kierowcę].
13:28
Soczi powoli się od nas oddala. Czeka nas cały dzień na promie. Opłynięcie morzem Abchazji i Gruzji był jedynym możliwym rozwiązaniem, aby kontynuować założenia Expedycji - okrążenie Morza Czarnego i Azowskiego.
29 października 2004 (16 dzień expedycji) [piątek]
6:00
ORIENT - z portu z głośnika dobiega głos wzywający na modlitwę.
8:00
Po raz kolejny wołają nas do samochodu i po raz kolejny opuszczenie promu odwołane - "musicie zostać.. paszporty w niebieskim budynku...- ok. 9-ej będzie o.k."
13:20
Mamroczący coś pod nosem urzędnik wkleja do paszportów wiz... za 20 USD (!) - krótkie upomnienie, że jesteśmy "Polonia" - nowe naklejki za 10 USD są już w naszych paszportach. Tyle kosztuje wiza dla Polaków do Turcji.
15:25
Opuszczamy port udając się do centrum miasta Trabzon. Od chwili zacumowania promu minęło 16 godzin z czego samej odprawy przeszło 4,5.
19:00
Po drodze natrafiamy na kilka "herbaciarni", w których siedzą tylko mężczyźni i piją mocną herbatę. Postanawiamy wejść do jednej z nich. Po kilkunastu minutach, kiedy nie wzbudzamy już żywego zainteresowania Andrzej uruchamia kamerę i powoli zaczyna filmować wnętrze - znów jesteśmy w centrum zainteresowania. Koszt łącznie ośmiu herbat to 2 000 000 lirów.
30 października 2004 (17 dzień expedycji) [sobota]
19:20
Wjeżdżamy do Gerze, malowniczego miasteczka, gdzie bez trudu znajdujemy hotel. Tym razem koszt noclegu to 30 000 000. Gerze jest niewielkie, raptem trzy - cztery główne uliczki - ale bardzo spokojne - czujemy, że czas tu zwolnił.
31 października 2004 (18 dzień expedycji) [niedziela]
12:50
Jesteśmy w Sinopu. Natrafiamy na ruiny starej fortyfikacji, w oddali w morzu baraszkują delfiny. Ruszamy dalej - droga staje się coraz bardziej trudna - średnia na godzinę to miejscami 35-40 km/h.
1 listopada 2004 (19 dzień expedycji) [poniedziałek]
11:10
Scenariusz zaklętego koła wygląda tak samo: jedziemy serpentynami pod górę: skręt w lewo, w prawo i tak po 50-60 razy zjeżdżamy w dół z górki roztacza się widok na małą osadę z meczetem po środku - przy nabrzeżu małe kutry rybackie, znowu pod górkę: skręt w prawo, w lewo i tak samo zjeżdżamy z górki, aby zobaczyć małą dolinkę ze strumykiem, a potem mała wtopiona w skały wioska z meczetem pośrodku...
15:20
Mijamy niewielki meczet w miejscowości Kurukasile, który wygląda jakby ziemia się spod niego usunęła - jest przechylony o ok. 30 stopni. Meczet jest zdewastowany z powybijanymi szybami bez drzwi i okiennic - postanawiamy go bliżej obejrzeć. Ma może 50 - 75 lat, stojąc w jego wnętrzu widzimy kolorowe ornamenty i kafelki w części już zdewastowane. Podłoga jest przekrzywiona pod kątem około 30 stopni w przeciwną stronę od wejścia. Przechodząc po wnętrzu meczetu nie możemy utrzymać równowagi - tak jakby ściany się na nas waliły lub podłoga uciekała spod nóg.
17:20
Mijamy niewielki opuszczony domek na wzgórzu nad urwiskiem - postanawiamy tam spędzić noc; rozbijamy namiot na niewielkiej łączce. W pobliskich krzakach oddzielających małe pastwisko od brzegu urwiska cały czas coś się porusza.
listopada 2004 (20 dzień expedycji) [wtorek]
10:08
Jesteśmy w Amastrze, początkowo nie planowaliśmy tu postoju na dłużej - jednak malowniczość miasteczka nas urzekła. Z zachowania miejscowej ludności wynika, że jest to miejscowość turystyczna. Starówka miasteczka zachwyca - kiedyś musiała to być potężna forteca - do dziś pozostały z niej już tylko niewielkie fragmenty, które i tak budzą zachwyt. Mamy wrażenie że większość domostw jest wtopiona w średniowieczne mury.
