Wydanie internetoweEuropa

Elbrus 2004 - studencka wyprawa turystyczno-naukowa

Mateusz WesołowskiRosjaUkraina
Elbrus 2004 - studencka wyprawa turystyczno-naukowa

„Dobrego podróżnika poznaje się po tym, że do końca nie ma sprecyzowanych planów". Gdzieś na przełomie 2003 i 2004 roku Krzysiek Kosiek rzucił propozycję by zrobić coś sensownego na studiach i wyruszyć na wyprawę. Wybór padł na „najwyższą" górę Europy - Elbrus. Jak się potem okazało tylko w cudzysłowiu najwyższą... Przygotowania na dobre zaczęły się około marca 2004 r., kiedy piszący te słowa stwierdził, że trzeba to zrobić - czyli wyjechać jeśli tylko będą możliwości. Cały wyjazd nie udałby się gdyby nie wsparcie naszych Bliskich, Rodziców, Znajomych. Za całe wsparcie okazane podczas wyprawy dziękujemy.

Mapa trasy: Elbrus 2004 - studencka wyprawa turystyczno-naukowa
Mapa trasy

Miejsce akcji:
Przede wszystkim Kaukaz (Balszyj Kavkaz)

Cel:
Zdobycie najwyższego szczytu Europy - Elbrusa (5642 m n.p.m.)

Trasa:
Gdańsk - Warszawa - Terespol - Brześć - Moskwa - Mineralne Wody - Terskoł - Elbrus - Terskoł - Adyl-Su - Tyrnyauz - Mineralne Wody - Brześć - Warszawa - Gdańsk

Czas trwania:
4 - 22 czerwca 2004 roku

Aktorzy:
Marcin Bogdański (Bocian, Nierób)
Tomasz Budziszewski (Budzik, Serioża)
Krzysztof Kosiek (Pysiek)
Mateusz Wesołowski (Wesoły)

4.06

Wieczorem mamy zbiórkę w Hiltonie, gdzie przyjeżdżam z obładowanym plecakiem. Wchodzę do 97. Do późna rozmawiam z Beatą - smutno mi jest, że nie będziemy widzieli się przez 3 tygodnie. Na dworzec odprowadza nas Beata i Jimmy (Michał Durniat). Od Beaty dostaję czekoladki z alkoholem. Cieszę się, że je dostałem - czuję, że ktoś będzie nade mną czuwał. No i stało się. O 1:14 wyjeżdżamy z Gdańska Głównego - cel: Elbrus. W drodze zastanawiamy się jak to będzie - jeszcze Warszawy nie było, a 3,5 dnia podróży przed nami. Pociąg do stolicy jest zawalony, w dodatku wycieczka szkolna zajmuje dwa ostatnie wagony. Znaleźliśmy się po dwóch w oddzielnych przedziałach; ja z Budzikiem w jednym, Bocian z Pyśkiem w drugim. Ludzie, jadący z nami w przedziale (Niemka z dzieckiem oraz „pan w garniturze"), na pytanie gdzie jedziemy stwierdzają, że to bardzo daleko... W Warszawie Centralnej jesteśmy punktualnie o 5:49. Stamtąd, po pół godziny czekania, o 6:23 wsiadamy do pociągu jadącego do Terespola (relacja Szczecin - Terespol). W pociągu zmieniam białe skorupy na zwykłe buty trekkingowe. Ze skorup bekę miał Bocian - nie wyobrażał sobie mnie wysiadającego w nich na Centralnym... W miarę zbliżania się do wschodnich rubieży Rzeczpospolitej widać, że niedługo opuścimy ojczyznę - jakieś „dziwnie" wielkie wagony stoją na bocznicach, zaczynają się stacje przeładunkowe. Po dotarciu do Terespola o 9:50 wydajemy ostatnie złotówki na „polską" colę i przesiadamy się do pociągu (już białoruskiego). Po polskiej kontroli granicznej, wypełnieniu dziwnych kwitów, z których nikt nic nie rozumiał (napisane cyrylicą) i przekroczeniu Bugu wjeżdżamy do obcego państwa, gdzie nad wszystkimi góruje niejaki „car Aleksander"... Białoruski pogranicznik mamrocze, że musimy wypełnić kartę registracyjną (gdzie jedziemy, czy my to turysty, czy biznesmeny...) - z trudem ją wypełniamy. Po pierwszym kontakcie z tubylcą dumnie ruszamy do stacji Brześć Centralny. Wokzał (ros. dworzec) okazuje się olbrzymi. Z jednej strony odjeżdżają pociągi w kierunku Polski - warszawska strona wokzała, a z drugiej do Moskwy - moskiewska strona wokzała. Przy swojej wielkości dworzec jest bardzo czysty, gdyż co chwilę chodzą babcie sprzątaczki i zbierają, nawet każdy, niedopałek papierosa. W Brześciu musimy zakupić bilety na dalszą część podróży (do Nalczika przez Moskwę). Jednak kupowanie biletów na dworcach byłego ZSRR jest dosyć specyficzne. Prawie nigdy nie można dostać tego czego się chce. Oczywiście po dojściu do kasy okazuje się, że biletów na trasę Moskwa - Nalczik już dawno nie ma (do Moskwy bez problemu są). Pojawiają się konicy, którzy oferują pomoc oraz pani, która chce wymienić nam dolary. A my niestety słabo poniemają po rosyjsku. Jednakże pomocną okazuje się nasza rodaczka, która biegle mówi w języku sąsiadów. Po wielu bojach i targach w końcu udaje się nam nabyć bilety na trasę: Brześć - Moskwa - Mineralne Wody. Możliwe było również połączenie bezpośrednie do Mineralnych Wód, ale niestety tylko w wagonach kupiejnych (kuszety z przedziałami) za 85$ (wagon płackartny kosztował 43$). Przy naszych skromnych budżetach musieliśmy odmówić konikowi i sami wykombinowaliśmy połączenie via Moskwa. Podróż do Mineralnych Wód kosztowała nas 57$. Pociąg do Moskwy mamy o 21:39 (czasu białoruskiego). Wolny czas spędzamy na wykonywaniu telefonów do Polski (można złapać polskie sieci!), pałaszując pierożki (jakkolwiek by nazwać coś dużego przypominającego pierożka za 500 białoruskich rubli = ~ 0,90 zł) oraz podziwiając urodę Białorusinek (wszystkie ubrane jakby szły na randkę). Wybieramy się również do centrum miasta by zakupić butle gazowe (Campingaz), których nie dostarczył nam nasz przyjaciel w Gdańsku. Jednak tamtejszy sportowy magazin okazuje się porównywalny do polskiego, ale tego sprzed 20 lat, gdy nic nie było na półkach (wystrój oszałamiający, obsługa zresztą też). Po 21 udajemy się do ogromnie długiego pociągu. Wagony płackartne jak sama nazwa wskazujeJ to takie polskie kuszety bezprzedziałowe. Podróż do Moskwy upływa nam na grze w karty i piciu białoruskiego piwa (okropne!). Chciemy zobaczyć jak wygląda Mińsk, ale niestety przejeżdżając przez Mińsk już smacznie śpimy.

5.06

Budzimy się w Smoleńsku. Rzut oka na nasze komórki (sieć rosyjska) i... Smoleńsk jest już w Rosji! Nie było żadnej granicy - zdumieliśmy się. Także Związek Białorusi i Rosji ma się dobrze. Jedziemy dalej. Od godziny 15 zaczynają się przedmieścia Moskwy - widać coraz więcej miejscowości, coraz bogatszych. Punktualnie o 16:24 wjeżdżamy na stację Moskwa Białoruska. Moskwa okazuje się według nas największym i najbogatszym miastem Europy. Wszystkie budynki odnowione, dużo zachodnich samochodów. Po wyjściu z dworca mamy trzy cele do zrealizowania: kupić Campingazy, wymienić dolary na ruble oraz zobaczyć Plac Czerwony. W rejonie dworca Białoruskiego wymieniamy dolary oraz znajdujemy jeden sklep sportowy, gdzie niestety nie ma butli. W hotelu Sheraton, gdzie można dogadać się po angielsku, nie potrafią nam powiedzieć, gdzie są sklepy turystyczno-sportowe. Stwierdzamy, że pojedziemy w stronę Kremla - tam na pewno będzie sklep z butlamiJ. Idziemy do metra. Metro jest nieobliczalne - wiele kierunków poziomów okazuje się za trudne dla nas. Jednak przy pomocy tubylców udaje się nam dotrzeć do stacji Teatralnej. Lokujemy się koło Dumy - Pysiek i Bocian pilnują plecaków, a ja z Budzikiem wyruszamy na poszukiwania Campingazów. Jednak na ulicy Twerskiej, poza luksusowymi sklepami, nie ma żadnego dla zwykłych turystów szukających butli... Luksusowe sklepy okazały się bardzo przyjazne dla nas, gdyż gdy zaczął padać deszcz to schroniliśmy się w jednym z nich (nie mieliśmy problemów z ochroną). A że Moskwa jest bogata to na dowód tego Pysiek zaczął przez 20 minut liczyć przejeżdżające najnowsze modele mercedesów s i bmw x-5. Okazało się, że mercedesów naliczył 30, a bmw 20. Ja po raz pierwszy w życiu widziałem rolls-royce'a - był zaparkowany pod jakąś knajpą... Plac Czerwony niestety jest zamknięty, gdyż odbywa się tam parada czy coś w tym stylu. Czas nas goni, więc musimy się udać do metra. I znowu zaczynają się problemy z metrem. Za nic w świecie nie możemy wyczaić, gdzie może się znajdować stacja. Tu pomocnym okazuje się zaczepiony na ulicy Czeczeniec, niejaki Said Amin. Said zaprowadza nas na stację i jedzie z nami na dworzec Kurski, skąd mamy pociąg do Mineralnych Wód. Said mówi nam, że rodowici moskwianie nie są zbytnio pomocni. Jedynie mniejszości narodowe są w porządku. Przypomina nam to tzw. warszawkę. Dzięki Czeczeńcowi udaje się nam z wsiąść do odpowiedniej linii metra - gdyby nie on znowu byłyby z tym problemy. Na stacji przy Placu Czerwonym widzieliśmy jak wygląda uprzejmość rosyjskiej milicji - jeden gościu, który chciał bez biletu przejść przez bramki został bardzo solidnie zdzielony pałą przez „pana władzę". Dworzec Kurski okazuje się bardzo ogromny i brudny. Dużo jest sklepów z pierożkami i alkoholem, a nie ma żadnego „normalnego" - z chlebem i drożdżówkami. Pełno jest wałęsających się kloszardów, alkoholików i narkomanów żygających gdzie popadnie. No ale o 21:31 ruszamy do Mineralnych Wód. W pociągu duszno i ciepło - pełen komplet pasażerów. Pijemy parę browarków i idziemy spać. Sms od Beaty: byłam w Yesterday'u, ale było smętnie. Co ja tu robię? Zamiast, jak co piątek, bawić się w Yesterday'u jadę w nieznane...

