Krym - w tej nazwie zawiera się wszystko: góry, morze, ludzie. Krym wabiący zapachami, mieniący się kolorami. Krym pachnący egzotyką, pełen arabskiego niemalże zgiełku wśród straganów. Krym wąskich uliczek, starych tatarskich i ormiańskich miast, pełen słońca i portowych zapachów niesionych wraz z morską bryzą... Ta autonomiczna republika wchodząca w skład Ukrainy była celem naszego wyjazdu.

Wyprawa rozpoczęła się 4 sierpnia. Wyjeżdżamy z Warszawy pociągiem do Kijowa i już na wstępie pierwsza niespodzianka - w ukraińskich wagonach nie otwierają się okna, zresztą tak jest na całym obszarze byłego ZSRR. Podobno w ten sposób nikt nie wejdzie do pociągu oknem, a jedynie obstawionymi przez prowadnika drzwiami. Skutek wiadomy - latem w przedziale można się upiec. Po całym wagonie roznosi się zapach jajek na twardo, cebuli i słoniny wymieszany z wonią tanich perfum i potu. Zaczyna się nieźle, biorąc także pod uwagę atakujący z nieba żar.
Najważniejszą personą w wagonie jest prowadnik, czyli po naszemu kierownik. Sprawdza wsiadającym bilety, pokazuje miejsca, poza tym specjalną klameczką zamyka ubikacje na czas postoju w mieście i właściwie na tym kończy się jego rola. Każdy wagon jest obsługiwany przez dwóch prowadników (ewentualnie prowadnice), którzy nie narzekają na nadmiar zajęć - czemuż więc nie mieliby sobie dodatkowo dorobić przemycając spirytus?
Postój na granicy trwa niecałe 4 godziny, ze względu na słynne 89 mm, które dzieli byłe ZSRR od reszty Europy. Zmiana podwozia wagonów odbywa się w wielkim hangarze, zbudowanym w szczerym polu bez żadnej infrastruktury. Próbujemy znaleźć celników, którzy mogliby nam podbić cudem zdobytą "mytną deklarację". Jest to dokument określający ilość wwożonych dewiz i wartościowych przedmiotów, które mogłyby zostać skonfiskowane podczas wyjazdu. Oczywiście nikt nie jest w stanie udzielić jakiejkolwiek informacji, budka strażników okazuje się pijacką meliną. Mamy więc deklaracje, ale bez pieczątek.
W czasie postojów, w pociągu handluje się ciepłą wodą mineralną i takimiż wędzonymi rybami pakowanymi w gazety - żółtaczka i salmonella są tu widoczne gołym okiem, więc z kupnem posiłku jeszcze się trochę wstrzymujemy. Wreszcie dworzec w Kijowie. Po dwugodzinnym szukaniu właściwej dla inostranców kasy (przecież jest 25 rodzajów kas) i objaśnieniu pani w okienku, gdzie leży Symferopol, bo niby skąd ona to może wiedzieć, i tak okazuje się, że wszystkie bilety na Krym są wykupione do końca sierpnia. Szukamy innego transportu. Jest nim mini-autobus za 80 hrywien (około 65 złotych), ale jedzie do Odessy - zawsze to jednak bliżej Krymu. Znów cała noc w podróży, tym razem trzęsąc się na wybojach ukraińskiej autostrady. Co godzinę kierowca funduje nam pobudkę, zatrzymując się przy skupiskach straganów, gdzie przez całą noc toczy się życie towarzyskie najbliższej okolicy.
Odessa. Z obawą zostawiamy nasz dobytek w przechowalni bagażu w podziemiach dworca i ruszamy zwiedzać miasto. Cały niedzielny ranek włóczymy się po pustych uliczkach, gdzie tylko wiatr przegania rozrzucone papiery i skórki melonów. Tutaj nikt nie zwraca uwagi na czystość, zresztą i po co? Ciszę zakłócają przejeżdżające co jakiś czas rdzewiejące tramwaje, których wygląd kwalifikuje je bez zastrzeżeń do muzeum techniki. Najsłynniejszym miejscem w Odessie są schody potiomkinowskie górujące nad portem, gdzie w 1905 roku rozpoczął się bunt marynarzy. W trakcie zwiedzania kościołów i cerkwi spotykamy dwie staruszki Polki, od których bierzemy listy dla znajomych w Warszawie.