19:15
Istambuł i niezwykły most łączący Azję z Europą. Jesteśmy zafascynowani widokiem na migoczące światła wielkiego miasta.
20:50
Dzielnica, po której jedziemy jest mroczna. Okna są pozamykane lub pozabijane deskami. Na ulicach pusto, czasem ktoś przemyka szybko w oddali. Uliczki są bardzo wąskie, momentami samochód zaczyna się ślizgać na wilgotnej kosce brukowej. Pod kołami coraz częściej szczęka rozbite szkło. W pewnym momencie jedna z uliczek nieznacznie się rozszerza - na środku siedzi grupka dzieci, kiedy podjeżdżamy powoli schodzą z drogi - podchodzą do okien samochodu i wyciągając ręce wołają "money..., dolar...", nawoływania dzieci przechodzą w krzyk, niektóre z nich zaczynają bić pięściami po samochodzie. Przyśpieszamy.
22:50
Sympatyczny, lecz nie ugięty w negocjacjach cenowych Pan z recepcji wręcza każdemu z nas wizytówkę z danymi adresowymi hotelu - z uśmiechem łamanym angielskim mówi "będziecie tego potrzebować". Idziemy krętymi i stromymi uliczkami. Po kilku minutach mamy wrażenie że jesteśmy w labiryncie. Uliczki są wąskie, ciemne ... sprawiające wrażenie opuszczonych, z rzadka dobiegają do nas odgłosy rodzinnych rozmów. Nieświadomi czyhających na nas niebezpieczeństw zapuszczamy się dalej w starą część miasta.
23:40
Powoli zbliża się do nas samochód policyjny. I znowu łamany angielski "Turyści... A skąd? Polonia (!)" i tu policjant nie wiadomo dlaczego przechodzi na rosyjski "gdzie śpicie? Macie kartę hotelu? (chodziło mu o wizytówkę). To dobry hotel, ale daleko stąd... zabłądziliście? to niebezpieczne miasto, możecie mieć tu problemy, tu źli ludzie, wracajcie do hotelu, musicie iść z powrotem". Gdy radiowóz znika za zakrętem możemy kontynuować nasze poszukiwania mocnych wrażeń.
3 listopada 2004 (21 dzień expedycji) [środa]
9:45
Wychodzimy na miasto - ulica przy hotelu jest teraz pełna przechodniów. Na ulicach pełno różnokolorowych towarów, wystawianych ze sklepów wprost na ulicę. Decydujemy, że rozpoczniemy naszą dzisiejszą włóczęgę od Złotego Bazaru. Trafiamy na aleję, przy której usytuowały się banki i domy handlowe przeznaczone wyłącznie dla zamożnych klientów - turystów. Panujący w sklepach wschodni przepych aż onieśmiela.
10:30
Docieramy do jednej z głównych bram Bazaru. Zewsząd otacza nas bogactwo i przepych przygotowany z myślą o kartach kredytowych bogatych turystów. To wszystko pomimo swoistego orientalnego uroku jest dla nas sztuczne, stworzone z myślą o zaspokojeniu wyobrażeń zamożnych Amerykanów czy Japończyków - w których języku jest część napisów informujących o ofertach danego sklepu.
16:20
Beyoglum - to dzielnica niegdyś zamieszkała przez kupców i dyplomatów z państw europejskich. Właśnie tu na wzgórzu wygodni kupcy europejscy uruchomili pierwszą w Turcji linię tramwajową.
4 listopada 2004 (22 dzień expedycji) [czwartek]
10:20
Jesteśmy przed jednym z cudów świata. Koszt biletu - 15 000 000 lirów. Przed wejściem bramki wykrywające metal i kontrola bagażów podręcznych. Nie ma wyraźnych zakazów filmowania czy też fotografowania. Żadna relacja nie oddaje wrażenia jakie robi na nas Aya Sofya. Trzeba to po prostu zobaczyć!
5 listopada 2004 (23 dzień expedycji) [piątek]
0:56
Od wyjazdu z przejścia granicznego mamy wrażenie, że trafiliśmy nie do Bułgarii, a rumuńskiej Transylwanii... krajobraz iście z filmów o Drakuli. Im dalej od przejścia granicznego tym krajobraz coraz bardziej staje się górzysty... droga miejscami wije się przez las stromo w dół lub w górę. Na skrzyżowaniu dróg zatrzymuje nas uzbrojony patrol policji. Kontrola dokumentów i możemy jechać dalej.
