Geozeta nr 7Afryka

W STRONĘ PUSTYNI... czyli zapiski z wyprawy do Maroka

Maja WalczakMaroko

AFRYKA - „istnieje ona dla siebie samej, w sobie samej, wieczny, zamknięty, osobny kontynent, ziemia gajów bananowych, nieforemnych poletek manioku, dżungli, olbrzymiej Sahary, z wolna wysychających rzek, rzednących lasów, chorych, monstrualnych miast - obszar świata naładowany jakąś niespokojną i gwałtowną elektrycznością” -- Ryszard Kapuściński „Heban”

Mapa trasy: W STRONĘ PUSTYNI... czyli zapiski z wyprawy do Maroka
Mapa trasy

PIERWSZE WRAŻENIA

7.08.99 - U podnóża gór Rifu...

Siedzę w ciemnym korytarzu hotelu Bensoi w Chechaouenie przy okrągłym stoliku wykonanym z drzewa tui, na który pada nikłe światło mojej latarki i nie wiem od jakich słów zacząć swoją opowieść. Tu wszystko jest inne i nawet niebo zdaje się kusić jakąś nie wyjaśnioną do końca egzotyką. Wokół mnie wirują intensywne, lecz jeszcze nie sprecyzowane kolory, zapachy i dźwięki wydobywające się z dusznej i gorącej atmosfery Maroka. Pierwsze oszołomienie jeszcze nie minęło. Staram się odnaleźć pośród tych wszystkich przecudownych dziwów afrykańskiej przyrody oraz architektury.

8.08.99 - Za średniowiecznymi, żółtymi murami Fezu...

...zauważam dziwaczne dla mnie sytuacje, odmienności, które nie są na razie męczące czy utrudniające nam życie, a prawdopodobnie składają się na specyficzny klimat orientalnego i pełnego kontrastów Maroka. Zapewne dopiero po pewnym czasie można je wyłapać i zlepić w jeden dokładniejszy obraz kraju - jak oryginalne puzzle. Zwiedzasz, rzucasz na coś przez chwilę okiem, oglądasz uważnie, kontemplujesz, analizujesz, czasem utożsamiasz się lub upodabniasz i dopiero wtedy, wszystkie elementy specyficznej układanki zaczynają tworzyć wyraźną, pełną jedność. Niestety, ja jeszcze jej należycie nie poskładałam, ale to przecież dopiero początek wyprawy...

Kręte uliczki mediny (czyli starówki) ukrywają suki pełne owoców i warzyw, wyrobów ze skóry i tui, berberyjskich dywanów i kilimów, błyszczącej ceramiki oraz wszelkiego rodzaju różności mniej lub bardziej przydatnych, a wszystko to wabi i kusi bezbronnych turystów spragnionych zapierających dech w piersiach pamiątek. Nie możemy się powstrzymać przed buszowaniem wśród barwnych straganów i przebieramy, wybrzydzamy, wybieramy, kupujemy, a przede wszystkim targujemy się, co należy do ważnego rytuału i stanowi pewnego rodzaju etykietę, którą wypada poznać aby czuć się swobodnie na targach krajów Maghrebu.

Poranek należy do trudnych. Kiedy na horyzoncie pojawiają się pierwsze słoneczne promienie, w spokojny nocny sen oraz głęboką ciszę uśpionego pokoju wdzierają się o 4 nad ranem „jęki” muezzina wzywającego wiernych do modlitwy... „Allahu akbar, Allahu akbar... Aszhadu an la Ilah ila Allah ...” Meczet znajduje się tak blisko zaskakująco taniego i prawie pustego hotelu (teraz już wiemy dlaczego brak tu turystów), że odnosimy wrażenie jakby islamski kapłan stał tuż między łóżkami i zgodnie z tradycją bił głębokie pokłony zwrócony twarzą w stronę Mekki.

9.08.99 - Nadal przesiąknięty burzliwą historią Fez...

