Wydanie internetoweEuropa

Rumunia. Sierpień - wrzesień 2001 r.

Andzej JudaRumunia

Jeśli lubisz góry, dobre piwo, nie masz dużo kasy i nie nastawiasz się na luksusy to dobrym rozwiązaniem będzie wyjazd do Rumunii.

Mapa trasy: Rumunia. Sierpień - wrzesień 2001 r.
Mapa trasy

Wprowadzenie:

Kraj jest bezpieczny. Byłem tam dwa razy. Pierwszy raz na studiach. Chodziliśmy po Górach Rodniańskich w północnej Rumunii. Był piękny październik roku 1995. Już wtedy byliśmy miło zaskoczeni tym krajem. Nie muszę chyba dodawać co myśli się w Polsce na temat Rumunii. Podobne zdanie o Polakach mają Niemcy czy Anglicy. Po prostu stereotypy. Sklepy są dobrze zaopatrzone. Pełno także knajp i pubów. Nie da się jednak ukryć, że to kraj biedny gdzie średnia zarobków to 100-115 dolarów. Podobno tyle... ale nie spotkałem nikogo kto by zarabiał "tak dużo".

Przed wyjazdem proponuję lekturę przewodników wydawnictwa Bezdroża "Bukowina kraina łagodności" oraz "Transylwania" no i oczywiście zawsze pomocna "Rumunia" Pascalla. Oprócz mnóstwa informacji w przewodniku po Bukowinie znajdziecie szczegółowy opis możliwości dojazdu do Rumunii.

Przy opisie podaje przelicznik jaki wtedy stosowaliśmy tj. 100.000 lei to około 2,5 USD tj. 10.000 lei to 1 zł ale tak było w 2001 r. a dolar stracił na wartości.

Pełny opis:

Wyjazd do Przemyśla, skąd kursowym autobusem obsługiwanym przez rumuńskiego przewoźnika (odjazd ok. 7.30 w środy, czwartki i piątki) wyjechaliśmy z 10 min. opóźnieniem. Przynajmniej kilka dni wcześniej należy zarezerwować miejsca i upewnić się przed samym wyjazdem czy kurs nie został odwołany. Informacja PKS w Przemyślu i zarazem możliwość rezerwacji biletów pod numerem 016-6785435. W autobusie oprócz nas czterech jechało też sporo rumuńskich Polaków - studentów, pracowników, handlarzy. Z niektórymi osobami jak np. z Ryśkiem - studentem informatyki z Torunia (pochodzącym z polskiej wioski na Bukowinie - Kaczycy) nadal utrzymuję kontakt. Poznaliśmy też Krysie studentkę z Lublina (pochodzącą z miejscowości Gura Humourului), Antka pracującego koło Nowego Sącza (pochodzącym z Nowego Sołońca). Oprócz jeszcze kilku rumuńskich Polaków pracujących w Polsce reszta to Rumunii znający trochę polski. Ci którzy zajmują się handlem robią zakupy na stadionie X-lecia a następnie z dużym zyskiem sprzedają towar u siebie. Na przejściu w Medyce wszyscy musieliśmy zapłacić po jednym dolarze, podobno za ubezpieczenie. Normalnie kosztuje to 3-5 dolarów ale my płaciliśmy po jednym przy wjeździe na Ukrainę oraz po jednym przy wyjeździe. Wszystko się zmienia i w 2002 roku tego nie wymagano. Od 01.07.2003r. zmieniają się zasady i będziemy potrzebowali wizy na wjazd na Ukrainę (mają być jednak darmowe). Przejazd przez Ukrainę nie jest przyjemny dla oka. Biednie i szaro. Około 10.00 byliśmy na granicy ukraińsko - rumuńskiej. Mieliśmy do wyboru czekać jeszcze kilka godzin lub przejść przez granicę na piechotę i jechać dalej na własny koszt. Za radą Ryśka przeszliśmy granicę i po rumuńskiej stronie gdzie stały dwa busy wytargowaliśmy najkorzystniejszą cenę dotarcia do Kaczycy, polskiej wioski na Bukowinie. Za kurs zapłaciliśmy po 100.000 lei od osoby (wtedy około 10 zł). Wyjechaliśmy po 21.

