Ludzie, którym proponuje się wspólną podróż, na ogół reagują dwojako. Jedni na taką propozycję odpowiadają pytaniem postawionym w tytule pukając się przy tym w czoło. Drudzy pytają: "A co tam jest?". Z kolei, na pytanie: "A co jest gdzieś indziej?", robią zdziwioną minę: "To znaczy gdzie?". Jak widać nie tylko o zieleni można nieskończenie ... Aah, zdarzają się i tacy, którzy sugerują: "Na dwa, trzy dni to bym pojechał. Ale na miesiąc?".

Jak najszybciej do celu
No, to można jechać samemu. Samochodem. Najpierw do Gdańska na prom do Nynäshamn. Rejs "Rogalinem" trwa 19-godzin. Po odprawie szwedzkiej, jeśli tuż za bramą portu nie zatrzyma nas policja każąca dmuchać w alkomat, można wreszcie nabrać powietrza w płuca z własnej woli. To jest najkrótsza charakterystyka "Rogalina".
Krótki postój w Sztokholmie. Żadnych ambitnych planów. Tylko jedno muzeum: Vasamuseet. Jest tam w niemal całej okazałości okręt wojenny Gustawa II Adolfa wydobyty po blisko 350 latach z mulistego, dobrze konserwującego, dna portu sztokholmskiego. Niebyt w innych muzeach pozwoli nam hołubić przekonanie, że dokonaliśmy właściwego wyboru. Warto się jeszcze zapuścić na peryferie - do Drottningholm. Pałac jak pałac, ale teatr z XVIII wieku - najstarszy, zachowany bez przeróbek teatr na świecie - robi wrażenie. Nie był używany przez ponad 100 lat co pozwoliło mu uniknąć "dobrodziejstw" modernizacji. Demonstracja efektów specjalnych jest imponująca: wiatr (biorąc pod uwagę panujący na zewnątrz upał) przyjemnie chłodzi a grzmoty, będące efektem przesypywania kamieni w drewnianej skrzyni przechylanej za pomocą liny żeglarskiej, stwarzają nastrój prawdziwej grozy.
W drodze do Laponii warto przejechać przez Dalarnę - krainę zajmującą środkowo-zachodnią część Szwecji. Opanowanie nerwowości, wynikającej z wrażenia, że już "tyle dni" jest się w drodze a do Laponii wciąż daleko, zostanie nam sowicie wynagrodzone.
Panta rei
Nareszcie! Nawet ogromne oczekiwania nie są w stanie stłumić euforii. Dalarna od jeziora Siljan po granicę norweską to kawał wspaniałej przyrody. Ściana lasu po obu stronach gładkiej i niezbyt zatłoczonej drogi nr 70 czasem się przerzedza i widać brązowo-czarne lustro jeziora o urozmaiconej linii brzegowej i rozlicznych wyspach. Czasem zamiast jeziora pojawia się rzeka w podobnych barwach - to kolor piaskowca, który zalega dno. A w lesie dziwy: ogromne głazy, pozostawione 10000 lat temu przez cofający się lodowiec, bardziej albo mniej omszałe, stanowią dla zaskoczonego oka dekorację niemal teatralną. Pojawiają się coraz większe pagórki. Skręt na Mörkret. Cel: Njupeskär - największy wodospad w Szwecji. Z parkingu do wodospadu prowadzi ścieżka oznakowana co ok. 50 m. To podobno na wypadek mgły. Przy upalnej pogodzie trochę śmieszy. Tam, gdzie występuje ryzyko zamoczenia nogi (czasem poważne, bo teren jest miejscami bagnisty) - kładki. Punkt obserwacyjny u podnóża wodospadu znajduje się na wysokości ok. 1000m. Woda spada 95 m a szumi tak, jakby spadała 950 m. Na odległych górach widać łachy śniegu. Jedna, niebacząc na upał, zachowała się nawet w cieniu wodospadu. Z powrotem na drogę nr 70. Mijając Idre dojeżdża się do parku narodowego Städjan-Nipfjällets. Startując z parkingu bez trudu można zdobyć Nipvallen, trzeci co do wielkości szczyt w obszarze parku (1104 m n.p.m.). Powyżej 1000m nie rosną tu nawet krzaki; za to kamienie pokrywa zielonkawy nalot o koronkowej strukturze. W drodze powrotnej do Idre - zabawna pułapka. O sposobie zaznania cudu informuje specjalna tablica. Samochód toczy się pod górę! To, oczywiście, złudzenie optyczne. Ale jakże silne. Po takim dniu wieczorem nie ma problemów z zaśnięciem mimo, że aura jest jak w południe.