Codziennie otacza mnie gwarny korowód ludzkich twarzy o ciemnych i wyrażających niekłamane zaciekawienie oczach, co sprawia, że czuję się odrobinę nieswojo. Rozglądam się jednak uważnie dokoła i za każdym razem dostrzegam niesamowite ludzkie okrucieństwo wobec zwierząt. Wygłodzone osły i muły chwiejnie stoją na poboczach ulic z wywieszonymi, spieczonymi od słońca i przemęczenia jęzorami oraz z jakimś przejmującym obłędem w oczach. Noszą na kościstych grzbietach nie tylko mnóstwo ciężkich towarów (na przykład 15 skrzynek z coca colą), ale także swoich bezlitosnych właścicieli. Zabiedzone, smutne, nierzadko w skórzanych kagańcach, brudne, wiecznie gdzieś poganiane i bite, wydają się być najbiedniejszymi stworzeniami tej muzułmańskiej ziemi. Zdecydowanie najlepiej żyje się kotom. Wprawdzie są wynędzniałe, ale przynajmniej wolne i raczej radzą sobie same. Zadziwiają nas swymi rudymi, żółtawymi, beżowymi, pomarańczowymi odcieniami sierści, która doskonale maskuje je na tle pyłów czy piachów bezdroży, a także murów miast. Wylegują się bezczynnie na słońcu, a niektóre z nich, mogłoby się zdawać, iż nauczyły się pozować do zdjęć i żebrać nie gorzej niż ludzie. Chyba zdają sobie doskonale sprawę, że nikt się nimi nie przejmuje - jak każdym zresztą zwierzęciem.

Ochrona przyrody w tym państwie prawie nie istnieje. Czarne foliowe torebki fruwają dosłownie wszędzie, głównie za miastem na gołych nieurodzajnych polach, na których pasą się krowy i owce pożerające cuchnące organiczne odpadki, a gdy nie ma w czym wybierać to nie gardzą plastikowymi torbami. Bez ustanku coś przeżuwają i może lepiej nie zastanawiać się co takiego dokładnie... to niezaprzeczalnie oryginalna utylizacja odpadów marokańskich.

10.08.00 - Czekając na dworcu na pociąg do Tazy...

...na szczęście krajobrazy są różnorodne. Wzdłuż wyboistych dróg wiją się przepiękne wysokie płoty z ogromnych opuncji oraz agaw, czasami pojawiają się pojedyncze palmy, gdzieniegdzie rozciągają się uprawy dojrzewających melonów i arbuzów, które wieśniacy sprzedają nieopodal na prowizorycznych wybudowanych z patyków straganach. Wieszają też na nich długie pęki czerwonej cebuli, a obok, bardzo często, wystawiają rzędy słomianych kapeluszy oraz mieniące się w słońcu tysiącami barw ceramiczne wyroby... i czekają cierpliwie na zagranicznych, chętnie kupujących ich towar turystów. Naiwność tych ostatnich przyprawia momentami o zawroty głowy. Pieniądze rozdają wszystkim i wszędzie, nie zastanawiając się nawet za co, po co i ile. Autochtoni karzą płacić zawrotne sumy podsuwając podejrzanej jakości artykuły, a globtroterzy zadowoleni z siebie i swych zakupów, dają bez mrugnięcia okiem dirhamy o wysokich nominałach. A potem wszyscy się dziwią, że marokańscy naganiacze, kupcy, hotelarze czy też prywatni przedsiębiorcy są sprytni, nie mają żadnych skrupułów by oszukiwać i na dodatek sprawiają wrażenie wygłodzonych sępów krążących wokół głów i oczywiście kieszeni przyjezdnych. Przyzwyczaili się do „ludzi zachodu”, których zawsze da się łatwo naciągnąć lub po prostu okraść i których w widoczny sposób traktują jak głupców nie posiadających odrobiny „instynktu samozachowawczego” oraz wyobraźni.

Panoszący się wszędzie „zachód” to nie tylko „nadziani” podróżnicy, ale przede wszystkim nowe obyczaje, moda oraz silny powiew wolności, który najlepiej widać na ulicach większych miast. Na każdym kroku spotykamy owinięte w długie tradycyjne dżejlaby starsze kobiety - matki i babcie, które spacerują pod rękę z córkami i wnuczkami, wystrojonymi w krótkie bluzeczki, obcisłe spodnie, z wykonanym mocnym makijażem. Pozostaje jednak coś, co nadal je łączy i nie pozwala zapomnieć iż wywodzą się z kręgu tych samych wierzeń i wielowiekowej tradycji... to tatuaże w kształcie drabinek na ich brodach, będące swoistym talizmanem zapewniającym 100%ową płodność, która uznawana jest za podstawowy dar i szczęście, a liczby mówią same za siebie - ponad połowa społeczeństwa to ludzie, którzy nie ukończyli dwudziestego piątego roku życia. Często spotyka się też magiczne, przynoszące powodzenie wzory malowane henną na dłoniach i stopach, zarówno małych dziewczynek, świeżo poślubionych mężatek , jak i pomarszczonych, przygarbionych od długoletniej pracy w polu Berberyjek.

