Wydanie internetoweEuropa

Rumunia'2002

Piotr BułaczRumunia

Kolejna jesienna wycieczka zaprowadziła nas do Rumunii. Pierwotnie miała to być wyprawa w ukraińskie góry, ale pogoda i przede wszystkim lektura przewodników wydawnictwa Bezdroża po Bukowinie i Transylwanii spowodowały zmianę planów. Oprócz uczestników etatowych tzn. mnie i Krzysia ponownie dołączył do nas mój brat Paweł. Zdecydowaliśmy jechać samochodem by w ciągu tygodnia zobaczyć jak najwięcej.

Mapa trasy: Rumunia'2002
Mapa trasy

Do granicy w Korczowie dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Odprawa przebiegła bez większych problemów i bez kolejki. Musiałem jednak za 15 PLN zakupić deklarację tranzytową na samochód - kosztowała 15HRN, ale niestety nie mieliśmy ukraińskich pieniążków. Pomimo bezproblemowej odprawy trwało to wszystko trochę i gdy dodatkowo przesunęliśmy zegarki o godzinę do przodu, zrobiło się dość późno. Postanowiliśmy jednak jechać aż do zmroku. Obwodnicą ominęliśmy Lwów i dojechaliśmy do Stryja. Tu udało się nam wymienić pieniądze i na przedmieściach wynająć pokój w robotniczym hotelu za 40 HRN. Sporo - tym bardziej, że nie ogrzewali.

W planach było wejść po drodze na Howerlę - to już moje drugie podejście w tym roku. Wstaliśmy więc o 6.30 i w gęstej mgle, po omacku pojechaliśmy dalej w kierunku na Iwano - Frankowsk. Tankowanie na Ukrainie to sama przyjemność - 2 HRN za litr. Skracając sobie drogę pojechaliśmy na Sołotwin i Nadwirną. Oznakowanie nie najlepsze, a reszta ekipy włącznie z pilotem smacznie spała, wjechałem więc w wioskę pod Karpatami i w stado krów pędzone środkiem drogi - dobrze, że żadna nie przeszła po naszym autku. Dzięki informacjom od tubylców dojechaliśmy w końcu do Kołomyji. Niestety z powodu nisko wiszących chmur zrezygnowaliśmy z górskiej wycieczki. Również Czerniowce nie mają u mnie szczęścia - też byłem tam drugi raz a "zwiedziliśmy" je jedynie z okien samochodu. Spieszyliśmy się na południe . Na granicy nieco dziwną niespodzianką był fakt obowiązkowej dezynfekcji samochodu przy wjeździe do Rumunii. Za oblanie samochodu odrobiną płynu 210 000 lejów (1$ to 32 000). Po szybkiej i sprawnej odprawie znów opłaty - tym razem ekologiczne 335 000 lejów.

Po przejechaniu kilku kilometrów szybko odbiliśmy z głównej drogi by dojechać do monastyru w Putnej. Bez większych problemów, zaskoczeni bardzo dobrą jakością nawierzchni, doskonałym oznakowaniem dróg i schludnością budynków dojechaliśmy do monastyru, gdzie droga kończyła się. W przepięknej dolinie, otoczony szczytami pokrytymi lasami w jesiennej szacie, znajdował się ortodoksyjny męski klasztor. Przy bramie wejściowej zapłaciliśmy 60 000 za możliwość fotografowania, a potem jeszcze po 30 000 za zwiedzanie muzeum. Wśród kwitnących dookoła, czerwonych róż, na środku dziedzińca stała śliczna cerkiew. Niestety freski we wnętrzu obejrzeliśmy jedynie między rusztowaniami- akurat są w trakcie renowacji. W cerkwi spoczywają szczątki Stefana Wielkiego - największego władcy mołdawskiego. W muzeum klasztornym szaty liturgiczne, religijne księgi, ikony mają po 500 lat. Nie mogłem oprzeć się pokusie i wspiąłem się na pobliski pagórek, by sfotografować klasztor widziany z góry - tu dopiero można zachwycić się jego lokalizacją. Obejrzeliśmy także bardzo starą cerkiew przy cmentarzu.