Późnym popołudniem wyjeżdżamy obszczim pociągiem do Symferopola. Nie ma tutaj przedziałów, widać tylko twarde prycze ciągnące się wzdłuż całego wagonu, przy czym na tych dolnych, planowo powinno się zmieścić co najmniej po trzy osoby. Pociąg jest maksymalnie zapełniony, okna oczywiście nie otwierają się, temperatura na zewnątrz osiąga 33°C. Ze wszystkich leje się pot, momentalnie przyklejamy się do siedzeń, a ludzie siedzący obok rozbierają się do bielizny... Czeka nas ciężka noc, zwłaszcza, że na każdej stacji dosiadają się kolejni urlopowicze żądni odpoczynku na Krymskiej Riwierze. Na dodatek, siedząca obok banda wyrostków ze złotymi zębami na przedzie zastanawia się na głos jak nas okraść i kiedy wreszcie pójdziemy spać. Jeden z nich zostaje pobity za zajęcie miejsca dziewczynie z grupy "dreso-biznesmenów" zajmującej drugi koniec wagonu. Nikt nie miesza się do porachunków, przecież nic się nie dzieje - to tylko zwykła noc w ukraińskim pociągu.
Udaje nam się w końcu dotrzeć do Eupatorii. Miasto to w starożytności było greckie, później dostało się w posiadanie Turków, a w XVIII wieku zostało opanowane przez Rosjan. Bujna historia znajduje odbicie w architekturze - gigantyczne pomniki Lenina naprzeciwko greckich kolumn, setki monumentów poświeconych bohaterom II Wojny Światowej. Wyryte na nich lata 1941-45 wyglądają dla nas nieco dziwnie (przecież dla Związku Radzieckiego wojna zaczęła się dopiero po ataku Hitlera). Pomniki Lenina, gierojów, pułkowników-wyzwolicieli są integralna częścią krajobrazu. Lenin wskazujący kierunek rewolucji, wódz z tezami pod pachą, dobry wujek Włodzimierz trzymający dzieci na kolanach... Oczywiście, nazwy ulic również oddają atmosferę Kraju Rad. Mieszkamy w sanatorium im. Róży Luksemburg, przy prospekcie pułkownika Kirowa, niedaleko znajduje się dzietskij sanatorij im. Lenina. Ukraińskie ośrodki uzdrowiskowe mogłyby z powodzeniem służyć za wzór rozwiązujący problemy bezrobocia. Każdego domku w sanatorium pilnuje jedna pani, która gasi światła w łazience i zamyka drzwi na noc. Inna pani zajmuje się pościelą, jeszcze inna podgrzewa wodę dla wczasowiczów. Zadziwia mnie mnogość zupełnie nieużytecznych i bezsensownych stanowisk pracy: autobus obsługiwany przez dwie kobiety - kasjerkę i kontrolerkę. Wsiadamy i oczekujemy, aż któraś z nich podejdzie i sprzeda nam bilet. Część pieniędzy wędruje oczywiście do kieszeni uśmiechniętej i perfekcyjnie umalowanej kontrolerki. Generalnie, tu wszystko można załatwić dzięki łapówkom, gdyż oficjalne pensje (w przeliczeniu około 120 złotych) nie pozwoliłyby nawet na wegetację. Przy dworcach kolejowych i autobusowych działa prężnie biletowa mafia współpracująca z kasjerkami. Wykupując wszystkie bilety, zmuszają normalnych podróżnych do skorzystania z ich usług. W kasach nie można nic dostać, natomiast przed dworcem smutni panowie oferują IMIENNE (!) bilety na określoną datę i godzinę. Co jakiś czas podchodzi do nich policja i grzecznie prosi, aby odsunęli się choć parę metrów od wejścia dworcowego. Raczej nie odnosi to żadnego skutku.
Akurat podczas naszego pobytu na Krymie wypoczywa również Władimir Putin - wszystkie ważniejsze drogi są więc patrolowane przez obstawę prezydenta, czyli znienawidzoną wśród kierowców KOBRĘ. Ci również nie próżnują - biali mundurowi zatrzymują samochody i nie puszczają dalej bez "mandatu" za bzdurne przewinienia.