W nowych częściach miast szaleją eleganckie samochody, których kierowcy nie używają kierunkowskazów, lecz donośnych klaksonów, biegają rozpuszczone, wyrachowane i już znające dokładną wartość zagranicznego pieniądza dzieci, a po zadbanych deptakach przechadzają się „odstawione” muzułmanki, które najwyraźniej wkraczają w czasy zupełnego wyzwolenia... seksualnego również - na bazarach można kupić czerwoną koronkową bieliznę.

W GŁĘBI KRAJU

11.08.99 - W Europie wszyscy żyją całkowitym zaćmieniem słońca...

...a my w tym czasie zwiedzamy, uwięzieni 300 metrów pod ziemią, najdłuższą i najgłębszą jaskinię Afryki Północnej - Gouffre du Friouato. System podziemnych korytarzy otoczony przez góry Atlasu Średniego, zaczyna się na wysokości 1492 metrów nad poziomem morza i jest jednym z najcudowniejszych miejsc jakie widziałam w życiu. Tatrzańskie (udostępnione turystycznie) jaskinie nie są nawet w 1/4 tak piękne i interesujące jak ta osobliwość przyrody. Spędzamy w środku niesamowite 4 godziny. Ze szkicem szlaku w ręku, który dostajemy od sympatycznego strażnika, przeciskamy się przez wąskie, śliskie, zabłocone korytarze, by po wyczerpujących wspinaczkach w dół i w górę oraz po jednym zbłądzeniu, znaleźć się w ogromnych salach pełnych interesującej szaty naciekowej. Stalaktyty, stalagmity, stalagnaty zachwycają nas swoimi potężnymi rozmiarami i kolorami, kojarząc się ze wszelkimi możliwymi kształtami, a wokół nas czarna wilgotna przestrzeń oraz przyjemny chłód... Nareszcie poczułam się jak „u siebie”, gdyż zatłoczone mediny, szczerze mówiąc, trochę mnie już zmęczyły...

Wracamy taksówką wśród korkowych drzew Narodowego Parku Dżabel Tazeka, (jednego spośród 16 w kraju) i małych przytulonych do rdzawych zboczy i poukładanych jakby w geometryczne wzory ulepionych z gliny wiosek... Po szczytach skaczą dzikie kozy, w oddali rozlegają się głośne krzyki znajdujących się pod ścisłą ochroną orłów, a taksówkarz patrzy na nas jak na bandę wariatów, bo co chwila każemy mu się zatrzymywać na tarasach widokowych aby porobić zdjęcia urzekającym widokom...

13.08.99 Siedzę i piszę jak zawsze w podobnych warunkach...

Zwiedziliśmy dziś Volubilis - rzymskie ruiny z II wieku p. n. e, wyburzone w ogromnej mierze przez zachłannego Mulaja Ismaila (władcę siedemnastowiecznego Maroka), który większą część budulca przeznaczył na nową stolicę państwa Meknes.

Spacerujemy między fundamentami starych domów, wyblakłymi mozaikami, dawnymi tłoczniami oliwy, przekopami, suchymi kanałami oraz majestatycznymi kolumnami kapitolu i świątyń, przy okazji opalając się na mocno niekorzystny kolor dojrzałego buraka. Z powrotem próbujemy „łapać stopa” co udaje się bez trudu i do miasta wracamy na pace półciężarówki w warunkach naprawdę komfortowych, w porównaniu z dotychczasowymi środkami transportu. Wiatr wiejący prosto w twarz ochładza silnie operujące promienie słoneczne, nareszcie odczuwamy wspaniały brak autobusowych, przywierających z zadziwiającą wręcz prędkością do spoconych ciał i żadnym sposobem nie chcących się odlepić, skajowych siedzeń oraz świadomość, że chociaż raz nie znajdujemy się pod baczną obserwacją współpasażerów i że nareszcie znalazł się ktoś komu się naprawdę spieszy by dotrzeć do celu...

