Wydanie internetoweEuropa

Wyprawa samochodem na Krym

Katarzyna GlancUkraina
Mapa trasy: Wyprawa samochodem na Krym
Mapa trasy

POCZĄTEK

W lipcu 2005r. wybraliśmy się na daleki Krym. Początkowo nie planowaliśmy wyprawy samochodem, ale tak jakoś wyszło. Wyruszyliśmy w nocy obładowanym oplem astrą kombi. Samolot mieliśmy o 12.00 następnego dnia i chcieliśmy dojechać do Lwowa nie śpiesząc się zbytnio. Wkrótce okazało się, że kilku rzeczy nie przewidzieliśmy - po pierwsze zapomnieliśmy, jak to jest na granicy po ukraińskiej stronie (chociaż ja i Łukasz byliśmy tam zaledwie rok wcześniej, a Gosia i Judas bywają we Lwowie kilka razy w roku). Kiedy zostaliśmy w końcu odprawieni, przypomniało nam się, że na Ukrainie jest już inna strefa czasowa i wszystkie zegarki trzeba przestawić godzinę do przodu. To tylko zagęściło atmosferę i zaczęliśmy poganiać Gośkę - naszego kierowcę, aby wciskała pedał gazu, bo przecież nie zdążymy. Gośka opory miała wielkie, ponieważ przypomniały jej się wszystkie te historie o tutejszej milicji, która w zasadzie nic innego nie robi, tylko czyha na samochody z zagraniczną rejestracją, aby zdobyć łup w postaci łapówki. (Legendy okazały się mocno przesadzone, bo milicja zatrzymała nas tylko raz i to na Krymie, a w dodatku nie chcieli żadnych pieniędzy :)).

LWÓW

Udało nam się szczęśliwie po jakichś 90 minutach dojechać do Lwowa. Szybko okazało się, że nie mamy mapy miasta i nie wiemy, gdzie jest lotnisko. Warto dodać, że ukraińskie miasta nie są oznakowane najlepiej na świecie. Niechcący wjechaliśmy w centrum i zgłupieliśmy kompletnie. Czas zaczynał pędzić coraz szybciej. Po kilkudziesięciu minutach błądzenia i przeklinania na czym tylko świat stoi, dotarliśmy do "aeroportu". Mieliśmy tylko pół godziny do odlotu, więc pośpiesznie wywlekliśmy wszystkie bagaże, samochód odstawiony został w tempie ekspresowym na płatny parking i pognaliśmy do kas. Pani w okienku uprzejmie nas poinformowała, że biletów na samolot nie ma już od dawna, bo teraz jest sezon i wszyscy lecą na Krym. Judas swoim łamanym rosyjskim prosił jeszcze o jakieś dodatkowe wyjaśnienia i dowiedział się jedynie, że nie dość, że dużo ludzi chętnych, to jeszcze podstawiony będzie mniejszy samolot. Miny nam zrzedły kompletnie. Ale wymyśliliśmy, że jak nie da rady samolotem, to pojedziemy pociągiem. Ruszyliśmy po samochód i pojechaliśmy na dworzec. Tym razem szybciej poszło znalezienie celu, bo już mieliśmy mapę. Na dworcu zaskoczył nas tłum ludzi chyba z pięć razy większy niż ten na lotnisku. Coraz bardziej zaniepokojeni dotarliśmy do okienka z napisem "Informacja" i ,za drobną opłatą za udzielenie informacji, dowiedzieliśmy się, że nie ma miejsc w żadnych pociągu na Krym przez najbliższe kilka dni. I wtedy Judas bąknął coś na temat tego, że powinniśmy wybrać się na Krym samochodem, skoro i tak ten samochód mamy. Gośka zaczęła kategorycznie odmawiać, ale że ja i Łukasz przyłączyliśmy się do jęczenia Judasa, to szybko się poddała. Postanowione - jedziemy samochodem. Zgodnie stwierdziliśmy jednak, że nie damy rady ruszyć od razu, bo jesteśmy po nieprzespanej nocy. Pozostał problem noclegu we Lwowie. Został on na szczęście szybko rozwiązany. Noc spędziliśmy w przedwojennej willi państwa Kuryłłów - lwowskich Polaków. Od pana Olgierda dostaliśmy też namiary na nocleg w Odessie, w której musieliśmy przenocować, bo Krym jest za daleko, żeby przejechać całą drogę na jeden raz.

W DRODZE DO ODESSY - SOFIÓWKA

Ukraina jest krajem ogromnych przestrzeni. Ktokolwiek chciałby zobaczyć na własne oczy ten ogrom, niech przyjedzie koniecznie. Filmowcy nieraz pokazali bezkres amerykański - ciągnące się w nieskończoność pola kukurydzy, czy też powyginane kaktusy na czerwonej ziemi Arizony. Na Ukrainie jest podobnie - co prawda bez kaktusów i pustyń, ale poczucie nieograniczoności krajobrazu za oknem jest wszechogarniające. Mijaliśmy co kilkadziesiąt kilometrów wsie i miasteczka, a poza nimi pola, pola i pola. Czarna, tłusta ziemia leżąca odłogiem. Ludzie uprawiają tu tyle, ile sami potrzebują - ot, małe poletka ziemniaków, żyta. Niewiele, byleby starczyło dla jednej rodziny. Cała reszta praży się w słońcu - a przecież Ukraina mogłaby tą ziemią wykarmić pół Europy! Najbogatsze przecież majątki ziemskie, ogromne latyfundia, będące rękach najznamienitszych rodów magnackich, znajdowały się właśnie tu.