Cudem kupujemy bilety na autobus do Sewastopola. Radość jest tym większa, że dopiero od dwóch lat jest on otwartym miastem- przecież to miejsce stacjonowania Floty Czarnomorskiej. Po ulicach chodzi mnóstwo marynarzy, a prawie każdy budynek to obiekt wojskowy opatrzony zakazem fotografowania. Nawet wydany niedawno przewodnik Lonely Planet po byłych republikach radzieckich radzi jak ominąć posterunki wojskowe, zawracające turystów nie posiadających specjalnych upoważnień. Wszystkich wpływających do portu wita z daleka rozpoznawalna statua wodza rewolucji. Od 50 lat nic się nie zmieniło w mentalności ludzi. Pytani dlaczego nikt nie burzy socjalistycznych monumentów, oburzają się: " A dlaczego, przecież to piękne, a zresztą, jeśli wróci komunizm, to co? - znowu będziemy budować?" Tę mentalność widać również na cmentarzu w Inkermanie, gdzie na grobach, zamiast krzyży, są tylko czerwone gwiazdy.
Tym razem śpimy w domkach kempingowych. Domki to za dużo powiedziane. Są to dwuosobowe ule, o powierzchni czterech metrów kwadratowych, bez okien, światła i wody, ale przynajmniej zamykane od zewnątrz na kłódkę. Gdy jedna z nich psuje się, pan z obsługi ośrodka wypoczynkowego, jakby nic się nie stało, przychodzi z siekierą i rozbija nam drzwi.
Wszystkie dotychczasowe niewygody wynagradza nam wyjazd do Bakczysaraju. Pałac chanów robi na nas wrażenie - meczet, fontanna łez, pomieszczenia haremu. Jednak to jeszcze nic w porównaniu z miastem skalnym Čufut-Kale, którego nazwa dosłownie oznacza Zamek Żydów. Założone około VI wieku n.e., zamieszkane było przez chrześcijan, następnie przez Tatarów ze Złotej Ordy, potem Rosjan, a do XIX wieku stało się schronieniem dla Karaimów - dysydenckiej sekty żydowskiej, powstałej w 770 r w Bagdadzie. Zachwyceni zwiedzamy domy wykute w wapiennych wzgórzach, opuszczone cerkwie przemianowane na meczety lub synagogi. Domy Greków, Tatarów, Ukraińców, Rosjan, Żydów, Ormian... trudno powiedzieć naprawdę czyją ojczyzną jest Krym. Z ćwierć miliona wysiedlonych przez Stalina Tatarów, co najmniej jedna trzecia zginęła podczas podróży do Uzbekistanu. W latach 50tych zburzono praktycznie meczety, pozostały tylko cztery świątynie m.in. w Eupatorii i Teodozji. Obecnie Tatarzy ciągle wracają, budują nowe wioski, próbują znowu ułożyć sobie życie. Tutaj każdemu jest ciężko, coraz więcej ludzi zaczyna pracować na własny rachunek, czerpiąc zyski głownie z turystyki. Podwiezienie busem kosztuje nas 6 hrywien, podczas gdy miejscowe kobiety nie chcą się zgodzić z taksówkarzem nawet na 2 hrywny. Cóż, jesteśmy przecież bogaczami z Zachodu.
Jednak nawet dla nas nie działa 100-metrowy wodospad Učan-Su, leżący w pobliżu Jałty. Rura pompująca wodę do góry wyschniętego wodospadu pasuje jak pięść do nosa. Przynajmniej kiedyś zapewniała wspaniałe widowisko radzieckim prominentom, ale dziś...
"Uch, kakaja krassata!" - komentują krajobraz z góry Aj-Petri rosyjscy turyści w dresach, plastikowych klapkach i z prowiantem w reklamówkach. Widok rzeczywiście budzi zachwyt - wprost z poziomu błekitno - zielonego morza wjeżdżamy na wysokość 1233m. Na Aj-Petri trwa nieustający bazar. Tatarzy częstują samogonem oraz lokalnymi potrawami. Płow (smażona baranina z ryżem i warzywami) i czeburiaki (racuchy z mięsem lub kapustą) smakują wyśmienicie. Z daleka oglądamy pałacyk Liwadia w Jałcie, który w lutym 1945 roku był miejscem konferencji z udziałem zwycięzców II Wojny Światowej. To tutaj ani Roosevelt, ani Churchill nie zdołali powstrzymać Stalina przed zabraniem Polsce jej wschodniej części.