Bukowina

Nocleg zaplanowaliśmy w Domu Poskim w Kaczycy wcześniej umawiając się telefonicznie z Panią Krystyną Czechaniuk. Wszelkich informacji można uzyskać w internecie, bowiem Dom Polski posiada własną stronę. Niestety przyjechaliśmy do Kaczycy na tyle późno, że w domu Pani Czechaniuk nikt nie otwierał drzwi więc nie wiedząc, że jesteśmy oczekiwani w "Domu Polskim" pojechaliśmy do Nowego Sołońca. Tam dzięki pomocy Antka, który jechał z nami przespaliśmy się u jego wujka. Rano okazało się, że oprócz nas, u tego samego gospodarza śpią również studenci z Wrocławia. Nowy Sołoniec to jedna z kilku polskich wiosek na Bukowinie, mająca największy procent Polaków ze wszystkich pozostałych. Polscy mieszkańcy Nowego Sołońca to potomkowie górali czadeckich. Mieszkają tam też Ukraińcy i Rumunii. Za nocleg z własnej inicjatywy zapłaciliśmy po 5 dolarów ale z czystym sumieniem można zapłacić dużo mniej. Tylko raz zapłaciliśmy więcej śpiąc w Braszowie. W Nowym Sołońcu proponuję pokręcić się trochę po wiosce i zobaczyć jak żyją tutejsi Polacy. Kolejne 2 noce spędziliśmy w Domu Polskim w Kaczycy. Warunki są skromne ale wystarczające. Jest łazienka, kuchnia i duża sala na 6 osób (piętrowe łóżka) plus pełno miejsca na podłodze. Jest też telewizor ( Polsat, TV Polonia ) oraz komp z internetem (nie wiem czy można go używać). Za dwie noce zapłaciliśmy w czterech 15 dolarów. Niesamowicie tanie jest piwo w tutejszej restauracji, która z wyglądu i wystroju przypomina te z zeszłej epoki. Knajpa jest położona przy głównej drodze i wchodzi się do niej po schodkach. Są też stoliki na zewnątrz. Piwo beczkowe jest po 80 groszy (6.000 lei). Moim zdaniem jest bardzo dobre. Już tylko dlatego warto tu przyjechać. Nigdzie indziej nie kupiliśmy piwa w tej cenie. Dobre jest też wino "Catnaru" za 60.000 lei. Dzięki pomocy Pani Krystyny wynajęliśmy kierowcę Niku Chorwata - mieszkańca Kaczycy. Niku zawiózł nas do malowanych cerkwi Voronetu i Humoru. Wejścia do monastyrów kosztują 20.000 lei a za filmowanie 30.000 lei. Należy nie pokazywać aparatu to zapłaci się taniej. Po drodze zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji "Moldovita" w Gurze Humourului (frytki, 2 rodzaje mięsa, pomidory, chleb zapychacz, wino, piwo Tuborg i naleśniki dla 2 osób zapłaciliśmy 600.000 lei (rachunek opiewał na 500.000 lei). Niku za swoje kilkugodzinne usługi wycenił się na 300.000 lei. Do teraz żałuje, że nie zrobiłem zdjęcia jego wspaniałej kilkunastoletniej Daczi z łysymi oponami i spalinami wydostającymi się z tych otworów, z których powinno nawiewać świeże powietrze. Zabawne było gdy wyłączał silnik przy zjeżdżaniu z każdej górki lub nawet na prostej, żeby spalić jak najmniej paliwa. To było niezapomniane przeżycie. A wieczorem kilka razy po... 6.000 lei... w restauracji jakich już coraz mniej w naszym kraju. Następnego dnia pojechaliśmy z Niku do kolejnych 2 monastyrów: Suczewity i Moldowity. W Suczewicie byliśmy jeszcze przed 9.00 i nikt nie sprzedawał biletów, więc mogliśmy sobie oglądnąć monastyr za darmo. Wracaliśmy przez Cimpulung gdzie wymieniłem funty (zarobione dzięki Concordii) na leie, zrobiliśmy zakupy przed wyprawą w góry i ruszyliśmy do hotelu pod górą Rarau. Niestety przy wyjeździe z miasta zatrzymała nas policja i Niku za łyse opony w Daczi zapłacił mandat. Wzięli mu też dokumenty. Pewnie dlatego Niku skasował od nas 700.000 lei za ten dzień, zapewne podwyższając koszty o mandat. Cóż, musieliśmy wziąć taksówkę i za 150.000 lei gość podwiózł nas do połowy drogi na Rarau twierdząc, że dalej droga jest nieprzejezdna. Oczywiście to nieprawda ale niech mu będzie. Resztę drogi pokonaliśmy na nogach (6 km) co nie było najprzyjemniejsze. Hotel nieciekawy. Pełno rozkrzyczanych ludzi wewnątrz hotelu i na zewnątrz. Wokół hotelu mnóstwo rozbitych na dziko namiotów. Do tego magnetofony włączone na full. Cena noclegu za 4 osoby 4800.000 lei (około 12 USD), bez łazienki. W cenę wliczone jest śniadanie co wyjaśniono nam rano gdy już wychodziliśmy z hotelu. W restauracji Piwo Ursus- 20.000 lei, a okropna ciurba z flakami 36.000 lei. Do zupy podają również paprykę, która jest niesamowicie ostra. Dobry sposób na zjedzenie a właściwie wypicie zupy. Ogólnie żarcie w hotelu jest kiepskie. Budynek ma 6 pięter; brak ciepłej wody. Wokół cabany-hotelu pełno śmieci, mnóstwo ludzi i wszędzie słychać głośną muzykę. Blisko hotelu jest wspaniały rezerwat "Skały księżniczki" z pionowymi skałami. Z cabany wychodzimy koło 10.00 czerwonym szlakiem na Giumalau. Po pół godzinie marszu drogą skręcamy w prawo i zaraz za zakrętem schodzimy z drogi na łąkę gdzie szlak oznaczony jest 2-metrowym słupem. Tuż przed skrętem obszczekało nas stado psów pilnujących owiec. Mieliśmy trochę stracha widząc zbliżającą się watahę (określenie nieco przesadzone) ale tyle się słyszało o pieskach w Rumunii! Dzięki nim Grześ mógł przetestować pierwszy i ostatni raz petardy przygotowane specjalnie na takie okazje.

