Wydanie internetoweEuropa

Chorwacja 2001

Piotr BułaczChorwacja

Kolejny raz jechaliśmy na wczasy całkowicie w ciemno, bez jakiejkolwiek rezerwacji, nie wiedząc nawet dokładnie dokąd jedziemy. Chcieliśmy zobaczyć straszliwie modną ostatnio w Polsce Chorwację. Ponieważ preferujemy wczasy aktywne, miejsce naszego zakwaterowania chcieliśmy wybrać tak, aby w miarę blisko było do różnych interesujących miejsc w Dalmacji.

Mapa trasy: Chorwacja 2001
Mapa trasy

Droga wzdłuż wybrzeża Chorwacji nie należy do moich ulubionych - straszliwie kręta, pełna samochodów, praktycznie na długich odcinkach bez możliwości wyprzedzenia maruderów. To chyba aktualnie największy problem prężnie rozwijającego się turystycznie kraju, ale mimo tego na brak turystów nie narzekają. Pocieszeni napisami "Zimmer" lub "Sobe" praktycznie na każdym domku jechaliśmy wytrwale na południe. Postanowiliśmy znaleźć kwaterę w okolicach Splitu.

Korzystając z bardzo dobrego skrótu od Zadaru, aż do Trogiru nie jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Pozwoliło nam to zaoszczędzić wiele minut i zobaczyć na własne oczy zniszczenia wojenne. W kurortach jest to prawie niemożliwe - większość zniszczeń odbudowano, ale w głębi lądu wioski wyglądają tak jak po przejściu frontu. Wszyscy mieszkańcy wyprowadzili się. Domy z pozawalanymi dachami, dziurami od pocisków zamiast okien i śladami serii z karabinów maszynowych na murach, stoją tak jak je zostawiono.

Po minięciu Splitu zatrzymaliśmy się w Omiśu by zapytać o kwatery. Oczywiście jak zawsze mieliśmy szczęście. Na parkingu obok nas stał samochód z polskimi numerami. Zapytałem tylko gdzie znaleźć biuro informacji, w którym można zapytać o pokój, a okazało się, że właśnie moi rozmówcy zwalniają super kwatery za przyzwoitą cenę. Wróciliśmy zatem 5 kilometrów w stronę Splitu do Dugiego Ratu i po obejrzeniu apartamentu postanowiliśmy zostać. Gospodarze okazali się być wspaniałymi ludźmi. Pobiegliśmy szybko na plażę, by pierwszy raz wykąpać się w morskiej wodzie.

Plaża jak większość w Chorwacji kamienista, ale za to bez jeżowców, z możliwością opłukania się w słodkiej wodzie, zjeżdżalnią dla dzieciaków i niewielką knajpką. Cudownym prezentem dla Krzysia okazały się pompowane mankiety do nauki pływania. Obserwując małego przez cały pobyt, zauważaliśmy codziennie znaczne postępy w nauce pływania, a przede wszystkim brak strachu przed głębszą wodą. Wręcz preferował on wodę głęboką, bo w płytkiej kamienie przeszkadzały mu pływać.

Oprócz codziennego plażowania i kąpieli w wodzie, która sama unosi człowieka na powierzchni i dodatkowo ma około 26 stopni, staraliśmy się zwiedzić ten nieznany nam dotychczas fragment Europy. Najbliżej mieliśmy do Omiśa. To niewielkie miasteczko przyciąga wielu turystów swoją starówką nad którą górują ruiny zamku. Na tle skał wznoszących się nad miasteczkiem ruiny szczególnie atrakcyjnie wyglądają po zmroku. Z wieży roztacza się typowy dla chorwackich miasteczek widok - lazurowe morze i czerwone dachówki budynków poprzedzielanych wąziutkimi uliczkami.

Jedynym problemem przy zwiedzaniu Chorwacji jest żar lejący się z nieba. Krzysiowi starczało sił na godzinkę, po czym pakował się na barana i mogliśmy jeszcze trochę podziwiać przyrodę i architekturę Chorwacji. Niestety i nam szybko odechciewało się smażenia w słońcu. Jedyne wyjście to wycieczki popołudniowe.

Niestety do Dubrownika musieliśmy jechać bardzo wcześnie rano. Pomimo odległości 200 kilometrów podróż w jedną stronę trwała ponad 3 godziny - znów kręte drogi wzdłuż morza. Wyjechaliśmy bardzo wcześnie by zdążyć zobaczyć miasto przed upałem. Na miejscu byliśmy o 8.00 i tu zaskoczenie deszcz, a właściwie ulewa. Chorwaci mówili nam, że nie pada tu przez kilka miesięcy w roku, a tu taka niespodzianka. Trochę zmartwiliśmy się, ale zupełnie niepotrzebnie - po pół godzince było po deszczu i po chmurach, a problemem stało się słońce.