6.06

Budzi nas prowadnik i mówi, żeby przygotować paszporty, bo będzie granica rosyjsko-ukraińska. My w szoku, ponieważ mamy wizy wjazdowe do Rosji tylko jednokrotne. No i zaczyna się... Pierwsza to kontrola rosyjska (wyjazdowa). Pogranicznicy proszą nas „na stronę". Idę ja i Bocian. Cel wiadomy - łapówka. Do końca udajemy, że nie wiemy o co chodzi. Prowadnik podpowiada nam, że chodzi o łapówę, ale pozostajemy nieugięci. Nie ma wyjścia - trzeba dać 20$. Pogranicznicy jednak oddają pieniądze!?! Udało się! Teraz kontrola ukraińska - ci niestety biorą po 10$ od osoby. Cały dzień jedziemy przez Ukrainę - mijamy Charków, jedziemy przez Zagłębie Donieckie, by wieczorem znów dojechać do granicy. Na Ukrainie jesteśmy świadkami jak przez wagon przetacza się tłum przekupek oferujących najróżniejsze produkty - od perfum do cepeliowskiej porcelany. Na granicy ukraińskiej niestety znowu płacimy łapówkę. Tym razem jest to 5$ od osoby. Pogranicznik rozumie nas, ale bierze... Z kontrolą rosyjską nie mamy problemu, gdyż w wyniku zaprzyjaźnienia się z obywatelami Dagestanu - Romą (to imię męskie!) i Czangurem (zwanym przez nas Kangurem) - i spożyciu pewnej ilości wódki przedstawiamy pani pogranicznik dokumenty ubezpieczenia oraz rezerwację hotelu w Nalcziku. Twierdzimy, że jest to pismo od konsula rosyjskiego z Gdańska pozwalające na tranzyt przez Ukrainę. Po zastanowieniu się oddaje nam paszporty i możemy kontynuować znajomość z Romą, Czangurem i nową dziewczyną Romy - Nataszą, która wsiadła w Charkowie. Roma spotkał Nataszę po raz pierwszy w życiu i od razu się w niej zakochał... Przyjaźń z chłopakami z Dagestanu rozwija się w najlepsze, gdyż co stację my, albo oni wyskakują po suszone ryby (smaczne, ale słone), wódkę paprykową (cudowna) oraz zawinięte w folię ziemniaki i kurczaka. Po pewnym czasie robi się noc i zmęczeni kładziemy się spać. Roma już odpadł z gry, a Kangur ma się bardzo dobrze - piłby jeszcze. Zasypiamy.

7.06

Budzik dzwoni przed 5. Wszyscy jeszcze czujemy się pijani. W naszym zaułku ogromny nieporządek - rozlany alkohol na podłodze pomieszany z ubraniami, butami i żarciem. W wyniku bratania się z Dagestańczykami nie jesteśmy nawet spakowani... Szybko bierzemy się za porządki. Idzie nam to opornie. Czangur dziwi się na widok karimaty oraz pyta się, widząc kijki narciarskie, gdzie mamy łyże (ros. narty). Punktualnie o 5:17 wjeżdżamy na stację w Mineralnych Wodach. Zaczyna się wyścig z czasem. Uff. Udaje się nam spakować i wyjść z pociągu. Na dworcu robimy ostatnie pamiątkowe zdjęcia z Czangurem. Roma się tak zalał, że nie jest w stanie nas pożegnać. Zdrastwujcie na Kavkazie. Na pięknym dworcu spotykamy się z ciekawym zjawiskiem - przy wchodzeniu do budynku należy okazać paszport. Dlaczego? Odpowiedź jest krótka. Do Czeczeni 200 km Jednak my tego nie robimy i nie ma żadnych konsekwencji. Bez problemu kupujemy bilety na 19.06 na bezpośredni pociąg do Brześcia. Podczas kupowania biletów przyplątuje się starszy pan, który twierdzi, że ma taksówkę i zabierze nas do Terskołu (wioska pod Elbrusem). Po negocjacjach cenowych, za 450 rubli od głowy, wyruszamy zielonym moskwiczem kombi... No i wreszcie widzimy prawdziwy Kaukaz - niezwykle pofałdowane tereny (równinne z gdzieniegdzie wyrastającymi górami). Po drodze musimy zatrzymać się w Tyrnyauzie, w celu załatwienia pieczątki registracyjnej. Nie ma z tym najmniejszego problemu - urząd znajduje się koło targowiska, z prawej strony na dwupasmowej drodze, na terenie szkoły (z pomnikiem W.I. Lenina). Registracja kosztuje 60 rubli, a wystawia ją bardzo sympatyczny wojskowy. Około 10 docieramy do Terskołu (2100 m n.p.m.) - naszej bazy wypadowej. Niestety pada mocny, kaukaski deszcz. Terskoł przedstawia się bardzo mizernie - kilka rozpadających się domów, blok, hotel, niedokończona budowa hali sportowej, maszt telefonii komórkowej. Wszystko byłoby ok., ale to jest tak jakby ktoś wybudował te wszystkie rzeczy np. przy Morskim Oku w Tatrach... Musimy poszukać miejsca do spania. Pysiek i ja idziemy szukać. Najpierw trafiamy do remizy strażackiej, gdzie niestety nie ma żadnego sensownego miejsca, ale strażak zaprowadza nas do obskurnego bloku, gdzie babuszka pokazuje nam mieszkanko za 150 rubli od osoby. Po drodze odwiedzamy lokalny oddział GOPR-u, gdzie Pysiek chce pożyczyć raki (Pysiek i Serioża nie mają raków) oraz chcemy kupić Campingazy. Raki są, ale bardzo drogie, a Campingazów brak. Ratownik mówi nam, że poniżej Terskołu, w sklepie Alpindustri możemy dostać butle. Wracając do Budzika i Bociana wstępujemy do sklepu spożywczego, skąd pani sprzedawczyni kieruje nas do białego domku (coś a la pensjonat), gdzie warunki są znacznie lepsze. Jest ciepła woda, w miarę normalny prysznic, kibelki. Po rozpakowaniu ruszamy na wycieczkę po okolicy - idziemy aklimatyzacyjnie do Azau, gdzie orientujemy się o warunkach trekkingu na następny dzień. W stacji kolejki widzimy nieciekawą scenę - ktoś zjechał z górnej stacji kolejki i jest prawie nieprzytomny. Od jutra musimy uważać na chorobę wysokościową. Idziemy nieco poniżej Terskołu do sklepu Alpindustri, gdzie mamy nadzieję nabyć Campingazy. Sklep zamknięty. Po powrocie idziemy spać. Budzimy się późnym popołudniem. Spotykamy sąsiada z pensjonatu - Pawła, snowboardzistę z Moskwy. Usilnie zaprasza nas na ognisko. Chce postawić piwo. My się nie godzimy, bo wiemy czym to grozi - najpierw on nam postawi, później my mu i tak w kółko, a następnego dnia musimy iść wysoko w góry. Sami kupujemy po browarze i idziemy na ognisko. Są również dziewczyny ze wsi. Fajnie tu mają faceci, bo nic nie muszą robić przy ognisku - dziewczyny chodzą rąbać drewno! Pijemy piwo. Paweł częstuje koniakiem, ale odmawiamy. Grzecznie, aczkolwiek stanowczo żegnamy się z nowymi przyjaciółmi. Zostaje Serioża, który broni naszego honoru. Idziemy spać. W nocy budzi mnie telefon do Pyśka - dzwoni Agnieszka. W Polsce dochodzi północ, a u nas 2...