Po paru dniach można się przyzwyczajać do wiejskiej i małomiasteczkowej architektury; jednopiętrowe zwykle domy, z desek w kolorze ochry i z białymi ramówkami na wszystkich krawędziach, przestają robić wrażenie działkowych. Da się nawet polubić ten styl. Ogromne głazy rozrzucone po lesie też zaczyna się uważać za naturalne. Droga na Foskros. Co i rusz zbliża się do niej szeroka rzeka; czasem wartka, z wodospadami 2m wysokości, czasem spokojna i z gładkim lustrem tak, że można ją pomylić z jeziorem. Dalej na Sörvattnet i Linsell a potem żółtą drogą na Sandvikan i czerwną przez Rätan i Ange. Cały czas krajobrazy są takie, że każda szybkość wydaje się zbyt duża. Wspaniałe. Jak przesłodzone pejzaże z niedzielnego jarmarku, na których malarz chce zawrzeć wszystko, co jest dla niego przyrodą: góry, woda, wyspy, chmury, przez które przebija słońce i jakiś zwierz. Pierwsze stado reniferów wywiera zwykle największe wrażenie. Pasą się poniżej mostu, przez który przebiega droga. Z daleka ich rogi wyglądają na obciągnięte irchą albo zarosłe brązowym mchem. I ciągle ta woda podchodząca pod drogę. Wyspy na jeziorach są niesamowite w swojej różnorodności: od kamienistych wzgórz, zupełnie pozbawionych roślinności do płaszczyzn zalesionych tak, że wydaje się, że las wyrasta z wody! Są też takie, jak rysunkowa wyspa bezludna: łagodny pagórek wystający z wody, z rzadkim lasem porastającym tylko jego grzbiet. Przy odrobinie szczęścia, tzn. jeśli w nocy padał deszcz a dzień jest upalny, mgła unosi się na niedużej wysokości - bajka.
Takie widoki rozpuszczają. Wprawdzie autostrada za Sundsvall biegnie nad Zatoką Botnicką, ale po bokach "tylko" lasy i kwieciste łąki; nie ma na co patrzeć. Jednak już za Härnösand gdzie zaczyna się Höga Kusten - Wysokie Wybrzeże, znów niesamowite widoki. Skalisty brzeg stromo schodzi do wody, która nagle pojawia się po obu stronach drogi. Jesteśmy na 7. co do długości, podwieszanym moście na świecie. Pylony giną we mgle. Nocleg w Nordingra.
Gammelstad, czyli Stare Miasto Lule? to miasteczko kościelne jakich wiele zaczęło powstawać (choć niewiele przetrwało do dziś) wokół kościołów w Szwecji, gdy reformacja wymogła na parafianach coniedzielne uczestnictwo w mszach. Kościół jest z 1492 r. Najnowsze domy w jego okolicy mają 200 lat z kawałkiem. Ewolucja w dziedzinie architektury małomiasteczkowej nie poszła zbyt daleko. Przeważa kolor ochry i białe ramówki. Domy są parterowe - urokliwe w swojej prostocie. W niektórych mieszkają ludzie. Całość robi wrażenie tym większe, że nie jest otoczona nowym miastem. Dzisiejsza Lulea leży nad samym morzem, kilka kilometrów na wschód od Gammelstad. Tysiąc lat temu ten rejon był archipelagiem - wzgórze, na którym stoi kościół było małą wysepką u ujścia rzeki Lulea. Ląd wypiętrzał się powoli i w XIV w. Gammelstad był dobrze prosperującym portem. Niestety ląd wypiętrzał się nadal (do dziś wynurzyło się z wody ok. 10 m lądu) i w połowie XVII w. port był już tak płytki, że konieczne było przeniesienie miasta bliżej wybrzeża...