Oblicze Maroka to twarze i zwyczaje jego mieszkańców... ich bezpośredniość, brak jakichkolwiek zahamowań czy skrępowania. Potrafią bez zastanowienia podejść i poprosić o wodę, którą właśnie pijesz albo sami częstują mocno podejrzanym specyfikiem, a gdy się odmawia czują się bardzo zawiedzeni. Oto część marokańskich zwyczajów... Nie należy odrzucać poczęstunku, zdając sobie jednocześnie sprawę, że na nie umytych winogronach motylica i lamblioza biegają, że aż słychać tupanie i szczerzą zęby z radości... Właśnie dziś, kierowcy którzy podwieźli nas do Meknesu dali nam takie „podejrzane” owoce, ale dzielnie i bez zbędnego szemrania je zjedliśmy.

16.08.99 - Obłędny dzień przedziwnych sytuacji...

...9 rano. Od samego początku pech... Nerwowo szukamy autobusu jadącego do Beni Mellah, na który, dzień wcześniej, kupiliśmy bilety, zresztą nie bez problemów. Oczywiście żaden z przedstawicieli państwowej linii autobusowej nie mówi po angielsku, a my za to prawie wcale nie mówimy po francusku (który jest drugim oficjalnym językiem w Maroku). Zostaliśmy więc na początku zignorowani, natomiast potem obsłużono nas „z wielkiej łaski”...

Na dworcu, jak zawsze, zastajemy niesamowity harmider i rozgardiasz. Nikt nic nie wie, ale każdy arabski podróżny potrafi znaleźć odpowiedni dla siebie autobus - tylko nie my... Okazuje się, że ten właśnie podjeżdżający na stanowisko nie jest dla nas, chociaż godzina odjazdu i nazwa firmy dokładnie się zgadza... Dostaliśmy po prostu nieodpowiednie bilety ze źle podanym czasem odjazdu i na dodatek wystawione na fikcyjne linie... Musimy więc zrobić wielką i hałaśliwą awanturę (jedną z wielu jakie przyszło nam w tym kraju przeżyć), żeby skutecznie dopomnieć się o jakiekolwiek prawa do godnej podróży. Zaczynam się przyzwyczajać do podobnych sytuacji, a wręcz uczyć metod specyficznej walki, jaką za każdym razem musimy stoczyć z dworcowym „półświatkiem”.

Po 4,5 godzinach docieramy na miejsce, z którego czym prędzej chcemy czmychnąć. Miasto zdecydowanie odstrasza swoim wyglądem. Jest duże, zakurzone, nowe ; lecz nie nowoczesne; niegustowne domki - klocki są bezładnie „porozrzucane” przy dopiero co powstających ulicach. Decydujemy się wziąć taksówkę. Na postoju kierowcy wymyślają niebotyczne ceny, nie można się z nimi dogadać, przekrzykują się nawzajem nie rozumiejąc wcale o co nam chodzi, ich szef wydziera się na nich po arabsku (zapewne przekonując, że żądają stanowczo za mało pieniędzy), jeden już umówiony zwyczajnie nie przyjeżdża, dwóch głośno się kłóci, w pewnym momencie przyplątują się jacyś Włosi próbujący być naszymi tłumaczami. Wreszcie znajduje się chętny do zawiezienia nas do odległego o 60 km Azilal. Dyskutuje z kolegą, daje mu 250 dirhamów, za chwilę wyrywa je z dłoni, odchodzi, przyprowadza innego taksówkarza, znika na pół godziny nie wiadomo dlaczego i w jakim celu, a my wściekli, ściśnięci jak sardynki w puszce w brudnym i co gorsza zepsutym mercedesie, nie posiadającym otwierających się okien i z ciężkim plecakiem na kolanach, czekamy... coraz bardziej zirytowani. Uzgadniamy cenę, co zdecydowanie pozostaje zawsze najtrudniejszym zadaniem i wreszcie ruszamy...

W środku panuje grobowa cisza, kierowca niepewnie zerka do lusterka przyglądając nam się bardzo uważnie. Po 20km odbywamy przymusowy postój. Trzeba zatankować, uzupełnić olej, pogrzebać w rozklekotanym pojeździe... i jechać dalej. Wjeżdżamy wyżej i wyżej, po coraz bardziej wąskich drogach... „Nic nie szkodzi”, że prędkościomierz nie działa, wyprzedzamy na zakrętach a Arabowi niezwykle się spieszy chociaż widzi przerażenie w naszych oczach.... Po krótkim czasie ponownie stajemy, gdyż tym razem trzeba uzupełnić wodę w dymiącej chłodnicy i w ogóle polać silnik wiadrem wody, bo się trochę zagrzał. Ugotowani na twardo, ale cali dojeżdżamy. „Znakomity” kierowca wyciąga spoconą rękę po dodatkowe pieniądze za bagaż, chociaż wcześniej parę razy ustaliliśmy wysokość wynagrodzenia. Cwaniaczek. Odchodzimy szybko z pogardliwymi uśmiechami na twarzach nie reagując na jego jęki. Ale to jeszcze nie koniec. Po godzinie plecaki leżą już w hotelu, a my rozglądamy się za następną taksówką, która jest jedynym środkiem publicznego transportu mogącym zawieźć nas nad największe w Maroku stumetrowe wodospady.

