Nasza wyprawa ma trwać miesiąc. Przez ten czas chcemy powłóczyć się po niższej części gór Bukowiny Rumuńskiej - tak zwanych Obcinelach Bukowińskich, odwiedzić polskie wioski, które się tu znajdują, obejrzeć tutejsze monastyry. Mamy zamiar zahaczyć również o wyższe, mniej zaludnione pasma górskie leżące dalej na południu. Trafimy do większości miast Bukowiny: Cîmpulungu Moldovenesc, Gury Humorolui, Vatry Dornei. Dodatkowym celem naszego pobytu jest próba stworzenia turystycznego przewodnika tego regionu. Stąd niezwykła ilość uczestników wyprawy - prawie siedemdziesięciu Polaków, dwóch Maltańczyków i Szwajcar. Jednak po górach poruszać się będziemy w małych ośmio-, dziesięcioosobowych grupkach. Oto zapisane wrażenia z tego miesiąca, zaobserwowane, podpatrzone, zasłyszane sceny i sytuacje - te które najbardziej utkwiły w pamięci.

Podróż
Pociągiem z Warszawy do Przemyśla - potem rejsowymi autokarami do Suczawy przez Medykę i Siret. Po drodze długie postoje na przejściach granicznych, straszny sierpniowy upał w szczelnie pozamykanych autobusach, kolejki do przydrożnych kranów z wodą i głowy pełne oczekiwań i domysłów jak to w tej "dzikiej" Rumunii będzie. Dodatkową atrakcją stał się mały piesek na granicy ukraińsko-rumuńskiej, który niczym by nie zwrócił na siebie naszej uwagi gdyby nie to, że... był kompletnie pijany i ledwo trzymał się na nogach.
Suczawa - nasze pierwsze rumuńskie miasto. Wysiadamy w środku nocy na dworcu autobusowym (miejscu cieszącym się nie najlepszą opinią) i nie bardzo wiemy co ze sobą zrobić do rana. Idziemy więc spać - pokotem - na asfaltowych peronach. Następny dzień to wizyta w Domu Polskim i szybki wypad do zabytkowego monastyru. Ciężka, zwalista bryła, na zewnętrznych ścianach namalowani prawosławni święci, sceny z Biblii, oblężenie Konstantynopola, wizja sądu ostatecznego. Wnętrza okopcone dymem z setek cieniutkich świec. Po jednej stronie świece dla zmarłych, po drugiej - dla żywych. W bramach - jak od wieków - żebrzące kobiety z dziećmi.
Przejście na dość odległy dworzec kolejowy przypomina konwojowanie transportu złota lub czegoś w tym stylu. Cały czas pamiętamy opowieści o miejscowych ludziach - podobno niezbyt przychylnie nastawionych do turystów, dworcowych złodziejach i nieprzewidywalnych przedstawicielach narodu cygańskiego. O ile to możliwe w blisko siedemdziesięcioosobowej grupie, staramy się poruszać w zwartym szyku, bacznie rozglądamy się dookoła podejrzliwie lustrując mieszkańców Suczawy. Ku naszemu lekkiemu rozczarowaniu, przemarsz odbywa się bez szczególnych przygód.
Obcinele - doliny Moldovity, Mołdawy, Bystrzycy
Do miejscowości Putnei docieramy pociągiem. Tutaj jest początek naszej pieszej wędrówki po rumuńskich górach. Tu z jednej ogromnej gromady przeistoczymy się w kilka małych grup i każda ruszy w innym kierunku. Przedtem jednak idziemy zwiedzić kolejny monastyr. Okazuje się on być bardzo podobny, żeby nie powiedzieć identyczny, do tego z Suczawy - przynajmniej dla moich ignoranckich oczu. Takie same klasztory przyjdzie nam jeszcze kilkakrotnie oglądać w ciągu naszej włóczęgi po okolicach. Są one charakterystycznym elementem tutejszej kultury. Podczas łażenia po Putnei spotykamy "rumuńskiego Polaka" - Antosia - jak każe się do siebie zwracać, robotnika z jednej z polskich wsi na Bukowinie, który przyjechał pomóc swoim znajomym w budowie domu. Jest bardzo przyjacielski i wylewny - nie może przestać mówić, a my chętnie słuchamy co ma nam do powiedzenia. Dowiadujemy się między innymi, że Polska ma świetną drużynę piłkarską i dobrego prezydenta (A. Kwaśniewski zafundował rumuńskiej Polonii szosę), lepszego niż Rumunia (ten podobno ciągle utrudnia wszystkim życie).
