
Kraina to niezwykła
Piękne góry porosłe lasami, hale ze stadami owiec i życzliwi ludzie. Leży w północnej części Rumunii, w Okręgu Suczawskim. Ponieważ jest to południowa część historycznej Bukowiny, nazywana jest Bukowiną Południową lub Rumuńską. Niewiele jest na świecie miejsc, w których ludzie potrafią żyć ze sobą zgodnie, mimo tak wielkiego narodowościowego i wyznaniowego zróżnicowania. Mieszkają tu bowiem Rumuni, Ukraińcy, Polacy, Niemcy, Żydzi i inni, różnych wyznań. Są więc prawosławni, katolicy, grekokatolicy, protestanci i żydzi. Mnóstwo tu atrakcji i niespodzianek. Wśród wspaniałej i dzikiej przyrody, w małych wioskach, zaskakują prawdziwe cuda architektury i malarstwa - średniowieczne mołdawskie monastyry z zewnętrznymi polichromiami.
Suczawa, stolica Bukowiny Rumuńskiej, leży w niewiele większej odległości od Przemyśla niż Przemyśl od Warszawy. Suczawska twierdza oblegana była przez naszego króla Jana Olbrachta, a bukowińskie ziemie były rubieżami Rzeczpospolitej. W Muzeum Narodowym w Suczawie znajdują się dokumenty poselstw i korespondencji polskich królów z władcam mołdawskimi.
Nazwa Bukowina, mimo że pojawiła się w dokumentach już sześćset lat temu, stała się powszechna, jako nazwa jednostki administracyjnej, dopiero w czasach Imperium Austro-Węgierskiego. W X i XI w. tereny dzisiejszej Bukowiny wchodziły w skład Rusi Kijowskiej. Po jej rozpadzie, aż do końca XIII w. Bukowina była uzależniona od Rusi Halickiej. W tym czasie - Bukowina była wówczas częścią Mołdawii - na jej terenach toczyły się wojny między Węgrami i Haliczem. Potem Mołdawia dostała się pod wpływy Złotej Ordy. Dopiero w XIV w. uzyskała niezależność polityczną. Mołdawia stała się bogatym krajem, przez który przebiegały ważne szlaki handlowe, łączące Morze Czarne z Rzeczpospolitą, a kolejne lata przynosiły zyski z ich eksploatacji. Jednocześnie Rzeczpospolita i Węgry, a potem także Turcja zabiegały o rozszerzenie wpływów na te tereny. Za czasów Kazimierza Wielkiego państwo mołdawskie uznało zwierzchnictwo Korony i stało się jej lennikiem. Mimo tej zależności kraj się rozwijał, kwitł handel, rozbudowywały się miasta. Sytuacji tej nie zmieniła też wojna z Turcją ani zależność raz od Polski, a raz od Turcji. W tym czasie, w drugiej połowie XV w., Stefan Wielki ufundował w górach na zachód od Suczawy klasztory, które przetrwały aż do dziś. Koniec XV w. to konflikt między Polską a Mołdawią. W 1497 r. Polacy wyprawili się na Mołdawię. Po nieudanym oblężeniu Suczawy i podpisaniu rozejmu wojska polskie przystąpiły do odwrotu i wpadły w zasadzkę w lasach bukowińskich. Prawie wszyscy zostali wyrżnięci. Klęska Polaków była zupełna, co zostało upamiętnione w powiedzeniu: "Za króla Olbrachta wyginęła szlachta".
W połowie XVI w. Mołdawia została podbita przez Turków. Turcy stali się głównym wrogiem tych ziem. W 1716 r. wybuchła wojna turecko-austriacka, która zakończyła się klęską Turcji. Walki między Austrią, Turcją, a także Rosją trwały jednak na tych ziemiach aż do 1775 r., kiedy to na mocy zawartego pokoju północna część Mołdawii, zwana od tej pory Bukowiną, weszła w skład Austrii.