Na Giumalau idzie się z Rarau 4,5 godz., następnie 5 godz. Do Vatry Dornei. Sam Giumalau jest nieciekawym szczytem. Głównie ze względu na duży brzydki betonowy krzyż. Na szczycie niespodzianka. Spotkaliśmy dwie samotne studentki: Anię i Mariolę z Nowego Barkoczyna - studentki IV roku pedagogiki z Gdańska oraz co nas mniej zachwyciło grupę młodych Rumunów z magnetofonem podkręconym na pełny regulator. Szlak do Vatry z Giumalau tylko na początku jest ciekawy. Idzie się połoninami a później cały czas przez las. Przy zejściu ze szczytu szlak jest źle oznaczony. Ale sobie poradzicie. Po chwili marszu rozwidla się na czerwony i żółty. My idziemy czerwonym. Następnie czerwony zmienia się na czerwone krzyżyki. Po 3,5 godz. docieramy do dużej polany na której stoi mały uroczy kościółek oraz duży dom. Tu można się zaopatrzyć w wodę. My rozbiliśmy się poniżej kościółka wśród z rzadka rosnących choinek. Z naszej polany do Vatry idzie się 1,5 godz. Szlak jest umiejscowiony nieco powyżej dużego domu. Początkowo lasem a później otwartymi polanani dotarliśmy do Vatry. Już blisko miasta szlak się urwał i na wyczucie schodziliśmy coraz niżej. Do miasta dostaliśmy się przez drewniany most nad rzeką Dornei. Zaraz za mostem wstąpiliśmy na piwo do marnego baru. Piwo Silva 10.000 lei. Bardzo dobre. Stąd do dworca 5 min. Autobus do Bikazu jest o 13.45 Za 130 km trzeba zapłacić 64.000 lei. Zdążyliśmy jeszcze zrobić zakupy i w drogę. W Brosteni autobus ma sporą przerwę (około 40min). Odjeżdża o 16.20 chociaż nam kazano przyjść już o 15.45. Mam czas więc zaliczamy kolejną knajpę. Silva z beczki 10.000 lei. Knajpa niezła jak na tutejsze warunki ale muzyka nie do zniesienia. Rumuńska wersja muzyki dyskotekowej i tutejszym najwyraźniej się podoba. Knajpa jest pod ogromnym parasolem, po drugiej stronie ulicy. Do Bikazu dojechaliśmy dopiero o 19.00. Po minięciu Brosteni autobus często się zatrzymywał. Co chwilę coś na lewo pakowali do bagażnika np. ziemniaki i po iluś tam km ktoś je odbierał. Droga nieciekawa. Dopiero po minięciu Poiana Teiului był fajny widok na jezioro i góry Ciahlau (już jest nowy przewodnik wydawnictwa Bezdroża). W autobusie objaśniał nam wszystko po angielsku młody Rumun oraz kierowca. Najlepiej powiedzieć kierowcy gdzie ma się zamiar dalej jechać i powinien wysadzić was w najlepszym miejscu. Niestety my nie mieliśmy już tego dnia autobusu i zabraliśmy się z jakimś młodym Rumunem do małego hoteliku przy głównej drodze do kanionu Bikaz. Pokoje będą udostępniane dopiero w następnym roku (więc teraz już pewnie jest) dlatego przespaliśmy się w pokoju barmanki Adriany. Zapłaciliśmy właścicielowi 200.000 lei. Ten minihotel z knajpą czynny jest 24 godz., dlatego w nocy może być trochę głośno. Adriana studiuje w Jassach angielski i musi zarobić na swoje utrzymanie. Pewnie dlatego nie była nigdy nawet nad morzem czarnym. Rano właściciel podwiózł nas pod kanion za darmo - jakieś 6 km.

