Geozeta nr 5Europa

Światów ile nie odkrytych wokół?

Ewa PolakNorwegia

Ile światłem prowadzeni
dróg powietrza przejść zdołamy?
W ilu rzekach zanurzymy stopy?
Ile w nas zdumień jeszcze?
Ile złudzeń nie straconych?
Światów ile nie odkrytych wokół?

Mapa trasy: Światów ile nie odkrytych wokół?
Mapa trasy

W czasie moich mniejszych czy większych wypraw nucę sobie słowa tej piosenki, które inspirują mnie i każą szukać wciąż nowych światów. Jak to robić dzisiaj kiedy nie ma już białych plam? Wystarczy trochę wrażliwości, odwagi, umiejętności obserwacji, a przede wszystkim poruszenia wszystkich swoich zmysłów. Najważniejszy jest wzrok. To jemu zawdzięczamy miliony zachwytów. Pozwala chłonąć świat w całej gamie barw i odcieni szarości. Widzieć głębie, przestrzenie i perspektywę. Podróże to nic innego, jak zobaczyć coś na własne oczy, by zachować obrazy, niczym pocztówki w swojej pamięci. Z roli tego zmysłu zdajemy sobie sprawę. Ale to nie wszystko.

Będąc gdzieś zostają nam wspomnienia. To nimi żyjemy i "karmimy się" aż do następnej podróży. Kodujemy je nie tylko jako pewien obraz. Gdy zamkniemy oczy nie tylko coś widzimy, ale też czujemy: zapachy w tanich barach, dzikich łąk, albo siłę wiatru czy żar słońca. Staram się odkrywać świat wszystkimi zmysłami: wzrokiem, słuchem, dotykiem, węchem, smakiem i czymś jeszcze - czymś co jest w środku, czego nie umiem sprecyzować i zlokalizować. Może dlatego jako środek lokomocji wybrałam rower. Daje mi możliwość pełnego i "ciągłego" poznania: kraju, regionu, miasta. Otrzymuję pełny obraz lub gobelin złożony z tysięcy nitek i splotów począwszy od ludzi i ich codzienności, mentalności i kultury, poprzez tajemnice przyrody np. strefowość roślin, zmienność pogody, płoszenie zwierząt. A przede wszystkim mogę poczuć "we własnych nogach" odległości i deniwelacje wszelkich form terenu po drodze.

To niepowtarzalne uczucie, gdy jedziesz pod górę o nachyleniu 7-10 stopni, powolutku, raz-dwa, raz-dwa, przez kilka godzin. Patrzysz na licznik jak uciekają kilometry: 1, 10, 100. Później oglądasz mapę, wykreślasz trasę i prawie każdy milimetr na niej to kawałek twojego życia, wspomnienia, pewien obraz. Tu duża kałuża, dziura w asfalcie, ławeczka gdzie zjadło się pyszny obiad, suche drzewo, na którym siedział dostojny kruk, a myślałam, że to co najmniej jastrząb, plaża, gdzie zgłodniałe kaczki wydziobały nam nogi... Wszystko nabiera innego wymiaru, inaczej niż mijane szybko obrazy, widoki z okna pociągu czy samochodu. Do tego dochodzi głód, zmęczenie, a czasami zimno. Po przejechaniu dłuższej trasy czuję, że każda górka, kilometr wbudowany jest w moje mięśnie, stanowi komórkę. Całkiem inaczej organizm funkcjonuje podczas dłuższych wypraw rowerowych, gdy spalasz około 5000 kcal (normalnie 2000 kcal).