Ponieważ było wcześnie pojechaliśmy do kolejnego malowanego monastyru - w Suczewicie. Mury otaczające cerkiew sprawiają wrażenie bardziej obronnych niż w Putnej. Sama cerkiew jest również niesamowita. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego bukowińskie monastyry nazywane są malowanymi. Freski znajdują się bowiem zarówno na wewnętrznych, jak i na zewnętrznych murach. Ponownie otoczenie cerkwi było bardzo zadbane - pełno czerwonych róż. Tym razem, aby sfotografować klasztor musiałem się wspiąć znacznie wyżej i przechodząc obok kaplicy cmentarnej, przez ogrodzoną łąkę dotarłem na szczyt, z którego widoki szybko wyleczyły mnie ze zmęczenia.

Bez większych problemów wymieniliśmy pieniądze w kantorze w Radauti i pojechaliśmy dalej na południe. W ekspresowym tempie obejrzeliśmy jeszcze jeden ze starszych monastyrów w Arbore. Nieco zaniedbany budynek jest w trakcie intensywnej renowacji wnętrza.

Z powodu późnej godziny kolejny klasztor w Solce był już zamknięty. Obejrzeliśmy zatem tylko dziedziniec, wieżę przy bramie i podobną architektonicznie z zewnątrz do pozostałych cerkiew i pojechaliśmy dalej. Zastanawiając się nad miejscem noclegu bardzo chcieliśmy dojechać do polskiej wioski w Bukowinie. Wybór padł na Poianę Miculi. Pomimo, że z Solca przez góry było tam tylko kilka kilometrów - by dotrzeć tam samochodem musieliśmy pokonać pętlę prawie 50 kilometrową, z tego 20 po drodze, o której standardzie lepiej zapomnieć. Nic dziwnego, że do wioski nie dojeżdżają nawet żadne autobusy. Inna sprawa, że okazało się później że mieszkańcy jeżdżą do miasta własnymi Daciami. Zapadał już zmrok, ale bez problemu zapytawszy w barze o nocleg, gdzie wszyscy oprócz właściciela mówili pięknie po polsku, trafiliśmy do sąsiedniego domu - do państwa Swancar gdzie przyjęto nas bardzo serdecznie. Krzyś bawił się ze swoim rówieśnikiem Maciejem, a my cały wieczór porozmawialiśmy z gospodarzami o życiu Polaków na Bukowinie. Wspaniałą rzeczą dla nich okazała się być telewizja satelitarna. Furorę robi tu Polsat, a zwłaszcza Kiepscy :)). Standardy życia są tu "nieco" inne niż te, do których przywykliśmy. Całe dnie ciężkiej pracy na roli, gdzie jedyną pomocą są mięśnie małych koników. Ludzie żyją z tego co uprawią i pomimo mozolnej codzienności wydają się być szczęśliwi. Trochę inaczej wygląda sprawa młodych ludzi. Ci zostali już "skażeni" cywilizacją z telewizji i trudno im pogodzić się z rzeczywistością, na której zmianę za bardzo nie ma funduszy. Byśmy nie zmarzli, gospodarze napalili w piecu kaflowym i spało się nam doskonale.

Gdy się obudziliśmy gospodarzy już nie było - pojechali do miasta sprzedać zebrane poprzedniego dnia grzyby i zrobić zakupy na następny tydzień - między innymi mąkę, z której chlebek własnej roboty jedliśmy zarówno do kolacji jak i na śniadanie - pycha. Do chleba odgrzewane kartofelki, dżem i kakao. Najstarsza córka Teresa pomagała rodzicom w gospodarstwie i wychowaniu 3 braci, ale wolałaby chyba wyjechać na dalszą edukację - dziewczyna znała 4 języki. Zapytawszy ile mamy zapłacić za nocleg usłyszeliśmy, że tyle ile uważamy za stosowne - mam nadzieje że 300 000 nie było za mało.