Góry, po których przez najbliższych kilka dni mamy się poruszać, nie robią na pierwszy rzut oka większego wrażenia. Nie wyglądają na zbyt wysokie, całe porośnięte są lasem. Nic z nich nie będzie widać. Nabieramy do nich szacunku dopiero podczas pierwszego podejścia. Idziemy "na dziko", bo droga używana do zwożenia drewna szybko się skończyła, a my chcemy dostać się na drugą stronę grzbietu. Jest stromo, momentami musimy przedzierać się przez krzaki, a wyładowane plecaki tego nie ułatwiają. Rzeczywiście, na górze nic nie widać. Naokoło tylko las. Dziki, gęsty, szumiący, piękny... Można by pomyśleć, że nigdy nie było tu ludzi gdyby nie to, że znajdujemy wąską ścieżkę.
Poruszanie się po rumuńskich szlakach sprawiało nam czasem sporo trudności. Porządnych map w Rumunii nie da się zdobyć. Jedyna dostępna "Harta turistica", przedstawiająca okręg Suczawy, została zredagowana dosyć dawno, a o jej dokładności czy zgodności z rzeczywistością nie ma co wspominać. Poza tym "arcydziełem" rumuńskiej kartografii uzbrojeni jesteśmy tylko w przywiezione z Polski kserokopie austriackich sztabówek z przełomu wieków oraz uaktualnione reedycje tychże sztabówek - niestety tylko dla małego fragmentu Bukowiny. Tak więc trasy wyznaczamy korzystając z kompasów i naszych wątpliwych umiejętności "nawigacyjnych" oraz wskazówek i pomocy autochtonów. Początkowo efekty bywają różne, lecz z czasem idzie nam to coraz lepiej.
Pociągi są w Rumuni wyjątkowo powolne, a dworce kolejowe cieszą się kiepską sławą. Gdy więc musimy przemieszczać się na większe odległości wolimy korzystać z najtańszego i najszybszego tutejszego środka transportu - auto stopu. To wprost wymarzony kraj dla autostopowiczów. Łapanie "stopa" nie sprawia praktycznie żadnego problemu - niezależnie od ilości ludzi, plecaków czy miejsca w którym się łapie stopa - jeśli cokolwiek w tym miejscu przejeżdża to prawie na pewno uda się to złapać. Na drodze do Vatry Moldoviţei zatrzymuje się człowiek prowadzący niewielką furgonetkę. W środku są już dwie starsze panie, a mimo to mieści się jeszcze trzynaście osób z plecakami. Jest tak ciasno, że chyba tylko kierowca jest wstanie wykonywać jakieś ruchy, a biedny samochód, już nie pierwszej młodości, tak przysiadł pod naszym ciężarem, że podłoga prawie dotyka jezdni.