Kanion Bikaz

Kanion ciągnie się na przestrzeni ponad 2 km. Nie wygląda na najgłębszy w Europie. Warto go zobaczyć ale szczerze mówiąc myślałem że jest większy. Cały kanion można przejść na piechotę poboczem drogi, bo jego środkiem biegnie ważna droga przez Karpaty. Podjeżdżając wozem - dodam, że konnym - dotarliśmy do Lacu Raszu. Tam w najlepszej restauracji, bodajże "Floare de colt" spędziliśmy miłe chwile jedząc i pijąc dość obficie. Bilet z Lacu Raszu do Braszowa kosztuje 450.000 lei za 4 osoby. Autobus spóźnił się około pół godziny. Przystanek nie jest oznaczony i należy pytać miejscowych gdzie się zatrzymuje autobus. Kierowca nie wydał mi 10.000 lei ale nie chcieliśmy się wykłócać i potraktowaliśmy to jako napiwek. Autobus był przepełniony i jechał niemiłosiernie wolno - 60, 70 na liczniku.

Braszów

Do Braszowa dojechaliśmy o godz. 19.15. Za pół godz. mieliśmy pociąg do Sybina ale postanowiliśmy zostać w Braszowie. Zaraz na stacji podszedł do nas gość z propozycją noclegu za 10 dolarów. Ostatecznie umówiliśmy się na 8 dolców. Eugeniusz mieszka niedaleko centrum i ma dość dobre warunki. Jednakże cena jest dość wysoka. Ale w takim mieście będzie wam bardzo trudno znaleźć coś tańszego. W pokoju obok nas mieszkali Portugalczycy, którzy następnego dnia jechali do Krakowa. Eugeniusz mówi po angielsku, francusku, niemiecku. Tel. 0040 092542581 lub mailem: rasina1968@yahoo.com
Adres: Eugen Rasina
Negoa Batoral
2200 Braszów
Neagoe Basarab. 1

W domu dobra, przyjazna atmosfera. Dostaliśmy od niego wizytówkę i mapę jak trafić do domu. Blisko jest kafejka internetowa. Wieczorem poszliśmy na miasto. Pizza i piwo z napiwkiem 100.000 lei. Na rynku trwał festiwal muzyczny. Na scenę wchodzili co chwila wokaliści z różnych krajów. Parę dni temu była tu Sindi Laufer. Rano śniadanie w Mcdonaldzie - frytki, kanapka, cola za cztery osoby około 60.000 lei. Warto wyjechać kolejką na wzgórze Timby (cena 30.000 lei od osoby), z którego roztacza się wspaniała panorama miasta i okolic. Widać cały Braszów, góry i wielką równinę na północ od miasto. Ale żeby to wszystko zobaczyć należy wykazać się sprytem ponieważ nie ma... tarasu widokowego. Należy pójść do głównej restauracji i grzecznie poprosić o pokazanie panoramy, coś zamówić i zaokrąglić rachunek z wdzięczności. Przy takiej scenerii piwo smakuje wybornie. Wychodząc z tej restauracji zobaczył nas tamtejszy kierownik i najwyraźniej nie był zachwycony tym, że zostaliśmy tam wpuszczeni. Żal nam tylko było innych turystów, którzy błąkali się wokół próbując znaleźć panoramę na zadrzewionym wzgórzu. Trudno jest naprawdę zrozumieć po co zbudowano kolejkę na wzgórze z restauracją na szczycie jak nie po to by podziwiać piękną panoramę. Tymczasem taras jest usytuowany z drugiej strony. W mieście warto też zobaczyć gotycki Czarny Kościół. Bilet 15.000 lei.