Kierowcy żółtych samochodów (chyba są to bagażowe taksówki) chcą nienormalnej sumy 3000 dirhamów. Na dużym postoju zostajemy powiadomieni, że stąd nie jeździ się nad Kascady Ouzoud i musimy pójść gdzie indziej. Na ulicy stoi pusta taksówka. Pytamy o szofera, który flegmatycznie i łaskawie podchodzi. Jest trochę zdenerwowany, gdyż oderwaliśmy go od popijania popołudniowej miętowej herbatki, a jemu, jak przekonuje „się nie chce” i powinniśmy szukać chętnego, „ale tam nieco dalej”. Nie da się ogarnąć takiego nagromadzenia bzdurnych zdarzeń i jeszcze właściwie o nich napisać. Trzeba to przeżyć. Znajdujemy w końcu człowieka, który wykonuje kurs do kaskad. Wodospady urzekają swymi kolorami mieniącymi się w promieniach zachodzącego słońca i nawet tysiące zorganizowanych wycieczek przewijających się co 5 sekund nie są w stanie zepsuć baśniowej scenerii, w jakiej się nagle znajdujemy.

17.08.99 - Zatłoczone, ogromne, czerwone imperialne miasto...

Marakesz. Wyraźnie czuć, że jesteśmy coraz bliżej pustyni... sucho, gorąco, mogę się napatrzeć na długo oczekiwane gaje palmowe, a także wielbłądy. Zdecydowanie nie podoba mi się ten 1,5 milionowy ośrodek, serce kraju, w którym panują niezaprzeczalnie gawędziarze, zaklinacze wężów oraz turyści. Przeczytaliśmy w przewodniku, że 94% przyjeżdżających gości, zarzeka się, że nigdy tu nie powróci i raczej należymy do owej pokaźnej grupy. To stanowczo za duża osada jak na trudne warunki sanitarne i klimatyczne. Nie jest warta tak dużej reklamy i rozgłosu jaki otrzymuje. Można tu przyjechać, by obejrzeć ludzi, wyrobić sobie własne zdanie i może jeszcze dla naszych swojskich bocianów, które przesiadują na pomalowanych na czerwono, średniowiecznych murach.

ATLAS WYSOKI

18.08.99 - Berberyjska wioska Imlil

Od rana pogoda jest zupełnie dziwna jak na afrykańskie warunki: pochmurno i chłodno, ale dzięki temu podróż staje się prawdziwą przyjemnością.

W Asni (nieoficjalnej stolicy Atlasu Wysokiego) zastajemy mgłę oraz skąpane w niej górskie szczyty. Musimy poczekać na prywatną ciężarówkę, która jest jedynym środkiem transportu jadącym do Imlil. 17 kilometrów dzielących od miasteczka pokonujemy w godzinę, przy okazji żartując z młodymi marokańskimi „yuppies”. Przyjechali w góry z ogromnym magnetofonem, noszą zachodnie ubrania ozdobione łańcuchami, palą markowe papierosy i ogólnie rzecz biorąc wyglądają na beztroskich turystów, którym pieniędzy nie brakuje... Chcą nawet kupić którąś z nas.

Atlas Wysoki jest potężnym, rozległym skalistym pustkowiem, na którym żaden człowiek nie może czuć się pewnie... Nikt nie wyznaczył turystycznych szlaków, ratownicy górscy nie istnieją, a tylko nielicznych mieszkańców można śmiało nazwać przewodnikami.

Jak dowiedzieliśmy się z przewodnika, w 1996 roku Martin Scorcese kręcił w Imlil sceny do filmu o Dalajlamie. Himalaje znalazły się w Maroku, kazba zamieniła się w tybetańską świątynię, przy jednej z głównych dróg wyrósł indyjsko - tybetański słup graniczny, a miejscowi mężczyźni stali się na moment ogolonymi i noszącymi azjatyckie szaty mnichami.

19.08.99 - Na wysokości 3207 m n.p.m.

