Wydanie internetoweEuropa

Pójść do Rzymu

Andrzej GołębiewskiWłochy

Na pieszą pielgrzymkę do Watykanu Andrzej Gołębiewski zdecydował się ostatecznie po powrocie z kolejnej już pieszej pielgrzymki, tym razem do Wilna. Tym razem trasa pieszej pielgrzymki miała stanowić wielokrotność typowej trasy na Jasną Górę, czy też do Wilna. Jednakże świadomość, iż ma jako nauczyciel ponad dwa miesiące urlopu, zadecydowała o podjęciu życiowego wyzwania. "Jeżeli nie teraz, to kiedy?" - pytał sam siebie. Na karku już pół wieku i nie pora odkładać tego planu na później. Później, znaczy wcale. "Nie jesteś już takim młodzikiem, jak dawniej. Nie masz piętnastu lat, a raczej już prawie pięćdziesiąt" - "pocieszała" go znajoma pielęgniarka, która zaopatrzyła go w podstawowy zapas leków na tak długą pieszą pielgrzymkę.

Mapa trasy: Pójść do Rzymu
Mapa trasy

Rozpoczął zbieranie map i wszelkich potrzebnych wiadomości na temat marszu do Italii. Tych wiadomości nie było zbyt wiele tak, że do końca nie był świadomy skali trudności, jakich podjął się. Faktyczne trudności były większe, aniżeli przewidywał.

W dniu 19 czerwca 2006 roku odebrał od ordynariusza elbląskiego, ks. Bp Jana Styrny błogosławieństwo pielgrzymie na piśmie. Od tej pory czas jakby szybciej zaczął biec. Ponad miesiąc nie ustawał w ćwiczeniach kondycyjnych. Co kilka dni odbywał dłuższe marsze rzędu 30 - 36 kilometrów brzegiem Zatoki Gdańskiej. Zdawał sobie sprawę, że będą też inne ukształtowania terenu, czyli przejście przez Alpy, w których nigdy nie był.

O świcie 5 lipca rozpoczął marsz z plaży w Stegnie. Kilka chwil przypatrywania się wschodzącemu nad Bałtykiem słońcu i kieruje się na południe. Najpierw jest to las nadmorski. Zapachy letniego lasu bardzo kusiły, aby dać sobie spokój z tym szaleństwem, na jakie zdecydował się. Może lepiej byłoby spędzić 2 - 3 tygodnie na campingu gdzieś nad morzem w lesie? I dzisiaj potrzeba szaleńców Bożych - mówił mu biskup elbląski, gdy 19 czerwca tego roku dyskutowali o polskiej "pionierce" pieszego pielgrzymowania do Rzymu w XIV wieku, bł. Dorocie ze wsi Mątowy Wielkie koło Malborka.

Pierwszy dzień miał charakter wielkiego testu wytrzymałościowego tak dla psychiki pątnika, jak i dla sprzętu, który należało zabrać ze sobą. Obciążonego plecaka nie dało się nieść na dłuższą metę. Po 10 km trzeba było wykorzystać zamontowane do plecaka kółka i całość po prostu ciągnąć. Niestety trafiały się odcinki trasy, gdy nagle asfalt nagle kończył się i pozostawał trywialny bruk. Tak było między Nowym Stawem a Tczewem, jak również w Czechach. Obcieranie dna plecaka o nierówną nawierzchnię przyczyniło się do stopniowego przecierania się plecaka, który swój żywot skończył w Rzymie.