8.06

Budzimy się około 9 i jemy obfite śniadanie („kanapka stoczniowca" made by Nierób). Bocian z Seriożą idą po raki i Campingazy do Alpindustri. Po ich powrocie ruszamy z plecakami w kierunku Azau. Plecaki są okrutnie ciężkie (dorzuciliśmy do nich jeszcze jedzenie i po 2 butelki 1,5l wody mineralnej) - ok. 25 kg. Droga do Azau okazuje się próbą przed wejściem na stromy stok z ciężkimi plecakami. Okazuje się, że Pysiek idzie najszybciej z nas, za nim ja, a dalej Bocian z Seriożą, którzy raz po raz kurzą rosyjskie fajki. W Azau „meldujemy" się po ok. godzinie. Po krótkim odpoczynku ruszamy w górę, wzdłuż nartostrady i kolejki linowej. Bocian i Serioża wyruszają nieco później i gdy zaczynają podchodzenie dogania ich biała łada samara z dwoma osiłkami - okazuje się, że są przedstawicielami parku narodowego i musimy zapłacić po 20$ od głowy tytułem wstępu do parku. Płacimy i idziemy dalej. Spotkamy po drodze Polaka, który powiedział nam, że on nie zapłacił, bo wjechał kolejką na 3480 m n.p.m. i tam powiedział kontrolerom, że zaraz wraca - niestety my nie mogliśmy w taki sposób postąpić. Polak mówi nam również, że Niemcy byli na górze 14 dni i musieli zrobić odwrót z powodu złej pogody. Jak przez taki czas była zła, to wreszcie musi być dobra. Droga do naszego celu biegnie przez materiał lawowy, poprzecinany wieloma strumykami - tak więc idzie się dosyć ciężko, błotniście. Tuż przed stacją kolejki zaczyna się niewielkie pole śniegu oraz stromizna - co chwilę zakopujemy się w śniegu i walczymy z kępami traw. Czuć już wysokość - ciężej się oddycha (2970 m n.p.m.). Po dojściu na stację (ok. 2-3 h z dołu) jesteśmy mocno wymęczeni. Jednak łyk browara Nalcziskoje robi swoje. Podejście to dało się we znaki, gdyż zauważyliśmy, że nie należy oszczędzać w piciu - może to prowadzić do odwodnienia. Pośrednia stacja kolejki okazuje się dziurawą, blaszaną budą, gdzie nie ma ani oświetlenia, ani WC, ani gniazdek elektrycznych w części dla turystów. Jest ogólny syf - koło stacji stoją betonowe słupy, które pewnie będą kiedyś służyć jako podpory dla wyciągu. Wyglądają szkaradnie, jednak piękne widoki na ośnieżone góry rekompensują straty. Po raz pierwszy widzimy dwa wierzchołki Elbrusa. Robimy pamiątkowe zdjęcia i stwierdzamy, że to jeszcze kawał drogi. Odkrywamy, że na terenie stacji są dwa bary: jeden w budynku - ogrzewany, a drugi na zewnątrz + budka z piwem. Dostajemy pozwolenie na rozbicie namiotu w środku stacji. Musimy rozbić namiot, gdyż dach jest dziurawy i przecieka - gdzieniegdzie widać kałuże wody. Oczekując na noc wysyłamy smsy do Polski (zasięg jest na całej górze!), pomagamy obsłudze stacji w transporcie materiałów, Bocian naprawia plecak. Oglądamy jak chmury podchodzą z doliny do góry (super wygląda chmura „wchodząca" do budynku stacji). Z Pyśkiem stwierdzamy, że Rosja to balszoj syf i balszoj inwestycje - to a propos nieporządku, który jest wszędzie oraz wielu niedokończonych inwestycji (hoteli, wyciągów, słupów energetycznych itp.). ... Dochodzimy też do wniosku, że Elbrus na pewno nie leży w Europie - toż to dzika Azja. Przychodzą smsy. Dzięki nim człowiek czuje się tu lepiej. Martwię się, że z domu prawie żadnych informacji, a od Beaty codziennie - wiem, że ktoś bliski mnie wspiera. Idziemy spać ok. 22 (w Polsce jest 20) - po prostu zrobiło się ciemno i jesteśmy zmęczeni. Tak będzie codziennie. W nocy zaczyna padać. Bocian w pewnym momencie podnosi larum, że namiot zaczyna się topić. Okazuje się, że namiot zaparował i para zaczęła się skraplać, powodując wilgoć.

9.06

Nagle dzwoni budzik. Jest 8. O 9 rusza kolejka dlatego stwierdziliśmy, że przez godzinę zwiniemy namiot i będziemy gotowi do wymarszu, do Mira (tak się nazywa górna stacja kolejki), na 3480. Niestety za oknem zła pogoda - zaczyna sypać śnieg, robi się mgła. Pakujemy namiot i wszystkie manatki. Nagle rusza kolejka i wysypuje się tłum narciarzy i snowboardzistów (rosyjskie dzieciaki nowobogackich). Okazuje się, że pogoda jest do bani. Widoczność jest ograniczona do góra 5 metrów i zaczyna padać gesty śnieg. Na poprawę pogody oczekujemy na stacji kolejki. Zaczyna się robić wesoło, gdy narciarze zjeżdżają z góry do stacji kolejki. Wchodząc do budynku nie zamykają za sobą drzwi - denerwuje nas to bardzo, bo z dworu ciągnie niesamowity chłód. Oprócz tego, nie pytając nas, dosiadają się do naszego stolika - są mokrzy, więc nasza ławka robi się nieprzyjemna. Gramy w karty. Potem, gdy już wiemy, że z pogodą będzie przez dłuższy czas krucho, przenosimy się do baru położonego na piętrze. Tam jest przynajmniej ciepło. Zamawiamy czaj (herbatę) i kartoszki (frytki). Okazuje się, że frytki podają z chlebem! Jest nawet muzyka - najnowsza lista przebojów rosyjskiego popu i disco. W kółko leci coś w stylu Ja cie liubiu a ty mnie. No i kiblujemy: gramy w karty, wychodzimy na zewnątrz sprawdzić jaka jest pogoda, piszemy smsy, ładujemy komórki... Około godz. 15 pogoda zaczyna się poprawiać. Następuje przejaśnienie - o 16 wyruszamy. Od tego momentu zaczyna się robić ciekawie na naszej wyprawie. Zaczyna się lodowiec. Ja przywdziewam skorupy. Ubieramy się bardzo dokładnie, smarujemy kremem, zakładamy okulary, itd. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik, bo lodowiec jest nieobliczalny. Idzie się dobrze. Cały czas mamy kontakt wzrokowy z górną stacją kolejki - dzięki niej optymalnie wybieramy trasę. Pysiek idzie jako pierwszy. Dzięki niemu nam się łatwiej idzie. Co jakiś czas robimy przerwy dla wyrównania oddechu. Mijają nas szusujący narciarze - tym to fajnie. Budynek stacji zbliża się coraz bardziej, jednak wciąż jest do niego daleko. W końcu około 18 docieramy na do Mira. Oddycha się ciężko - rozrzedzone powietrze powoduje, że przy każdym wysiłku fizycznym człowiek szybko się męczy. O dziwo cała okolica świeci pustkami - bar zamknięty, poczekalnia dla turystów pusta, na zewnątrz kilka pustych ratraków. Szukamy miejsca na nocleg. Wybór pada na nieco bardziej osłoniętą część poczekalni. Znajdujemy tam zrolowane siatki (służące za bandy na nartostradach), na których postanawiamy rozłożyć karimaty i śpiwory. Co drugie okno w budynku okazuje się bez szyb. Śnieg i wiatr przedostaje się również do naszego legowiska. Musimy znaleźć kawałki desek i dykt by zasłonić te dziury. Podczas poszukiwań okazuje się, że Mir jest nieźle zdewastowany. Znajduje się tam pomieszczenie maszynowni wyciągu krzesełkowego, idącego do tzw. Beczek, które służy za WC - pełno tam fekaliów. Zresztą przy stanowisku, gdzie wsiada się na ten wyciąg jest całe pole kup - wygląda to niczym siatka 2 x 2 metry (z minami pośrodku). Podczas naszych napraw nagle rusza kolejka linowa. Gdy podjeżdża wychyla się z niej człowiek i mówi, że tu nie wolno spać, bo są zainstalowane czujniki przeciwpożarowe. My mu odpowiadamy, że to tylko adna noc i że nic nie będziemy w środku palić. Na szczęście zgadza się i nie musimy szukać innej miejscówki. Pomimo, że robi się bardzo zimno (ok. -15°C), zaczynamy przygotowywać posiłek. Znajdujemy grilla, w którym, w menażkach, gotujemy wodę. Ciśnienie, które jest niskie, oraz temperatura sprawiają, że nasze grillowanie musimy dokończyć na palnikach. Budzik gotuje pyszny ryż. Szybko jemy i idziemy spać. Jest godzina 21. Dziwnie się śpi w pomieszczeniu bez drzwi, gdzie każdy może wejść, na 3480, gdzie oprócz nas nie ma żywej duszy... W pewnym momencie budzę się i czuję jak pada mi śnieg na twarz. Nieprzyjemne uczucie - jedyna rada to przekręcić się na drugi bok.