Popatrzcie trochę moimi oczami

Odkryjcie światy, które ja odkryłam, choć trudno mi będzie zamknąć w słowach to, co przeżyłam. Tego lata wybrałam się do mojej krainy marzeń - Krainy Trolli, czyli do Norwegii. Wyruszyliśmy we dwoje, w drugiej połowie sierpnia. Wypłynęliśmy z Gdańska promem do Nynäshamn, małego miasteczka, oddalonego 50 km od Sztokholmu. Przed nami do miejsca docelowego, czyli Parku Narodowego Jotunheimen było około 900 km, a w dwie strony 1700-1900 km. Przejechaliśmy od momentu stanięcia na obcej ziemi do jej opuszczenia dokładnie 1698 km, plus z poruszaniem się po Polsce około 1850 km. Trasę tę pokonaliśmy dość szybkim tempem, bo w ciągu 15 dni samej jazdy. Były dni, kiedy przejeżdżaliśmy 50 km, ale też takie, kiedy 138 km.

Główną sprawczynią takiego tempa była pogoda. Gdy w Polsce panowały upały 30 stopniowe, tam przychodziły i odchodziły deszczowe niże. Samo pedałowanie nie wymaga wiele wytrzymałości. To właśnie otoczka, warunki sprawdzają Twoją siłę woli. I nie tyle mięśnie są ważne, co Twoja psychika. Gdy przez cały dzień lub kilka dni równo pada, to z przyjemnej wycieczki robi się całkiem miła szkoła przetrwania.

Gdy dojechaliśmy w góry, temperatura spadała nad ranem do 2-3 stopni, a czasem poniżej zera. Któregoś dnia w butelkach znaleźliśmy lód. Na szczęście wychodziło słońce, które dodawało mi sił do pedałowania. Pamiętam dzień, w którym dojeżdżaliśmy do Parku Narodowego Jotunheimen. Rano zaczęliśmy ostrym zjazdem (800-250 m n.p.m.) przez 20 km z szybkością 40-70 km/h. Padał zmrożony deszcz. Gdy zjechaliśmy, byliśmy przemoknięci i zmarznięci. W czasie jazdy na rowerze najszybciej marzną ręce i stopy. My ich nie czuliśmy. Teraz czekał nas 70 kilometrowy wjazd na przełęcz 1410 m n.p.m., czyli deniwelacja około 1100 m. Tym razem nawet ucieszyliśmy się z tego, ponieważ moglibyśmy się ogrzać. Powoli zaczęliśmy podjeżdżać. Cały czas na górskim biegu, czyli na 1:1. Raz-dwa, raz-dwa, kilometr po kilometrze. Ale z każdym metrem w górę, słońca było coraz więcej. Najpierw dostrzegliśmy nieśmiałe, błękitne przebłyski, gdzieś w dali pomiędzy chmurami przestrzelały pojedyncze promienie. Dopiero wtedy docenia się Słońce: źródło ciepła i energii. Za chmur zaczęły wyłaniać się stopniowo góry. Początkowo najmniejszy widok został obfotografowany. Chłonęłam je jak małe, głodne dziecko objadające się czekoladkami. Z jednej strony delektowałam się każdym kęsem, z drugiej jakże chciałam więcej. Takich chwil się nie zapomina i dla nich się żyje.

Nasz trud został wynagrodzony. Gdy wjeżdżaliśmy na przełęcz, czyli w góry, niebo było błękitne, bez jednej chmurki. Leżał świeżutki śnieg. Góry wyglądały bajecznie, ale też surowo i dziko, czyli tak, jak sobie je wyobrażałam. Rozbiliśmy namiot na śniegu. Najbliższa góra miała bardzo ciekawe położenie. Znajdowała się pośrodku rozległej doliny. Niby garb, albo skorupa żółwia, który postanowił tu pozostawić swój dom. Ze szczytu roztaczał się cudowny widok na pasma gór. W dolinie lśniły jeziorka i pojedyncze oczka. Jakby dwa różne światy. W dole zieleń i jesienne brązy. Płożąca się roślinność sprawiała wrażenie miękkiej i ciepłej. To było złudzenie. Tak naprawdę te przestrzenie to nic innego, jak grzęzawiska, mokradła i bagna, o czym mogłam przekonać się schodząc po wodę. Wyżej- surowe, czarno-białe grzbiety, szczyty z ostrą granicą śniegu. Dodatkowo zachodzące "słodko" słońce i wiatr dający poczucie, jakbyś leciał nad tym wszystkim. Następne dni dały nam równie dużo przeżyć, ale te pierwsze chwile utrwaliły się jako najpiękniejsze.