Jadąc dalej zwiedziliśmy znajdujący się w pobliżu monastyr w Manastirea Humorului. Różnił się od pozostałych wysoką wieżą stojącą obok. Tu również freski pokrywały całą cerkiew i co mnie ucieszyło można było fotografować w środku. Napiliśmy się wody z zabytkowej studni i udaliśmy się do Voronetu. Tutaj prześliczny klasztor i cerkiew z wysoką wieżą i odmiennie od innych wysokim sklepieniem wewnątrz. Bilety do obu klasztorów po 30 000. Stwierdziliśmy, że klasztorów na razie dość i pojechaliśmy do Suczawy - stolicy regionu. Najpierw obejrzeliśmy cerkiew św. Jana Nowego. Kształtem podobna do monastyrów, jednak znacznie większa z przepięknymi freskami wewnątrz - tu wejście za darmo. Kolejny punkt programu to ruiny suczawskiego zamku - dawnej siedziby władców mołdawskich - bilety po 10 000. Po moście nad dawną fosą przeszliśmy na teren zamku - w znacznym stopniu odbudowanego - na murach zaznaczono granicę między murem oryginalnym i współczesnym. W czasie krótkiego spacerku po Suczawie obejrzeliśmy jeszcze cerkiew Św. Jana Chrzciciela i Św. Demetriusza. W tej drugiej Krzysio z zaciekawieniem oglądał postaci diabłów i aniołów na obrazie przedstawiającym sąd ostateczny.

Droga z Suczawy na południe była rewelacyjna - wspaniała nawierzchnia pozwalała na rozwijanie dużych prędkości. Zatrzymała mnie dopiero rumuńska policja. Niestety w Rumunii w terenie zabudowanym jest limit 50 km/h a ja jechałem 78 - na szczęście tylko tyle, gdyż bywało i więcej - 10 euro i było po rozmowie. Kilometry mijały dość szybko i w Bucau odbiliśmy z drogi głównej na Onesti. Zatankowaliśmy paliwo - 22 500 za litr. Po drodze wzięliśmy autostopowicza, ale niestety znaliśmy odmienne języki niż on i rozmowa odbywała się bardziej na migi. Polecił on nam szukać noclegu w Poiana Sarata i ponieważ zapadał zmrok poszliśmy za jego radą. Udało się nam odnaleźć słabo oznakowane gospodarstwo agroturystyczne, a jak się później okazało trochę dalej był cały kompleks turystyczny. Nie żałowaliśmy jednak, bo warunki były rewelacyjne. Przemiły gospodarz - nauczyciel biologii - był bardzo gościnny - częstował nas nalewką z wiśni, winkiem, pysznym serem i jajeczkiem. ponownie rozmowa odbywała się głownie na migi i dopiero gdy pojawiła się małżonka gospodarza pokonwersowaliśmy nieco po angielsku.

Nocleg kosztował nas 500 000, ale w cenie dostaliśmy jeszcze śniadanko. Dalsza droga wiodła już po Transylwanii. Najpierw przejechaliśmy przez szeklerskie miasteczka Targu Secuiesc i Sfantu Gheorghe, gdzie napisy były również w języku węgierskim. W odróżnieniu od Bukowiny, ta część Rumunii wyglądała na nieco bardziej zaniedbaną. Zatrzymaliśmy się dopiero w Herman przy pierwszym z niemieckich protestanckich warownych kościołów. Bardzo miła dziewczyna otworzyła nam bramę i zaprowadziła do wnętrza opowiadając po niemiecku nieco o historii kościoła i tutejszych zwyczajach. Skromny ołtarz w kościele ufundował szwedzki król Karol XII. Akurat trwają intensywne prace renowacyjne i nie mogliśmy pospacerować po dziedzińcu. Nie wiem czemu, ale malowana na biało wieża mniej podobała mi się niż zniszczone mury przed renowacją.