...koło schroniska Neltner. Siedzę na ogromnym kamieniu .Słońce grzeje bez litości, woda z potoku szumi usypiająco, koło mnie przechodzą muły niosące na swych grzbietach wszystko co może się przydać do budowy schroniska, począwszy od desek poprzez pręty zbrojeniowe, cement, drzwi i nie oszklone okna, na samych robotnikach kończąc. Niestety przewija się także ogromna liczba osób pragnących zdobyć najwyższy szczyt północnej Afryki.

Arabowie w środku sezonu remontują jedno schronisko, a drugie zaraz obok budują i żaden z budynków nie jest dostępny, śpimy więc pod gołym niebem.

Noc pod schroniskiem - rozgwieżdżone, rozświetlone przez księżyc niebo, przeciągły i rozpaczliwy, dochodzący z oddali ryk (zapewne zmęczonego) osła, szum strumyka i nawet tutaj, wdzierający się w wieczorną ciszę, jęk pseudo muezzina nawołującego do obowiązkowej modlitwy...

20.08.99 - Tubkal (4167 m n.p.m.) - najwyższy szczyt Afryki Północnej

Doszłam po wielu trudach i ten ktoś co napisał w przewodniku, że droga na szczyt nie należy do skomplikowanych, był albo wytrawnym alpinistą, albo zwyczajnie nie wiedział o czym pisze. Ostatnie 1000 metrów w górę jest istną pracą Syzyfa... Idę trzy kroki do przodu, by po chwili zsunąć się dwa kroki do tyłu i tak cały czas. Musieliśmy pokonać trzy ogromne piargi, które nie są zabezpieczone żadnymi łańcuchami czy klamrami, a na dodatek drogę trzeba odnajdywać samemu.

21.08.99 - Na dworcu w Marakeszu...

Znowu to okropne miasto i przymusowy w nim postój. Autobus do Zagory odjeżdża dopiero o godzinie 22. Siedzimy tu od 3,5 godziny, a przed nami jeszcze 2,5.

Wracaliśmy do Asni ciężarówką krętą, pylącą się drogą, trzymając się wmontowanych na platformie łańcuchów, podskakując na każdym większym kamieniu lub dziurze i zastanawiając się czy kierowca ma w samochodzie hamulce i czy pamięta, że wiezie ludzi, a nie zwykłe worki z żywnością.

Właśnie wygoniono nas na perony, gdyż w hali głównej dworca odbywa się wielkie mycie podłóg. Panowie sprzątający wyrzucają wszystkich podróżnych na dwie godziny i zamykają drzwi wejściowe Takie niejako przymusowe przebywanie w hali dworcowej pozwala przynajmniej zaobserwować i podpatrzeć przeróżne sytuacje. Siedzimy na przeciw przechowalni bagażu, do której torby podróżne należy oddawać zamknięte na kłódeczkę, gdyż inaczej ich nie przyjmą.

Słyszymy dźwięki islamskich modłów płynące z dworcowej sali modlitw i zarazem krzyki z publicznej toalety znajdującej się tuż obok mini meczetu. Na podłogach przesiadują całe rodziny oczekujące na transport i wyrzucają śmieci prosto pod siebie. Obok nas zajada kanapkę młody Marokańczyk i dosłownie zastyga w połowie gryza wlepiając nieruchomy wzrok w siedzącą na przeciw niego europejską parę zakochanych, zachowującą się jak na tutejsze zwyczaje mocno nieprzyzwoicie. Po chwili podróżni odbierają swoje rzeczy z przechowalni i widzimy ogromne koła od ciężarówki, które ktoś spokojnie stamtąd wytacza. Następnie pojawia się bagażowy pchający przed sobą starą pralkę na kółkach. Za nim podąża właściciel fragmentu przedniej maski samochodowej (z rejestracją i reflektorami), którą niesie dumnie pod pachą. Oczywiście wszyscy wraz ze swoimi bagażami pojadą miejscowym autobusem. Kilka dni wcześniej ktoś przewoził w autobusowym luku bagażowym wielkiego barana, a także drób. W przeciwieństwie do barana, jeden z kogutów nie przeżył podróży, co zdesperowanemu właścicielowi wcale nie przeszkadzało i uparcie próbował go ocucić polewając ptaka zimną wodą.

Siedzimy tak skuleni na kamiennej ławie i marzymy tylko o tym żeby się wykąpać oraz coś porządnego zjeść, a z oddali dobiega znajome skandowanie naganiaczy: „Warzazat, Warzazat, Warzazat” lub zagłuszające „Agadir, Agadir, Agadir”.