Trasa z plaży w Stegnie do klasztoru w Gorzędzieju za Tczewem pierwszego dnia wynosiła 66 km. Był to najdłuższy etap w całej pielgrzymce pieszej do Watykanu. W kolejne dni przypadały już dzienne odcinki rzędu około 50 km. Parytet trasy dziennej zwykle kształtował się w proporcjach: 30: 20, czyli 30 km do południa, gdy organizm nie jest jeszcze tak zmęczony. Potem trzy godziny odpoczynku zwykle w cieniu napotkanego kościoła, aby przeczekać południowe upały, a te były znaczne na terenie Polski. Jako typowe exemplum niech będzie temperatura o godz. 19.28 po opuszczeniu Świecia. Termometr nad drogą pokazywał wtedy: +32,8°C - w powietrzu i +38,3°C przy jezdni. Praktycznie najlepiej maszerowało się wczesnym rankiem i pod wieczór, ale wtedy człowiek był już znużony całodziennym upałem. Wiadomo, że nie ma możliwości maszerowania po zapadnięciu zmroku z uwagi na możliwość potrącenia przez auta. Ostatniego dnia pojawiła się konieczność marszu po ciemku i to był jeden z bardziej stresujących odcinków pielgrzymki. Już prawie u bram Rzymu, w Prima Porta droga, która szedł przebiegała przez tunel długości prawie półtora kilometra. W zasadzie tunel to nic nowego. Przechodził już takimi w Austrii, ale wszystkie były oświetlone. Ten ostatni, w Prima Porta był niestety nieoświetlony! To był istotnie tunel dla niego. Jezdnia dwupasmowa, którą pędziły auta z prędkością ponad 100 km na godzinę, robiła takie same wrażenie jak 3 km autostrady, którą musiał pokonać pod Wenecją, aby wyjść na trasę w stronę Rawenny. W tym ostatnim tunelu był też pas awaryjny, ale strasznie zaśmiecony odłamkami kamieni i betonu. Trzeba było, po założeniu kamizelki odblaskowej, dobrze patrzeć pod nogi, gdy nadjeżdżało z tyłu jakieś auto. Był to jedyny moment, gdy fragment jezdni był oświetlony. Cały odcinek tunelu w Prima Porta pokonywał z prędkością, co najmniej 6 km na godzinę. Podobne tempo zaliczał też pod Wenecją, w, Mestre gdy, ujrzeli go na autostradzie karabinierzy i kazali zejść na stację benzynową, aby poczekać mandat karny. Duże tempo marszu pozwoliło mu bezpiecznie oddalić się od wskazanej stacji benzynowej, a przez to uratować około 100 euro.

Pierwszy deszcz a raczej ulewa pojawiła się nocą we wsi Wińsko na południu Polski. Wystarczyło kilka minut burzy, aby wnętrze namiotu zamieniło się w miniaturowy basen letni. Jedynym rozwiązaniem było przeczekanie w nim do końca burzy, albo wycięcie w podłodze namiotu kanałów odpływowych. Niestety po ciemku trudno było znaleźć jakieś ostre narzędzie. W Austrii też trafiały się deszcze, ale prawdziwie deszczowa pogoda trafiła się dopiero w Italii. Prawie, co dwa dni burza. 1 sierpnia spotkał na swej drodze cztery burze. W dzienniku pielgrzymkowym pojawia się 1 sierpnia następujący zapis:

"W mieście Copegliano dopadła mnie kolejny już czwarty raz tego dnia burza z gór. Schowałem się pod tarasem domu handlowego. Obok stanęła starsza kobieta z rowerem. Jest godzina 19.00 i robi się ciemno. Tym razem poddaję się. Pytam rowerzystkę o najbliższy kościół i o proboszcza, bo mam problem z noclegiem. "Tu całkiem blisko jest kościół parafialny i jest ksiądz. Pół kilometra stąd, w dół ulicy. Jest też klasztor kapucynów. Może oni pomogą?" - Powiedziała. Podziękowałem jej i gdy tylko mniej już padało, udałem się szeroką aleją do klasztoru kapucynów. Starszy furtian z długą siwą brodą i popielatym fartuchu odmówił mi noclegu tłumacząc, że mają salę chorych i nie mogą mnie przenocować. Może przenocuje mnie proboszcz w pobliskiej parafii? To tylko pół kilometra. Idę, zatem do kościoła. Mijałem go już wcześniej. Żółty, otynkowany. Styl neoromański. Z prawej strony, za kościołem widzę tabliczkę i domofon. Dzwonię. Otwierają się drzwi i wchodzę. Z lewej strony półpiętra wychodzi starszy kapłan. Łamanym włoskim mówię mu, o co mi chodzi. Każe mi czekać, bo ma u siebie w Biurze Parafialnym klientów. Opadam w głęboki, skórzany fotel na holu i czekam. Z rozmowy, jaką udaje mi się mimowolnie podsłuchać wynika, że mężczyzna i kobieta z dziewczynką w wieku 8-9 lat, ustalają termin zawarcia związku małżeńskiego. Trwa to bardzo długo. Proboszczowi nie spieszy się. Mnie tak, bo wizja noclegu nadal jest mało klarowna. Wreszcie klienci wychodzą. W tym czasie wchodzi z ulicy dwu młodych mężczyzn i kobieta. Jeden z nich rozumie, co nieco po angielsku i zaczyna rozmowę ze mną. Nocleg? W porządku. Proszę za mną. Prowadzi mnie przez podwórko, plebanii do pomieszczeń, gdzie prowadzi się akcje charytatywne i spotkania z młodzieżą. Mam do swej dyspozycji kuchnię z kominkiem, a obok węzeł sanitarny. Czy potrzebujesz pościel? - pyta młody Italiano, a przysłuchuje się temu proboszcz.. Cordiale grazie - odpowiadam. Przyniosę ci coś do jedzenia - mówi i obaj mężczyźni wychodzą. Biorę się za mycie. Ciepła woda. Co za ulga! W tym czasie młody Italiano przynosi mi na tacy dużą przekrojoną bułkę, parę plasterków szynki parmezańskiej, pół butelki lemoniady i dwie paczuszki mikroskopijnych ciasteczek. Na koniec pyta, jak mam na imię i życzy mi dobrej nocy. Gdy umyłem się, zjadłem to, co dostałem z proboszczowskiej kuchni. Jednak nadal nie czułem się najedzony. W kuchni znalazłem kilka gatunków makaronu, więc nieco ugotowałem sobie. Potem przyprawiłem oliwą i tym dopełniłem kolacji. Na jutro zaś zaparzyłem sobie kawę Anatol, którą niosłem z Polski. Tymczasem na zewnątrz, po raz czwarty rozszalała się letnia burza. Zasnąłem po godzinie 22.00."

Inną trudnością na trasie pieszej pielgrzymki były przełęcze alpejskie, do których nasz pielgrzym nie był przygotowany kondycyjnie. Ich pokonanie kosztowało dużo sił fizycznych, jak i też wymagało niemałego samozaparcia się, szczególnie, gdy człowiek uświadamia sobie, jak wysoko przyjdzie mu wspinać się. Nie jest tu istotne, że wspomniane przełęcze były wyasfaltowane i w zasadzie dostępne dla ruchu aut osobowych z wyjątkiem aut z przyczepami kempingowymi. Znaczny wysiłek fizyczny determinował kondycję psychiczną. W relacji z XXII dnia pielgrzymki czytamy:

"Ponieważ czekał mnie dzisiaj drugi atak nowego szczytu, tym razem Katschberg, więc przygotowałem się na to technicznie. Aby nie zabrakło sił, zjadłem tabliczkę czekolady (0,55 euro) i puszkę kompotu brzoskwiniowego (0,79 euro), oprócz oczywiście obiadu. Ruszam, więc na tę górę próby. Podjazd 15 % na odcinku 5 km. Najpierw etap I: 2 600 m, potem mały płaskowyż i znów 1 500 m podejścia. Początkowo podejścia robię, co 600 m i odpoczywam. Serce bije mocno i pot leje się ze mnie. Kolejne przerwy robię już tylko, co 200 m. Auta powoli podjeżdżają pod górę i tak samo wolno, na I biegu, zjeżdżają. Wreszcie po długim wypatrywaniu widzę długo oczekiwany napis: Katschberg. Tak oto mijam granicę landu. Do widzenia w landzie Salzburgu - widzę napis po prawej stronie. Jestem, zatem na wysokości 1 641 m nad poziomem morza, czyli tyle powyżej mego mieszkania na Żuławach. Wchodzę do nowego landu, do Karyntii."