Najpierw wjechaliśmy na drogę wiodącą z Dubrownika do Czarnogóry, by wykonać fotografie Starego Miasta najlepiej prezentującego się z tej strony. Jest co fotografować. Czworoboczna starówka otoczona murem z basztami, pałace i kościoły na tle idealnie czystego, niebieskiego morza, po którym pływają liczne stateczki i jachty to widok którym zachwyci się każdy.

Już sam spacer po wąskich uliczkach Dubrownika jest atrakcją samą w sobie. Tutaj naprawdę czas zatrzymał się i tylko tłumy turystów pozawalają na zlokalizowanie się w czasie. Niesamowite widoki roztaczają się z XV-wiecznych murów miejskich. Trzeba mieć trochę kondycji, by obejść je dookoła. Przepiękne morze, zatoczki z jachtami kołyszącymi się na falach, port, dachówki na podniszczonych historią kamienicach, wieże kościołów powodują, że każdemu brakuje filmu w aparacie. Gdyby nie upał spacerowalibyśmy wokół miasta do wieczora. Pewną ciekawostką architektoniczną Dubrownika są schody odchodzące od głównej ulicy w kierunku północnym równolegle do siebie na szerokości całego Starego Miasta zamiast uliczek. Oprócz zwiedzania koniecznie trzeba wykąpać się dla ochłody na plaży położonej w pobliżu starówki w kryształowo czystej wodzie.

W drodze powrotnej po raz kolejny przekraczaliśmy granicę chorwacko-bośniacką, ale podobnie jak rano nawet nie zobaczyliśmy celników na obydwóch granicach.

Również całodniową wycieczkę urządziliśmy na północ Dalmacji. Pierwszym jej punktem, aczkolwiek bardzo krótkim był Śybenik. Miasteczko podobne w swym uroku do większości chorwackich miasteczek. Deptak przy porcie, urokliwa starówka i katedra św. Jakuba to krótki program naszego pobytu. Zachwyciła nas katedra. Jakże inna od katedr weneckich. Zbudowano ją w XVI wieku z marmuru i kamiennych bloków. Niepozorna z zewnątrz, w środku zaskakuje swą surowością tworząc odpowiedni klimat do modlitwy.

Głównym punktem naszej wyprawy był jednak park narodowy Krka. Jadąc z Śybenika na Drniś po kilku kilometrach odbijamy w lewo i tutaj na kolejnym skrzyżowaniu już musimy się zdecydować, czy jedziemy w lewo 8 kilometrów do Skriadina by do wodospadów dopłynąć stateczkiem, czy też w prawo około 2 kilometrów aby być dowiezionym autobusem. My pojechaliśmy w lewo. Ponieważ stateczki odpływają o określonych godzinach nie mieliśmy czasu zapytać w informacji o szczegóły i wsiedliśmy na pokład bez biletów, o które zresztą nikt nie pytał. Okazało się, że transport jest wliczony w cenę biletu wstępu do parku (45kun), które kupić można przed samym wodospadem Skriadinski.

Niestety tylko niewielka część parku jest udostępniona dla turystów, ale i tak wystarczy by zrobić na nas ogromne wrażenie. Najpierw rzuca się w oczy tłum ludzi, kąpiących się w pobliżu spadających z wodospadów strug kryształowo czystej i bardzo ciepłej, słodkiej wody. Pomimo dużej ilości ludzi obszar wydzielony do kąpieli jest wystarczająco duży by bez najmniejszych problemów popływać. Skusiliśmy się na kąpiel dopiero po dłuższym spacerku specjalnie wytyczoną ścieżką przebiegającą przez las, muzeum archeologiczne, praktycznie wokół wodospadów i odrobinę nad nimi. Nie ma najmniejszych problemów ze znalezieniem wielu wspaniałych widoków, godnych uwiecznienia na fotografiach. Gdyby nie tłumy ludzi i dość drogie bilety, mógłbym przyjeżdżać tu codziennie.

mogliśmy podziwiać kilkanaście dużych jachtów odbywających rejs po Adriatyku, które akurat tego dnia zatrzymały się w Trogirze. Na morzu, pod żaglami prezentowały się przepięknie.