10.06

O 8 budzi nas piękna pogoda - świeci słońce. W nocy dostałem smsa od Beaty, że w Gdańsku wszystko ok. sms mobilizuje do działania. Robimy śniadanie, pakujemy się. O 9:30 kolejką wjeżdżają pierwsi narciarze. My wychodzimy w górę. Znowu Pysiek idzie pierwszy, potem ja, dalej Bocian z Budzikiem. Idzie się coraz ciężej - wysokość daje się we znaki. Robimy coraz więcej przerw. W pewnym momencie z lewej strony mijamy żółty namiot - jednak ludzie w nim jeszcze śpią. Co jakiś czas widać szczeliny (śnieg w tych miejscach jest wyraźnie inny). Dostaję smsa od Beaty - jeszcze leży w łóżku, a my już brniemy w śniegu. Gdzie tu sprawiedliwość? Około południa dochodzimy na 3800, do tzw. Beczek. Zatrzymujemy się w beczkach na parę chwil, odpoczywamy, smarujemy się intensywnie kremem, poprawiamy okulary... Beczki są to ogromne metalowe walce, które służą za schronisko. Jest tam prąd, doprowadzony przez potężne słupy energetyczne, które znacznie zdegenerowały górę. Nocleg w Beczkach kosztuje 300 rubli. Pogoda jest wspaniała - bardzo dobrze widać obydwa wierzchołki, wydają się być bardzo blisko. Po pół godzinie ruszamy w górę, do Priuta 11 na 4160. Z początku idzie się dobrze - pogoda cudna, wszystko dobrze widać. Jednak w pewnym momencie pogoda się nagle załamuje. Przychodzi mgła, zaczyna padać śnieg. Robi się trochę nieciekawie, bo widoczność spada do góra dwóch metrów. Pysiek uciekł gdzieś do przodu, a my w trójkę idziemy po śladach ratraka. Ślady są coraz mniej widoczne, często idziemy na przysłowiową pałę. Śnieg nawala jak oszalały, zimno jak cholera, wiatr hula. Całe szczęście, że co jakiś czas mija nas ratrak - odnawia ślady i jakoś można iść. Jednak coś zaczyna nie grać. Priut 11 jest położony na uboczu, po lewej stronie naszego szlaku. Jak tam trafić? No i stało się. Zapędziliśmy się trochę za daleko, ale na szczęście Bocian wyczaił gdzie jest schronisko. Wchodzimy do Priuta. Jest to nowy budynek, powstały obok starego, dużego schroniska, spalonego parę lat temu. Stare schronisko robi nieciekawe wrażenie - zostały tylko gołe, przypalone mury. W chacie na dole stoi ogromny gar ze śniegiem - można dzięki niemu bez problemu zagotować sobie wrzątek. Na piętrze znajdują się prycze do spania (na kształt tych ze starego schroniska w Morskim Oku). Jest przytulnie, dosyć ciepło (ok. +5°C). Zastanawiamy się co robić, gdyż zażądali od nas 250 rubli za noc. Może będziemy się targować. W końcu warunki są wyśmienite, ale jednak dziura w portfelu mówi nam, że później może być krucho. Wiem, że powyżej Priutu jest też jakieś schronisko. Tylko jak to sprawdzić? Pogoda jest okropna, ledwo można wyjść ze schroniska, jesteśmy przemoczeni i przemarznięci. W końcu decyzja. Bocian i Pysiek wychodzą na poszukiwania noclegu. Serioża i ja zostajemy w Priucie - jemy coś, rozmawiamy z poznanym Belgiem o Elbrusie. Mówi, że już tutaj parę dni siedzi i ma wszystkiego dosyć. W nocy próbował atakować, ale nie dało rady. Dzisiaj w nocy robi już ostatnią próbę. Jak się nie uda to robi odwrót. Za trzy dni ma samolot z Mineralnych Wód. Takiemu to dobrze - ma wypasione jedzenie, niezłą miejscówkę do spania, a za trzy dni będzie już sobie siedział w przytulnej Belgii. Wracają Bocian z Pyśkiem. Wyglądają nie za ciekawie - widać po nich, że na zewnątrz konkretna piździawa. Chłopaki mają dwie wiadomości. Powyżej Priuta, jakieś pół godziny drogi, jest schronisko, ale pełne Polaków (jest jedno wolne pomieszczenie, ale standard ma niski). To źle, ale znaleźli również budkę 3 x 3 metry. Jest ciasna, zawieszona nad przepaścią, ale podparta linami stalowymi i co najważniejsze za darmo. Żartujemy, że najwyżej obudzimy się na dole. Decydujemy się na wyjście. Wieje huraganowy wiatr, nawala śnieg, mgła utrudnia widoczność. Idziemy dosyć szybko i po pół godzinie docieramy do budy. Buda służy za schronienie dla ratowników. Ma przedsionek 1 x 3 metra oraz pokoik 2 x 3 metra. Jak dla nas super warunki, pomimo, że jej wysokość oscyluje w granicach 1,6 metra i na suficie jest zamarznięty śnieg - grozi to skropleniem i zamoczeniem śpiworów. Rozpakowujemy się i zaczynamy przyrządzać posiłek - dzisiaj są to zupki chińskie, bo jesteśmy zrypani na maxa. Całą budą trzęsie co niemiara. Na zewnątrz nie da rady wyjść, temperatura jest bardzo niska. Przy tym wietrze może być ok. -20°C. Jak Bocian wychodzi po śnieg do herbaty to prawie go zwiewa. W takich warunkach jeszcze nie przebywaliśmy. Pijemy herbatę. Jest już ciemno. Rozmawiamy z Bocianem o przyszłości - o robocie, o mieszkaniu, o założeniu rodziny. Robi się swojsko, rodzinnie, jakbyśmy byli w Polsce, 4200 metrów niżej. Idziemy spać. Całą noc chatka trzęsie się od wiatru.

11.06

Budzimy się ok. 9. Coś niedobrego dzieje się z nami. Boli mnie głowa. Najchętniej bym dalej spał, ale nie mogę. Serioża jest nie do poznania. Ma całą spuchniętą głowę - wygląda dziwnie. Teraz już wiemy - to pierwsze objawy choroby wysokościowej. Fakt ten potęguje duża wilgotność panująca w budzie. Pomimo, że jest ranek to czujemy się zmęczeni. Myślimy o tym, żeby ograniczyć racje żywnościowe i czekać tutaj na atak. Jednak jest to bezsensu - na żarciu nie można oszczędzać, bo nie będziemy mieli siły na atak. Szybka decyzja. Przenosimy się do schroniska, leżącego 100 metrów dalej. Może tam będzie lepiej. Płacimy 150 rubli za noc. Pomieszczenie rzeczywiście nie jest zbyt luksusowe - na podłodze leży śnieg, drzwi się nie zamykają, folia zamiast szyb. Jednak nie jest tutaj wilgotno - buda jest wysoka. Robimy śniadanie, odpoczywamy. Do naszej kanciapy przychodzi dwóch turystów rosyjskich - widać różnicę w ekwipunku. Pogoda się ustabilizowała, miejscami wychodzi słońce. Pysiek z Budzikiem pożyczają od Rosjan koszki (ros. raki). Jedzenia mamy coraz mniej, w związku z czym, jeżeli będzie ładna pogoda, w nocy przeprowadzimy atak. Około 15 idziemy aklimatyzacyjnie do Skał Pastuchowa. Idzie się już coraz ciężej - ostatnia noc oraz wysokość robią swoje. Z trudem dochodzimy do skał, a w zasadzie zawracamy przed nimi - dochodzimy na 4600. Podczas drogi zejściowej załamuje się pogoda. Robi się mgła. Z trudem wracamy do naszego schroniska. Odpoczywamy. Jeden z Rosjan mówi do mnie po angielsku, że wynikł poważny problem. Okazuje się, że Rosjanie się rozmyślili i Pysiek z Budzikiem muszą im oddać raki - bezsensu. Dochodzi do ostrej dyskusji, ale bezskutecznie. Wszystko już niby zaczęło grać, a tu trach... Wyjście Pyśka i Budzika bez raków jest bezsensu - byle poślizgnięcie i lecą w dół - 100, 200, 400 a może 500 metrów... Konsternacja. Pysiek jest na tyle zdeterminowany, że pójdzie nawet bez raków. Trochę głupio, ale jeżeli ma takie ciśnienie, to jest to jego suwerenna decyzja. W razie czego wymienimy się rakami na przełęczy. Serioża czuje się bardzo źle i stwierdza, że jutro nas opuści - zejdzie do Terskołu. Rozsądna decyzja, zwłaszcza, że nie wygląda zbyt ciekawie i źle się czuje. O 19 idziemy spać. Na 1 mamy nastawiony budzik. Myślimy o tym by ruszyć o 2, wtedy będziemy na szczycie około 8-9.