W zamysłach naszego pielgrzyma była modlitwa u grobu Sługi Bożego, papieża Jana Pawła Wielkiego. Na miejscu, po dwu godzinach stania w niekończącej się kolejce pielgrzymów z całego świata, nie było na to miejsca. Kolorowi ochraniarze nie pozwalali zatrzymać się na dłuższą modlitwę. Andrzej zdążył tylko w biegu, mijając białą płytę nagrobną Polaka-Papieża, zdążył tylko odmówić na stojąco jedną "zdrowaśkę" w sobie znanych intencjach, z którymi wędrował przez pół Europy. Kiedy usiłował uruchomić kamerę cyfrową, ciemnoskóry ochraniarz wrzasnął: No video ! Andrzej z przykrością zauważył, że zanikło w tym miejscu należne sacrum. Typowa masówka, jak w typowym światowym muzeum, które każdy turysta winien "zaliczyć". W takich sytuacjach słychać nieomal komendę poganiacza: "Proszę wycieczki, proszę dalej, bo za nami następna wycieczka, która też chce coś zobaczyć".

Na dłuższe medytacje modlitewne pozostawała, zatem Bazylika św. Piotra. Tu też pojawiła się pewna trudność. Otóż na trasie, tak w Austrii, jak i w Italii, ludzie pytali naszego pielgrzyma, dokąd idzie. Kiedy dowiadywali się, że idzie do grobu Polaka-Papieża, podziwiali naszego pielgrzyma, a następnie dając pieniądze, prosili o zakupienie i zapalenie świec wotywnych w swych intencjach w Watykanie. Niestety w Bazylice św. Piotra było to technicznie niemożliwe, gdyż jest tam tylko oświetlenie elektryczne. Inaczej w krótkim czasie wnętrze Bazyliki byłoby czarne od płonących świec. Koniec końców świece wotywne zapalone zostały w bocznym ołtarzu kościoła pw. Św. Oktawiana, gdzie proboszcz, u którego zatrzymał się nasz pątnik, codziennie sprawował Najświętszą Ofiarę.

Warto na koniec zapytać, co niesie przed siebie wiele milionów ludzi przez minione stulecia? Co sprawia, następuje renesans ruchu pielgrzymkowego w naszej szerokości geograficznej? Na pewno nie będzie to tylko sprawa otwartych granic w "demoludach". Jest to na pewno jakaś racja, aczkolwiek nie najważniejsza. Człowiek współczesny na pewno poszukuje wartości ponadczasowych, a do tego potrzebuje też i pewnego dystansu czasowego, aby uczynić sobie mały remanent życiowy. Podsumowanie własnych aktywów i pasywów. Aby w trudzie pątniczego marszu lepiej ujrzeć własne słabości i nałogi, a przez to skuteczniej nad tym zacząć pracować. Andrzej pielgrzymował pieszo do Rzymu 38 dni. Jest to dużo i mało. Jak dotąd, jest to ponoć najkrótszy czas marszu z Polski do Rzymu, ale nie o to tutaj chodzi. Chodzi o to, aby przez te dni, kiedy to przemierzył około 2 128 km ujrzeć siebie takim, jakim się jest w istocie. Chodzi tu też i o to, aby w jakiś metafizyczny sposób zbliżyć się w swej samotności do Tego, który nigdy nie opuszcza człowieka, aby zbliżyć się do Boga, którego obecność tak często jesteśmy w stanie przegapić w falującym tłumie hałasu dnia codziennego. Właśnie w szumie alpejskiego potoku i łagodności polany zalanej świeżą zielenią widać odblask Boga, do którego na pewno dąży każdy z pielgrzymów przez cały czas w sposób mniej lub bardziej świadomy. Człowiek zawsze dążył do piękna i miłości, a tym właśnie jest Bóg.

Więcej z Europy