Kolejny przystanek to warowny kościół w Prejmar. W otaczających kościół murach znajduje się ponad 200 kwater, gdzie zamieszkiwała ludność w czasie niebezpieczeństwa. Na dziedziniec przechodzi się przez bardzo grube mury pod opuszczaną kratą, która zabezpieczała przed wtargnięciem do środka napastników. Wnętrze kościoła jak to w kościołach protestanckich bardzo skromne z pięknym ołtarzem, zabytkowymi organami i ciekawym sklepieniem.

Dalej pojechaliśmy już do Braszowa - największego miasta w okolicy. było trochę problemów z zaparkowaniem samochodu, ale w końcu znalazłem wolne miejsce nieco poza centrum. Przez główny deptak dotarliśmy do wspaniałego rynku, gdzie na środku zwiedziliśmy muzeum w ratuszu. Najpierw archeologiczne w podziemiach, a potem jeszcze parter i piętro. Wiele tu ciekawych eksponatów - monety, zbroje, księgi, mapy, dokumenty, meble z różnych epok - pod wieloma napisy także w języku angielskim. Kolejnym ciekawym miejscem w rynku była cerkiew prawosławna. Sama cerkiew znajduje się w podwórzu, ale fronton kamienicy ma ciekawe zdobienia, jakby były to ściany świątyni. W cerkwi panuje tajemniczy nastrój modlitewnej zadumy tak bardzo różniący się od prostych wnętrz kościołów protestanckich. Monumentalnym kościołem protestanckim jest XV-wieczny Czarny Kościół, który był czarny po pożarze przed 200 laty, ale ostatnio został oczyszczony w trakcie prac renowacyjnych. Podziwialiśmy XV-wieczną chrzcielnicę, kamienne posągi oraz anatolijskie kobierce. Najlepszy widok na miasto i Czarny Kościół mieliśmy po przejściu za dawne mury miejskie do zachowanych obronnych wież. Oprócz zwiedzania zrobiliśmy też w Braszowie zakupy - brat kupił sobie w sportowym sklepi kurtkę z goretexu za równowartość 250PLN

Niedaleko Braszowa znajduje się Bran z zamkiem wiązanym nie wiadomo czemu z Vladem Tepesem legendarnym Drakulą. Nie był to nigdy jego zamek, ale reklamy sprawia, że zamek jest tłumnie odwiedzany przez turystów. Krzysio nie mógł doczekać się spotkania z wampirami, ale w trakcie zwiedzania jego odwaga gdzieś zginęła i wcale nie martwił się, że wampirów nie znaleźliśmy. Wstęp na zamek 60 000 lejów. Zamek osadzony jest na skale, a wnętrza są bardzo dobrze zachowane. Kiedyś bronił on przejścia przez przełęcz z Transylwanii na południe. Jedna ze sprawdzających bilety zapytawszy skąd jesteśmy usłyszała Holand zamiast Poland i doszła do wniosku, że dwóch dorosłych facetów z dzieciakiem to musi być holenderskie małżeństwo:)) - następnym razem na wyjazd muszę już sobie chyba znaleźć towarzyszkę. Później inna pilnująca zaprowadziła nas do tajemniczej komnaty, a tam zamiast oczekiwanych przez nas ukrytych skarbów próbowała nam wcisnąć swoje wyroby na drutach dla dzieciaka :). Zamek jest bardzo ciekawy architektonicznie i naprawdę warto tu zajrzeć.

Pomimo że była już 17.00 postanowiliśmy jeszcze zwiedzić położony między Branem i Braszowem zamek chłopski, a właściwie jego ruiny w Raszowie. Na szczyt wzgórza podążając za drogowskazami drogą nadającą się bardziej dla samochodów terenowych niż dla mojej Fiesty dotarliśmy około 18.00. Nie przypuszczałem, że będzie jeszcze otwarte, ale udało się nam wejść. Na dziedzińcu zebrano sporo bryczek i drewnianych wozów. Największą atrakcją jest tu punkt widokowy na okolicę, a przede wszystkim na góry Bucegi, gdzie wybieraliśmy się nazajutrz. Mury są dość zniszczone, ale prace renowacyjne trwają.