Po południu, po przejechaniu paruset kilometrów, dotarliśmy do Humania. Nazwa ta zadźwięczała w moich uszach - to tu Szczęsny Potocki rozkazał wybudować największy park w Europie. Miał on być prezentem urodzinowym dla jego żony Zofii. (pamiętacie książkę "Dzieje pięknej Bitynki"? - to właśnie o niej). Park ten, zwany "Sofiówką", został opisany w poemacie Stanisława Trembeckiego (który może służyć jako przewodnik) - najlepiej opłaconym dziele w historii literatury polskiej. Postanowiliśmy chociaż rzucić nań okiem.

Humań został zagarnięty przez Rosjan po II rozbiorze i nigdy nie powrócił do Polski. W 1795 przybył tam uczestnik konfederacji targowickiej - Stanisław Szczęsny Potocki. Park powstał w malowniczym jarze rzeki Kamionki. W centrum wykopano 2 sztuczne stawy (wielkości małych jezior) o różnicy poziomów 20 metrów. (!). Na niższym stawie tryskała wodą fontanna - żmija, a na wyższym zbudowano sztuczną wyspę. Marmury i rzeźby sprowadzono z Włoch. Wybudowano altany i postawiono sztuczne groty. Pojawił się także pięciometrowej wysokości sztuczny wodospad. Park przecinały liczne alejki i ścieżki.

W czasach sowieckich podupadł niestety. Co prawda i dziś widoczne są ślady dawnej świetności. Wiele altanek i świątyń zostało odnowionych, ale większość wciąż czeka na lepsze czasy…

Wieczorem ruszyliśmy w dalszą drogę. Judas wykonał telefon do umówionej pani o pięknym nazwisku - Baczyńska i potwierdził możliwość noclegu. Najgorsze było jednak to, że do Odessy zostało nam jeszcze szmat drogi, a już zaczynało się robić ciemno. Nie byliśmy zbytnio zadowoleni, ponieważ po pierwsze: Odessa to ogromne miasto i baliśmy się zagubić gdzieś w centrum po ciemku, a po drugie nagle na trasie pojawiło się mnóstwo samochodów. W tym kraju nikt jednak nie respektuje żadnych przepisów, jedzie ten, kto odważniejszy i ma lepszy samochód. Do tego jeszcze wszyscy tam mają przyciemniane szyby i jeżdżą w nocy na długich światłach. Szlag nas mało nie trafił, bo jechaliśmy prawie po omacku. W końcu jednak udało się.

ODESSA

Odessa najpierw powitała nas ponurymi przedmieściami - gigantycznymi blokowiskami, (których prawdziwy urok mieliśmy ujrzeć dopiero rano) oraz cudownym, starym centrum w carskim stylu. Poza tym wybitnie nas zaskoczyła ilość luksusowych samochodów na ulicach - nic poniżej mercedesa i lexusa. Judas z Łukaszem udali się na poszukiwanie pani Baczyńskiej, która umówiła się z nami gdzieś na Starówce. A my z Gośką bacznie przyglądałyśmy się temu, co dzieje się za szybami naszego wozu - szczupłe panienki w kiczowatych, ale na pewno bardo drogich strojach paradowały poprzytulane do swych dwumetrowych gachów, wykarmionych sterydami i bimbrem. Panowie okuci w złote łańcuchy i roleksy wielkości mojej głowy to wsiadali, to wysiadali ze swoich limuzyn. Dotarło do nas, że to w Odessie, nad Morzem Czarnym, bawi się cała nowobogacka Rosja. Nie wyglądali zbyt przyjaźnie, więc unikałyśmy z Gośką kontaktu wzrokowego z nimi. Polska rejestracja na pewno nam nie sprzyjała. Po jakimś czasie powrócił Judas z Łukaszem oraz pani Baczyńska.. Spodziewaliśmy się zatem przyjemnej osoby, mówiącej po polsku itd. Naszym oczom ukazał się postać co najmniej jakby z dzielnicy Czerwonych Latarni - ubrana w ciasną mini, buty na koturnach, jakąś kusą bluzeczkę. Do tego kompletnie pijana. Zaczęło się robić zabawnie, a że tak czy siak młoda dama była naszą jedyną deską ratunku w tym mafijnym mieście- nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy przynajmniej spróbować się z nią dogadać. Wsiadła do samochodu i poinformowała nas, że nie wie, jak wyjechać z centrum do domu, bo ją zawsze do pracy wozi brat. Ale ona ma chwilowo przerwę w pracy, bo jest ciepło i musi się poopalać. Zapaliliśmy lampę, rozłożyliśmy mapę i kręciliśmy się w kółko jakąś godzinę. Wszystko było groteskowe - my zmęczeni podróżą, pijana Rosjanka, która twierdziła, że urodziła się w Odessie i nie wiedziała, jak się po niej poruszać

Zrobiło się mniej śmiesznie, kiedy grubo po północy wydostaliśmy się na przedmieścia i Jana pokazała nam blok, w którym mieszka. Zaczęła coś kręcić, że jest bogata i ma dwa mieszkania w tym bloku, ale na górze nie ma elektryczności i położy nas spać w mieszkaniu swojego ojca. Nikt się nie odezwał, ale ona już waliła w drzwi na parterze krzycząc: "Papa to ja! Mnie się nie bój". Drzwi się uchyliły i z ciemności mieszkania wynurzył się poczciwy mężczyzna w samych gatkach. Został poinformowany, że jesteśmy przyjaciółmi z "Polszy" i będziemy tu spali.