W górach, po drodze do miasteczka Solca spotykamy rumuńskich studentów prawa. Jest ich trzech, prowadzą rowery (rozlatujące się Ukrainy bez hamulców - jak się później okaże). Pojawiają się w najbardziej odpowiednim momencie tzn. gdy nasza droga kończy się i stoimy wpatrując się w mapy i dyskutując w którą stronę powinniśmy iść. Pokazują nam jak dojść do szlaku i narzucają takie tempo, że z trudem udaje się nam je utrzymać. Proponują, że pokażą nam miejsce z bardzo ładnym widokiem. Dochodzimy do schowanej w lesie, zupełnie niewidocznej z daleka skały. Od przodu ma ze sto metrów wysokości, z tyłu da się podejść prawie na szczyt. Gdy, z duszą na ramieniu wspinamy się na samą górę, widok jest rzeczywiście oszałamiający. Nareszcie mamy okazję wyjrzeć ponad zasłaniające wszystko drzewa i rozejrzeć się po okolicznych grzbietach. Przez chwilę siedzimy i podziwiamy panoramę. Na całkowicie porośniętych lasami wzgórzach nie widać żadnego śladu ludzkiej działalności. Tak samo musiały wyglądać sto albo tysiąc lat temu. Nasi studenci urządzają nam pokaz wspinaczki wyczynowej... w klapkach. Nie mają pieniędzy na lepsze buty, a przecież to nie powód żeby rezygnować z łażenia po skałach. Jakby tego było mało, po pożegnaniu się z nami, wsiadają na swoje Ukrainy i jak gdyby nigdy nic ruszają stromą i wąską, górską ścieżką w dół. Na lepsze rowery, wyposażone w działające hamulce, też nie mają pieniędzy.
Polskie wsie i Voroneţ
W Solce spotykamy się z niesamowitym przyjęciem. Nasza kilkunastoosobowa grupa jest sensacją dnia. Wszystkie okoliczne dzieci zlatują się i otaczają nas ciasnym kręgiem. Mają chyba pierwszą w życiu okazję do praktycznego wykorzystania swoich umiejętności nabytych na lekcjach angielskiego w tutejszej szkole. Wypytują nas o wszystko, oferują swoją pomoc i miejsce na nocleg, ostrzegają przed spaniem poza miasteczkiem (w lesie są wilki a miejscowi cyganie też nie cieszą się najlepszą opinią). Namioty rozstawiamy na szkolnym boisku, pod czujnym okiem kilkorga dzieciaków. Odstępują nas dopiero późnym wieczorem upewniwszy się, że niczego już nam nie potrzeba i nie potrzebujemy ich dalszej pomocy.
Plesza. Dość nietypowa wioska lecz chyba najmilsza z tych, które odwiedziliśmy. Nietypowa, bo zamiast w dolinie, położona jest pod grzbietem, na stoku góry o tej samej nazwie. Nietypowa bo okazuje się, że jest niemalże w stu procentach zamieszkała przez Polaków. Dowiadujemy się o tym, gdy w odpowiedzi na nasze wyćwiczone, rumuńskie "bunaziua" (dzień dobry), jedna z miejscowych gospodyń odpowiada: A to wy nie Polacy? Zaprasza nas do swojego domu na mleko i opowieści z Polski. Od niej dowiadujemy się wszystkiego o Pleszy. Opowiada nam też o tutejszym poecie - młodym Polaku, Bolku Majeriku. Pokazuje tomik jego wierszy. Następnego dnia, na wielkim głazie narzutowym leżącym za wioską, oglądamy też jego rzeźby.
Kaczyca. Kolejna wieś, w której mieszkają polskie rodziny. Podobno pierwsi Polacy przyjechali tu z Wieliczki pod koniec XVIII wieku. Austriacy sprowadzili ich do pracy w tutejszej kopalni soli. Kopalnię zwiedzamy. W środku trudny do zniesienia smród, wykuta w skale kaplica o niesamowitej akustyce, dość kiczowate rzeźby z soli (jak w każdej tego typu kopalni) oraz... podziemne boisko do siatkówki. Krótki mecz (piłkę zastąpiliśmy rolką papieru toaletowego) to najprzyjemniejszy akcent naszej wizyty w tym miejscu. Kaczyca i Plesza to nie jedyne polskie wioski w okolicy. Niedaleko leży Pojana Mikului, a tuż za nią Nowy Sołoniec. Cała okoliczna (i nie tylko) Polonia spotyka się raz do roku na odpuście właśnie w Kaczyce. Mamy pecha. Podczas naszego trzydniowego pobytu dosyć spokojne miasteczko na naszych oczach zamienia się w istne piekło. Wszędzie gdzie się da wyrastają namioty, ustawiają się tysiące Dacii (z rzadka zdarza się też inny samochód) i autokarów. Naokoło kurz, smród spalin i pył wzbijany kołami. Nie da się przejść główną uliczką bo zamienia się w targowisko. Można tu kupić wszystko poczynając od owoców i polskich ciasteczek z Bydgoszczy, poprzez buty, ubrania, kasety z rumuńskim disco (skąd my to znamy) a kończąc na zabawkach i plastikowych pistoletach na kulki (jedyna korzyść z tego jarmarku; oczywiście natychmiast nabywamy spory arsenał). Uciekamy jak najszybciej. Miejsca po naszych namiotach są od razu zajmowane.