Krętą drogą u podnóża tych gór dojechaliśmy do Busteni. Tu bez problemu znaleźliśmy nocleg w pobliżu stacji kolejki linowej za 400 000 lejów. pomimo znacznych problemów językowych udało się nam zjeść gorącą kolację w miejscowej restauracji - spróbowałem mamałygi i nawet mi smakowała, chociaż Krzyś z Pawłem nie mieli ochoty na ten rumuński przysmak.

Jak na zamówienie po raz pierwszy w czasie naszej podróży na błękitnym niebie pojawiło się słoneczko. Spóźniliśmy się na pierwszy kurs kolejki i musieliśmy poczekać do 10.00 na następny. Jeśli nie zbierze się 20 osób kolejka jeździ co godzinę. Bilety 75 000 lejów. Podróż na Babele 2200m n.p.m. upłynęła dość szybko - po drodze rewelacyjne widoki na skały, a powyżej 2000m już śnieg. Nie było zbyt ciepło i trzeba się było ubrać. Na szczęście byliśmy przygotowani odpowiednio do pory roku. Wyruszyliśmy na północ w kierunku schroniska na Omu - najwyższym szczycie w Bucegi - 2507m. Początkowo maszerowaliśmy wszyscy, ale przy małym schronisku Krzyś z powodu zmęczenia i coraz większej ilości śniegu ulokował się "na barana" u taty i tak już zostało do końca górskiej wyprawy. Chociaż cel wycieczki był przez większość czasu widoczny - wcale nie było blisko. Początkowo szliśmy żółtym szlakiem po płaskim, albo w dół. Dopiero przy rozgałęzieniu na dwie trasy letnią krótszą i zimową dłuższą zaczęła się wspinaczka. My wybraliśmy nie najbezpieczniejszą o tej porze trasę letnią, ale przed nami ktoś właśnie przecierał szlak, a od stacji kolejki mieliśmy aż na sam szczyt przewodnika - małego rumuńskiego pieska, który najwyraźniej polubił nasze towarzystwo. Ostre podejście zaczęło się dopiero gdy obie ścieżki spotkały się a dodatkowo śniegu było też sporo. Na szczęście nie było już daleko, chociaż z każdym krokiem Krzyś robił się coraz cięższy. Odpoczęliśmy dość szybko i po uzupełnieniu zapasów energetycznych ruszyliśmy w dół. Cała wycieczka trwała około 4 godzin i widać to było na twarzy Krzysia. Nie posmarowałem go kremem, a odbijane od śniegu słońce zaczerwieniło mu policzki. Dobrze, że nie miał problemów z oczami - nauczka na przyszłość - trzeba na śnieg wybierać się w okularach. O 15.00 jechaliśmy już w dół z żalem rozstając się z urzekającymi widokami górskimi.

Pojechaliśmy dalej po zmianie przepoconych i przemoczonych od śniegu ubrań. Przejechaliśmy przez Braszów i po 18.00 dojechaliśmy do Homorod, kolejnej wioski niemieckiej z pięknym warownym kościołem. Niestety pomimo iż kilkaset metrów od kościoła udało się nam odnaleźć przemiłego Niemca opiekującego się kościołem było już za późno na zwiedzanie. Była możliwość noclegu na plebani, ale pomieszczenia nie były ogrzewane - Krzyś jest jeszcze za mały na takie eksperymenty. Wymieniliśmy kilka zdań o historii Transylwanii i pojechaliśmy dalej do Sighisoary.

Po początkowych problemach ze znalezieniem noclegu dotarliśmy do hotelu-pensjonatu Chic gdzie za 390 000 dostaliśmy pokoik z TV i prysznicem obok. Na parterze była restauracja gdzie zjedliśmy kolację. Z małymi obawami auto zostawiłem przed hotelem na drodze, ale okazało się, że mimo obecności dyskoteki w pobliżu nie było najmniejszych problemów.

