podróże, wyprawy, relacje
ARTYKUŁYKRAJEGALERIEAKTUALNOŚCIPATRONATYTAPETYPROGRAM TVFORUMKSIEGARNIABILETY LOTNICZE
Geozeta.pl » Spis artykułów » Azja » Varanasi - najświętsze miasto Indii
reklama
Dominik Cwajda
zmień font:
Varanasi - najświętsze miasto Indii
Geozeta nr 10
artykuł czytany 15832 razy
Miejscowość naprawdę zachwyca... tak bardzo, że niektórzy decydują się tu pozostać na dłużej. Przykładem może być młoda Niemka z Berlina, którą poznajemy podczas naszego pobytu. Oczarowana atmosferą postanowiła zamieszkać w Varanasi na dłużej. Poślubiła Hindusa i dziś pomaga mu prowadzić sklep, w którym, notabene, kupuję bawełnianą koszulę. Porzuciła studia, dom, rodzinę, swoje miasto i dziś, jak mówi, jest bardzo szczęśliwa.
Varanasi, pomimo całego swego zgiełku, jest miejscem, w którym można się wyciszyć. Czas biegnie powoli, a wręcz stoi nieruchomo. Nie ma pośpiechu i szamotaniny, każdy wykonuje swoje obowiązki i dba o przyjemności w jednakowym tempie. Odnosi się wrażenie, jakby prawa czasu obowiązywały jedynie do granic miasta. Przeciskając się przez ciasne zaułki starej części Benaresi mamy szansę obserwować jak toczy się życie, charakterystyczne również dla całych Indii. Sprzedawcy siedzą lub leżą w swoich sklepach i ze szczerym uśmiechem zachęcają do odwiedzin. Na tych, którzy dali się skusić i odwzajemnili pozdrowienie, czeka czaj, czyli słodka herbata z mlekiem i przyprawami. Półgodzinne targowanie należy do dobrego tonu i zapewnia satysfakcję obydwu stronom. W tym czasie pozostali sprzedawcy drzemią lub rozmawiają z przyjaciółmi, a ich dzieci ganiają psy. Te, które tego nie robią, próbują sprzedać turystom pomięte pocztówki lub naciągnąć ich na parę rupii. Większość dzieci, jeśli nie jest w szkole, musi ciężko pracować. Jednak na małych, zmęczonych twarzach nie widać smutku i trosk spowodowanych trudnymi warunkami życia. Uśmiech jest wiernym towarzyszem i najlepszym przyjacielem. Co kilka metrów mijamy żebraka lub kalekę proszącego o łaskę. Ten widok jest w stanie poruszyć na początku każdego, jednak po jakimś czasie staje się on kolejnym elementem tutejszej codzienności. Jak ktoś powiedział: "znieczulica jest najlepszym lekarstwem". Może wydaje się to brutalne, ale taka jest prawda. Dla zbytnio wrażliwych przygoda w Varanasi może skończyć się bardzo wcześnie. Mijamy święte krowy, których jest tu bez liku. Jedne chude i karłowate szukają resztek pożywienia w stertach śmieci, inne olbrzymie i zapasione leżą nieraz w poprzek uliczek i spokojnie śpią. Nieliczni je przepędzą, większość stara się obejść zwierzęta. Świętość należy uszanować, a krowa należy do tych naczelnych - szczególnie tutaj. Kiedy uda nam się pokonać przeszkodę w postaci krowy, dalej możemy rozkoszować się tym, co oferuje nam miasto. Mijamy liczne restauracyjki (w których warto skosztować zarówno kuchni miejscowej, jak i światowej, a wszystko to za parę rupii), bary, herbaciarnie, ciastkarnie i kramiki z jeszcze tańszymi cudami sztuki kulinarnej. Obok ludzie, w pocie czoła, pracują w warsztatach rzemieślniczych z zeszłego stulecia i posługując się prymitywnymi narzędziami produkują przedmioty codziennego użytku, takie jak: ubrania, metalowe naczynia, ozdoby domowe i wszystko to, z czym zadowoleni turyści wracają do kraju. "Życie" wylega na ulice i to jest właśnie najpiękniejsze. Nikt nie zamyka drzwi i okien domostw, nikt nie strzeże swojej prywatności za wszelką cenę. Przechodzień może bez skrępowania oglądać wnętrza domów i słuchać tętniącego w nich gwaru.