NA PUSTYNI

22.08.99 - Zagora - przedsionek prawdziwej pustyni...

Znajdujemy szybko hotel idąc wzdłuż głównej ulicy. Chyba wszystkim kojarzy się ona z typową, pustą i owianą pyłami drogą rodem z Dzikiego Zachodu. Brakuje kowboi na koniach, a jedynie chodzą powolne i senne muły dźwigające swych rozleniwionych właścicieli. Już jest gorąco i duszno, a to dopiero 8 rano. Zatrzymujemy się w Hotelu Des Amis mieszczącym się nad restauracją, która w naszym przewodniku zostaje opisana jako „mocno podejrzane” miejsce. Podobno można się tu natknąć na przedziwnych ludzi.

Nareszcie pustynia! Uderza swym rozżarzonym oddechem i nie pozwala normalnie funkcjonować. Jest na pewno 50 stopni Celsjusza. Upały w Polsce to miły chłodek w porównaniu z tym co tutaj się dzieje. Woda w kranie, o której marzymy aby była zimna, okazuje się być gorąca, bowiem zbiorniki znajdują się na dachu i nagrzewają się przez całą dobę. Przynajmniej robimy porządne pranie, gdyż rzeczy schną w niecałe 10 minut.

23.08.99 - Wyruszamy na wielbłądach...

Nie możemy się napatrzeć na egzotyczne zwierzęta, które jako jedyne potrafią przetrwać suszę, burzę piaskową, iść niestrudzenie wiele kilometrów bez odpoczynku i na dodatek przywiązują się do swoich właścicieli niczym psy. Na początku przerażają nas swoim głośnym bulgotaniem kiedy nie chcą posłusznie wstać... Dwóch przewodników uspokaja je i ruszamy bez żadnych problemów.

Na głowach mamy zawinięte specjalne turbany chroniące przed silnym słońcem, piaskiem, wiatrem i które sprawiają, że czujemy się jak prawdziwi wędrowcy pustynni, nomadowie. Dziwnie siedzi się na wielbłądzie stawiającym do przodu dwie prawe nogi na raz, a potem lewe. Charakterystyczne kołysanie umilane pluskiem wody w butelkach sprawia ,że czujemy się jak na statku w czasie sztormu. Po niespełna godzinie woda w plastikowej butelce prawie wrze, wcale nie gasząc pragnienia, a obite pośladki zaczynają dopominać się o postój. W samo południe wszystko zamiera zdając się falować w oparach gorącego powietrza, drgając jakby w konwulsjach poprzedzających śmierć z odwodnienia.

Spokój przerywają wielbłądy, które zaczynają ryczeć, pokładać się na ziemi, głośno coś przeżuwać, sapać. Po trzech godzinach nic nie robienia wsiadamy ponownie na nasze długonogie „rumaki” i w takt równomiernie chwiejącego rytmu nadawanego przez zwierzęta, podążamy w stronę piaszczystej pustyni... Krajobrazy stają się coraz bardziej orientalne – stare kazby, wioski ulepione z gliny, pola poprzecinane prymitywnymi kanałami melioracyjnymi, w oddali szare góry oraz niestety, towarzyszące nam co jakiś czas obdarte miejscowe dzieci biegnące za karawaną i dopominające się o jednego dirhama lub długopis.

Gdy robi się ciemno przewodnicy zapalają naftową lampę, rozpalają malutkie ognisko, na którym gotują wodę na wędzoną, przepyszną herbatę, w namiocie obierają warzywa. Przygotują z nich narodową potrawę marokańską jaką jest tajine, w przerwach zaczynają śpiewać wybijając takt na kanistrach z wodą i uderzając wałkiem w talerz. Efekt jest zaskakująco melodyjny i donośny. Koncertowi towarzyszy stukot przewracanych szklanek przez jednego z wielbłądów, który wykazuje ogromną niesubordynację i ciągle ucieka lub zaciekawiony zagląda nam przez ramię.