Zdecydowaliśmy, że położymy się spać w jednym pokoju. Było tam ogromne, sypialniane łóżko i sporo miejsca na podłodze. Nasza gospodyni zaparzyła nam mocnej, słodkiej jak miód herbaty i rozpoczęła opowieść, żebyśmy nigdy, przenigdy nie pili niczego, czym nas częstują obcy ludzie. Często zdarza się, że dosypują oni tam środków nasennych i szast, prast delikwent jest załatwiony. W zeszłym tygodniu tak załatwiono jakąś dziewczynę na tym osiedlu - najpierw ja zgwałcono, a potem zamordowano. I w ogóle to bardzo niebezpieczne osiedle. Sączyliśmy nasz "czaj" i przez głowy galopowały nam myśli o zabarwieniu kryminalnym - pijemy herbatę u obcej baby, która nam jeszcze wciska jakieś sensacyjne kawałki. A może w tej herbacie są jakieś narkotyki? Łukasz odstawił swoją szklankę, ale reszta z nas dzielnie piła, ukradkiem obserwując wywar pod światłem. Kiedy Jana skończyła opowieści, od których ścierpła nam skóra, przypomniała sobie, że ma brata - czerwonoarmistę, który strasznie lubi polskie dziewczyny i bardzo chciałby się z nami zobaczyć, ale niestety nie może. Rano podziękowaliśmy za śniadanie. Bądź co bądź było nam jednak miło, że przenocowaliśmy gdzieś nie na dworcu. Poza tym mimo swej krępującej nas swobody Jana była sympatyczna i na pewno bardzo gościnna.

NA KRYM!

Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy już bliżej niż dalej upragnionego celu, więc czas zaczął płynąć żwawo. Ogromne wrażenie zrobił na nas most na Dnieprze. Zresztą sama nazwa "Dniepr" przywołała natychmiast cały stos skojarzeń z "Ogniem i mieczem". (Pamiętacie opisy progów skalnych - porohów? Dziś już ich nie ma. Zostały zatopione przez wody Zaporoskiego zbiornika retencyjnego).

Około południa przekroczyliśmy granicę autonomicznej Republiki Krymskiej i wjechaliśmy na "suchego przestwór oceanu". Po obu stronach drogi ciągnął się step - ogromne połacie suchej trawy, spalonej lipcowym słońcem. (Brak wody to przekleństwo całego półwyspu) Nawet skrawka drzewa, krzaczka. Nic.

Dotarliśmy do Symferopola, ale szybko z niego uciekliśmy. Jest to stolica Krymu, znajduje się w głębi lądu i na pewno nie jest pierwszorzędną atrakcją turystyczną. Skierowaliśmy się dalej na południe - do Bakczysaraju.

Problemów ze znalezieniem noclegu nie mieliśmy - prawie od razu trafiliśmy do prywatnej kwatery prawdziwych Tatarów (skusił nas napis po polsku "Wolne pokoje"). Sprawdziliśmy też hotel dla Rosjan, ale wykurzyła nas stamtąd wszechobecna muzyka techno, jazgot, całe stado małych dzieci i ich pokrzykujących rodziców. Wróciliśmy do Tatarów i tam pozostaliśmy. Samochód wylądował w bezpiecznym garażu, a my rozpakowaliśmy się. Cała kwatera była skromna, ale niezwykle schludna. Pokoje gościnne zostały dobudowane do domku gospodarzy. W małym ogródku rosły wszystkie potrzebne warzywa. Postawione także były dwa duże drewniane stoły z ławami. Łazieneczki były dwie, co prawda tylko z zimną, studzienną wodą, ale kto chce luksusów, to nich jedzie na Lazurowe Wybrzeże a nie na Krym.

Orzeźwiliśmy się pod lodowatym prysznicem i udaliśmy się na zakupy. Sklep okazał się doskonale zaopatrzony. Kupiliśmy chleb, ser, zimne piwo "Krim"(znakomite) i poszliśmy na kolację. Wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy też głos muezina z pobliskiego meczetu - wzywającego wiernych do modlitwy wieczornej.

BAKCZYSARAJ

Bakczysaraj to do dziś symbol Orientu. Dawna stolica chanatu czasy prosperity dawno ma już za sobą, ale pozostał duch lewantyńskiej atmosfery. Miasto znajduje się nad doliną rzeczki Czuruk-su i pełne jest wspaniałych zabytków. Po upadku ZSRR znów pełni funkcję religijnej stolicy islamu na Krymie. Następnego dnia postanowiliśmy nie ruszać się nigdzie dalej i zwiedzić to, co jest do zobaczenia w okolicy - Pałac Chanów, Czufut-Kale i Monastyr Uspienski.