Przy drodze z miejscowości Mănăstirea Humorolui do Gura Humorolui oglądamy stary, lecz wciąż używany żydowski cmentarz. Najświeższe groby mają daty sprzed dwóch, trzech lat. Najstarsze, chylą się już i rozsypują, nie daje się odczytać wyrytych na nich dat, sprawiają niesamowite, trochę smutne wrażenie.
W Voroneţ dość boleśnie przekonujemy się, że w Rumunii także wiedzą jak zarabiać na turystach. Jest niedziela, cały rynek tej maleńkiej miejscowości zapchany jest handlarzami sprzedającymi haftowane obrusy, drewniane łyżki, figurki gołych górali i inne "arcydzieła ludowego rękodzieła". Oprócz straganów jest tu jeszcze monastyr. Mimo, że zabytkowy i słynny, w każdą niedzielę odbywają się tu msze. Gdy próbujemy dostać się na jedną z nich, okazuje się, że musimy kupić bilety. Kupujemy, ale miejscowym zakonnicom a także klasztornemu "wykidajle" i tak się nie podobamy. Wielkie plecaki zajmują miejsce pod płotem a my nie wyglądamy jak na przyzwoitych (nadzianych) turystów przystało. W ogóle nie wyglądamy zbyt reprezentacyjnie. Czepiają się byle czego by w końcu kazać nam się wynieść.
Gościnność
Rumunia to wciąż bardzo biedny kraj. Nasze jednodniowe zakupy są warte tyle ile potrzeba na utrzymanie małej rodziny przez miesiąc (przy cenach porównywalnych do cen w Polsce). Mimo to trudno byłoby znaleźć bardziej gościnnych i życzliwych ludzi. Gdzie byśmy się nie pojawili dostajemy mleko, jajka, ser - często w ilościach przekraczających nasze możliwości. Na pytania ile powinniśmy za to wszystko zapłacić, prawie zawsze słyszymy, że przecież to nic nie kosztuje. Kończy się na zrobieniu jednego lub dwóch zdjęć i obietnicy wysłania odbitek. Najlepszym przykładem rumuńskiej gościnności jest gospodarz małego gospodarstwa, na które natykamy się na grzbiecie masywu góry Mestecăniş. Rozbijamy się na pastwisku tuż koło jego domu. W tym czasie on przynosi nam drewno na opał, rąbie je ogromną siekierą na malutkie szczapki, rozpala ognisko, przynosi ruszt (normalnie służący do gotowania smoły) oraz - jako że robi się już ciemno, ustawia koło naszych namiotów przedpotopową lampę naftową. Jakby tego było mało dostajemy od niego całe wiadro mleka, a rano na śniadanie, przynosi trzy rodzaje sera, warzywa, masło własnej produkcji oraz... jeszcze jedno wiadro mleka. Ponieważ nie mówimy po rumuńsku, a on w żadnym innym języku, rozmawiamy przy pomocy dość wiekowych rozmówek polsko-rumuńskich. "W imieniu naszej delegacji, pragnąłbym serdecznie podziękować za życzliwe przyjęcie" - aby wyrazić swoją wdzięczność, zmuszeni jesteśmy posługiwać się zdaniami pamiętającymi poprzednią epokę.