10:40
Jesteśmy w Varnie - w centrum nieopodal głównego deptaku i plaży. Ceny hoteli i pensjonatów są wysokie choć jest po sezonie.
13:30
W jednej z kamienic natrafiamy na biuro turystyczne. Przystajemy na zaproponowane warunki - dowiadujemy się, że nie możemy zobaczyć apartamentu przed zapłatą - prosimy o kilkanaście minut czasu na wyjęcie środków z bankomatu. Wstępujemy do kilku pensjonatów i hotelików - poziom cen ten sam, co więcej wieje w nich pustką.
19:40
Wieczór jest ciepły, ulice zapełniają się grupkami młodych osób. Naszą uwagę zwracają bezdomne psy. Jest ich tu naprawdę sporo. Nie są agresywne, ich zachowanie bardziej przypomina wyuczoną do perfekcji żebraninę. Nie dostrzegamy, aby któryś z psów był chory - wszystkie mają w uszach duże żółte kolczyki. Dowiadujemy się, że władze miasta szczepią psy, a następnie nie mając możliwości umieszczenia w schronisku, wypuszczają je z powrotem. O psy dbają głównie sami mieszkańcy. Odnosimy wrażenie, że każdy ze zwierzaków ma na wyłączność swój rewir, którego broni, ale nie widzimy, aby którekolwiek ze zwierząt zaatakowało innego psa lub przechodnia. Może jest to wynikiem dużej życzliwości mieszkańców do bezdomnych zwierząt.
6 listopada 2004 (24 dzień expedycji) [sobota]
14:15
Do granicy z Rumunią mamy niecałe 100 km - chcemy tam dotrzeć do zmroku. Na polach aż po widnokrąg widać duże beczki, do których odprowadzone są prosto z odwiertów rury... w powietrzu unosi się ostry zapach przypominający siarkowodór. Powoli zbliżamy się do oddalonego od brzegu o 20-50 metrów odwiertu - szybu. Teren jest strzeżony przez uzbrojonych ochroniarzy zakazujących nam fotografowania i nakazujących opuszczenie terenu.
19:10
Jesteśmy na słabo oświetlonym przejściu granicznym. Z budynku wychodzi pogranicznik i celniczka nakazująca wyładunek wszystkich bagaży. Jesteśmy nieco zaskoczeni, ponieważ do tej pory nie mieliśmy takiej kontroli granicznej.
19:40
Po kilkudziesięciu metrach "ziemi niczyjej" podjeżdżamy pod szlaban strony rumuńskiej. Ruch jest o tej porze znikomy. Cała rumuńska odprawa jest jak na razie rekordowa i trwa niecałe 15 minut.
21:50
Dojeżdżamy do Constancji - poszukiwania noclegu pochłaniają nas na niemal godzinę. Ceny za nocleg są porównywalne z cenami hoteli tej samej klasy w kraju. Mijamy kilka ciekawych budynków i kilkanaście muzeów i galerii sztuki współczesnej. Z niektórych bram dobiega głośna muzyka.
7 listopada 2004 (25 dzień expedycji) [niedziela]
9:15
Przed wejściem do hotelu czeka na nas gromadka kolorowo ubranych dzieci. Większość z nich jest przeraźliwie brudna. Gromadka podbiega do nas z wyciągniętymi rączkami i przekrzykując się woła: "dolar". Szybko wkładamy nasze bagaże. Niektóre z dzieci niemal niepostrzeżenie wpełzają do środka samochodu. W obawie o wyposażenie szybko zamykamy samochód i otoczeni hałaśliwą gromadką idziemy w stronę portu. Okolica jaką zwiedzamy robi na nas mieszane wrażenie - pomiędzy zadbanymi i czystymi kamienicami przeplatają się straszące rudery. Zaskakujące jest dla nas, że przy niektórych stoją zaparkowane nowe luksusowe samochody.