Następny etap naszej wyprawy to pasmo Fogaraszy.

Zrobiliśmy zakupy, spakowaliśmy się i na dworzec wpadliśmy w ostatniej minucie, dlatego bilety musieliśmy kupić u konduktora. Oczywiście kasa poszła do jego kieszeni. Za 4 osoby na trasie Braszów-Gara Sebes Olt zapłaciliśmy po drobnych targach 150.000 lei. Jechaliśmy od 14.15 do 17.20. Na dowidzenia pan konduktor powiedział nam ałwiderzejen myśląc pewnie, że jesteśmy Niemcami. W 40 minut marszu dotarliśmy do Sebesu de Sus i tu postanowiliśmy zanocować u jakiegoś gospodarza . Byliśmy atrakcją wieczoru. Nocleg poszukano nam bez problemu. Wieczorem poszliśmy się trochę rozerwać do knajpy, która jest oddalona sporo od centrum wioski. Tak jak i w całej Rumunii leci ta sama muzyka typu "folkdisco". Znamy je już na pamięć i po trzech rozluźniających berach jest całkiem przyjemnie. Czujemy się zintegrowani z tym krajem. Przy barze kilku wstawionych gości tańczyło pogo. W knajpie spotykamy Constantina, który załatwił nam nocleg i jego dziewczynę mówiącą trochę po angielsku. Dzięki niej dowiedzieliśmy się, że Cabana Suru spaliła się przez czyjąś nieumyślność ale w innym budynku są pomieszczenia do spania. Późno w nocy słychać było rozśpiewanych Rumunów powracających z baru. Rano obudziło nas stado krów z dzwonkami. Po porannym myciu w zimnej wodzie przy studni, śniadaniu z mlekiem uproszonym od babci i po zrobieniu kilku zdjęć z naszą gościnną rodziną ruszyliśmy wreszczie w góry . Do Cabany Suru dotrzeć można dwoma szlakami. My wybraliśmy szlak oznaczony czerwonymi kółeczkami. Szlak początkowo biegnie łagodnie drogą. Dopiero później przebiegając wzdłuż rzeki wije się to w górę to w dół. Przy pełnym obciążeniu jest naprawdę trudno pokonać trasę w przyzwoitym czasie. Być może druga trasa jest łatwiejsza. Z lasu wychodzi się na polanę przy której stoi szałas pasterzy. My pomyśleliśmy, że to resztki schroniska. Z polany dochodzi się mniej więcej w pół godziny do domku, który pełni teraz rolę spalonej 5 lat temu Cabany Suru. Przy Cabanie poznaliśmy miłego gospodarza schroniska. Sorin Lazar pochodzi z Bukaresztu, jest tu od roku i zajmuje się jego rekonstrukcją. Zaprosił nas do środka i poczęstował gorącą cherbatą z borówkami, która smakowała tak jakby ktoś dodał do niej miodu. Sorin nie mówił dobrze po angielsku ale nieco mogliśmy z nim porozmawiać. Mówił, że na stu turystów 80 jest z Polski. Z Cabany Suru na przełęcz pod Suru szliśmy od 14.15 do 17.30. Z Suru szli z nami Cica i Mircza z Kluża - Napoki. Dziewczyna pochodzi z Borszy więc pogadalismy sobie o górach rodniańskich. Sporo czasu zajęło nam rozbicie namiotu przy silnym wietrze. Nie wziąłem sznurków do namiotu ale wykorzystaliśmy ściągacze z naszych polarów. Stopniowo jak wychodziliśmy w górę razem z nami poprawiała się pogoda. Na przełęczy oprócz nas postanowiło zanocować dwoje Rumunów i troje studentów z Przemyśla tj. Maciek, Joanna i Andrzej. Razem przeszliśmy niemal do Bilea Lac. W nocy było dość zimno i wiał bardzo silny wiatr. Mimo, że namiot miałem obłożony kamieniami bałem się czy wytrzyma tę próbę. Rano okazało się, że namiot Rumunów jest połamany przez wiatr. Teraz na szczęście mamy piękną pogodę z lekkim wietrzykiem. W sam raz na wędrówkę. Wyruszyliśmy o 10.00 a o 11.00 byliśmy na szczycie Budislavu. Ze szczytu mieliśmy przepiękne widoki. Spokojnym tempem o 12.20 dotarliśmy do jeziora Avrig. Nie zdziwcie się ogromną stertą śmieci przy jezierze. W większości miejsc nadających się na postój jest pełno śmieci. O 14.45 dotarłem do schronu Salvamontu mogącego pomieścić 10 osób. Poniżej schronu ( 3 min w dół ) jest źródło wody pitnej. Lepiej uzupełnić zapas wody gdyż nie będzie gdzie jej nabrać przez wiele godzin. Cały czas mamy piękną słoneczną pogodę co sprzyja konwersacji na trasie z nowo poznanymi osobami.

