Wydanie internetoweEuropa

Odkrywamy nowe miejsca. Wyprawa Ukraina-Rumunia-Węgry-Słowacja

Maciej Brożyna, Herbert JarosławUkrainaRumuniaWęgrySłowacja

Na początku maja odbył się kolejny wyjazd organizowany przez Koło Naukowe "Podróżników" na Ukrainę, który relacjonujemy w naszej gazecie. Ukraina jak zwykle zaskakiwała nas swym pięknem przyrody oraz miejscami tak mało znanymi i dopiero przez nas poznawanymi. Miejscami, odkrywanymi przez Polaków, choć nie wszystkich - niedawno 12 osób z naszego Koła zdobywała szczyty na Krymie, odbywając tam rekonesans. Mieszanka kultur, języków i wyznań zrobiła na nas wielkie wrażenie nic więc dziwnego, że ponowna wyprawa na wschód, choć już nie tak daleka, ale równie egzotyczna, od razu zebrała chętnych. Tym bardziej, że tym razem wyruszyliśmy niewielkim busem, towarzyszył nam bowiem Dziekan Wydziału, który po niespełna pół wieku miał okazję powrócić do miejsc, w których upłynęły lata jego dzieciństwa. Nasza sentymentalna podróż przebiegała z początku przez typowe ukraińskie miejscowości, z którymi bardzo mocno powiązana jest wspólna polsko-ukraińska historia. Mijaliśmy charakterystyczne kolorowe cmentarze, położone w krajobrazie zbliżonym do naszych Bieszczadów, nowo odrestaurowane lub zbudowane cerkwie i kościoły, położone wzdłuż dróg miejscowości, np. Jaremcza wydawała się ciągnąć w nieskończoność brzegów nieodłącznie meandrującej rzeki Prut. Nasza trasa wiodła przez Przemyśl, przejście drogowa w Medyce, w kierunku Lwowa, który tym razem okrążyliśmy obwodnicą. Po drodze do celu mijaliśmy Halicz, Iwanofrankowsk/Stanisławów, Nadwyrną i Jaremczę (rodowe gniazdo, z którego nasz Dziekan wyfrunął w wielki świat), miejscowości które przejeżdżaliśmy, zatrzymując się na popas pierwszego dni naszej wyprawy.

Mapa trasy: Odkrywamy nowe miejsca. Wyprawa Ukraina-Rumunia-Węgry-Słowacja
Mapa trasy

Naszym pierwszym celem był obóz Wydziału Geografii Uniwersytetu im. I. Franko we Lwowie, położony jest na terenie Parku Narodowego "Howerla", który stał się naszą bazą wypadową do wypraw w góry. Dzięki współpracy naszych uczelni dwa pierwsze noclegi mieliśmy w ośrodku, w którym ukraińscy studenci odbywają swoje praktyki, położonym ok. 10 km na południe od dawnego kurortu Jaremcza.

Jednym z głównych naszych celów było zdobycie najwyższego szczytu Ukrainy (i Bieszczad wschodnich), czyli Howerli, inaczej "Świętej Góry". Ponoć niepisanym obowiązkiem każdego prawdziwego Ukraińca jest wejście przynajmniej raz w życiu na ten szczyt. Mimo 1 maja, w górach wszędzie prawie jeszcze leżał śnieg, dlatego wieczorem ogrzaliśmy się trochę przy ognisku, w ośrodku gości było poza nami zaledwie kilku, większość - to turyści z Polski.

Drugiego maja - pobudka o 5.00, przy wstawaniu towarzyszy nam potworne zimno i szum Prutu, który przepływa dosłownie pod oknem. Trwały ostatnie przygotowania do wyjścia, w jednym z pokoi czuć pastę do butów, w następnym gotuje się herbata do termosów, wszystko przebiegało dość żwawo gdyż na zewnątrz temperatura była jak na maj, według naszych przyzwyczajeń nie za niewielka, bo 4°C.