W XVIII w. na ziemie bukowińskie napłynęło wiele ludności ormiańskiej i żydowskiej. W XIX w. pojawili się też Polacy i Niemcy, aby pracować przy wyrębie lasów. Wielonarodowa kultura rozbudowywała się bardzo szybko. W 1849 r. Bukowina została księstwem autonomicznym. Niedługo potem otwarto w Czerniowcach uniwersytet. Rozwinęła się sieć komunikacyjna i gospodarka. Polscy inżynierowie zbudowali kolej łączącą Lwów, Czerniowce, Suczawę i Jassy. Według spisu ludności z 1857 r. Bukowina była zamieszkana w 44% przez Rumunów, 38% przez Ukraińców, 6% przez Niemców, 6% przez Żydów, 3% przez Polaków oraz przez Węgrów, Rosjan i Ormian. Pod względem wyznaniowym dominowali prawosławni. W następnej kolejności należy wymienić żydów, katolików obrządku rzymskiego, protestantów i grekokatolików.
Do dziś na każdym kroku widać piętno historii
W dolinach witają nas majestatyczne obronne klasztory, zamieszkane przez gościnnych mnichów lub mniszki. Każdy znajdzie coś dla siebie: malutki klasztor w Moldoviţy - z malowidłami w czerwonej tonacji oraz z potężnymi obronnymi murami, klasztor w Suceviţy - z malowidłami w niebieskiej tonacji, czy też Voroneţ - perła malarstwa z olbrzymim przedstawieniem sądu ostatecznego. Monastyry te powstały w XV i XVI wieku z inicjatywy hospodarów mołdawskich. W tym właśnie czasie Mołdawia, będąc przedmiotem walki o wpływy i rywalizacji między Polską, Węgrami i Turcją, znajdowała się w dość trudnej sytuacji politycznej. Jednocześnie jednak przez obszary państwa mołdawskiego przebiegały ważne międzynarodowe szlaki handlowe, przynoszące ogromne zyski. Chcąc wzmocnić swoją władzę, książęta ufundowali kilka niesamowitych zespołów klasztornych, położonych w górach Bukowiny.
Słyną one ze swoich fortyfikacji i wspaniałych zewnętrznych malowideł. Polichromie te były swego rodzaju malowaną biblią dla niepiśmiennych wiernych. Przedstawiają one sceny biblijne - Apokalipsy, Genezis, drzewko Jessego, katalogi świętych i ojców kościoła oraz niektórych filozofów (Sofokles, Platon, Arystoteles), ale najbardziej podziwiane są dwa olbrzymie i głębokie w swojej wymowie malowidła.
Pierwszym jest Sąd Ostateczny i paruzja w Voroneţ. Tu anioły zwijają niebo - nadchodzi więc koniec świata, z grobów wstają zmarli, zastępy zbawionych czekają na wejście do nieba, a pod Chrystusem stoi waga sprawiedliwości, z której do rzeki piekielnej strącani są niesprawiedliwi. Drugim jest drabina cnót w Suceviţa, gdzie każdy szczebelek drabiny, po której do nieba pną się ludzie, jest jedną z wielu cnót. Aby dojść do bram niebios trzeba zdobyć wszystkie cnoty. W tej wędrówce pomagają ludziom zastępy aniołków podtrzymujące ich pod ramiona. Droga nie jest jednak łatwa i nie wszyscy osiągną krainę wiecznej szczęśliwości. Część bowiem zostanie przez okrutne diabełki brutalnie ściągnięta z trudnej drogi cnót w ogień piekielny.
Przy odrobinie szczęścia i cierpliwości można podejrzeć klasztorne życie i pracę lub przenocować w klasztornym hotelu. Klasztory są samowystarczalne. Prowadzą własne gospodarstwa rolne, a widok sióstr koszących łąkę, przygotowujących ogórki do kiszenia lub obierających ziemniaki na klasztornym dziedzińcu nie należy do rzadkości. Aż dziw bierze, że te wspaniałe zabytki, wpisane zresztą na Światową Listę Dziedzictwa Kultury UNESCO, przetrwały tyle wojennych zawieruch, trzęsień ziemi i, jak się chwalą Bukowińczycy, samego Ceaucescu. Większość malowideł pokrywających klasztory jest obecnie odrestaurowywana i przyciąga autokary pełne turystów z Niemiec, Hiszpanii i Włoch. Dlatego warto przyjść wcześnie rano lub poczekać do wieczora, gdy świątynia opustoszeje, a zabudowania klasztorne zaczną żyć swoim własnym, odwiecznym rytmem. Wtedy w spokoju można podziwiać wspaniałe malowidła. One też są świadectwem wydarzeń, jakie miały tu miejsce. Nie bez przyczyny siejący zniszczenie jeźdźcy apokalipsy są tu przedstawieni jako Turcy.