12.06

Dzwoni budzik. Jest 1. Całą budą trzęsie niemiłosiernie, hula mroźny wiatr. Nie chce się wychodzić z ciepłego śpiwora. Przestawiamy budziki na 3. O 3 pogoda nadal się nie zmieniła - piździ. Zasypiamy. O 4 budzą nas odgłosy polskiej ekipy, która szykuje się do wyjścia - co chwilę świecą czołówki. Piździ jednak dalej. Śpimy. Budzę się o 7 i nie słyszę nic... Wychodzę na zewnątrz i nie wierzę własnym oczom - pogoda jak w bajce, żadnej chmury na niebie, obydwa wierzchołki widać idealnie. Podnoszę alarm, budzę chłopaków. Szybko przygotowujemy śniadanie - solidna porcja mleka, płatków i odżywki węglowodanowej od Kamińskiego. Wychodzimy. Jest pięknie i idzie się dobrze. Tuż przed przełęczą wzmaga się wiatr, czasami trzeba zrobić przerwę. Tuż przed Skałami Pastuchowa dogania nas grupka jednakowo ubranych osób - są to bardzo dobrze wyekspediowani Szwedzi: super kurtki, spodnie, skorupy, raki... Idziemy wymieszani: pierwszy standardowo Pysiek, potem Szwed, ja, Szwed, a niżej Bocian z jeszcze chyba jakimiś Szwedami. Idzie się bardzo ciężko, chociaż co kilkadziesiąt metrów są porozstawiane tyczki. Śnieg jest zmrożony. Każdy ruch jest na wagę złota. Po 10 krokach trzeba robić przerwę. Oddycham bardzo szybko i ciężko, tak, jakbym cały dzień machał łopatą. Czuć wysokość. Musi już być około 5000 - bardzo blisko zdaje się być wschodni wierzchołek. Nagle w zmrożonym śniegu blokuje mi się kijek. Wyciągam go, ale talerzyk się wypina i zaczyna lecieć w dół. Ja szybko rzucam się w pogoń, wpadam w poślizg i czuję, że lecę!!! Instynktownie próbuję wbić raki - to może mnie uratować. Udaje się. Poleciałem ze 30 metrów. Po chwili do mnie dochodzi co zrobiłem. To było zupełnie bezsensu. Taki talerzyk jest warty może z 5 zł, a polecieć mogłem z 500 metrów. Wątpię, żebym atrakcyjnie wyglądał na dole. Jest to ostrzeżenie - trzeba iść ostrożniej. A idzie mi się coraz gorzej - jest bardzo zimno; pomimo, że jestem ciepło ubrany: skorupy, spodnie texowe, kalesony, parę warstw bluz, koszul, kominiarka, czapka, dwa kaptury i podwójne rękawice. Ręce zamarzają, w twarz też jest zimno, jedynie z nogami jest ok. - w końcu ciężko pracują. Na początku przełęczy dogania mnie Szwed - coś się pyta, coś mu odpowidam, nie pamiętam nawet co. Źle się czuję. Jestem wykończony. Idąc dalej widzę siedzącego Pyśka - macha przyjaźnie. U niego wszystko dobrze, ale jak on tu wlazł bez raków... Podchodzę do Pyśka, nieco powyżej przełęczy, próbuję usiąść i... znowu pojechałem, tym razem 6-8 metrów. Zapomniałem, że muszę dobrze wbić raki, a dopiero potem usiąść. Odpoczywamy. Widzimy dochodzących Szwedów, czekamy na Bociana. Za bardzo nie wiadomo jak iść dalej, bo robi się stromizna o nachyleniu około 60°. Tyczki idą jakoś trawersem. Idę na drugą stronę przełęczy, tam widać stromiznę po drugiej stronie. Jest mi niedobrze, kręci mi się w głowie, każdy ruch to ogromny wysiłek. Przychodzi Bocian. Zastanawiamy się co dalej począć. Pysiek mówi, że nie będzie dalej szedł, bo nie ma raków, a jest już bardzo stromo - boi się, że się spieprzy. Ja nie czuję się na siłach, zwłaszcza, że u góry już bardzo piździ. Bocian mówi, że on pójdzie do góry. Sam. Do szczytu brakuje nam 242 metrów, jesteśmy na 5400. Niby tak blisko, a tak daleko. Podejmujemy ostateczną decyzję - ja i Pysiek wracamy, a Bocian idzie do góry. Idziemy przez przełęcz, mijają nas Szwedzi. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Gdy jesteśmy już za przełęczą zwalniam nieco. Widząc Pyśka z przodu zastanawiam się, jak on tu może iść bez raków, przecież moment nieuwagi i leci... Napływają mi łzy do oczu. Szczyt był na wyciągnięcie ręki, tak blisko... Jestem wkurzony. Bardzo chciałem zadzwonić ze szczytu do Polski, do Beaty, spytać się czy wie gdzie jestem. Odpowiedzieć, że jestem 5642 metry wyżej od niej. Powiedzieć, że brakuje mi jej. Tak po prostu. Nawet nie zdaję sobie sprawy, że odwrót jest najlepszą decyzją. Ciśnienie ze mnie schodzi. Idę spokojnie, jak po naszych Beskidach czy Tatrach, tylko wszystko jakieś takie większe. Zaczynam myśleć o przyszłości, o tym jak to będzie, jak się życie ułoży. Czuję się już lepiej. Doganiam Pyśka. Jesteśmy gdzieś na 4800 i stwierdzam, że muszę napisać smsa do Beaty. Piszę, że nie jestem bohaterem, że nie wlazłem, że zabrakło... Może bym się porwał na wejście do góry, gdyby nie Ktoś, kto czeka na mnie w Gdańsku. Ktoś komu obiecałem, że po powrocie napijemy się dobrej rosyjskiej wódeczki... Beata dzwoni do mnie. Mówię, że opalam się na 4800, że wszystko ok. Jest zadowolona z decyzji o odwrocie. Nie wierzy, że przy takiej temperaturze można się opalać. Dziwnie się słyszy głos kogoś bliskiego - głos który jest 3500 km dalej. Schodząc rozmawiamy z Pyśkiem o przyszłości, o tym, co będzie po studiach, jaką górę zrobimy za rok. Czujemy się jacyś tacy dojrzalsi, inni. Stwierdzamy, że te 5400 to i tak jest wspaniałe osiągnięcie - w końcu byliśmy na zboczach zachodniego wierzchołka. Delektujemy się przepięknym widokiem na pasmo graniczne, z brylującą Uszbą na czele. Niezapomniany widok. Za Skałami Pastuchowa spotykamy się z ciekawą rzeczą - jeden za drugim , jak po sznurku szło ok. 30 ludzi. Byli to turyści z Zachodu. Gdy dowiedzieli się, że my jesteśmy z Polski to zacytowali „Jeszcze Polska nie zginęła". Do schroniska dotarliśmy bardzo wycieńczeni. Musimy uzupełnić braki płynów, kalorie. Po jakimś czasie zjawia się Bocian - zdobył szczyt!!! Gratulujemy mu. On na to, że założył się z ziomalem z dzielni o skrzynkę piwa, że wlezie na górę. Ziomek myślał, że to wielka dynia, a okazało się to małą banią (jakby powiedział Bocian). Ma jednak odmrożony nos. To wszystko przez wojskową kominiarkę, która ma dziurę na nosie. Robimy jedzenie, odpoczywamy. Pod wieczór robimy sesję fotograficzną - bardzo ładnie widać wierzchołki, z pióropuszami śniegu zdmuchiwanymi ze szczytu. Hiszpanie, będący w schronisku dziwią się z naszej radości. Okazuje się, że Polacy, którzy mieszkali w schronisku wcale nie wyszli na atak - dziwimy się. Ale takie już są komercyjne wyprawy - mają dużo szmalu, wypasiony sprzęt, ale za to prawie zero motywacji. Nagle przychodzi do nas kierownik polskiej wyprawy i pyta się czy coś wiemy na temat Szwedów, którzy szli na wierzchołek. My mówimy, że owszem wiemy, bo szli razem z nami i nieopodal naszego schroniska mieli rozstawiony namiot (ten sam namiot mijaliśmy na trasie z Mira do Beczek). Okazuje się, że jeden ze Szwedów spadł z rejonu szczytu i ma dosyć poważnie rozbitą głowę. Pod wieczór widzimy ratowników rosyjskich idących w tzw. gąsienicy na szczyt. Mają niezłe tempo - jeden je dyktuje i co jakiś czas się zmieniają. Zmęczeni idziemy spać.

13.06

Budzimy się inaczej niż w poprzednich dniach. Gdzieś zeszło to ciśnienie związane ze zdobywaniem szczytu. Pakujemy się, zwijamy graty. Na szczęście nie ma właściciela schroniska i nie musimy płacić za nocleg. Schodzimy w dół. Idzie się nam lekko, przyjemnie, jest ładna pogoda. Między Beczkami a Mirem trwają zawody narciarskie, działa wyciąg krzesełkowy. Schodzimy między zjeżdżającymi narciarzami. W Mirze pijemy piwo - pierwszy napój, w którym nie czuć śniegu. Wchodzi od razu, bez problemu. Nasze osłabione organizmy czują tę niewielką ilość alkoholu. Kręci się w głowie. Schodzimy do pośredniej stacji kolejki - cały czas idzie się super, świeci słońce. Na stacji robimy sobie przerwę. Otacza nas grupa młodzieży rosyjskiej. Koniecznie chcą mieć zdjęcie ze skałołazami lub, jak mówią inni, z alpinistami. Czujemy się co najmniej jak bohaterscy zdobywcy Mount Everestu. Schodzimy dalej, do Azau. Po drodze zbieramy kamienie - pamiątkę dla nas i naszych bliskich. Na dole skwar nie do wytrzymania, leje się z nas pot. Musi być z +20°C. Ciekawe czy się nie rozchorujemy, bo na górze było 40° mniej. Chwila odpoczynku w Azau, kupujemy pamiątki. Ja, opierając się o barierkę, brudzę się żółtą farbą. Złośliwość rzeczy martwych - przez cały atak byłem czysty jak łza, a tu całe spodnie ufajdane. Schodzimy do Terskołu. Tam już czeka na nas Budzik. Rozpakowujemy się, czyścimy graty. Dopiero teraz czujemy jak śmierdzimy. Opalamy się przed naszym białym domkiem. Zmęczeni idziemy dosyć wcześnie spać. Wreszcie normalne łóżko.