Po wczesnej pobudce i śniadanku pojechaliśmy zwiedzać wspaniałą Starówkę na wzgórzu. Początkowo pokrywająca wzgórze mgła szybko podniosła się do góry i znów pięknie świeciło słońce. Najpierw zwiedziliśmy wieżę zegarową ( 10 000 lejów ). Wspinaliśmy się na szczyt zwiedzając po drodze ekspozycje na kolejnych piętrach - od makiety średniowiecznego miasta, przez zabytkowe meble, zbroje, zegary, księgi, klucze, odzież, aż do funkcjonującego do dziś mechanizmu zegara wieżowego. Z tarasu widokowego można obejrzeć całe miasteczko.

Zarówno kościół obok wieży zegarowej, jak i ten na wzgórzu otwierane są dopiero po 11.00. Musieliśmy zatem zadowolić się obejrzeniem ich elewacji. Spacerując po uliczkach widzieliśmy dom, w którym podobno urodził się Drakula i przeszliśmy zabytkowymi drewnianymi 500-letnimi schodami. Wśród kamienistych baszt, murów miejskich, kamieniczek i kościołów czas zatrzymał się co najmniej kilkaset lat temu.

Następny punkt programu to Biertan. Nie udało się nam jednak odnaleźć odpowiedzialnego za klucze - wyjechał do innego miasteczka i pozostał nam spacer po dziedzińcu, obejrzenie wież i fresków w katolickiej kaplicy. Szkoda tym bardziej, że to jeden z lepiej zachowanych kościołów.

Ostatnim już dla nas warownym kościołem była świątynia w Valea Viior. Tu już udało się nam wejść do środka. Przy pomocy sprzątającej przed kościołem Rumunki odszukaliśmy opiekującego się świątynią pana Schneidera - jednego z 19 Niemców, którzy zamieszkują jeszcze wioskę. Pokazał on nam muzeum z mapkami Siedmiogrodu i fotografiami strojów ludowych. Powiedział kilka zdań o kościółku i pokazał gdzie wejść na wieżę. Wejście było nieco niebezpieczne. Kościół ma być dopiero remontowany i może to dobrze bo zniszczone czasem budynki intensywniej oddziałują na moją wyobraźnię. Spróchniałe schody, trzeszczące belki i brak zabezpieczeń nad dziurami w podłodze dostarczały nieco emocji. Po obejrzeniu wnętrza kościółka z pięknym ołtarzem i organami wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi, gdzie odnaleźliśmy sporo polskich wpisów. Wychodząc spotkaliśmy jeszcze pana Schneidera, który zostawiwszy nas samych w kościele by właśnie spożyć południowe piwko.

Kolejnym miasteczkiem, które tylko pobieżnie obejrzeliśmy, był Sybin. Zajrzeliśmy do gotyckiego ewangelickiego kościoła parafialnego ze wspaniałym ołtarzem i pięknymi płaskorzeźbami przedstawiającymi herby szlacheckie. Co ciekawe kościół stoi na wspólnym podwórzu z zabytkowym gimnazjum przed którym biegało pełno dzieciaków. Ogólnie na ulicach widać, że Rumunia nie ma problemów z przyrostem naturalnym - dzieciaków tu wszędzie pełno. Ogromny rynek z przepięknymi kamienicami i ratuszem podziwialiśmy króciutko by zdążyć do zamku w Hunedoarze. Pomimo odległości 130 km udało się dojechać głównie dzięki doskonałym drogom, które zadziwiały mnie coraz bardziej.

Po wysokim drewnianym moście weszliśmy do ogromnego warownego zamku - wstęp tylko 12 000 lejów. Zamek robi wrażenie - wysokie mury, piękne wieże, średniowieczne sale rycerskie ze wspaniałymi sklepieniami i piękny dziedziniec. Jedyny element nieco tu nie pasujący to widok z zamku na koszmarne fabryki Hunedoary wybudowane tuż obok zamku. Tradycyjnie już wlazłem na wzgórze naprzeciwko zamku by cyknąć kilka fotek.