Monastyr Uspienski - czyli klasztor Zaśnięcia NMP znajduje się po drodze do Czufut-Kale, więc nie sposób go przegapić. Budowla pochodzi z VIII w. (!) i zawdzięczamy ją greckim mnichom, którzy opuścili Bizancjum w czasach ikonoklazmu (jego zwolennicy sprzeciwiali się oddawaniu czci ikonom). Monastyr funkcjonował bez specjalnych przeszkód w czasach tureckich i tatarskich, był swego czasu głównym ośrodkiem chrześcijaństwa na Krymie. Kres działaniu położyli Rosjanie w 1921r. W czasach sowieckich mocno podupadł, ale na szczęście w 1993r. wrócili doń mnisi. Monastyr robi wrażenie - jego cerkiew i cele mnisze zostały wykute w litej skale. Na zewnątrz znajduje się również kranik ze świętą wodą - jest to bodaj główny cel pielgrzymek do tego miejsca.

Zwiedzanie kontynuowaliśmy w Czufut - Kale - opuszczonym skalnym mieście. Nie wiadomo nic o tym, kto owo miasto wybudował. Na pewno jednak wysokogórskie groty dawały schronienie różnym nacjom w niespokojnych czasach. Najliczniejszą grupą zamieszkującą Czufut-Kale byli Karaimi, którzy nawet założyli tam drukarnię. Wśród budynków ocalały Wielka i Mała Kenesa - domy zebrań. Podziwiać można także studnię, ruiny meczetu (bo w Czufut-Kale mieszkali także niegdyś Tatarzy), dom Abrahama Firkowicza, cmentarz karaimski. Najciekawsze jest jednak to, że to tajemnicze miasto tak naprawdę nadal czeka na staranne badania archeologiczne. Wiele historii na jego temat jest tylko domniemanych.

Miasto musiało być niegdyś całkiem spore .Mnie aż tak się nie podobało. Może atmosferę popsuły nam wszechobecne rosyjskie wycieczki - ludzie pchający się, grubiańscy i straszliwie rozwrzeszczani. To, co tak naprawdę zaparło nam dech w piersiach, to widok z miasta na otaczające go kaniony.

Kiedy schodziliśmy, spróbowaliśmy z Judasem pachławy - ciastka rodem z kuchni ormiańskiej, które sprzedawały rozstawione ze swoimi straganami babuszki. Pachława wygląda jak wielowarstwowe ciastko francuskie, ale jest robiona z ogromną ilością miodu i smażona z dodatkiem prażonych orzechów. Całość pyszna, tylko potwornie słodka. Poziom cukru we krwi wzrasta o jakieś 200%.

Gdy dotarliśmy z powrotem do Bakczysaraju, skierowaliśmy się prosto do Pałacu Chanów. Pałac należy do jednej z największych atrakcji na całym półwyspie. Służył on za mieszkanie jedynej krymskiej dynastii - Girejów. To, co można dziś zobaczyć, nie jest starsze (poza nielicznymi wyjątkami) niż z roku 1736, w którym to żołnierze rosyjscy podpalili miasto. Stary pałac spłonął doszczętnie, ale szybko go na szczęście odbudowano. Cały kompleks składa się z: Wielkiego Meczetu Chańskiego, Cmentarza, Łaźni Żółtej Piękności, Chan-Saraju, Haremu i Baszty Sokoła.

Najpiękniejsza dla mnie okazała się Fontanna Łez, znajdująca się na Dziedzińcu Fontann. W języku tatarskim jej nazwa brzmi Selsebil, co oznacza "Rajskie Źródło". Nawiązuje ona do wspomnianego w Koranie źródła, z którego napić mogą się ci, którzy zginą za wiarę. Sama fontanna jest wzruszającą pamiątką chana Krym-Gireja, który kazał ją wybudować na cześć swej zmarłej żony - Dilary Bikecz. Zarządził stworzenie fontanny, która potrafiłaby oddać ból i cierpienie, a jednocześnie wzbudzałaby zachwyt. Fontanna składa się z kilku czar wbudowanych w białą taflę marmuru. Krople wody powolutku, co kilka sekund, przelewają się z najwyższej czary do najniższej. Ma się wrażenie jakby fontanna …płakała. I jest rzeczywiście prześliczna. (Wielu poetów znalazło przy niej natchnienie - oprócz Mickiewicza, między innymi także Puszkin). Sama postać Dilary Bikecz jest również arcyciekawa, bowiem wielu badaczy historii Tatarów Krymskich dopatruje się w niej postaci Marii Potockiej, która została porwana do haremu przez oddziały turecki w XVIII w. Chan był ponoć tak oddany w swych zalotach, że biedna Potocka ulitowała się nad nim i wzruszona miłością odwzajemniła uczucie.

Cały kompleks jest ogromny i jego obejrzenie nas potwornie zmęczyło. Ja i Gośka nie dotarłyśmy tylko do meczetu, ale to ze zrozumiałych względów. Owiani orientalnym nimbem udaliśmy do tatarskiej restauracji na obiad.