14.06

Budzi nas właścicielka białego domku - chce pieniądze za noc. Ciężko się wstaje z normalnego wyrka - człowiek by spał, spał i spał... Jemy śniadanie, już w miarę normalne. Bocian, Budzik i Pysiek idą w dolinkę pod Czegetem. Ja zostaję - chcę odpocząć, porobić porządki. Chłopaki wracają około 15. Robimy obiad, pakujemy się. Mamy mało pieniędzy, w związku z tym nie możemy dłużej zostać w Terskole. Mamy plan by iść w dół Doliny Baksanu, dzięki czemu zaoszczędzimy pieniędzy na późniejszym transporcie do Mineralnych Wód. Wychodzimy o 17. Idziemy wzdłuż malowniczej doliny, bokiem płynie rzeka. W pewnym momencie mija nas auto - łada niva, jak ich wiele tutaj. Auto zatrzymuje się i wychodzi z niego właściciel schroniska spod Elbrusa. Witamy się z nim serdecznie, a on nam mówi, że nie zapłaciliśmy za ostatnią noc na hiżynie (ros. u góry). Niestety musimy zapłacić, co wiąże się ze znacznym uszczupleniem naszych budżetów. Zostaje mi 200 rubli (~8$). Katastrofa, ale mam jeszcze rezerwę na czarną godzinę. Jesteśmy już znużeni marszem, robimy coraz więcej przerw, szukamy dobrego miejsca na rozbicie pałatki (ros. namiot). Na nasze szczęście na jednym z postojów zatrzymuje się stara łada. Bardzo sympatyczny pan oferuje nam podwiezienie - my na to mówimy, że dziengów niet. On jednak jest uparty i chcemy czy nie chcemy musimy się z nim zabrać. Mówi, że widział nas w Azau, jak schodziliśmy z góry - może dlatego był taki uparty. Ledwo mieścimy się w cztery osoby z bagażami. Dojeżdżamy do miejscowości Elbrus. Tutaj nas wysadza i nie bierze pieniędzy. Idziemy w górę doliny Adyl-Su w celu znalezienia kawałka płaskiej przestrzeni. Ale im dalej idziemy, tym żadnego kawałka nie widzimy. W końcu robi się zmrok. Idziemy w stronę jakiś zabudowań, tam może uda nam się rozbić namiot. Wchodzimy na posesję. Widzimy spalony dworek, baraki, domki - co to może być? Pytamy się pierwszą lepszą osobę gdzie tu można rozbić pałatkę. Mówi, że gdziekolwiek, ale tam dalej jest kierownik i on podejmie decyzję. Kierownik proponuje nam domek, w takiej samej cenie jak rozbicie namiotu. Jest super - bierzemy domek. Okazuje się, że znaleźliśmy się w ośrodku dla weteranów alpinizmu! Domki są skromnie urządzone - dwa łóżka i szafka w jednym pokoju i podobnie w bliźniaczym za ścianą. Budzik z Bocianem zajmują jeden, drugi Pysiek i ja. Szybko robimy coś do jedzenia i idziemy spać.

15.06

Jest fajnie. Znaleźliśmy się w ośrodku dla weteranów alpinizmu - to coś szczególnie dla nas. W końcu mamy odmrożenia - Bocian ma dosyć solidnie nos, Pysiek też nos, a ja czoło i nos. Kierownik wziął od nas śmieszne pieniądze - 40 rubli od osoby. Myślimy, że może zostaniemy tutaj dłużej, bo pociąg mamy dopiero za cztery dni. Idziemy do wioski po zakupy - chleb za 8 rubli, napój gazowany za 10 i coś na chleb za 20. Razem wychodzi 24 ruble na głowę. Na więcej nas nie stać. Cały dzień spędzamy na grze w karty i odpoczynku. Obserwujemy również kolejne nowe inwestycje kierownika i jego zespołu. Salwy śmiechu wywołuje w nas kopanie dołu i przeciąganie jakiegoś kabla. Zatrudnione przy tym są tylko kobiety - widać, że w równouprawnieniu Rosja jest daleko przed nami... Nagle wielkie poruszenie wśród obsługi bazy. Zjawia się straż graniczna, która chce od nas paszporty. My grzecznie pokazujemy wszystkie dokumenty (registrację i paszport). Widząc nasze zmęczone i odmrożone twarze dają nam spokój. Dziwnie, że nie chcą łapówki, zwłaszcza, że znajdujemy się w strefie nadgranicznej, w której wymagane jest specjalne zezwolenie (tzw. propusk). Po wizycie mundurowych przychodzi do nas sąsiad - Rosjanin, alpinista. Do późnego wieczora studiujemy mapy najbliższych okolic. Po trzech godzinach jesteśmy znużeni opowieściami Rosjanina.

16.06

Budzimy się ok. 10. Dobrze się nam tutaj śpi. Wychodzi na to, że po 12 godzin na dobę. To dobrze, zwłaszcza, że nasze jedzenie składa się z dwóch części: rano chleb, konserwa i herbata, a wieczorem zupka chińska. Nasz dzień składa się z dwóch standardowych części: rano wycieczka do sklepu, śniadanie i gra w karty. Po południu Bocian z Budzikiem idą do jednej z dolinek otaczających miejscowość Elbrus. Ja i Pysiek odpoczywamy. Przychodzi nasz znajomy Rosjanin i proponuje, że podwiezie nas do sklepu, bo sam jedzie po mleko dla dziecka. Oczywiście bardzo chętnie się zgadzamy, pomimo, że nie mamy prawie ani kopiejki przy duszy. Wsiadamy do dobrze utrzymanej łady nivy i pędzimy w górę doliny Baksanu. Sklep to mała budka w której można kupić wszystko. Dwóch sprzedawców od razu zagaja rozmowę z nami. Gdy się dowiadują, że my z Polszy to od razu wyciągają półlitrówkę wódki na zapleczu i zapraszają nas do wypicia kielonka. Wódeczka jest dobra, a zagrycha jeszcze lepsza - pomidory, ogórki, super twaróg domowej roboty. No ale cóż, kielonek wypity to trzeba wypić kolejnego. Pojawia się żona jednego ze sprzedawców, oczywiście zaczyna pić i wznosić toasty (za drużbę między narodami, za Polszę, za Kavkaz, etc.). Wódka zaczyna działać na nasze osłabione organizmy. Kupujemy jakiś suche bułki, robimy pamiątkowe zdjęcia ze sprzedawcami - Mustafą i ... Ach te muzułmańskie imiona. Nie pamiętamy jak się nazywał. Jedziemy z powrotem, po drodze zahaczając o źródła górskiej wody - naprawdę jest smaczna. Chłopaki wrócili z doliny i są zdziwieni, że nam się udało za darmo napić wódki. Wieczorem rozpalamy ognisko. Nasz przyjaciel z Rosji znowu zanudza nas swoimi opowieściami.

17.06

Dzisiaj zamierzamy opuścić bazę Adyl-Su i udać się niżej w dolinę. Rytm dnia standardowy - śniadanie, sklep, karty. Ok. 15 żegnamy się z kierownikiem ośrodka - mówi, żebyśmy przyjechali tu z jakąś grupą. Próbuje nas namówić na biznes: my mu przywieziemy grupę, a on podzieli się z nami zyskami. Idziemy szosą w dół doliny. Idzie się ciężko, z powodu niemiłosiernego upału i twardego asfaltu. Gdzieś w połowie drogi między Adyl-Su a Wierchnim Baksanem zatrzymuje się furgonetka. Dwóch młodych chłopaków mówi, że nas podwiozą i nie chcą za to żadnych pieniędzy. Mówimy, że chcemy dojechać tylko do Wierchniego Baksanu. Pakujemy się na furę i pędzimy aż do Tyrnyauzu. W Tyrnyauzie mieliśmy być 18 czerwca, ale skoro nadarzył się transport to skorzystaliśmy z niego czym prędzej. Miasto robi ponure wrażenie - pełno dziwnych ludzi kręci się po ulicach, domy są szare ponure, a nad miastem góruje kopalnia wolframu. Nowo poznani kierowcy pytają się czy byśmy się nie napili z nimi piwa. Mówią, że zaraz skoczą samochodem do sklepu po piwo, tylko mamy im dać 100 rubli. Budzik daje im pieniądze. Odjeżdżają, ale już więcej się nie pojawiają. Ludzka naiwność. Skroili nas jak dzieciaków. Musimy znaleźć sobie jakieś miejsce na rozbicie namiotu. Nie jest to łatwe, bo Tyrnyauz leży w dolinie (od południa i północy otoczony jest górami). Idziemy więc w górę doliny. Nie jest to przyjemne, zwłaszcza, że idą za nami typy spod ciemnej gwiazdy. Gdzieniegdzie na ulicach grupki piją alkohol. Jest już zmrok, a my nadal nie mamy znalezionego miejsca na namiot. W końcu wchodzimy na teren jakiegoś obiektu, który wygląda jak remiza straży pożarnej. Okazuje się, że jest to zakład doskonalenia zawodowego. Chcemy rozbić namiot na terenie zakładu, tuż za ogromnymi samochodami ciężarowymi. Uprzejma portierka mówi, że musi przedzwonić do naczelnika, bo sama nie może podjąć decyzji. Naczelnik się zgadza i rozbijamy się za samochodami. Jest to o tyle istotne, że w mieście nie jest bezpiecznie - łatwo można stać się ofiarą napadu. Portierka przynosi nam ciepłą herbatę, koperek (na terenie zakładu znajduje się ogródek z zieleniną). Kolacja z zieleniną smakuje wyśmienicie. Szybko idziemy spać. Jednak jest to ciężka noc, bo 2 metry od naszego namiotu swoją budę ma pies. Gdy tylko ktoś przechodzi obok bramy to wyje niemiłosiernie. Do bazy przyjeżdżają również w nocy samochody - widać, że jest to także parking strzeżony.