Żołnierze i Cyganie
Na szczycie góry Mestecăniş zastajemy ogromną, wyglądającą na opuszczoną, bazę wojskową z wielkimi radarami, antenami, zasiekami, strażnicami i parkiem maszynowym. Okazuje się, że nie jest opuszczona ale jedyny żołnierz jakiego udało nam się zauważyć mówi tylko po... jugosłowiańsku (nie wspomniał w jakim konkretnie języku). Nie chce opuścić swego stanowiska przy strażnicy, więc z daleka tylko pokazuje nam gdzie mamy iść. Nie będzie to nasz jedyny kontakt z wojskiem podczas łażenia po Rumunii.
Schodząc do wioski Botoş natykamy się na rozłożony przy szosie tabor cygański. To pierwsi "prawdziwi" Cyganie jakich spotykamy. Do tej pory widzieliśmy tylko takich "oswojonych" i ustatkowanych przedstawicieli tego narodu. Mieszkali w normalnych chałupach na krańcach wsi i w zasadzie niczym, poza śniadą cerą, nie różnili się od Rumunów. Ci mieszkają w krytych szarym płótnem i folią namiotach. W środku obozu siedzą mężczyźni i z głośnym stukotem wyklepują blaszane wiadra na sprzedaż. Wokół kręcą się barwnie ubrane kobiety z kolorowymi wstążkami wplecionymi we włosy, latają trochę umorusane dzieciaki, luzem pasą się świnie i chude kury. Brak, co prawda, kolorowych wozów, walk na noże i cygańskich śpiewów, ale obóz robi na nas niesamowite wrażenie. To jedyny tabor jaki udało nam się spotkać.
Idąc z Cîrlibaba do wioski Benia, wychodzimy na bardzo ładny grzbiet. Ogromne połoniny, kępy świerków, stada owiec, psy i rozległe widoki. Niestety psująca się pogoda zmusza nas do szukania schronienia. Chowamy się w najbliższym pasterskim szałasie - świeżo wybudowanym, obszernym budynku pachnącym jeszcze drewnem. W środku aż gęsto od dymu, wielkie palenisko w rogu, nad paleniskiem wielki kocioł, naokoło starannie poukładane naczynia i sprzęty. Chcieliśmy tylko przeczekać deszcz, a spędzamy tam prawie trzy godziny. Dym wyciska łzy z oczu, ale jest ciepło i przytulnie. Trafia nam się okazja podpatrzenia jak powstaje rumuński owczy ser. Ogromny pasterz - Hucuł - mówiący trochę po rosyjsku i trochę po polsku chętnie z nami rozmawia i tłumaczy co właśnie robi. Nie przerywając rozmowy zanurza ręce aż po barki w saganie z wrzątkiem i myje je dokładnie (robi to na nas piorunujące wrażenie), zaczyna wyrabiać ser w innym wielkim naczyniu. Wygniata skrzep, odsącza serwatkę, zawija ser w specjalną ściereczkę, wiesza żeby odciekł, znowu wyparza sobie ręce, wyrabia znowu, znowu odsącza i tak w kółko. W głębi, pod ścianą, na szerokiej półce cały rząd sporych rozmiarów serów wędzi się i powoli żółknie.
Rărau
Rărau - skalista góra na południe od Cîmpulungu, wysoka na 1651 m n.p.m. Jej zbocza to dawne tereny rekreacyjne Ceausescu - podobno polował tu na niedźwiedzie. Na sam szczyt prowadzi asfaltowa droga. Idziemy jednym z dwóch szlaków (jak na Rumunię wyjątkowo dobrze oznakowanych). Podejście nie należy do łagodnych, ale widoki zapierają dech w piersi. Ogromny masyw góry piętrzy się przed nami. Najeżony ostrymi skałami, potężny, wydaje się tak odległy i niemożliwy do zdobycia. Po kilku godzinach marszu non-stop pod górę wychodzimy jednak na grzbiet. Rozbijamy obóz na niewielkim siodle pod szczytem, między lasem a drogą. Jest dość zimno, a pogoda znowu zaczyna trochę kaprysić. Trochę wyżej jest schronisko tzw. "cabana turistica" oraz obóz przetrwania niemieckich skautów i... wojsko. Rumuńscy poborowi - na oko sami tutejsi górale - ćwiczą tu wspinaczkę. Całymi dniami zjeżdżają na linach w dół i wdrapują się na górę, trenują strzelanie, noszą najróżniejsze, groźnie wyglądające narzędzia, łażą tam i z powrotem, wszędzie ich pełno. Wyglądają bardzo nędznie, są brudni, troszeczkę obdarci, zziębnięci.