12:05
Do idącego nieco z tyłu Andzeja niosącego kamerę podchodzi dwóch mężczyzn. Wywiązuje się rozmowa- początkowo nie odbiega ona od typowych wymian informacji: skąd jesteśmy, co tu robimy, jak nam się podoba. Niestety okazało się, że mężczyźni próbowali okraść Andrzeja, a podobna sytuacja przydarzyła się po chwili kolejnym uczestnikom Expedycji.
13:30
Decydujemy, że spędzimy jeszcze jeden dzień w Rumuni, a tę noc w Tulceii. Zbliżamy się do serca Delty Dunaju - okolica staje się bajkowa. Mamy wrażenie że czas dla żyjących tu ludzi stanął w miejscu jakieś 200 - 300 lat temu. Ubóstwo domostw miejscowej ludności jest przerażające. Ku naszemu zdziwieniu pomimo biedy napotykani ludzie są uśmiechnięci, przyjaźni i otwarci. Mijani po drodze ludzie poruszają się głównie dwukołowymi wózkami zaprzężonymi osłami lub mułami.
8 listopada 2004 (26 dzień expedycji) [poniedziałek]
17:10
Docieramy do przeprawy promowej na Dunaju w miejscowości Bratianu. Cena przeprawy to za samochód koszt 100 000 lei i 10 000 lei od osoby.
17:40
Niewielkie lokalne przejście graniczne. Podchodzi do nas rumuński pogranicznik "paszporty ... nie macie wiz mołdawskich" (!) - nie jedziemy do Mołdawii tylko na Ukrainę (!) " ale jesteście na przejściu granicznym do Mołdawii, musicie mieć wizę, bo was tam nie wpuszczą". Hugo argumentuje, że Polacy nie potrzebują wiz do Mołdawii, na co pogranicznik rozkłada ręce - "tam was nie wpuszczą, Polacy muszą mieć wizę - dostaniecie ją na następnym przejściu, tam jest mołdawski konsul on ją wam tam wbije". Według mapy powinno to być przejście z Ukrainą. Według słów pogranicznika dzieli nas do Ukrainy w linii prostej 5 km terytorium mołdawskiego. Do następnego przejścia mamy teraz około 60 km.
18:50
W Oanceii zapada noc, jesteśmy na kolejnym przejściu granicznym. Przed nami tylko jeden samochód. Młody rumuński pogranicznik odbiera nasze paszporty - "Polacy?". Dowiadujemy się, że na poprzednim przejściu źle nas poinformowano, nie musimy mieć wiz, aby wjechać do Mołdawii! Musimy tylko zapłacić lokalny podatek drogowy ok. 15 dolarów. Odprawa trwała prawie 15 min. Ukraiński punkt kontrolny oddalony jest o 3 km od granicy z Mołdawią
23:35
Posileni ruszamy w dalszą drogę - do Odessy jeszcze około 250 km. Dochodzimy do wniosku, że wcześniejsza duża ilość kontroli mogła być spowodowana pierwszą turą wyborów prezydenckich.
9 listopada 2004 (27 dzień expedycji) [wtorek]
01:20
Jesteśmy na dziwnym punkcie kontrolnym poza milicją nasze dokumenty sprawdzają inne umundurowane służby. Dostajemy nieco postrzępioną małą karteczkę "talon", na której wpisano odręcznie numer rejestracyjny naszego pojazdu, data i godzina. Możemy jechać dalej. Zarówno punkt jak i zachowanie mundurowych świadczy, że albo przekroczyliśmy ponownie jakąś granicę albo jesteśmy w strefie przygranicznej.
02:07
Jesteśmy niemal u kresu Expedycji - mijamy tablicę z napisem Odessa! Dobrym miejscem na formalne zakończenie Expedycji będzie fotografia na schodach naprzeciwko portu. Jadąc przez miasto przypominamy sobie naszą pierwszą wizytę kilka tygodni wcześniej.
03:00
Punktualnie o 3:00 Hugo zaparkował samochód na samej górze schodów Patiomkińskich. Czujemy się trochę dziwnie ... zmęczeni, zmarznięci no i sami w uśpionym porcie. Czas na formalne zakończenie EXPEDYCJI - szampan wystrzelił… UDAŁO NAM SIĘ!!! Pamiątkowe fotki i ostatnie ujęcia - koniec!
03:25
Teraz czeka nas już tylko szybki powrót do Polski.
Więcej o wyprawie na stronie: www.zaile.pl/expedycjaarchiwum

.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)