Zaczęło się zupełnie niewinnie. Najpierw był pomysł, potem jakieś mapy, teksty w gazetach i internecie. Wyprawa nabierała coraz wyraźniejszych kształtów. W końcu stało się. 16 lutego wylecieliśmy do Kilimanjaro International Airport na spotkanie z jedną z najbardziej intrygujących gór.

Tekst poniżej jest fragmentem moich zapisków z podróży, jak i samego wejścia na Uhuru Peak 5896 m. n.p.m.
PONIEDZIAŁEK
Budzimy się o 7.00 w hotelu Springland Guesthouse. Po wczorajszych przygodach w afrykańskim buszu odkaziliśmy się sumiennie. Kilka Safari Lagerów plus siódmy stones (*) dało znać o sobie jeszcze rano. Śniadanie o 7.30. Jaja po hiszpańsku, kawa, łyk coli. O 8.00 jesteśmy gotowi. Nasz przewodnik przyjechał o 8.50 lekko zdezolowanym busem. Jeszcze zakupy w centrum i jedziemy do Machame, małej wioski, skąd startuje droga Machame Route na szczyt.
Na parkingu jesteśmy o 10.00. Wpisy do książki wyjść, przepakowanie bagaży i możemy wyruszać. Na parkingu kłębi się mnóstwo ludzi. Podjeżdża wycieczka za wycieczką. Grupa Francuzów, Niemców itd. Tłum Afrykańczyków czeka na możliwość zatrudnienia się jako tragarze. W naszej grupie, oprócz mnie i Marcina, jest jeszcze dwóch Włochów. Przewodnik Wilson i 8 tragarzy dopełnia skład ekipy. Ruszamy o 11.00 z wysokości 1900 m n.p.m. Stąd wąska ścieżka prowadzi przez las tropikalny. Idziemy powoli, w skupieniu, czasami ktoś robi zdjęcie. Droga monotonnie pnie się do góry. Czasami spadnie kilka kropel deszczu.
Po pięciu godzinach dochodzimy do pierwszego obozu - Machame Hut - na wysokości 3000 m. Tragarze, którzy nas mijali po drodze, kończą rozbijać namioty dla wszystkich grup. Jeszcze nie rozpoznajemy, który tragarz jest z naszej grupy, a który nie. Wszyscy wyglądają tak samo. Wysłużone ubrania i ważący 25 kg plecak białego bwany na głowie. My jesteśmy trochę zmęczeni, ale w końcu dźwigaliśmy małe plecaki z aparatem i wodą do picia w środku. Tragarze wołają nas na kolacje.
- Ciekawe co nas czeka? - gotowane ziemniaki, mięso, kapusta z warzywami, makaron z sosem - wszystko świeże i gorące. Nieźle jak na pierwszy dzień. Stróż, który pilnuje terenu, jak się okazało, handluje również piwem. 2 USD za butelkę, można wybierać - Safari Lager lub Kilimandżaro. Wyżej piwa już nie ma. Po krótkim namyśle bierzemy jedno Safari. Następne będziemy mogli wypić dopiero po zejściu. Włosi idą naszym śladem. W końcu piwo to piwo. Kładziemy się około 19.00. Rano trzeba wstać.
WTOREK
Obudziłem się. Oho, trzeba wstawać. Spojrzałem na zegarek. Do 7.00 zostało jeszcze siedem godzin. A ja nie mogę spać. Wysokość? Podniecenie? Przewracając się z boku na bok, drzemiąc, co jakiś czas, dotrwałem do rana. Wstajemy przed 7.00. Herbata już na nas czeka. Tosty z miodem, zupa przypominająca owsiankę. Ja dziękuję. Decyduję się na własną zupkę Toscana z torebki. Wyruszamy o 8.30. Stroma, czasami bardzo stroma ścieżka prowadzi cały czas pod górę.
- POLE, POLE (slowly, slowly) - co chwile powtarza nasz przewodnik. Faktycznie stawiamy kroki bardzo powoli, cały czas w górę. Są chwile, kiedy żałuję, że nie poszliśmy Coca-Cola Route (**). W głowie plącze mi się melodia kościelnej pieśni, którą słyszałem w Mwandze.
- Baada ya siku sita, ilekate, ilekate. (A po szóstym dniu...)
Bardzo ładnie się składa. Po szóstym dniu będziemy w Moshi, ale przed nami jeszcze kawał drogi. Na razie w górę. 3200, 3400, 3500 m. Odpoczynki robimy krótkie i rzadkie - tyle, żeby napić się herbaty z "Pluszsssem" lub wody z "Isostarem". Około południa wychodzimy na Shira Plateau - następny obóz. Rozbijamy namioty na wysokości 3700 m n.p.m.. Skronie lekko pulsują, tragarz Manuel przynosi lunch - chleb a la grzanka, frytki, pomidor i ogórek. Smakuje wyśmienicie. Kładziemy się w namiocie. To był najkrótszy odcinek. Akurat, żeby wejść na poziom około 4000 m. Zaczyna padać, mgła, widoczność spada do 200 m. Na wspaniałe widoki trzeba będzie poczekać do jutra.