18.06

Wstajemy o 7. Chcemy jak najszybciej opuścić to nieciekawe miasto. Pakując się odkrywamy, że za naszym namiotem jest wielkie składowisko jakiś łupków. Bierzemy kilka z nich na pamiątkę. Gdy wychodzimy z zakładu to portierka życzy nam szczęśliwa. Idziemy przez to nieciekawe miasto. Dzisiaj chcemy się dostać do Mineralnych Wód. Dowiadujemy się, że z Tyrnyauza jeżdżą autobusy do Mineralnych Wód. Jednak nie możemy znaleźć przystanku. Ciekawe, czy tutaj jest coś takiego. W końcu dochodzimy do miejsca skąd odjeżdżają autobusy. Okazuje się, że do Mineralnych Wód nic nie jedzie, natomiast za pół godziny będzie autobus do Nalczika. To w sumie się dobrze składa, bo w Niżnim Baksanie wysiądziemy i zrobimy przesiadkę na autobus do Mineralnych. Nadjeżdża autobus, graty ładujemy do luków. Autobus wygląda okropnie - porozwalane siedzenia, brudno, śmierdzi spalinami. Ale na szczęście jest niedrogi i wiezie nas bezpiecznie do celu. Po drodze są tzw. posty - kontrole milicji. Autobusów z reguły nie zatrzymują na nich. Wysypujemy się na końcu doliny Baksanu, kierowca kasuje nas na 50 rubli od głowy. To niedużo jak za 70 kilometrowy odcinek. Idziemy przez skrzyżowanie, milicjanci z postu machają nam przyjaźnie. Wprost niewiarygodne. Za skrzyżowaniem odpoczywamy i łapiemy autobus. Po ok. godzinie udaje się nam złapać autobus relacji Nalczik - Mineralne Wody. Znowu bez problemu przejeżdżamy przez posty. Na uwagę zasługuje przydrożna sprzedaż mioteł - co kilkadziesiąt metrów stoją przydrożni sprzedawcy. Po południu dojeżdżamy do Mineralnych. Kierowca wysadza nas przy głównej ulicy prowadzącej do dworca. Chce 150 rubli, ale targujemy się zaciekle - ostatecznie cena zostaje obniżona do 100. Wiemy, że każdy rubel, przy naszych skromnych oszczędnościach, jest na wagę złota. Idziemy w stronę dworca. Po drodze kupujemy jakieś jedzenie i picie. Dworzec będzie naszym miejscem mieszkania przez najbliższe 30 godzin. Jest bardzo bezpiecznie, kręci się dużo mundurowych. Lokujemy się w poczekalni po lewej stronie. Jest dosyć nowoczesna - wygodne fotele i duży plazmowy telewizor na którym będziemy oglądać mecze piłkarskie w ramach Euro 2004. Idziemy kupić coś do dużego sklepu obok dworca. Jest dobrze zaopatrzony, a największe wrażenie robi kolekcja alkoholi. Miasto sprawia wrażenie uzdrowiska - w końcu jego nazwa nie jest przypadkowa. Kolację spożywamy w poczekalni. Rozmawiamy z młodymi chłopakami, którzy jadą na Syberię odbyć 2-letnią służbę wojskową - ci to mają przerąbane, bo na Syberię będą jechać tydzień czasu. Oglądamy mecz Włochy - Szwecja. Schodzą się przeróżnej maści przekupki - oferują gazety i różne pierdółki. Gdy zapada noc do poczekalni przychodzą bezdomni, kloszardzi, podróżni. Śpimy razem z nimi - jednak jest to przerywany sen, bo trzeba uważać na nasz dobytek. Co chwilę słychać, jak przez megafony zapowiadane są pociągi.

19.06

To już dziś. Wreszcie wsiądziemy do pociągu i pojedziemy do Polski. Jednak jest dopiero rano, a pociąg mamy o 22:48. Przez te godziny trzeba się czymś zająć. Wychodzimy więc na powietrze - lokujemy się na ławkach przed dworcem. Pogoda jest piękna, słoneczna. Pilnujemy naszych plecaków na zmianę - najpierw jedna dwójka idzie na miasto, potem druga. Przysiadają się do nas Cyganie z Władykaukazu. Są sympatyczni, ale trzeba uważać. Pytają się Pyśka czy przyjechał na Kaukaz szukać żony. Zastanawiamy się o co chodzi? Okazuje się, że nasz Pysiek wygląda dokładnie jak Cygan - ma śniadą, opaloną ceręJ. Pytają czy Pysiek mieszka może w szałasieJ. Idziemy z Pyśkiem do miasta, robimy ostatnie zakupy - coś do jedzenia, napoje oraz wódkę, którą zawieziemy do Polski. Gdy wracamy na dworzec Bocian mówi, że milicja coś od nas chciała. To niedobrze. Musimy zgłosić się do milicjantów z OMON-u (siły specjalne), którzy siedzą przy wejściu do poczekalni. Chcą od nas paszporty, jakieś papiery, dokładnie wypytują co tutaj robimy. Chcą marszrutkę - czyli trasę naszej podróży. Pokazujemy im plan, który wydrukowaliśmy w Gdańsku. Przyczepiają się do tego, że powinniśmy jechać przez Nalczik. Jednak wyczuwamy, że nasze papiery są w porządku, a oni chcą po prostu wyciągnąć od nas łapówkę. Wobec tego bierzemy ich na przetrzymanie. Olewamy ich zupełnie, bo do pociągu mamy jeszcze 7 godzin. Rozkładamy plecaki koło nich, wyciągamy karty i nie interesujemy się zupełnie sytuacją, śmiejemy się z tego wszystkiego. Woła mnie jeden z OMON-u. Wesołowski - chodźcie pogadać. Od razu czuję, że chodzi o łapówkę. Zaczynam mu opowiadać, że my to biedne studenty z Polszy, że musieliśmy przez dwa lata ciężko pracować, żeby wyjechać na wyprawę, że dziengów nie mamy. Rozmowa nie przynosi rezultatu i milicjant każe mi oddychać („oddychajcie") - czyli iść do kolegów. Znowu gramy w karty i kręcimy bekę z OMON-u. Milicjant wywołuje nazwisko: Wesołowski chodźcie ze mną. Idziemy na zewnątrz. Tym razem milicjant mówi, że: my wam pomożemy, jeśli wy nam pomożecie. Coś zaczyna przebąkiwać o 5$ od głowy. Zaczynam go zwodzić, że mamy w portfelu po 1$, a za to musimy jeszcze dojechać z Brześcia do Gdańska. Mówię, że mogę przynieść portfel. Wcześniej schowałem wszystkie pieniądze do plecaka, stąd mogłem się porwać na takie zagranie. Omonowiec znowu każe mi oddychać. Po jakimś czasie woła powtórnie. Rozmowa zeszła na temat wojska, służby w OMON-ie, Syberii i Morza Czarnego. Milicjant nie mógł zrozumieć czemu wolimy iść do góry w mrozie, w niedogodnościach, niż pojechać na plażę, nad Morze Czarne. Oczywiście jest stałe hasło - łapówka. Jednak milicjant nic nie może wskórać - każe oddychać. Gdy gramy w karty, to w pewnym momencie dzieje się rzecz niewyobrażalna. Bez żadnego „ale" odzyskujemy paszporty. Śmiejemy się do rozpuku z pokonania rosyjskiego łapownictwa. Jak tak dalej pójdzie to nie zapłacimy ani rubla łapówek. Jeszcze parę godzin i będzie nasz pociąg. O 22 ustawiamy się na peronie. Już mamy dosyć rosyjskich służb mundurowych. Punktualnie o 22:15 pociąg wtacza się na peron. Mamy wagon nr 19, na końcu składu. Szybko odnajdujemy nasz zaułek - wreszcie normalnie się wyśpimy. Rozpakowujemy się, idziemy się myć. Pociąg rusza. Bardzo szybko zasypiamy.