Korzystając z uprzejmości gospodarzy wybraliśmy się również na krótką wycieczkę do Jesenicy. Jest to opuszczone miasteczko, w którym prawie nikt nie mieszka już od 30 lat. Jego historia sięga 1000 lat. Przed laty to tutaj mieszkali Chorwaci, którzy chronieni przez góry nie musieli obawiać się najazdów tureckich i weneckich. Kiedy czasy zmieniły się na spokojniejsze i ludzie stali się wygodniejsi - zamiast pracować na roli woleli iść do fabryki lub żyć z turystyki, wszyscy mieszkańcy przenieśli się w dół, kilka kilometrów w stronę morza. Teraz tylko ruiny oraz dwa kościółki, w których bardzo rzadko odbywają się msze święte przypominają o minionej świetności miasteczka. Niesamowity nastrój opuszczonej miejscowości potęgują zgliszcza po ogromnym pożarze, który zniszczył tydzień przed naszym przyjazdem do Chorwacji lasy i uprawy oliwek na zboczach w pobliżu Jesenicy. O ile większość drzew zniszczona została bezpowrotnie, to oliwki są w stanie zregenerować się z samego tylko korzenia. Niestety na zbiory trzeba będzie poczekać co najmniej pięć lat.

Znacznie wcześniej opuścili mieszkańcy starożytną Salonę. Początki tego miasteczka to jeszcze czasy przed Chrystusem. Świetność miasta to III wiek naszej ery. Za panowania cesarza Dioklecjana mieszkało tu 60000 ludzi. Ogromny trzypiętrowy amfiteatr, wielkie łaźnie, forum, teatr to w owych czasach miejsca użyteczności publicznej, teraz pozostały po nich jedynie ruiny. Miasto było ośrodkiem intensywnego rozwoju chrześcijaństwa. Tutaj napływali licznie mieszkańcy wschodnich prowincji przynosząc ze sobą nową dla mieszkańców Salony wiarę. Umiejscowienie tu metropolii biskupiej dla całej Dalmacji jeszcze bardziej wpłynęło na rozbudowę miasta. Pomimo swej świetności miasto nie oparło się jednak najazdom Ajwarów i Słowian, którzy na początku VII wieku zrównali je z ziemią. Okoliczna ludność schroniła się na wyspach oraz w byłej letniej rezydencji Dioklecjana - w pałacu, wokół którego zaczęło rozwijać się nowe miasto - Split. Na pewno warto poświęcić popołudnie na spacer wśród szczątków budowli przypominających o nieubłaganym upływie czasu.

W Kliśu, w pobliżu Salony, znajdują się również ruiny jednego z największych w Dalmacji zamków obronnych. Położenie zamku decydowało o jego strategicznej roli obronnej przez długie lata. Początki twierdzy to X wiek. Panowali tu Chorwaci, Turcy, Wenecjanie, Austriacy, Francuzi. Tutaj stacjonowały też okupacyjne wojska włoskie i niemieckie w czasie II wojny światowej. Aktualnie ponownie powiewa nad jedną z wież flaga niepodległej Chorwacji. Twierdza jest mocno podniszczona przez historię, ale aktualnie trwają intensywne prace renowacyjne między innymi zamkowego kościółka.

Zwiedziliśmy również kilkukrotnie Pałac Dioklecjana w Splicie. Szczególnie polecam wizytę po zmierzchu, kiedy to główny plac, wieża katedry i wszystkie uliczki są przepięknie oświetlone. W katedrze warto odwiedzić skarbiec oraz wejść na wieżę dzwonnicy - ponad 60 m. Z wieży podziwiamy panoramę całego miasta, a szczególnie atrakcyjnie prezentuje się port i wzgórze Marjan. Z malowniczego dziedzińca przed katedrą przechodzimy podziemiami na nadmorską promenadę - wspaniałe miejsce na spacer zarówno w dzień jak i w nocy. Mury miejskie otaczające Starówkę zachowały się najlepiej od strony wschodniej. Trochę szokują plastikowe, nowoczesne okna w średniowiecznych murach, ale ogólnie to zaadaptowanie starych budynków dla celów mieszkalnych nie razi. Zabytkowe bramy aktualnie są odnawiane. W większości budynków mieszczą się ekskluzywne sklepy. Dominują firmowe sklepy sportowe. Można skorzystać z posezonowych wyprzedaży.

Podróż powrotną postanowiliśmy odbyć w ciągu jednego dnia. Po 15 godzinach jazdy i pokonaniu 1250 kilometrów czekał nas niestety szok klimatyczny. Ostatniego dnia sierpnia było w Polsce już bardzo zimno - oczywiście w porównaniu z Chorwacją. Na pewno wrócimy tam, jak wielu Polaków wyjeżdżających nad gorący Adriatyk co roku.

Więcej artykułow Piotra Bułacza na stronie: piotbula.republika.pl/archiwum

Więcej z Europy