Z Haparandy drogą nr 400 na północ wzdłuż granicznej rzeki Torniojoki, która, choć szeroka, zatacza przedziwne meandry; czasem rozlewa się udając ogromne jezioro usiane przedziwnymi wyspami: a to skalistymi i wysokimi, a to płaskimi, ale dla odmiany porośniętymi sztywną trawą. Tym razem to nie las tylko trawa wystaje z wody i przypomina jeden z dwóch stawów w "zaiste malowniczej okolicy" opisanej w... Panu Tadeuszu: "...prawy, ciemniejszy nieco, niby twarz młodziana surowa i już męskim puchem osypana...". Chociaż rzeka, o której mowa, wygląda raczej na miejscami niedogoloną. Czasem zwęża się do małej rzeczki ale to złudzenie: opływa wyspę tak dużą, że wygląda na drugi brzeg. Niekiedy, zanim zobaczymy koniec wyspy wszystko ginie za drzewami. Potem, nagle znów pojawia się rozlewisko. Mewa stoi na tafli wody ale nie dajmy się nabrać. Przyroda przekomarza się z nami: kamieniste dno musi być tuż pod powierzchnią wody.
Kolejny urokliwy zakątek gdzie można wysiąść na chwilę z samochodu: Kukkolaforsen. Łapią tu łososie siatkami na motyle. Tyle, że siatki są na dłuższym kiju. To chyba dla turystów - żeby było jak w średniowieczu. Woda jest tu płytka, wystają kamienie a nurt spieniony i wartki. Przedłużając sobie słodkie chwile oczekiwania na Laponię można wjechać samochodem na Luppioberget, żeby z góry rzucić okiem na okolicę. Góra wygląda jakby była zrobiona z jednego głazu gigantycznych rozmiarów. Kilkanaście metrów przed szczytem lodowiec ułożył na nim mniejsze głazy tworzące ogromne, o ok. 2m wysokości, stopnie na szczyt. Niesamowite.
Słowo ciałem się stało
Laponia. Pierwszy przystanek - miejsce, gdzie w XVIII w. było koło polarne. Mała kamienna wyspa wystaje z rzeki niczym pochylnia podcinająca nurt. Za nią wyspa na tyle duża, że z pomiędzy drzew prześwitują domy. Parę kilometrów dalej droga przecina aktualne koło polarne. Nagle pojawiają się dwa renifery: łania i jagnię. Pierwsze spotkanie oko w oko. Kiedy wreszcie decydują się przepuścić samochód widać, że łania jest nieduża a oba zwierzaki mają mocno przetrzebione futerka. Przykładając ludzką miarę: wyglądają jak babina i niebożę.
Z Kiruny - wypad do Jukkasjärvi. Latem ma to mały sens, ale można zobaczyć chociaż miejsce, gdzie co roku jest budowany hotel lodowy. Podobno nawet szklanki do drinków są tam z lodu.
Droga do Torneträsk nie robi na starych wyjadaczach większego wrażenia. Dopiero, gdy pojawia się jezioro o tej samej nazwie - znów można oniemieć. Grań wzdłuż kanionu rzeki Abisko. Woda piekli się chcąc wydrążyć w skale jaskinię. Tam, gdzie jej się to nie udaje wprost zielenieje ze złości. Wreszcie, poszarzała ale cały czas niezwykle klarowna i czysta wpada do jeziora. Jezioro ma 72 km długości i 9 km szerokości. Tuż przed Björkliden spotkanie z kolejną, narowistą rzeką. Zejście do jeziora stromą ścieżką wzdłuż rzeki Rakkas, która na tym odcinku wyprawia najdziksze harce i swawole. Szkoda odjeżdżać. A w samochodzie nie wiadomo, w którą stronę zwracać głowę: pobliskich gór po lewej stronie, czy jeziora po prawej. Na wodzie już nie raz potknęło się pióro, więc dla odmiany o górach. Są skaliste. W niektórych żlebach leży śnieg. Inne są małpim gajem dla strumieni. Od góry zaczyna się kilku-, kilkunasto- a czasem kilkudziesięcio metrowym wodospadem. Potem żleb odchyla się nieco od pionu. Czy to już strumień, czy jeszcze wodospad? W Laponii na pewno nie można umrzeć z pragnienia. Z Riksgränsen. najkrótsza droga do Finlandii prowadzi przez Norwegię. I ta droga zapiera dech. Fiordy. Ogromne, czarne, skaliste wybrzeże stromo schodzi do ciemnej wody - zatoki? A może jeziora?