Przestało padać około 16.00. W samą porę na obiad. Wierzchołek najwyższego wulkanu Kilimandżaro - Kibo - wyłonił się zza chmur. Pogoda zmienia się bardzo szybko, menu trochę wolniej - pieczone ziemniaki, udka kurczaka, makaron z sosem, naleśniki i ugala. Poobiednia rozmowa z Wilsonem i Włochami przeciąga się do 19.00. Juź późno, trzeba się kłaść spać. Chmury zupełnie zniknęły. Rozgwieżdżone niebo oświetla dostojne oblicze Kibo.
ŚRODA
W nocy temperatura spadła poniżej zera. Rano wszędzie była szadź i szron. Namiot przymarzł do tropiku. Marcin pół nocy walczył ze szczurami, które biegały wokół i po namiocie. Mi było wszystko jedno, chciałem spać. Poranek jak każdy poprzedni. Wyruszamy przed 9.00. Najpierw delikatnie pod górę Shira Plateau. Środkiem ogromnego pola poprzebijanego co pół metra bombami lawowymi. Prawdziwie księżycowy krajobraz. Po godzinie dochodzimy na grań na wysokości 4200m. I tu się zaczęło. Teren łatwy, ale co chwilę w górę i w dół. Różnice poziomów 100-200 m. Huśtawka. Słońce, zaraz potem deszcz i wiatr. Mgła.
Pierwszego pawia puściłem w kotlince na 4200 m. Nawet nie wiedziałem kiedy. Potem jeszcze dwa. Skronie pulsują niemiłosiernie. Założyłem kurtkę i kaptur. Raz zimno, raz gorąco. Idę przed siebie jak robot. Lewa noga, prawa, jeden kijek, drugi kijek. Marcin podobnie powłóczy nogami przede mną. - Gdzie jest ten camping? Mijamy jakiś turystów, ktoś mija nas. Nie wiem, jak długo idziemy. Przy trzecim pawiu, przechodzący obok Amerykanin mówi, że on też już dwa zostawił za sobą. Uśmiecha się, poklepuje mnie po plecach. - Jambo!! - idzie dalej. Z przełęczy na 4200 m zaczynamy schodzić w dół. Niżej i niżej.
- Tylko po co? Już byliśmy tak wysoko - myślę. Nie patrzę przed siebie. Znowu zbiera mi się na wymioty. Do obozu dochodzimy po 15.00. Jestem w stanie połknąć tylko dwie aspiryny i wejść do śpiwora. Marcin resztką sił wpełza do namiotu. Sen. Głowę rozrywa monotonne dudnienie.
- Co ja tutaj robię? Tutaj zwykły białas nie może normalnie funkcjonować. Jesteśmy na 3900 m. Już trochę ochłonąłem. Wkrótce kolacja. Ciekaw jestem, czy ten dzień to aklimatyzacja, czy choroba wysokościowa. Zobaczymy jutro. Przed nami jeszcze 2000 m w górę. To się chyba nie uda. Jestem załamany. Dobrze, że głowa przestała boleć. Marcin również dochodzi do siebie.
- Jak zejdziemy, to zabiję tego Wilsona za to, co nam dzisiaj zrobił - to zamiast dzień dobry. W końcu sami chcieliśmy.
CZWARTEK
Po wczorajszej gorączce ani śladu. Ruszamy po 8.00. Przed nami pionowa ściana - 200 m. - To się nie da, ale Wilson wie lepiej. Idziemy. Kiedy podchodzimy pod ścianę, zaczyna wyłaniać się ścieżka. Czasami ma tylko metr szerokości, ale można wytrzymać. Taki dwójkowy szlak w Tatrach. Jak zwykle "POLE, POLE" posuwamy się do góry. Wyprzedzają nas tylko tragarze.
- Slower is better - mija mnie niczym kozica górska jakaś czarna postać z wielkim pakunkiem na głowie. Czemu nie? - odpowiadam bardziej sobie, niż jemu. Podejście na grań zajmuje nam godzinę. Stąd roztacza się wspaniały widok na Kibo.
Warto było - uśmiecham się do siebie. Kilka zdjęć i ruszamy dalej - tyle, że w dół. Przecinamy dolinę i w górę. Zaczyna się, jak wczoraj. Góra, dół, dolina, grań. Obchodzimy Kibo z lewej strony. Już nie wiem, ile dolin przecięliśmy? Siedem, osiem? Wreszcie wychodzimy na rozległe plateau. Wysokość 4000 m. W górze Kibo w chmurach, w dole Tanzania w chmurach. Bezkresne morze zastygłej lawy - nic innego nie przychodzi mi do głowy. Plateau kończy się szeroką doliną. No, tego jeszcze nie było. Po drugiej stronie widać wejście na grań, a dalej ścieżką do obozu Barafu Hut. Wychodzimy na grań około 13.00. Z góry schodzą turyści, którzy już zdobyli Uhuru Peak. Uśmiechnięci zagadują.