Restauracja znajdowała się prawie naprzeciwko Pałacu Chanów, po drugiej stronie ulicy. Upał był niesamowity, słońce przypiekało coraz dłuższymi promieniami, na błękitnym niebie nie pojawiła się nawet jedna chmurka. Knajpa była bardzo przyjemna, do dyspozycji były normalne stoły z krzesłami oraz tatarskie pufy rozłożone wokół blatu. Oczywiście wybraliśmy tę drugą możliwość. Ściągnęliśmy buty i wygodnie rozciągnęliśmy się na wielkich poduchach. Ledwie można było oddychać z powodu gorąca. Zamówiliśmy pyszne dania, choć niestety tłusta kuchnia tatarska nie jest najlepszym sposobem na skwar. Ja miałam na talerzu pyszne czeburieki - pierożki nadziewane mieloną wołowiną z cebulą i pieprzem. (Po dwóch pierożkach ma się wrażenie, że właśnie spożyło się całego wołu.) Judas i Gośka dzielnie zmierzyli się z płowem (zwanym w Polsce pilawem), czyli ryżem z warzywami i baraniną. Aby żołądki miały szansę uporać z ogromną ilością tłuszczu, którym właśnie zostały nakarmione, zamówiliśmy herbatę z traw - najlepszą herbatę, jaką kiedykolwiek piłam. Była gorąca i jednocześnie zimna, wspaniałe studziła ciało. Można w niej było wyczuć miętę, anyżek i jakieś zioła, co do których pojęcia nie ma, czym mogły być. Wypiliśmy kilka imbryków tego naparu i nieco ożywieni wróciliśmy do naszych gospodarzy.

Słońce chyliło się ku zachodowi, Gośka zaczęła przymierać i aż dostała z wrażenie (czy też z upału) gorączki. Reszta z nas posnuła się przez chwile i postanowiła ruszyć dalej - na pobliskie wapienie. Zabraliśmy aparaty i w drogę! Owe wapienie to tzw. bakczysarajskie "sfinksy". Rzeczywiście, jeżeli przyjrzymy się tym osobliwym formom skalnym, to dostrzeżemy trzy głowy! Szliśmy ścieżką pnącą się w górę pomiędzy domkami. Okolica była biedna, wszędzie ujadały psy. Minęliśmy osiedle i zaczęliśmy wdrapywać się na skały. Widok z góry na Bakczysaraj zaparł nam dech. Za plecami mieliśmy mały sosnowy las i kanion, a przed sobą miasto jak na dłoni i widok na wzgórza tuż za nim. Przycupnęliśmy na skale i zadumaliśmy się. Słońce zachodziło krwawo i wtedy z meczetu znów dobiegł nas głos muezina. Śpiew rozlał się po całej dolinie i miało się wrażenie, że niesiony jest wiatrem po wszystkich dolinach świata.

SEWASTOPL , FIOLENT I BAŁAKŁAWA

Następnego dnia popsuła się pogoda. Ciągle było dość ciepło, ale niebo pokryło się szarymi chmurskami i w każdej chwili groziło deszczem. Postanowiliśmy wybrać się do Sewastopola, by rzucić okiem na parę okrętów floty czarnomorskiej i by w końcu zobaczyć Morze Czarne.

Po drodze do Sewastopola zahaczyliśmy jeszcze o miasteczko Inkerman. Ocalały w nim ruiny twierdzy zapomnianego gockiego państwa Teodoro. Twierdza została wzniesiona w XV w. i miała dać opór wyciągającym ręce w stronę Krymu Genueńczykom. Plan jednak nie powiódł się i Genueńczycy zdobyli bastion, przy okazji doszczętnie go rujnując.

Sam Sewastopol jest bardzo ładnym miastem - mnóstwo tu stylowych kamienic, parków z przepiękną roślinnością. Podobno nie jest tylko zbyt bezpieczny dla turystów. Budownictwo śródmieścia, położonego na tzw. Wzgórzu Centralnym, ukształtowane jest przez bulwary i schody. Ulice biegną ku morzu i jednemu z największych placów - Placowi Nachimowa. Nadbrzeże z kolei jest nieco odstraszające - pełno tu straganów, ulicznych komików, hodowców egzotycznych zwierząt, z którymi można sobie zrobić zdjęcie. Plus oczywiście dzikie tłumy. Szybko się stamtąd wycofaliśmy. Rzuciliśmy jedynie okiem na błękitne odmęty (zachwyciła nas czyściutka woda) oraz na wspaniały pomnik Zatopionych Okrętów. Postawiony on jest na skalnej wysepce, około 10 metrów od brzegu. Samotna kolumna z orłem na szczycie pochodzi z 1905r. i przypomina o zatopionych w latach 1854 - 1855 (wojna krymska) okrętach, których wraki zagrodziły najeźdźcom wejście na redę.

I właśnie wtedy lunęło jak z cebra. Kupiliśmy zatem szybko bilety do oceanarium i udaliśmy się na zwiedzanie. Niestety, zawsze jak człowiek spodziewa się czegoś oszałamiającego, to dostaje po nosie. Oceanarium było tragiczne. Owszem, niektóre rybki śliczne, ale większość przeróżnych morskich zwierzątek i żyjątek po prostu się tam śmiertelnie męczyła.