Czasu nie za dużo, bo przed nami seria szczytów do zdobycia. Wędrujemy na skrót przez las, przeskakując strumienie i brnąc w śniegu po pas, do krętej drogi, prowadzącej do Bazy przygotowań olimpijskich, gdzie rozpoczyna się szlak. Po drodze robimy pamiątkowe zdjęcie z opiekunem i ruszamy ostro do przodu. Naszą wędrówkę zaczęliśmy szlakiem czerwonym idąc na południowy zachód. Pierwszym ciekawym miejscem, jakie napotkaliśmy na naszej drodze po wyjściu z zimowego lasu, była stacja meteorologiczna położona na wysokości 1450 m npm. oraz nieco niżej obok zbudowany budynek Instytutu Badań Karpat Wschodnich, stacja badawcza m.in. ekosystemu, roślinności i fauny górskiej. W tym miejscu, na nasłonecznionym stoku trafiły się nam pierwsze bezśnieżne połoniny, pokryte trawą i masą właśnie zakwitłych pięknych krokusów alpejskich (objętych ochroną). Idąc od stacji na zachód wyszliśmy na tzw. siodło między szczytami Breskuł, a Dżudżemską. Howerlę mieliśmy po prawej ręce. Skierowaliśmy się dalej na lewo i idąc granią doszliśmy do szczytu Turkuł, po czym zeszliśmy - dosłownie zjeżdżając z góry - do "Jeziora Niesamowitego", zaopatrując się tam w kryształową wodę na dalszą drogę i ruszyliśmy, zawracając w kierunku naszego celu - Howerli. Za każdym zakrętem odkrywaliśmy inną perspektywę góry, im wyżej i bardziej stromo, tym bardziej dialogi nasze ustawały, a piękno krajobrazu wzrastało, zapierając dech w piersiach. Tętno rosło wraz z urywanym oddechem, ale ciekawość pchała w górę.

Na szlaku spotkaliśmy sporo turystów, którzy tak samo jak my byli zachwyceni otaczająca nas panoramą i krajobrazem. I znowu, dużo z nich, to Polacy! Po osiągnięciu celu zrobiliśmy parę pamiątkowych zdjęć. Była chwila na odsapnięcie, cichą modlitwę przy krzyżu, po czym każdy z nas wyjął foliowy worek i z samego szczytu, z fantazją, szybko i bez zmęczenia zjechaliśmy po śniegu aż do podnóża świętej góry. Przyznam, że była to przednia zabawa, ekstremalny sport. Góry dały nam jednak w kość, a jeden z kolegów wrócił w butach zawiązanych drutem. Przeszły z nim wiele dróg, ta okazała się dla nich ostatnia. Wieczorem już nikt nie miał siły aby rozpalić ognisko, wszyscy spali jak zabici zaraz po dobranocce.

Trzeciego maja, znowu wcześnie rano ruszyliśmy w drogę powrotną. Dziekan, który spędził poprzedni dzień w swojej rodzinnej Jaremczy powiózł nas na miejsce, gdzie chodził do szkoły, gdzie jego dziadek zbudował swój dom i gdzie był leśniczym powiatowym II RP. Zobaczyliśmy najbardziej znaną atrakcję turystyczną Jaremczy - wodospad, który zamienił się w próg wodny, po nieudanej próbie wysadzenia go, by uczynić rzekę spławną. Jak by powiedział Grek Zorba: "To musiała być piękna katastrofa". Obok był bazar, typowo turystyczny, z nielicznymi o wczesnej porze klientami. Sprzedawczynie Ukrainki, zachęcały nas do zakupów, jakbyśmy byli nie w Galicji, a na Bliskim Wschodzie. Dotarliśmy również do byłego domu rodziców prof. Obodyńskiego, w którym przywitała naszą ekipę czym Bóg dał, mieszkająca tam od 50 lat gospodyni. Pobiegła żwawo, jak na swoje 75 lat do kamiennej chłodni-piwnicy w ogrodzie, by przynieść swe skarby, ubiegłoroczne jabłuszka i trzylitrowy słój mętnego już wina, dla wzniesienia toastu. Nawet mgr inż. Marek Kuśnierz uznał, iż moment jest tak podniosły, że wyjątkowo studenci mogą wznieść kielichy. Propozycja dopicia i kolejnych toastów nie znalazła uznania, może z powodu jakości wina. A dla szefa poprosiliśmy o kamień ze stron rodzinnych, który postanowiono przewieźć do kraju i - po wygrawerowaniu odpowiedniego napisu, uroczyście przekazać Dziekanowi i umieścić w jego ogródku. Dalszy powrót, z zatrzymaniem się we Lwowie i spotkaniem na Uniwersytecie we Lwowie ze studentami i władzami Zakładu Turystyki i Wydziału Geografii, z którym mamy zamiar współpracować w ramach odnowionej niedawno Umowy o Współpracy naszych uczelni, znamy tylko z opowiadań. Tu zaczyna się, druga część naszej opowieści, która tłumaczy podtytuł artykułu. Dla wszystkich bowiem, była to wyprawa na Ukrainę, my postanowiliśmy pójść dalej.