Jeśli zza chmur prześwituje słońce, pierwszy rzut oka na Finlandię z Saany (1024 m) pozostawia niezacieralne wrażenie. Cała majestatyczna przyroda gra swoje role w ruchomym filmie. Od gór, na które pada akurat cień chmury wieje czarną grozą. Za chwilę ta sama góra wabi przymilną zielenią podpalaną lekkim brązem. Cienie tworzą najdziwniejsze, ruchome figury również na lekko pomarszczonej tafli jeziora. Droga tam i z powrotem, łącznie z popasem na szczycie, zajmuje tylko 3.5 godz. Najdłuższy szlak turystyczny z Kilpisjärvi ma... 550 km długości.
Znów wzdłuż granicy ale tym razem na południe. Góry zaczynają powoli zanikać i droga, czasami prosta aż po horyzont, w płaszczyźnie pionowej wycina sinusoidę o malejącej amplitudzie. Graniczna rzeka, Konkämä, rozlewa się szeroko i płynie leniwie gęstymi zakolami. Po jakimś czasie znów pojawiają się drzewa i pagórki ale nie widać już na nich łach śniegu. Za Muonio skręt na Kittilä. Trudno nie zatrzymać się parę razy nad Jerisjärvi kuszącym widokiem zalesionych wysp i rozległej wody. Latem w Kittilä, 170 km na północ od koła polarnego, nawet wieczorem potrafi być upalnie; 250C w cieniu to nic niezwykłego.
Droga na północ nie gwarantuje ochłody. Z Kiistala do Pokka - bitym traktem przez lasy i łąki. Coraz częściej spotyka się renifery. Niektóre wypłosze z nawet okazałym porożem. Niespiesznie schodzą z drogi. Wszystkie mają przypięte do uszu metki. W stadzie kilkudziesięciu sztuk w różnym wieku szef - wyraźnie rozróżnialny po wspaniałych rogach - ma na szyi obrożę. A głupi turyści myślą, że to dzikie. Co za rozczarowanie. Skręt na Lemmenjoki. W największym parku narodowym Europy (prawie 3000 km2) można przebierać w trasach o różnej długości. Najkrótsza ma 4 km. Las, rzeka, jeziorka, pagórki. Zobojętnienie wynikające z przyzwyczajenia?
Inarijärvi. To ogromne jezioro obejmuje kilka tysięcy wysp i wysepek. Imponujące. Niestety muchy i komary też tak sądzą. Ten, kto nie domyśli się roli spirali leżącej na talerzyku przed domkiem (po podpaleniu wydziela zapach nieznośny dla owadów), może spędzić z nimi noc...
Szkoda ruszać na południe - do Rovaniemi. Coraz większy ruch i coraz większa cywilizacja. Miasta na mapie zaczynają coś znaczyć a nie, jak już można się było przyzwyczaić, dwa domki ukryte w lesie. Spotkanie z "cywilizacją" można opóźnić zatrzymując się w Tankavaara, żeby zrobić "spacer" po Parku Narodowym im. Kekkosena, który pokrywa obszar równy całemu Luksemburgowi. W miejscu, gdzie szosa przecina koło polarne, parę kilometrów przed Rovaniemi - Miasteczko Świętego Mikołaja. Hmm, lepiej ten czas spędzić w Arktikum w Rovaniemi. Koło polarne to ostatnia szansa na podziwianie słońca o północy. W Rovaniemi służy do tego góra Ounasvaara - 204 m, niemal w środku miasta. Liczne, międzynarodowe towarzystwo zbiera się tam nawet grubo po 22 czerwca choć słońce wówczas znika i jest "zwykła" biała noc.
Jadąc na południe drogą E63 można skręcić na Käylä i dalej do Kiutaköngäs by sprawdzić swoją kondycję i po raz kolejny dać się oczarować przyrodzie. Ścieżka prowadzi granią nad głęboką doliną wyżłobioną w mocno zażelazionej skale. Szeroko rozlana, brązowawa rzeka, nieco żywsza, gdy musi opłynąć dwie wyspy wyrastające w środku nurtu, nagle, wpływając w wąski i spadzisty kanion - dostaje szału. Na 100m długości koryto rzeki obniża się o 14m.