Kiedy opuściliśmy przybytek udręki naszych braci mniejszych, postanowiliśmy pokręcić się jeszcze chwilę po mieście. Następnie udaliśmy w stronę Chersonezu Taurydzkiego. Nie bardzo wiedzieliśmy, jak tam trafić (przysięgam, tam są takie oznaczenia na drogach, że chyba jedynym ich celem jest zmylić wroga, a nie udzielić jakiejkolwiek informacji). Zaczepiliśmy jakiegoś pana w marynarskiej czapce, który wsiadł z nami do samochodu (i z piwem) i zawiózł nas, gdzie potrzeba. To prawda, że wietrzyliśmy jakiś podstęp. Człowiek po prostu nie jest przyzwyczajony do tego, że nagle obcy ludzie rzucają wszystko, co mają do roboty i idą nam pomagać. Coś niesamowitego. Na początku zachowywaliśmy dystans, ale wobec uprzejmości marynarza nasz chłód szybko stopniał. Okazało się, że pan ma jakąś rodzinę w Szczecinie! Dojechaliśmy do Chersonezu - chcieliśmy zapłacić za cenne wskazówki, ale wtedy pan marynarz prawie się obraził. Zabrał swoje piwo i odszedł w siną dal. Fantastyczne jest to, że los rzuca tak na siebie różnych ludzi, z różnych krajów i stron świata. Już nigdy pewnie nikt z nas go nie spotka, ale życzymy mu wszystkiego dobrego. Może nasze pozytywne myśli dotrą do niego wraz z zachodnim wiatrem?

Chersonez Taurydzki to ruiny starożytnego miasta. Może nie zachowały się one najlepiej i te we Włoszech lub Grecji robią większe wrażenie, ale Chersonez imponuje rozmachem. Kiedyś musiał być to ogromny port! Na terenie miasta znajduje się także pięknie odrestaurowany sobór św. Włodzimierza. Po okrążeniu murów po wschodniej stronie udaliśmy się w jego stronę. Sobór (i klasztor jednocześnie) został wybudowany w połowie XIX w. i powstał na pamiątkę chrztu księcia Włodzimierza (w ogóle Chersonez jest niezwykle istotny dla prawosławia, ponieważ to jedyne miejsce w Europie Wschodniej, gdzie przebywali święci Cyryl i Metody). Budynek utrzymany jest w stylu świątyń bizantyjskich. Najpiękniejszy jest pozłacany dach.

Kiedy wyszliśmy ze świątyni okazało się, że zachodnia strona Chersonezu jest o wiele bardziej interesująca. Tu znakomicie zachowały się ruiny teatru (jedyne ruiny antycznego teatru na terenie Ukrainy), pomieszczeń mieszkalnych i świątyni Jowisza.

Pomimo niezbyt zachęcającej pogody narastało w nas pragnienie, by wykąpać się wreszcie w morzu. Poprzedniego dnia dowiedzieliśmy od grupy polskich studentów, że najcudowniejszym miejscem do kąpieli, na całym Krymie jest półwysep Fiolent. Dla miłośników literatury klasycznej Fiolent może okazać się mnie lada gratką, bowiem to tu rozegrał się dramat Ifigenii i Orestesa. Troszkę czasu nam zabrało dotarcie na miejsce, bo albo trafialiśmy na jakiegoś drogi prywatne i prywatne plaże, albo na nieoznaczone na mapie bazy wojskowe, przez które przejazd był zabroniony, choć pełne były tylko złomu. Deszcz znowu zaczął padać, ale postanowiliśmy się nie poddawać. W końcu udało się. Porzuciliśmy samochód i udaliśmy się ścieżką w dół. I jeszcze w dół. I potem znowu trochę w dół. Trwało to dobre kilkanaście minut, zanim pokonaliśmy setki schodów. Widok z góry na morze był przysłonięty drzewami, dopiero w czasie schodzenie raz po raz ukazywał nam się krajobraz, jakiego żadne z nas nigdy wcześniej nie widziało. Otóż schodziliśmy jakby po klifie - skały zanurzone były po pas w wodzie i górowały dumnie nad bajecznie czystym morzem. Plaża (o ślicznej nazwie "Jaspisowa") okazała się kamienista (w ogóle z wyjątkiem Eupatorii wszystkie plaże na Krymie są właśnie takie)i opustoszał (a to z powodu ciągle padającego deszczu). Byliśmy sami w jednym z najcudniejszych miejsc na świecie. Widoczność w wodzie (dużo cieplejszej niż powietrze) pozwalała na nurkowanie i skoki ze skał prosto w głębiny. Bawiliśmy się i pływaliśmy do wieczora, dopóki w końcu nie zrobiło nam się potwornie zimno i usta nie zsiniały, a skóra zrobiła błękitna. Przeszczęśliwi, że Morze Czarne okazało się niebieskie, rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę po schodach w górę, co szybko nas rozgrzało. I oddaliliśmy się w stronę Bałakławy. Znowu poganialiśmy Gośkę, bo baliśmy się, że zaskoczy nas ciemność i nic nie zobaczymy ze szczytów kolejnej twierdzy.