Tuż przed zmrokiem zdążyliśmy jeszcze dojechać do przepięknego miasteczka - Alba Julia. Ze względu na porę obejrzeliśmy jedynie XI-wieczną katedrę katolicką, gdzie garstka wiernych odmawiała różaniec i imponującą, znacznie młodszą katedrę prawosławną znajdującą się tuż obok. Ta dla odmiany wypełniona była po brzegi. Również w obrębie cytadeli będącej centrum miasta znajduje się Muzeum Unifikacji Rumunii - gdzie rozpoczęła się po I wojnie światowej historia Rumunii współczesnej. W centrum miasta wspaniały park i chodniki będące rajem dla tutejszych miłośników rolek.

Zrobiło się ciemno, ale postanowiliśmy znaleźć nocleg gdzieś po drodze do Klużu. Bezskutecznie szukałem w małym miasteczku Aiud i dopiero w Turdzie znaleźliśmy hotelik w samym centrum miasta - 500 000 za ekskluzywny pokój ze śniadaniem. Przy wysiadaniu z samochodu po raz pierwszy natknęliśmy się na żebrzące o jedzenie dzieciaki, które nie mogły się nacieszyć gdy dostały od nas bułkę.

Kolejnego dnia pogoda już nie była tak życzliwa jak przez cały tydzień. W Klużu gdy tylko wysiedliśmy z samochodów z nieba zaczęła lać się woda i to coraz intensywniej. Zostawiliśmy zatem miasto za sobą i pojechaliśmy na północ w kierunku Baia Mare. Z powodu pogody odcinki drogi zaznaczone na mapie jako widokowe nie pokazywały za ciekawych widoków. Deszcz padał praktycznie bez przerwy. Po przejechaniu przez Baia Mare skierowaliśmy się do Surdesti, gdzie obejrzeliśmy jeden z ciekawszych podobno drewnianych kościołów unickich z bardzo wysoką wieżą - 54 metry. Cerkiew wzniesiono na początku XVIII wieku. Po krótkich poszukiwaniach odnaleźliśmy kobietę, która wpuściła nas do środka - wnętrze równie piękne jak konstrukcja architektoniczna. Szkoda tylko, że nie pozwoliła fotografować ciekawie zdobionego wnętrza.

Deszcz sprawił, że zmieniliśmy nasze plany i zrezygnowaliśmy z obejrzenia innych cerkwi i "wesołego cmentarza". Wróciliśmy do Baia Mare, zjedliśmy obiad i oceniwszy odległość do Polski postanowiliśmy jeszcze dziś wrócić do domu. Co ciekawe im bliżej granicy tym lepsza była pogoda. Na Węgry wjechaliśmy już w towarzystwie jesiennego słoneczka. Cały czas jednak towarzyszyły nam od wschodu ciemne burzowe chmury wiszące nad górami. Przejechaliśmy przez Tokaj i po równie dobrych jak w Rumunii drogach dość szybko mając doliczoną godzinę z zapasie dojechaliśmy do Słowacji - tu już dopadł nas zmrok. Na szczęście bez większych problemów pokonywaliśmy kolejne kilometry i poprzez Łysą Polanę, Kraków dojechaliśmy do Częstochowy. Było już po północy, ale nie byliśmy specjalnie wyczerpani.

Podsumowując cały wyjazd muszę przyznać, że był nieco zwariowany. Za mało mieliśmy czasu, a plany zbyt rozbudowane. Myślę jednak, że udało się nam zaleźć pośrednie rozwiązanie i pomimo dużego tempa odpoczęliśmy aktywnie :))

Rumunia zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie i może ta krótka relacja pomoże przełamać dziwne stereotypy panujące w Polsce na temat naszego byłego południowego sąsiada. Warto zwiedzić ten kraj - ja pojadę tam na pewno jeszcze nie raz.

Więcej artykułow Piotra Bułacza na stronie: piotbula.republika.pl/archiwum

Więcej z Europy

Fryburg

Piotr PaciorkiewiczSzwajcaria