Nagle zjawia się nie wiadomo skąd grupa Tuaregów - zwanych niebieskimi ludźmi pustyni, gdyż noszą charakterystyczne błękitne szaty. „Rozkręcają” imprezę przy ognisku. Posiłek mija w miłej atmosferze, dopiero później przywództwo obejmuje ubrany na biało Marokańczyk i gada bez żadnej przerwy parę godzin. W środku nocy budzi nas męcząca duchota, silny wiatr oraz krążące wokół tumany piasku. Znajdujemy się po prostu w samym środku szalejącej pustynnej burzy! Zasnute gęstą ciemnością niebo, huczące rozszalałe powietrze rzucające we wszystko co stoi na jego drodze mniejszymi i większymi kawałkami skał, kamykami oraz chyba najbardziej drażniącym drobniutkim piaskiem wbijającym się w każdy nawet najmniejszy nieosłonięty milimetr ciała, wdzierającym się w oczy, usta, gardło, zatykającym drogi oddechowe. Zawijamy głowy szalami otrzymanymi przed eskapadą i dopiero wtedy jesteśmy w stanie zasnąć. Budzimy się niemile obklejeni piaskiem.

WYBRZEŻE ATLANTYKU

27.08.99 - Podróż do Essaouiry

Rano przybywamy do pierwszego na naszej trasie „atlantyckiego” nadmorskiego kurortu. W nozdrza wdziera się jeszcze nie spotykany w Maroku zapach złowionych rekinów, muren, sardynek, słonego wiatru, ostrej świeżości spienionej wody... do uszu docierają złowieszcze krzyki mew... przybyliśmy nad Ocean Atlantycki, w obszar chłodniejszego i bardziej wilgotnego powietrza

30.08.99 - Mijamy Casablankę, Rabat, Sale, Kenitrę, aż dojeżdżamy do sennego Larache, które do 1956 roku było kolonią hiszpańską

Jedziemy wzdłuż nowo wybudowanej lecz jeszcze nieczynnej autostrady, która ciągnie się prawie wzdłuż całego marokańskiego północnego wybrzeża atlantyckiego i niedługo zostanie udostępniona... a wtedy nadmorskie osady przeżyją prawdziwy zalew turystów z najbliżej położonej Francji czy Hiszpanii. Ze świecą w ręku trzeba będzie szukać egzotycznego, dawnego Maroka

31.08.99 - Ostatni dzień sierpnia, a nasz przedostatni w Maroku

Chcemy dostać się do starożytnych rzymskich ruin Lixusu. Podjeżdża miejski autobus bez numeru i zebrani na asfalcie wsiadają. Ruszamy, zataczamy pętlę dokoła miasta nie zatrzymując się ani razu po drodze, po czym wracamy w miejsce (chyba zajezdnię) z którego zaczynaliśmy podróż i następnie jedziemy we właściwym kierunku – do Lixusu.

1.09.99 - Tanger, w oczekiwaniu na prom do Europy...

Bez trudu znajdujemy wolne pokoje w medinie. Okna wychodzą na hałaśliwą uliczkę, na której koczują żebracy, sprzedawcy owoców opuncji oraz przypadkowi ludzie traktujący brudny krawężnik jako najlepsze miejsce do popołudniowych pogaduszek... w samo południe życie w medinie zamiera. Przechodnie, którzy nie zdążyli uciec do chłodnych wnętrz domowych szukają kawałka cienia, a następnie zastygają w swych skulonych pozach i nie „istnieją” - wydają się nie oddychać, nie mrugać powiekami, nie ruszać się, po prostu zamierają na parę godzin a postronny widz zastanawia się co się z nimi dzieje.

Zwiedzamy portowe miasto. Nowoczesne centrum straszy wyglądem europejskiej metropolii oraz równie wysokimi zachodnimi cenami. Trafiamy w okolice jedynego kościoła katolickiego jakie przyszło nam podczas wyprawy zobaczyć. Otoczony jest przepięknym i osłoniętym od gwarnego targu ogrodem, w którym znajdują się zadbane groby... Po marmurach pną się gałęzie winogron i bluszczu, ławki otulają krzewy chińskich róż mieniące się w słońcu najdziwniejszymi kolorami, wśród opadłych jesiennych liści śpią żółwie, między wypielęgnowanymi trawnikami biegają psy, a nad wszystkim górują szumiące palmy - prawdziwa oaza Tangeru. Każdy powinien ją odwiedzić. Mieszkańcy miasta nie zaglądają tu zbyt często. Jedynie dla nas, obcych przybyszów miejsce to stanowi atrakcję. Jest namiastką kultury i religii chrześcijańskiej na wysuszonej ziemi muzułmańskiej.

Wracamy - szkoda opuszczać kraj tysiąca „paranoi”, ale też stęskniliśmy się za domem. Miesiąc pełen niezapomnianych wrażeń skończył się.

Więcej z Afryki