Na nocleg wracamy do Hurzuf, miasteczka położonego przy samym Ajudahu (Niedźwiedziej Górze). Majestatyczna skała wystająca z morza widoczna jest z odległości wielu kilometrów. Właścicielka mieszkania każe sobie zapłacić dolarami, gdyż jej siostrzenice wracają za parę dni do Czeczenii i potrzebują twardej waluty. Rodowici mieszkańcy nienawidzą Rosjan, których tutaj jest jednak mnóstwo - część mieszka na stałe, część przyjeżdża tylko wypoczywać. Na ulicach widać dobre samochody moskiewskich biznesmenów z krasnymi dziewuszkami siedzącymi w środku. Perfekcyjny makijaż nie rozpływa się im mimo 30-stopniowego upału. Z pewnością chłodzą je przezroczyste spódniczki, przez które prześwitują wszechobecne tutaj STRINGI. Przynajmniej męska część wyprawy ma na czym zawiesić oko. Nikomu się nigdzie nie śpieszy, przed sklepem firmowym wina Massandra w Hurzufie przesiaduje żywa reklama tegoż napoju - wesoła gromadka emerytów. Piją, grają w szachy, kłócą się, czasem oferują wino w sprzedaży bezpośredniej... i tak o każdej porze dnia. Jedziemy do Teodozji wynajętym busem - niby tanio, ale właściciel zastrzega sobie, że będzie mógł zabrać dodatkowych podróżnych. Godzimy się, nie zdając sobie sprawy co nas czeka. Kierowca zatrzymuje się w każdej wsi i długo zachęca ludzi na przystankach, aby skorzystali z jego usług. Bez skutku, nawet w Symferopolu. Kierowca jest wściekły, a na dodatek ścierają się klocki hamulcowe. Pan i władca naszego wehikułu postanawia je wymienić, ale dlaczego tylko te z prawej strony? Przejechanie stu kilometrów na wschodnie wybrzeże półwyspu zajmuje nam w sumie ponad sześć godzin.
Teodozja. Znów piękne plaże, stringi i wczasowicze w sanatoriach, a dla nas miejsce w łagrze dziecięcym za dziesięć hrywien, które wędrują prosto do kieszeni recepcjonisty. Cytadela, XIV-wieczne wieże genueńskie i armeńskie kościoły sypią się i niszczeją. Po co je zabezpieczać? Miejscowa ludność ma przynajmniej darmowy materiał budowlany. A strażnicy..., owszem są tu i żołnierze w budkach wartowniczych, ale to bynajmniej nie ochrona zabytków, tylko kolejne koszary wojskowe w mieście. Na plaży całe rodziny odławiają i smażą kraby, tuż obok tablicy, na której widnieje zakaz ich łapania...
Wracamy do Symferopola autobusem przelotowym z Kerczu. I znowu loteria - będą bilety czy też nie? Autobus odjeżdża trzydzieści minut później po wymianie felg. Przez cały ten czas nie można kupić biletów, gdyż decyzja o tym ilu z oczekujących osób może jechać zależy od zapracowanego kierowcy. W końcu okazuje się, że możemy wsiadać, ale jeszcze chwileczkę - trzy osoby z obsługi muszą dokładnie przeliczyć podróżnych i wskazać im miejsca.
Kolejny problem - jak wrócić do Kijowa? Zastanawiamy się nawet nad kupnem biletów lotniczych, stosunkowo tanich i co ważniejsze, dostępnych w każdej chwili. O żadnym pociągu nie ma nawet co marzyć. Na dodatek, o mało co, nie zatrzymuje nas policja... przecież nie posiadamy aktualnej registracji... przy dłuższym pobycie na Ukrainie potrzebne jest oficjalne zameldowanie w sanatorium lub hotelu.
Nagle okazuje się, że są bilety na autobus odjeżdżający za 20 minut do Kijowa. Prawdopodobnie dworcowa mafia, niepocieszona niskim popytem, zrezygnowała z ich rezerwacji w ostatniej chwili.
W hali dla podróżnych, kobiety rozkładają swoje kuchenki i smażą czeburiaki. Kupujemy kilka na drogę i... odjazd.
Krym żegna nas zachodem słońca. Jedziemy do Kijowa, ale to już zupełnie inna historia.