20.06

Budzi nas milicjant, który sprawdza dokumenty w pociągu. Pokazujemy mu paszporty, oddaje bez problemu po chwili. Kiedy skończą się te kontrole? Jesteśmy w Rostowie nad Donem. Tutaj odczepiono nas od składu jadącego do Moskwy i o 13 będziemy dołączeni do składu jadącego z Adleru do Brześcia. Stoimy na bocznicy. Do 13 opalamy się na zewnątrz, kręcimy się w okolicach stacji. Nie chcemy iść gdzieś dalej, by nie natknąć się na nieprzyjemności ze strony milicji. Dla zabicia czasu gramy w karty. O 13 podłączają nas do adlerowskiego składu. Mamy pietra, bo pociąg będzie dalej jechał tuż przy granicy z Ukrainą, a nawet wjedziemy na jej kawałek. Znowu mogą być nieprzyjemności ze strony służb granicznych. Na stacji przed granicą widzimy pograniczników, jednak nie wchodzą do naszego pociągu. Przez Ukrainę przejeżdżamy pełną prędkością pociągu. Cały czas gramy w karty, leżymy, odpoczywamy. Wiemy, że już za dwa dni będziemy w Polsce. Odliczamy kolejne stacje. Wszystkie dworce są niemal sterylnie czyste. Podczas 20-30 minutowych postojów opuszczamy wagon, by przejść się po peronie. Nadchodzi wieczór, idziemy spać.

21.06

21 czerwiec to nasz ostatni dzień w Rosji. Gdzieś około północy przestawimy zegarki o godzinę wstecz. Będziemy już coraz bliżej naszych bliskich. Pociąg do znudzenia jedzie i staje, jedzie i staje, jedzie i staje. Z tym małym wyjątkiem, że dzisiaj ciągnie nas lokomotywa spalinowa. Nie jest to żadna niedogodność, bo pędzi jak nasz polski ekspres. Cały dzień spędzamy na grze w karty, leżeniu, robieniu czaju z samowara. Serioża zagaduje jakąś Rosjankę - mamy z tego bekę. Strzelamy im pamiątkową fotę. Pod wieczór jesteśmy świadkami niecodziennego wydarzenia. Na peronie stoi więźniarka. Pewnie będzie transport jakiegoś skazańca. Po dwóch stacjach cała sprawa się wyjaśnia. Gdy wjeżdżamy na peron to stoi kilkudziesięciu mundurowych, kałasznikowy mają odbezpieczone, pewnie będą strzelać. Po kilkudziesięciu minutach po ruszeniu ze stacji pociąg staje w leśnych ostępach. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie stada olbrzymich komarów, które nas zaatakowały. To musi być już Polesie, do domu więc coraz bliżej. Gdy zasypiam to myślę o poleskim Pińsku, gdzie wychował się mój dziadek - ciekawe, czy go też tak komary cięły latem.

22.06

Budzę się w nocy. Sen mam nerwowy. Nie mogę uwierzyć, że to już dzisiaj ujrzę bliskich, że będę mógł bez problemu porozumieć się w sklepie... Nie mogę się doczekać spotkania z Beatą. Zastanawiam się jak będzie wyglądała pierwsza chwila jak się spotkamy - czy będzie to na stacji, czy może w Hiltonie. Pociąg jedzie jak oszalały, mam wrażenie, że zaraz wyleci z szyn - trzęsie nim jak furmanką na polnej drodze. Napięcie i radość wzrasta coraz bardziej. Zaczynamy się pakować. Kobiety w wagonie urządzają istną rewię mody - taki widać zwyczaj Rosjanek, że przed wyjściem z pociągu stroją się jakby szły na randkę. Punktualnie o 10:10 wjeżdżamy na stację w Brześciu. Musimy się sprężać, bo o 11:20 mamy pociąg do Terespola. Szybko więc wymieniamy dolary na ruble białoruskie, kupujemy bilety i udajemy się do odprawy paszportowej. Za ostatnie 500 rubli kupuję pierożka - w tym samym miejscu co trzy tygodnie temu. Tłum przed odprawą bardzo duży - pełno białoruskich przekupek pcha się do odprawy. Przekupki proponują nam, żebyśmy przewieźli im wódkę i papierosy przez granicę - nie zgadzamy się, odpowiadamy, że sami mamy za dużo naszego. Przed odprawą musimy jeszcze wypełnić jakiś druk celny, niestety napisany cyrylicą, stąd pomaga nam jedna handlarka. Przez odprawę celną przechodzimy raz dwa. Schody zaczynają się przy odprawie paszportowej. Pogranicznik mówi nam, że mamy wnieść opłatę ekologiczną. Zdębieliśmy zupełnie. Jaka opłata? Za co? Płacimy po 2$ od głowy i mamy spokój. Tak wygląda ostatni kontakt z mundurowymi w Zbirze (Związku Białorusi i Rosji). Wchodzimy do pociągu - miejsca są numerowane. Przekupki znowu pytają nas czy nie przewieźlibyśmy im alkoholu i papierosów. Zgadzamy się, wkurzeni na opłatę ekologiczną. Za przewiezienie otrzymamy po 1$. Kobieta ucieszyła się jak skowronek i popędziła zaraz do sklepu wolnocłowego. W wagonie obserwujemy niezwykłą scenę - Białorusinki pakują papierosy i wódkę do różnych skrytek, najlepsze są te w rejonie WC. Gdy pociąg rusza to od razu łapiemy polskie sieci komórkowe. Radość tym większa, że smsy i rozmowy będą o wiele tańsze. Punktualnie o 11:33 przejeżdżamy Bug, widzimy polskie słupki graniczne. Nareszcie! Wszystko zaczyna wyglądać jakoś swojsko. Polska! Pociąg wjeżdża na stację w Terespolu. Machamy do polskiego strażnika granicznego. Okazuje się, że kontrola paszportowa i celna odbędzie się w pociągu. Jesteśmy wyluzowani, bo nasi chyba nas wpuszczą. Fajnie jest znowu usłyszeć polską mowę. Czujemy się wreszcie dowartościowani, po tym jak traktowano nas jako innostrańców. Polski pogranicznik nic do nas nie ma - czepia się tylko obywateli wschodu. Wpadamy w małą konsternację, bo pociąg do Warszawy mamy o 11:17, a tu już dochodzi 11. Gdy wchodzi Służba Celna to podchodzę i pytam się czy nie dałoby rady być szybciej odprawionym, bo zaraz mamy następny pociąg. Celniczka mówi, że nie ma problemu i każe nam do niej podejść. Pyta się co mam w plecaku. Ja na to odpowiadam, że namiot i brudne skarpetki, a w ręku mam reklamówkę z alkoholem i fajkami, bo to ostatnia możliwość zrobienia zakupów bezcłowych. Pyta się jeszcze o to, czy mam kawior i narkotyki. Jestem wolny. Ostrożnie schodzę na polski peron... Cieszę się jak dziecko, że już jestem z powrotem. Rozliczamy się z przekupkami. Szybko pędzimy do kasy i kupujemy bilety, od razu do Gdańska z przesiadką w Warszawie Wschodniej. Jest przy tym trochę problemów, ale o 11:15 wskakujemy do pociągu. Tylko Bociana nie ma, gdzieś się zawieruszył. Jesteśmy nerwowi, ale o 11:17 Bocian wskakuje do wagonu. Kupił polski chleb i polską colę. Chleb smakuje wyśmienicie, cola zresztą też. Podróż do stolicy przebiega bardzo szybko. Co chwilę rozmawiamy przez komórki. Punktualnie o 14:22 jesteśmy na Wschodniej. Mamy jeszcze trochę czasu, więc kupujemy sobie pączki i drożdżówki. Sześć pałaszuję niemal na miejscu. O 14:37 ruszamy do Gdańska. Podróż przebiega bez żadnych problemów, tylko współpasażerowie nas opuszczają. Ciekawe dlaczego? Pewnie pachniemy niezbyt atrakcyjnie. Mijamy Ciechanów, Działdowo, Iławę. Gdy jest już Malbork to czujemy się jakbyśmy byli w domu. W Tczewie wysiada Budzik. Robimy pamiątkowe zdjęcie. Przez fotę o mały włos by nam odjechał pociąg. W Gdańsku Głównym nasze wielkie kółko się zamyka. Wysiada Pysiek i Bocian. Zostaję w przedziale sam. Z Beatą umówiłem się w akademiku - nie chcę by widziała mnie takiego brudnego, śmierdzącego. Wrzeszcz wita mnie ciepłym deszczem. Cieszę się, że tu jestem, ale jakoś do końca nie mogę w to uwierzyć. Czekam na Tatę, który ma po mnie przyjechać. Już jestem w domu. Rozpakowuję się. Myję. Włączam komputer (jak dziwnie). Rozmawiam się z Beatą na GG. Jem kolację. Wychodzę. O 22, nieogolony, wchodzę do 97.

P.S.

Nie zapłaciliśmy ani kopiejki na łapówki dla Rosjan. Skroili nas jedynie Ukraińcy. Było to przykre, zwłaszcza, że Ukraina aspiruje do Unii Europejskiej.

Mieliśmy dużo szczęścia. Pogoda nam dopisała, wszystko się w miarę ułożyło. Była to nasza pierwsza poważna wyprawa. Mogło być różnie. Nie mieliśmy doświadczenia górskiego poza Tatrami i Beskidami. Zepsuł się nam GPS. Tak naprawdę to do po dziś dzień nie zdajemy sobie sprawy, że stąpaliśmy po bardzo cienkiej linie zawieszonej gdzieś wysoko, z której można było w każdej chwili spaść...

Po powrocie dowiedziałem się, że podczas ataku szczytowego, z rejonu wierzchołka, spadł jeden ze Szwedów, z którymi szliśmy na szczyt. Zginął. To po niego była ta ekspedycja, którą widzieliśmy spod naszego schroniska.

Więcej z Europy