To, co zobaczyliśmy w Bałakławie, przeszło nasze oczekiwania i gdybym musiała wybrać jedno miejsce, które najbardziej mnie na Krymie zadziwiło i zachwyciło, to byłaby to właśnie Bałakława. Jest to niewielki port na urwistym krańcu Półwyspu Heraklejskiego. Położony jest w maleńkiej, niegdyś malowniczej zatoce (niegdyś, bowiem Rosjanie całą linię brzegową wybetonowali, gdyż wewnątrz jednej z gór krył się "parking" dla łodzi podwodnych; w tamtych czasach było to miejsce zakazane dla turystów, którzy przecież mogli okazać się szpiegami).

Twierdza Czembalo, górująca nad miasteczkiem, wybudowana została na przełomie XIV i XV w. Miła ona bronić bezpieczeństwa Genueńczyków przez zapędami księstwa Teodoro. W roku 1434 rozegrała się wielka bitwa o twierdzę, zakończona zwycięstwem Genui... Widok, jaki się rozpościera z góry trudny jest do opisania.

Po próbie rekonstrukcji planu obronnego (w wykonaniu Judasa) zeszliśmy do portu na zasłużony posiłek. Dosięgła nas tam po raz kolejny wschodnia rzeczywistość - chcieliśmy złożyć zamówienie, ale okazało się, że w restauracji jest jakaś zmiana kucharza i nic nie można zamawiać do jedzenia, tylko do picia (no to po jednym "Krimie"). Potem pani kelnerka zażądała opłaty z góry, bo już się spieszyła do domu. Po czym przybyła za dziesięć minut z kartą i poinformowała nas, że jak chcemy coś zjeść, to już można. A najlepsze było to, że w żadnej restauracji portowej nie serwowali ryb! W tej też nie.

EUPATORIA

Innego dnia postanowiliśmy, że musimy znów bliżej zaznajomić się z morzem. Pogoda zrobią się wspaniała, zatem wyruszyliśmy po śniadaniu w stronę Eupatorii. Miasto to, położone na zachodnim wybrzeżu, stanowi kurort nadmorski w rodzaju naszej Ustki czy też Juraty. Ogromna ilość plażowiczów wręcz nas przeraziła. Trudno się jednak dziwić, skoro plaże są tu piaszczyste, woda płytka i ciepła jak zupa.

Historia Eupatorii sięga jeszcze czasów greckich (czego można domyśleć się z nazwy). Obecnie podzielona jest na trzy części - karaimską, tatarską i ormiańską. Przepiękny jest meczet Dżuma - Dżami, zbudowany na wzór świątyni Hagia Sophia w Stambule. Sprzed meczetu widoczny jest także wspaniały sobór św. Mikołaja - największa prawosławna świątynia na Krymie.

W mieście tym funkcjonuje także jedyna na całym półwyspie, zabytkowa już, linia tramwajowa. W zasadzie linie są cztery, ale interesujące jest to, że jest tylko jeden tor (rozdwaja się tylko przy przystankach).

Po krótkim spacerze w mieście poszliśmy nad morze, ale ewidentny był tam nadmiar turystów i odechciało nam się kąpieli. Do morza ciągnął się długi deptak, zatłoczony jak mrowisko. Daliśmy nura gdzieś w bok i padła decyzja o obiedzie, który ,owszem, był smaczny, ale jak na krymskie warunki potwornie drogi.

Wyjechaliśmy z Eupatorii i udało nam się dotrzeć na mniej ludną plażę gdzieś pod miastem. Na tej plaży jadłam też najlepszego arbuza w życiu - tak soczystego, słodkiego i pachnącego, że można było się w tej jego "owocowatości" zanurzyć po uszy.

JAŁTA

Jedną z najciekawszych naszych wycieczek była zdecydowanie wyprawa do Jałty. Dotarliśmy do niej najdłuższą najwyżej położoną drogą w Europie. Serpentyna wiła się po stoku wielkiej góry (nie było oczywiście nigdzie zabezpieczeń w postaci barierek). Tym sposobem docierało się na szczyt, gdzie znajdowało się obserwatorium astronomiczne (swego czasu ściśle tajne). Ale najwspanialszy był widok na stronę południową - góra opuszczała się pionowo w kierunku morza, a u jej stóp przycupnęła właśnie Jałta. Ostrożnie i powolutku ruszyliśmy stromą trasą w dół.

Klimat regionu jałtańskiego różni się od reszty kraju. Położony za łańcuchem górskim (1400m - ten, z którego zjeżdżaliśmy), zasłaniającym miasto od północnych wiatrów, powoduje, że jest śródziemnomorski - ciepły i suchy. Wszędzie rosną palmy. Przykre tylko było to, że tak ślicznie położoną miejscowość Sowieci upstrzyli blokami żadnej urody. Praktycznie każde ładne miejsce na Krymie jest jakoś przez architekturę socjalistyczną zniszczone.

Cały region zawdzięcza jednak swa popularność osiedlu Liwadia. To tu stoi przepiękny pałac carski, w którym odbyła się konferencja jałtańska. Miejsce okazało się urokliwe - położone na skarpie schodzącej prosto do morza, wokół pałacu znajdował się park krajobrazowy, a mimo to nie potrafiliśmy się do końca cieszyć z widoków. Gdzieś w naszych głowach kołatała się myśl - że gdyby tylko wtedy, 60 lat temu….. Ech, co tu mówić.