Opuściliśmy bus w ustalonym na podstawie mapy miejscu, by przemierzyć drogę do granicy rumuńskiej. Poruszaliśmy się główną trasą, idącą z Kołomyji przez Rachow, gdzie złapaliśmy autobus. Był on stosunkowo tani, biorąc pod uwagę długość trasy jaką jechaliśmy oraz piękne widoki wzdłuż rzeki Cisy, a co najważniejsze obecność wspaniałego ukraińskiego kierowcy-przewodnika - myślę, że tak Go możemy nazwać. W połowie trasy zatrzymaliśmy się w mieście Rachow na 20. minutową przerwę. Nasz przewodnik dał nam znak abyśmy za nim poszli, my zdziwieni pomału idziemy za nim, wchodzimy do pierwszego z brzegu budynku, na piętro, a On co chwila się obraca i mówi "zachaditie, zachaditie". Do głowy by nam nie przyszło, że doprowadza nas po prostu do toalety, tu nasz przewodnik poinformował jeszcze raz, iż nasze rzeczy są bezpieczne, a wolny czas, to 20 min. Smaku temu wydarzeniu dodało to, że okolica dworca wręcz zapełniona była grupami Romów, którzy widząc nas coś szeptali i głęboko zaglądali nam w oczy.

Jakiś czas później dotarliśmy do wsi Sołotwino, gdzie po 5. km marszu doszliśmy do ukraińsko-rumuńskiej granicy. Jednak próba jej przejścia zakończyła się fiaskiem, z powodów bliżej nam nie znanych (trzeba się przykładać do języków). Po powrocie do wsi udało nam się dość szybko złapać następny autobus, a czas oczekiwania zapełnił nam rzadko spotykany widok konduktu pogrzebowego z niesamowitą orkiestrą z przodu - ludzie ci wyglądali, jakby dopiero co odeszli od pracy, z pełną powagą wyrażali swe uczucia poprzez muzykę.

Wreszcie, około 20 km dalej, we wsi Tereswa dotarliśmy na właściwe przejście graniczne, na którym po obowiązkowych opłatach za wjazd do Rumunii i wypełnieniu kilku druków A4, o tym co przewozimy itd., udało nam się wreszcie przejść granicę. Zdajemy sobie sprawę, że czytelnik zadać może tu pytanie - jak w XXI wieku można robić takie utrudnienia na granicach. Myślę, że jest to związane z transformacją ustroju państw, a to jak wiemy z doświadczenia trochę trwa. Gdy wysiedliśmy z pociągu w mieści Sighetu Marmaţi (Sygiet Marmarowski) wymieniliśmy walutę i skierowaliśmy się na wschód, dosłownie wdrapując na niewielki szczyt ok. 700 m. npm. i z zachodzącym słońcem rozbiliśmy obóz. U naszych stóp, jak okiem sięgnąć rozciągało się miasto wraz z wijącą się rzeką Iza/Tisa/Cisa.