- Hi, how are you? Good luck to you! Jambo! We hope you get to the top!
- Tere fere. Ja nie wiem, czy dojdę jeszcze sto metrów, a pozostało mi jeszcze czterysta do obozu. Marcin został gdzieś w tyle. Dawno nie widziana mgła gęstnieje wokół mnie. A co? I lekki deszczyk. Następni turyści schodzą z góry. Jeszcze jedno "Jambo", a przywalę komuś kijkiem. W końcu dochodzę do Barafu - 4600 m. Nie widzę namiotu. Po chwili przychodzi Włoch Stefano, nie wygląda najlepiej. Ja czuję się świetnie, a tu nagle... - znowu, śniadanie na ścieżce. No nic. Tak musi być. Dochodzimy do namiotów. Zaczyna padać gęsty grad. Zamykam się w śpiworze. Jest przed 15.00. Wilson budzi nas na obiad. Ból głowy przeszedł. Wypijam ze trzy herbaty i zagryzam pop-cornem. Skąd oni tu mają pop-corn? Już nic mnie nie dziwi. Po obiedzie Wilson przedstawia nam strategię wejścia na szczyt.
Śpimy do 23.15. Herbata i herbatniki. O północy wyruszamy. Na szczycie będziemy około 7.00 lub 8.00 rano - Wilson odmieniony - zamiast podartych dżinsów i wojskowej koszuli - czerwony gore-tex. Przygotowujemy plecaki i do śpiworów. Jest 18.15.
Wstajemy o 23.00. Herbata i herbatniki według planu. Wyruszamy pięć minut przed północą. Niebo bezchmurne. Nad nami górują śniegi Kilimandżaro. Wielki Wóz do góry kołami przez dłuższy czas odprowadza nas swoim obliczem. Jasny Księżyc, zapalamy tylko dwie czołówki. Prowadzi Wilson, my za nim. Pochód zamyka przewodnik-asystent Dawid. Noc jest ciepła. Droga prowadzi krętą ścieżką pod górę ścianą Barafu Wall. Drobne kamyki i pył. Aby się nie osuwać, idziemy zyg-zakiem. - POLE, POLE - tradycyjnie Wilson. Cały czas do góry, coraz trudniej, coraz bardziej stromo. Głowa pulsuje. Chwilami tracę świadomość. Dochodzimy do Stella Point - dwieście metrów poniżej Uhuru Peak. Jesteśmy już tak blisko.
Na szczycie jesteśmy o 7.30. Wschód Słońca zapiera dech w piersiach. Grupka turystów robi zdjęcia. Z niecierpliwością wyrywają sobie deskę z napisem "UHURU PEAK - THE HIGHEST POINT IN AFRICA". Jesteśmy na dachu Afryki. Jest 26 luty 1999. Moje dwudzieste piąte urodziny. No cóż? - każdemu się zdarza. Po pół godzinie zaczynamy schodzić. Szybko, prawie zbiegamy ścianą, którą podchodziliśmy przez sześć godzin. Zjeżdżamy na butach po kamieniach i piachu. Przed nami widok na trzeci wulkan - Mawenzi. Wczoraj go nie widziałem. Jesteśmy w Barafu o 10.30. Bardzo zmęczeni, ale cel osiągnięty. Krótki odpoczynek, pakujemy się i schodzimy do ostatniego obozu na 3200 m. W Mweka Hut jesteśmy po trzech godzinach marszu. Jest piwo, ale nie ma Coca-Coli. Skończyła się. Tak marzyłem o Coli. No trudno, trzeba jeszcze poczekać. Świętujemy z Włochami moje urodziny aż do 21.00. To długo. Dawno już tak dobrze nie spałem.
SOBOTA
Schodzimy do bramy parku. Ostatnie formalności i dostajemy certyfikaty wejścia na Kilimandżaro. Znowu tłum ludzi. Bus zabiera nas do hotelu. To już koniec. We wtorek wracamy do Polski.
(*) Jack Daniel's
(**) Potoczna nazwa drogi Marangu Route. Machame jest najdłuższą i najtrudniejszą drogą trekkingową na Kilimandżaro zwaną Whiskey Route.
Więcej informacji na temat wyprawy i wejścia na Kilimandżaro można znależć na stronie
http://www.calder.com.pl/kilimanjaro
Chciałbym podziękować mojemu przyjacielowi Marcinowi Kołodziejczykowi za towarzystwo oraz firmom CompLex i Calder za pomoc w organizacji wyprawy.