Dwójka Rumunów bardzo się dziwiła, że w Tatrach nie można się rozbijać na dziko. Nie przemawiały do nich żadne argumenty. Noclegu w schronie nie polecam tym wszystkim, którym przeszkadza chrapanie. Jeżeli traficie na kogoś kto chrapie jak niedźwiedź, możecie mieć nieprzespaną noc i słabą formę następnego dnia, tak jak nasz kolega Rysiu, który nie wytrzymał w środku nocy i zaświecił latarką Rumunowi prosto w oczy ze słowami, których tu nie zacytuje. Jeżeli nie chce być w roli, którejś ze stron to lepiej rozbić namiot powyżej schronu. Następnego dnia wyszliśmy o 9.15. Widoczność robi się coraz gorsza bo podobno ma padać w całej Rumunii. Na następną górę doszliśmy o 10.25. Dobre tempo szybko się skończyło przy wejściu na grań bez łańcuchów, gdzie trzeba pomagać sobie podając plecaki. O 12.25 wszedłem na szczyt poprzedzający Nogoiu. Mamy teraz ładną pogodę. O 13.20 jako pierwszy z naszej grupy wszedłem na Nogoiu i miałem fantastyczną widoczność jak na ten nieco zamglony dzień. Czekająć na resztę grupy rozmawiałem z wieloma osobami na szczycie. Większość to Rumunii z Bukaresztu. Było też trzech leśników z Sigisoary, z którymi ja i Damian zrobiliśmy sobie zdjęcia. Gdyby nie zmęczeni koledzy, jeszcze tago dnia zszedłbym do trasy transfogaraskiej. O 15.00 wyruszyliśmy ze szczytu i o 16.00 żlebem Drakuli dotarliśmy do refugio nad jeziorem Caltun.