Na drugi dzień wstaliśmy dziwnie wcześnie, bez marudzenia. Mimo przeszkód: woda zamarznięta w butelkach, moja przypalona mleczna brejka, nic nie było w stanie popsuć nam humoru i chęci dalszego odkrywania. Wjechaliśmy na przełęcz (1460 m n.p.m.). Później zjechaliśmy jak wariaci do krainy fiordów, jezior tak głębokich, że trudno to sobie wyobrazić, o przedziwnych odcieniach koloru niebieskiego.

Powrót

W drodze powrotnej czekało na nas jeszcze wiele ciekawych miejsc. Szczególnie jedno utkwiło mi w pamięci. Postanowiliśmy skrócić sobie drogę i pojechać szutrową trasą przez Park Narodowy Jotunheimveien. Droga ta miała długość około 50 km i była chyba jedną z najbardziej dzikich i pustych jaką jechałam. Prowadziła ona przez stare góry tzw. fieldy, podobne do stołu. Przed wjazdem stały tablice informacyjne, że w parku tym można prawie w pełni korzystać z natury, czyli: łowić ryby, zbierać jagody, rozbijać się namiotem i łazić po górach nie korzystając ze szlaków. Raj dla traperów, wędkarzy i łazigórów. Norwegowie mogą sobie na to pozwolić z dwóch powodów: po pierwsze mają dużo przestrzeni i gór, po drugie bardzo szanują przyrodę i wiedzą jak z niej korzystać. Nasz pobyt tam ograniczył się do "rowerowego spaceru". A góry zapraszały kusząco, żeby po nich pobrykać. Droga początkowo biegła wzdłuż jeziora, później wspięła się na przełęcz, dalej przez góry, do źródeł najdłuższego jeziora w Norwegii - Mjosa. W dolinie przykucnęły pojedyncze domostwa pasterzy bydła. Krowy te były na wpół dzikimi zwierzętami. Wypuszczano je rano na stoki lub w doliny, gdzie rosły lasy skarłowaciałych brzóz. Wieczorem wracały same.

Z parkiem tym wiąże się jeszcze jedno doświadczenie, które się długo wspomina. W drugim dniu naszego pobytu, zostaliśmy zaskoczeni przez bardzo silny wiatr. W nocy namiot furkotał i przechylał się z brzózkami. Rano zaczęliśmy od dość ostrego wjazdu. Przy silniejszych porywach wiatru, zjeżdżaliśmy nagle na drugą stronę drogi, a rowery przechylały się pod dziwnymi kątami. Mimo tego udało nam się szybko zjechać z gór cudowną serpentyną, gdzie droga miała nachylenie 11 stopni. Tu pobiłam rekord prędkości na rowerze - 68 km/h.

Następny dzień utrwalił się jako chyba najprzyjemniejszy. Nastąpił czas zjechania z wysokości, na które wcześniej "wdrapaliśmy się". Miło było przez 70 km zjeżdżać szosą wzdłuż strumienia górskiego. Nie musieliśmy zbyt mocno pedałować, by osiągnąć prędkość 30-40 km/h. Tego dnia rozbiliśmy się pod Lillehammer. Moim zdanie jest to smutna miejscowość, strasząca pustymi hotelami i poolimpijskimi budynkami, które obecnie sprawiały wrażenie mało przydatnych.

I tak skończyła się nasza przygoda z górami Norwegii. Naprawdę - górami Trolli, sprawiającymi wrażenie gigantycznych, surowych, szczególnie z punktu widzenia "z nad kierownicy roweru". To, co tu napisałam to tylko namiastka tego, co przeżyłam, zobaczyłam. Do Polski wróciłam z dość dużymi mięśniami (tzw. żabie udka), spełnionymi marzeniami i z pewnością, że jeszcze tam wrócę.

Więcej z Europy