Nawet jeśli nie ma jeszcze 15.10 warto pojechać do Juumy by tu przemierzyć trasę zwaną Małą Pętlą Niedźwiedzią (duża ma 80 km): przejść przez dwa wiszące nad kipielą linowe mosty, odwiedzić stary młyn i przebiec kawałek skarpą wzdłuż rwącej rzeki. Daremno by szukać jakiegoś przymiotnika, który oddałby stopień wszechogarniającego uniesienia. Tak, jak na wszystkich wytyczonych trasach, od czasu do czasu wpada się na pełną starannie ułożonych polan drewutnię. W jedno z polan wbita siekiera. Obok kamienny krąg na ognisko. Nad nim ruszt. Wokół przepołowione i oheblowane bale służące za ławy. Żadnych zakazów ani instrukcji. Kto by w takich warunkach rozpalał ognisko poza szlakiem? Nocleg w Kuusamo.
Kolejny niezwykły, upalny dzień. Punkt pierwszy: półgodzinny rejs po jeziorze Julma Ölkky. Długie na ponad 12 km, głębokie i wąskie, polodowcowe jezioro położone jest w kanionie o kamiennych ścianach sięgających 50 m. Na jednej z nich, ok. 1.5 m nad lustrem wody, widnieje czerwona plama. Podobno jest to malowidło sprzed naszej ery. Widoki są wspaniałe; trudno usiedzieć w łodzi na swoim miejscu.
Potem do Hossa, a właściwie do miejsca, z którego można zrobić 8km pętlę. Mniej więcej w jej połowie - największa atrakcja: kolejne malowidła skalne. Droga do nich prowadzi wysoką na kilkadziesiąt metrów skarpą, z której widać dość spokojny nurt rzeki i przeciwległy, raz wysoki, raz niski brzeg. Nawet kiedy ścieżka oddala się od wody i prowadzi dziewiczym lasem (wreszcie można zrozumić, co to znaczy) wszystko wygląda jak hollywoodzka scenografia do filmu o traperach. To też efekt bezwietrznej ciszy, głazów rozrzuconych po lesie i nieba ozdobionego rzadkimi chmurkami. A co do malowideł: pierwsze wrażenie - ktoś z nas kpi; mając pędzel na dostatecznie długim kiju - malowidła ogląda się z pomostu oddalonego o 2 m od skalnej ściany, w dole śmigają małe rybki - możnaby samemu domalować coś równie bezsensownego. Ale po chwili ochrowe kreski nabierają życia. I to nie tylko ludziki o trójkątnych twarzach ale i zwierzyna a nawet symbole, które z niczym się nie kojarzą. Dziwne. Czy to ma rzeczywiście 4000 lat? Czarowani w ten sposób przez praludzi i przyrodę możemy nawet nie zauważyć, że opuściliśmy Laponię. Ale to słowo, które przed wyjazdem nic nie znaczyło mimo, że stanowiło znajomy zlepek liter, w trakcie podróży nabrało ciała a chyba nawet i ducha. Nocleg w Sotkamo. Jutro już kraina 1000 jezior i chwila zasłużonego odpoczynku.
Wiecej wody niż lądu
Z kamiennych wzgórz Koli, wzorem wielu fińskich malarzy i poetów, należy rzucić okiem na jezioro Pielinen. Bezchmurne niebo. Na dole nie ma wiatru - tafla jeziora jest jak lustro. I jak w lustrze, wyraźnie i ostro odbijają się w niej drzewa wysp. Wszystkie wyspy mają bardzo wydłużone kształty; niektóre wyglądają jak wynurzające się okręty podwodne.
Już wczesnym popołudniem, by zrealizować ideę odpoczynku, należy udać się do schroniska młodzieżowego w Paukkaja. Z szosy trzeba skręcić w las i jechać szutrem prawie kilometr. Zupełne odludzie. Wszystko dla nas. Można popłynąć łódką na pierwszą w życiu (a zaraz potem drugą) bezludną wyspę na ogromnej rzece. Potem skorzystać z sauny... Czyż nie tego było trzeba znużonemu turyście?
Savonlinna - znane centrum turystyczne położone w samym środku krainy 1000 jezior. Na małej skalnej wyspie Olavinlinna stoi Olofsborg - forteca z XV w. Na wyspę przerzucony jest most. Forteca widziana z zewnątrz pobudza wyobraźnię. Jakżeby inaczej, skoro wieńczy skałę stromo schodzącą do wody? W środku zamek, ogołocony przez Rosjan i pożary, nie robi większego wrażenia. W krainie 1000 jezior nawet w miastach wody jest więcej niż lądu. Z Olavinlinny do centrum - rzut beretem (dla mistrza świata w rzucaniu beretem). Można się tu przejść po urokliwym rynku. Czy to jest Finlandia? Nie chodzi o pogodę (choć właściwie to też) tylko odpust w parnej atmosferze poburzowego upału na nabrzeżu otoczonym statkami wycieczkowymi. To mogłoby być południe Europy.