Następnego dnia wędrowaliśmy cały czas na wschód, na swej drodze spotykaliśmy dobrych i uśmiechniętych ludzi, a w pewnej wsi nawet trafiliśmy na kobietę mówiącą po angielsku. Wykorzystaliśmy to, ucząc się podstawowych zwrotów grzecznościowych po rumuńsku. Następny nocleg, oddalony był od poprzedniego o ok. 20 km, rozbiliśmy na szczycie góry 1000 m. npm. Po wieczornych dyskusjach ustaliliśmy, iż jedziemy na Węgry, a za cel wybraliśmy Tokaj. Autobusem, autostopem i piechotą udało nam się dostać pod miejscowość Mátészalka - ok. 60 km na wschód od Nyíregyhazy. Pierwsze, co nas spotkało to znów inny język, w ogóle nam nieznany, oprócz takich podstawowych zwrotów jak "egeségedre" (na zdrowie).

Z Mátészalka udało nam się dostać do Nyíregyhazy pociągiem (są tu bardzo tanie przejazdy) gdzie spędziliśmy około 1 godz. Zdążyliśmy zauważyć, że jest to ładne i czyste miasto, partnerskie miasto Rzeszowa. Po południu pociągiem ruszyliśmy dalej i po ok. 40 km na zachód od Nyíregyhazy wysiedliśmy w Tokaju. Miasteczko to ujęło nas harmonią swoistych zabudowań, gdzie prawie każdy dom posiada długą, głęboką i chłodną piwnicę, dostępną dla turystów chcących skosztować słynnego Węgrzyna, ulubiony trunek imć Zagłoby i pokoleń Polaków. Widać, że Tokaj przygotowany jest na przyjmowanie turystów z całego świata, nawet poza sezonem, a są to głównie turyści z Niemiec.

Tokaj przedstawia turyście już gotowy produkt w postaci wina i miejsc jego degustacji. Ale przewodnicy opowiadają tu legendy o powstaniu tego wyjątkowego, jedynego w świecie wina i o procesie jego wytwarzania. Gdy sięgnęliśmy wzrokiem nad miasto szybko zdaliśmy sobie sprawę ile wysiłku trzeba włożyć w jego produkcję, a nie jest to łatwy kawałek chleba. Strome wulkaniczne pagórki, otaczające miasto od południa i wschodu, wręcz usłane są winoroślą. Kolejny nasz nocleg, znowu nad rzeka Cisą, tak tą samą, wzdłuż której jechaliśmy jeszcze na Ukrainie - biegnie ona dalej przez Rumunię i Węgry, a następnie w Chorwacji wpada do Dunaju. To, czym nas jeszcze ujął Tokaj, to kościół w samym centrum, w którym wisi obraz z Polski, przedstawiający Św. Marię z napisem: "pod Twoją ochronę uciekamy się". Ruszyliśmy dalej do Miskolca i przez Košice do Rzeszowa. Może Słowację potraktowaliśmy po macoszemu, ale jeszcze tu wrócimy. Jeżeli chodzi o Węgry, to znacznie więcej ludzi mówi tu w językach obcych - nam, co prawda chodziło głównie o angielski i niemiecki, ale zdarzały się osoby mówiące w językach rzadziej spotykanych. Wyjazd ten pozwolił nam na poznanie kultury tych państw, pracę nad językami i doskonalenie praktyki w prowadzeniu grup turystycznych.

Pomyśleć, że jeszcze 89 lat temu, nie opuścilibyśmy ani na chwilę ziem cesarza Franciszka Józefa, do którego należała Galicja, Rumunia, Słowacja i Węgry. Dziś też większość tych terenów, to ziemie Unii Europejskiej, do nich Rumunia i Bułgaria dołączą już niebawem. Dlatego, chcieliśmy zachęcić brać studencką (i nie tylko) do zdobywania doświadczeń w turystyce i podróżach, które jak wiadomo kształcą i rozwijają poziom intelektualny człowieka. Naszym zdaniem każdy z darów nieskażonej natury, jaki daje nam "Matka Ziemia" trzeba poznać, wręcz go "dotykając", zanim nie zostanie zamieniony przez turystyczny biznes w atrakcję dla bogatych turystów, tracąc swoją dziewiczość i naturalność. Jest jeszcze czas dla prawdziwych wędrowców - trzeba się tylko ruszyć, by zdążyć to wszystko zobaczyć na własne oczy i przemierzyć własnymi nogami.

Artykuł był publikowany w Kurierze Chicagowskim, Kurierze Ateńskim, oraz w Gazecie Uniwersyteckiej w Rzeszowie