W nocy palimy ogniska i trzymamy warty, całe jedzenie wisi na drzewach w lesie za namiotami. W miejscu w którym się rozbiliśmy, kilka lat wcześniej niedźwiedź napadł na obóz naszych znajomych. Rozdarł im namiot, wyciągnął i dość brutalnie rozbebeszył dwa plecaki, a wieść głosi, że wyszperaną w nich konserwę z mięsem otworzył łapami i wyjadł zawartość. Ponoć owa puszka ze śladami pazurów do tej pory przechowywana jest jako pamiątka - przestroga z rumuńskich gór. W każdym razie strzeżonego Pan Bóg strzeże.
O siódmej rano żołnierze urządzają nam pobudkę. Ustawiają się sto metrów przed naszym obozem, wyrównują szyki i ruszają śpiewając gromkimi głosami jakąś rumuńską pieśń wojenną. Przemarsz odnosi pożądany efekt - nikt już nie śpi - lecz tuż po minięciu ostatniego z naszych namiotów, żołnierze gubią krok, załamują się szeregi, a większość przestaje śpiewać - słychać już tylko pojedyncze, dość fałszywe głosy.
Omului
Schodzimy z Rărau, uzupełniamy zapasy w Cîmpulungu i postanawiamy ruszyć na górę Omului (1932 m.). Leży ona na pograniczu Bukowiny, wśród trochę wyższych gór przypominających nasze Tatry Zachodnie. Dojeżdżamy do Cîrlibaba (to nasza druga wizyta w tej miejscowości) i rozkładamy tam obóz. Następnego dnia rano startujemy. Po kilku godzinach marszu droga wyprowadza nas na grzbiet, po chwili wychodzimy z lasu i otwiera się przed nami widok na "nasz" szczyt. Góruje nad rdzawo-zielonymi połoninami - wygląda groźnie i imponująco, wyraźnie rzuca nam wyzwanie. Krajobrazy przypominają tajemnicze góry z tolkienowskich powieści. Bujna górska trawa, wystające gdzieniegdzie szaro-białe skały, skarłowaciałe drzewa, kamienista, trochę zdziczała droga równo idąca po grzbiecie, a do tego... stado swobodnie pasących się koni. Wszystko to składa się na niepowtarzalny klimat tego miejsca i wprawia nas w niesamowity, trochę nostalgiczny i marzycielski nastrój. Gdy dochodzimy pod szczyt jest już późno. Decydujemy się zostawić plecaki tam gdzie stoimy i zdobyć go bez obciążenia. Musimy ostro podejść pod górę, przedrzeć się przez kosodrzewinę, a na koniec czeka nas coś na kształt wspinaczki po skalistej grani. Imponujący widok - okoliczne góry oświetlone rdzawym światłem chylącego się już ku zachodowi słońca, białe rozciągające się w malownicze, postrzępione pasma chmury czepiające się skał - to nagroda za całodzienny wysiłek. Rozkładamy obóz pod szczytem, na małej, osłoniętej półce, która jest jedynym w miarę płaskim miejscu. Tu możliwe jest rozstawienie namiotów. Następnego dnia schodzimy na dół z żalem żegnając Omului - najwyższą, najdzikszą i najwspanialszą górę jaką zdobyliśmy w Rumunii, a zarazem ostatnią podczas naszej wyprawy.
Powrót
Schodząc po kolei z gór gromadzimy się w Vatra Dornei by na powrót przeistoczyć się w wielką gromadę i ruszyć do domu. Kolejna wizyta w Suczawie, w Domu Polskim. Długa droga autokarami (na szczęście jest zimniej niż podczas jazdy w przeciwną stronę). I, po miesiącu, znowu Przemyśl, Warszawa...