Aż do wieczoru utrzymywała się ładna pogoda. Za to w nocy wiał bardzo silny wiatr i padał deszcz. Naprawdę bałem się czy namiot wytrzyma. Z nad jeziora Caltun wyszliśmy o 11.00. Na Laitelul wyszliśmy o 12.00, skąd po pół godzinie ruszyliśmy w dalszą drogę. W końcu dotarliśmy do Bilea Lac gdzie odbiliśmy sobie trudy górskiej eskapady. Bilea Lac to miejsce gdzie trasa transfogaraska przecina góry. Porozstawiane są tu małe stoiska gdzie można się zaopatrzyć w prowiant. W hotelowej restauracji w trakcie ucztowania dosiadło się do nas dwóch studentów z Polski: Tomek i Damian - obaj z Jarosławia. Tomek studiował prawo w Rzeszowie więc mieliśmy wspólne tematy jako, że trzech z nas skończyło ten sam kierunek również w Rzeszowie. Chłopcy byli - jeśli można tak rzec - przejazdem, zaliczając co nie co w Fogaraszach i udając się w dalszą drogę do Grecji. Bawiliśmy się całkiem nieźle przy stole, suto zastawionym piwami. Pokusiłem się nawet z Tomkiem o taniec z dwoma Rumunkami przy dźwiękach muzyki z Maramuresz. Następnego dnia pożegnałem się z kumplami, którzy mieli już dość gór i razem z chłopakami z Jarosławia i Warszawy wyruszyliśmy w kierunku Cabany Podragu - najwyżej położonego schroniska w rumuńskich karpatach. Szliśmy w deszczu i mgle całe 5 godzin. Najszybciej buty przemokły Danielowi, który przyjechał w góry w.....trampkach i przez to niemiłosiernie ślizgał się na skałach. Niestety 5 godzin deszczu wystarczyło by większość rzeczy przemokła. Gdy wreszcze dotarłem do schroniska (prawie godzinę przed pozostałymi) przewitała mnie niezbyt miła pani oraz przeraźliwy ziąb nie ogrzewanego schroniska. Warunki są kiepskie. Do toalety lepiej nie zaglądać. Obsługa w następnym dniu się poprawiła, co jednak nie zatarło mego złego wrażenia z dnia poprzedniego, kiedy czułem się intruzem burzącym spokój pustego schroniska - nie licząc dwóch młodych parek z pobliskiej miejscowości Victoria, którzy najwyraźniej przyszli tu w jednym celu....Całe szczęście następnego dnia było przepiękna pogoda. Pozwoliło mi to wysuszyć ciuchy i w spaniałym humorze w 2 godz. 45min. zdobyć najwyższą górę Południowych Karpat - Moldoveanu. Zdobycie góry jest bardzo proste. Nie ma trudnych odcinków. Po drodze w niemal każdej dolinie widać było kierdle owiec, słychać nawoływania pasterzy. Piętra roślinności są podwyższone w porównaniu z naszymi dlatego często spotykało się pasące owce na wysokości 2200m. Na Moldoveanu byłem sam chyba z godzinę. Dopiero w drodze powrotnej spotkałem chłopaków z Jarosławia, którzy wychodząc na grań w drodze na Moldoveanu poszli... w przeciwnym kierunku przez co stracili sporo czasu. Czy oni w ogóle dojadą do Grecji? Jeszcze tego samego dnia, schodząc w promieniach słońca, przepiękną doliną Podragu, dotarłem w pobliże miejscowości Victoria. Jeżeli ktoś chciałby wyjść na szczyt tą drogą, to stanowczo odraczam, chyba że lubi wyzwania. Szlak jest naprawdę długi i męczący. Jeżeli nie macie dużo czasu, to polecam dojazd trasą transfogaraską do Bilea Lac. Noc spędziłem samotnie rozbijając namiot na dziko za mostem, gdzieś ze dwa kilometry przed miejscowością Victoria. Jedynym mankamentem był stukot maszyn dobiegający całą noc z pobliskiej fabryki. W Victorii rozmieniłem kasę w banku, gdzie poznałem Liviu Peciu mieszkającego na co dzień w Kanadzie. Przyjechał odwiedzić rodzinę ze swoją dziewczyną i tak był szczęśliwy z tego faktu, że cały czas był zalany. Mimo to na tyle kontaktował, że mogliśmy miło pogawędzić przy kolejnych browarkach. Z Victorii autobusem dojechałem do stacji, skąd miałem zamiar wyruszyć do Sybinu.

Sybin

Moja wrodzona łatwość nawiązywania kontaktów pozwoliła mi poznać Johna i Adriana. Obaj mieszkają w Sybinie, gdzie należą do tamtejszego klubu górskiego. Ta znajomość jak się miało okazać, pozwoliła mi miło spędzić kolejne 24 godz. w Sybinie. Dzięki uprzejmości rodziców Adriana nie musiałem kombinować z szukaniem noclegu. Dostałem pokój Adriana do dyspozycji. Kąpiel, odpoczynek i posiłek - tego potrzebowałem. Na rodzinnym obiedzie mama Adriana wspominała wyjazd do Polski w latach 80, biede i puste półki. Najzabawniejsze było pytanie, czy teraz jest lepiej w Polsce, czy dalej nic u nas nie ma. I kto by w Polsce w coś takiego uwieżył? Po odpoczynku wyruszyliśmy na miasto, gdzie dość szybko spotkaliśmy przyjaciół Johna i Adriana. Już całą grupą zrobiliśmy sobie niezły rajd po okolicznych pubach, oglądając międzyczasie mecz eliminacyjny do mistrzost świata Rumunia - Węgry. W czasie meczu widać było, że oba narody nie darzą się szczególną sympatią. Następnego dnia po zwiedzeniu Sybinu, gdzie za przewodnika służył mi Adrian, wyruszyłem do Sihgisoary. Sybin poza wspomnieniem mile spędzonego wieczoru w tutejszych pubach i serdeczności tutejszych mieszkańców, nie zrobił na mnie wrażenia. Miasto moim zdaniem można spokojnie sobie odpuścić.