W pobliżu miejscowości Punkaharju jest skręt na drogę prowadzącą szczytem moreny czołowej osadzonej tu w erze lodowcowej. To Harjualue. Siedmiokilometrowej długości grań, miejscami szerokości drogi, ciągnie się między jeziorami Pihlajavesi i Puruvesi na wysokości dochodzącej do 30 m. Co kilkaset metrów, jeśli szerokość grani pozwala, są niewielkie zatoczki, w których można zatrzymać samochód. Warto zrobić ten niewielki objazd. Noc w Parikkala. Jutro Hamina i Porvoo.
Hamina jest lekko przereklamowana. Za to Porvoo - fantastyczne. XIV-wieczne miasto spłonęło w 1760 r. Odbudowano je pod koniec XVIII w. z zachowaniem wąskich uliczek z naturalnego, kamiennego podłoża. Jest tu też basen jachtowy i ciuchcia. Nie chce się jechać do Helsinek. Tym bardziej, że za Imatrą robi się na szosie straszny ruch. Chcąc spędzić jeszcze jedną noc na odludziu nad rzeką trzeba cofnąć się ok. 35 km w kierunku Kouvola.
Helsinki mogą się kojarzyć z... Barceloną. Esplanadi przypomina La Ramblę a niektóre budynki Saarinena, Aalto i Lindqvista - Gaudiego; wprawdzie nieco spokojniejszego i jakby lekko zawstydzonego, ale nie mniej wspaniałego.
"a gdziez mnie, biesy, wieziecie?"
Prom z Helsinek do Tallina płynie niecałe 2 godziny. W Tallinie nie brak lokalnych Stegien. Trochę lasu i niezbyt okazałe dzielnice willowe na obrzeżach. Za to starówka wywiera niezwykle sympatyczne wrażenie: wąskie uliczki i niskie, XIV-wieczne domy, z pomiędzy których łatwo strzelają w górę wieże kościołów.
Ryga nosi ślady piękna z przełomu XIX i XX w. Są tu dziesiątki domów, których nie powstydziłaby się żadna europejska metropolia. Przed kościołem św. Piotra stoją nawet muzykańci z Bremy (i z brązu oczywiście). Niestety, miasto jest piękne od 2 m wzwyż. Od ziemi do 2 m jest szaro i smutno. Traci się ochotę do podróżowania po tych stronach. Jeśli do tego dochodzi zmęczenie - łatwo o decyzję: zamiast zwiedzania Litwy jeszcze tylko wycieczka do zamku Rundale 80 km na południe od Rygi. Prawie po drodze więc już jutro - Polska! Od razu poprawia się humor. Litwa na pewno zasługuje na oddzielną wyprawę.
Pałac Rundale: z zewnątrz cacko, w środku cukierek przypominający miejscami bardziej dekorację teatralną do barokowego przedstawienia niż miejsce gdzie żyli choćby nawet i książęta.
Wreszcie litewsko-polska granica. Odprawa po litewskiej stronie jest w miarę sprawna. W czasie 4 godzin oczekiwania na odprawę po polskiej stronie można usłyszeć bogate w przekleństwa, wielojęzyczne komentarze na temat polskiej pracowitości. Gdzieś zaczyna się zapodziewać, najwyraźniej nieuzasadnione poczucie wyższości wobec wschodnich sąsiadów. Co za drogi! Tę z Budzisk do Suwałk można pokazywać w cyrku. I kiedy jeszcze popatrzymy sobie na przydrożne parkingi, które trudno czasem odróżnić od wysypiska śmieci i zaznamy na własnej skórze koszmaru nigdzie indziej w Europie nie spotykanego piractwa drogowego to samo wyrywa się z gardła pytanie: "Co to, ..., jest?". Aa... to Polska właśnie!
Koniec i bomba
a kto nie był w Laponii
niech prędko jedzie do nij
bo inaczej będzie trąba.