Idąc przez dzikie wciąż góry, w których nie ma oznaczonych szlaków, a na turystę z plecakiem nie sposób się natknąć, nie można nie zauważyć śladów niszczącej działalności ludzkiej. Lasy są intensywnie eksploatowane. "... Las jest bukowy przeciągiem dwóch mil rozwlekły, Bukowiną od drzewa bukowego rzeczony..." jak pisał Kromer w 1555 r. Niestety niewiele tych buków zostało. Większość bukowych puszcz została wycięta, a w górach rozpowszechnił się wszędobylski świerk. I jemu jednak trudno przetrwać. Mieszkający tu górale nie należą do ludzi bogatych i prowadzą, w większości nielegalny, wyrąb drzew.
W tych górach nie warto się izolować i zawsze rozbijać namiot w leśnej głuszy. Raz, że możemy zostać odwiedzeni przez złaknione naszego prowiantu niedźwiedzie, dwa - warto poznać Bukowińczyków. Nie mają oni nic wspólnego ze znanymi nam "Rumunami", czyli Cyganami, którzy okupują targowiska i ulice polskich miast. Są to "normalni" Rumuni, Ukraińcy lub Polacy. W okolicach monastyrów znajduje się kilka wsi zamieszkanych przez Polaków. Oni w pierwszej kolejności, ale podobnie do innych mieszkańców, wychodzą na drogę, aby zaprosić do domu polskich turystów. Taka wizyta to prawdziwie wzruszający moment. Odżywają ich wspomnienia sprzed lat i tęsknota za ojczyzną, do której już nie wrócą. To także okazja, aby spróbować lokalnych przysmaków, takich jak mamałyga czy bryndza. Wręcz powszedni jest widok ludzi idących na prawosławną mszę w strojach ludowych. Ci, którym się poszczęści, mogą zostać zaproszeni na pogrzeb lub stypę i uczestniczyć w tej niezwykle barwnej uroczystości.
Nikogo tu nie dziwi obcokrajowiec. Bez problemu można porozumieć się w kilku językach, ponieważ niemal każdy mówi po rumuńsku, francusku, polsku lub niemiecku. Wieś Pojana Mikului jest zamieszkana w połowie przez katolickich Rumunów i w połowie przez Polaków, którzy chodzą do wspólnego kościoła, znajdującego się pośrodku wsi. Msze odbywają się na zmianę - w jedną niedzielę po polsku, a w drugą po rumuńsku. W większości wsi znajdują się co najmniej trzy świątynie: prawosławna, katolicka i grekokatolicka. W prawdziwym tego słowa znaczeniu na Bukowinie "być innym" nie znaczy "być gorszym". I widać to na każdym kroku. To tłumaczy dlaczego ziemie te nie stały się drugą Jugosławią.
Prawdziwym majstersztykiem miejscowej sztuki ludowej są tradycyjne chałupy ludowe, malowane w regionalne wzory, a bardzo ciekawe wyroby rękodzielnicze, jak hafty i instrumenty muzyczne, można obejrzeć w kilku muzeach etnograficznych.
Póki więc bukowińskie góry nie są jeszcze zadeptane, a kraina ta przyciąga swoją historią, zabytkami i gościnnością mieszkańców, warto ją odwiedzić.
Wszystkie szczegółowe informacje dotyczące malowideł jak i historii tego regionu pochodzą z materiałów zebranych przez Piotra M. A. Cywińskiego, grupę XXIII, sekcję Drum Bun z warszawskiego KIKu. Całość tych materiałów zostanie opublikowana w połowie 1999 roku w Przewodniku po Bukowinie Rumuńskiej.