Sihgisoara

Kolejnym celem mojej podróży była Sihgisoara. W pociągu poznałem miłą blondynkę, która ze swoim chłopakiem rozmawiała po angielsku. Po chwili rozmowy okazało się, że Ania jest z Zabrza a Franka z Paryża. Poznali się w pociągu 2 lata temu. Po ekwipunku Anii zorientowałem się, że na pewno dała się skusić folderom reklamowych zachęcającym do odwiedzenia zamku Drakuli i nie pomyliłem się. Jej walizka na kółkach naprawdę mnie rozbawiła. Po wyjściu na dworzec w Sihgisoarze od razu znaleźli się przy niej wszyscy "naganiacze" oferująć wygórowane ceny pokoi. Ja wolałem zaoszczędzić płacąc 1 dolara za nocleg w namiocie - za to przeznaczyć nadwyżkę na żarcie i piwo. W Sihgisoarza spędziłem dwa dni świetnie się bawiąc z Anią i jej chłopakiem w tutejszych knajpach. Moi znajomi mieszkali w świetnych warunkach. Mogli nawet u syna właścicieli kupić narkotyki ale oczywiście nie skorzystali. Dobrze się bawiąc straciłem całą kasę, z wyjątkiem żelaznej rezerwy na przejazd nocny tzw. rapidem do Oradei i alkohol do Polski. Bilet można kupić dopiero godzinę przed odjazdem pociągu.

Powrót

Żegnając się z przyjaciółmi wyruszyłem w drogę powrotną do domu. W pociągu ze względu na tłok nie mogłem znaleść swojego przedziału i całą noc spędziłem na korytarzu pilnując by nie usnąć. O 7 rano byłem w Oradei. Z dworca podjechałem autobusem do centrum. Tam trochę się pokręciłem, zadzwoniłem do domu, kupiłem alkohol i podjechałem na ostatni przystanek w stronę granicy z Węgrami. Tam w pobliskiem knajpie zjadłem śniadanie i wyruszyłem łapać stopa do Polski. Rumunii jeśli już biorą kogoś na stopa, to z całą pewnością nie za darmo o czym się dobitnie przekonałem. Jeśli stanął samochód i powiedziałem, że nie mam kasy od razu odjeżdżali. Dopiero dwie starsze Rumunki po godzinie, zabrały mnie na granicę z Węgrami (kilkanaście kilometrów). Co prawda przez granicę przeszedłem bez problemów nie tracąc czasu ale później przez kilka godzin nic nie mogłem złapać. W końcu niemal wpraszając się, udało mi się pożegnać granicę i ruszyć w dalszą drogę. Na początek przejechałem tylko kilkanaście kilometrów do najbliższego skrzyżowania gdzie liczyłem, że złapię kolejny samochód w kierunku Debreczyna. Tu już miałem szczęście. Minutę później jechałem z facetem rozworzącym paczki. Następnie miłe małżeństwo z Debreczyna, które zaprosiło mnie do siebie do domu na mały poczęstunek i odpoczynek przed dalszą wyprawą (utrzymuje z nimi kontakt). Następnym samochodem był maluch na węgierskich numerach. Myślałem, że podróżuje nim ojciec z córką ale okazało się, że oni byli małżeństwem. Wysadzili mnie tak niefortunnie, że musiałem przejść przez cały Miszkolc, żeby wyjść na wylotową drogę w stronę słowackiej granicy. Tam jeszcze dwoma samochodami i noc musiałem spędzić rozkładając namiot przy drodze. Blisko mnie była mała stacyjka, która najwyraźniej służyła miejscowej młodzieży do urządzanie imprez. Na szczęście nie zainteresowali się moim namiotem. Rano miałem szczęście bo po chwili złapałem Węgra jadącego do Krakowa. Pomogłem mu przy przejeździe przez Preszów gdzie się trochę pogubił. Następnie poradziłem mu jechać na Pilzno a nie przez Rzeszów, chociaż byłbym szybciej w domu. W Pilznie złapałem stopa do samego Rzeszowa. I tak o 14.30 dotarłem do domu.

Strona autora republika.pl/andrzejjudaarchiwum

Więcej z Europy