Niezliczony tłum przelewa się arteriami miasta aż do późnej nocy, po czym pozostają jedynie ci, których los związał z ulicą. Szeroka aleja prowadząca do głównego ghatu Dasahwamedh zamienia się w wielką sypialnię. Bezdomni mieszkańcy Varanasi szukają wygodnego legowiska w bramie, pod ścianami budynków lub wprost na asfalcie. Obok drzemią już krowy i wszechobecne kundle. Zbudzą ich wczesne zawodzenia kapłanów i wierni spieszący powitać dzień nad Gangesem. Teraz lepiej im nie przeszkadzać. Miniony dzień był dla nich zapewne męczący.
Decydujemy się udać na ghat Manikarnika. Jest to główny ghat, na którym Hindusi dokonują kremacji swoich zmarłych. Przez 24 godziny na dobę, na stanowiskach kremacyjnych płonie ogień, a w niebo strzela słup dymu. Wokół roznosi się mdły zapach palonych ciał. Na dwóch tarasach mieści się do ośmiu ognisk, których pilnują czarni od sadzy palacze - ludzie z kasty nietykalnych. Jedynie oni mogą mieć bezpośredni kontakt ze zmarłymi.
Nim ciało zostanie dostarczone na miejsce palenia, grupa żałobników oprowadza je po uliczkach starego miasta. Zwłoki, owinięte w całun, są transportowane na bambusowych noszach przez domów, również ludzi z najniższej kasty. Za noszami kroczą tragarze z balami drewna. Drewno jest w Indiach towarem deficytowym, co automatycznie podnosi jego wartość. Dlatego też, przed spopieleniem zwłoki waży się na specjalnej wadze, a następnie dokładnie wylicza ilość bali. Na to stać niewielu. Minimalny koszt kremacji oscyluje w granicach 2000 rupii (około 200 zł), a jest to suma, za którą większość Hindusów potrafi przeżyć parę tygodni. Każdy wierny marzy o tym, aby po śmierci zostać spalonym właśnie w Benaresie. Wiele biednych rodzin odmawia sobie podstawowych produktów i oszczędza pieniądze na godny pochówek dla swoich bliskich. Jednak nie wszystkim dane jest odejść z tego świata w tak piękny sposób. Ciała trędowatych i dzieci do dziesiątego roku życia nie podlegają kremacji. Hindusi wierzą, iż mogą one zanieczyścić ogień - jeden z boskich pierwiastków. Pytam jednego z obserwatorów widowiska (a może przyjść każdy, kto ma ochotę), dlaczego małe dzieci miałyby zanieczyścić ogień. Odpowiada, że nie rozumieją jeszcze aspektów wiary i otaczającego ich świata. Nie mają pojęcia, że wszystko dokoła nich jest darem od bóstw.
Kiedy żałobnicy dotrą już na ghat, zwłoki zanurza się w świętych wodach Gangesu, po czym palacze przygotowują palenisko. Proces kremacji trwa od 3 do 6 godzin, w zależności od wagi zmarłego i pogody. Przez cały ten czas rodzina i przyjaciele stoją w milczeniu i przypatrują się widowisku. Co zaskakuje najbardziej, to brak oznak jakiegokolwiek smutku i rozpaczy na twarzach żałobników. Wychowany w chrześcijańskiej kulturze, gdzie ludzie podczas takich chwil dają upust swoim emocjom i uzewnętrzniają żal, stoję zafascynowany i z podziwem patrzę na odzianych na biało Hindusów (biały jest tutaj kolorem żałoby). Niesamowite jak wiara pozwala człowiekowi tak łatwo godzić się z faktem śmierci. Pomijając aspekt religijny, czyli wiarę w wędrówkę duszy i odradzanie się jej pod inną postacią (nie zawsze ludzką), rodzina traci przecież kogoś bliskiego.
W Indiach, życie i śmierć kroczą po ulicach ramię w ramię. Ludzie rodzą się i umierają na chodnikach. Nikogo nie szokuje widok leżących na ziemi zwłok, jest to po prostu kolejny element tutejszej codzienności. Skłania to do głębszej refleksji nad religijnością Hindusów, a szczególnie w takim miejscu jak Benares. Liczne świątynie hinduistyczne, dżinijskie i muzułmańskie, ogromna ilość aśramów, świętobliwi sadhu (asceci, wyznawcy Śiwy lub Wisznu), wierni modlący się nad Gangesem lub przy ołtarzach głównych bóstw i w świątyniach, zapach kadzideł i śpiewy kapłanów - to wszystko sprawia, że religia staje się niemal namacalna. Ten, kto przybywa do Varanasi powątpiewając, opuszcza miasto utwierdzony w swej wierze.
Strona:  « poprzednia  1  [2]  3  następna »

górapowrót
kursy walutkursy walut
[Źródło: aktualny kurs NBP]
ZDJĘCIA