Z Liwadii udaliśmy się do Gaspry, maleńkiej miejscowości położonej na zachód od Jałty. W Gasprze, na skalistym przylądku Aj Todor stoi jeden z symboli Krymu - słynny neogotycki zamek Jaskółcze Gniazdo. Zameczek został wybudowany przez niemieckiego barona w 1912r. Za grosze można go obejść dookoła i ten sposób ponapawać swe oczy widokiem, jaki się z niego rozciąga na morze. Minusem jest oczywiście fakt, że chętnych do "ponapawania" się jest co niemiara i wrzaski mącą błogą ciszę.

ALOSZA

Ostatniego dnia, wtedy, kiedy mieliśmy już wyjeżdżać, przeżyliśmy prawdziwe chwile grozy. Załadowaliśmy nasz dobytek do opla i poszliśmy się pożegnać z naszymi gospodarzami. Pamiątkowe zdjęcie i ….nagle okazuje się, że nie ma torby Gośki, w której znajdowały się wszystkie jej dokumenty osobiste i od samochodu. W panice przetrząsamy samochód, pokoje. Nagle przypomina nam się, że jak pakowaliśmy się, to na schodach chatki naprzeciwko siedział jakiś miejscowy żulik, po którym teraz nie było śladu! Gośka uzmysłowiła sobie, że ma w torbie telefon; poczęła więc dzwonić na swój numer w nadziei, ze ktoś się ulituje i odbierze. Po kilku sygnałach zapanowała cisza. Wezwana została milicja. Panowie wysiedli, wyjęli czarną walizeczkę i zaczęli robić zdjęcia, zadawać prawdziwie detektywistyczne pytania i zdejmować odciski palców z całego samochodu. Wszystko mieliśmy wymazane proszkiem daktyloskopijnym, łącznie z przewodnikami po Krymie. Ta nieco z początku zabawna akcja śledcza przyniosła jednak nieoczekiwane rezultaty. Myśmy się właściwie już załamali, Gośka trochę histeryzowała, bo największy problem z samochodem, po który trzeba byłoby wracać na Krym. A tu nagle milicja przyprowadziła żulika z torbą Gośki. W środku było wszystko oprócz części pieniędzy (poszły na marlboro [!], dobre wino i obiad) i telefonu (został wyrzucony, bo żulik Alosza nie wiedział, co to tak brzęczy). Następne dwie godziny Gośka z Judasem spędzili na komisariacie pisząc protokół. Okazało się także, że Alosza znany jest milicji od dawna (w latach sześćdziesiątych siedział w więzieniu za ostrzelanie autobusu).

ODESSA 2

W końcu jednak udało się nam opuścić Bakczysaraj i cały Krym. Na nocleg dotarliśmy do Odessy. Nie chcieliśmy nadużywać gościnności Jany, więc zdecydowaliśmy się na hotel "Spartak" - brudny, rozpadający się, pełen karaluchów, z najbardziej obrzydliwym prysznicem pod słońcem. Ale trudno, nasze zmęczenie pozwoliłoby nam wtedy zasnąć w każdych warunkach.

Na śniadanie wybraliśmy do McDonalda (bo to jedyne knajpy, co do których wiadomo, jakimi standardami sanitarnymi się kierują), a potem udaliśmy się na szybkie zwiedzanie. Naszym głównym celem były słynne schody (kto nie widział "Pancernika Potiomkina", ten trąba). Jak zwykle spotkało na rozczarowanie - schody owszem wysokie i szerokie, ale w stanie rozkładu, pokryte jakimś popękanym asfaltem. Nam najbardziej podobał się XIX- wieczny budynek opery oraz kamienice przy ulicy o nazwie "Deribasowskaja".

POWRÓT

Droga do powrotna do domu nie obfitowała już w żadne ciekawe wydarzenia. Jak podsumować ten wypad? Na pewno było warto (ale, jak mówi Ryszard Kapuściński, nie ma miejsc, gdzie nie warto jechać), na pewno było zabawnie. Wiele razy denerwowaliśmy na ich źle oznakowane drogi, fatalne warunki sanitarne, piratów drogowych w swych lśniących maszynach (ja miałam potworny kryzys w drodze z Krymu do Odessy), ale też spotkaliśmy najbardziej gościnnych, uprzejmych ludzi na świecie.

Ukraina - wielki, wielki kraj, zmarnowany wojnami, komunizmem, być może pewnego dnia (mam nadzieję, że szybko) podniesie się z marazmu gospodarczego, zapaści finansowej i otworzy szerzej na gości ze świata. Goście zaś, mogą być pewni, że nigdzie indziej nie zostaną powitani z takim uśmiechem, jak na Krymie. Skośne oczy Tatarów dawno przestały być groźne!

Zdjęcia do artykułu (7)

Krym-2005-191.jpgKrym-2005-193.jpgKrym-2005-260.jpgKrym-2005-319.jpgKrym-2005-422.jpgKrym-2005-431.jpgKrym-2005-441.jpg

Więcej z Europy

Fryburg

Piotr PaciorkiewiczSzwajcaria