Wydanie internetoweEuropa

Krew, słońce i piękne kobiety

Natalia KłączyńskaHiszpania
Krew, słońce i piękne kobiety

"Granada, tu tierra esta llena de lindas mujeres, de sangre y de sol" Andaluzja jest zmysłowo piękna. Piękna jest także Toskania, ale zupełnie inaczej. Toskania to kobieta o łagodnej urodzie, regularnych rysach, delikatnym uśmiechu, tchnąca jasnym spokojem i harmonią, kusząca tylko bezwiednie - jak toskańskie Madonny Renesansu.

Mapa trasy: Krew, słońce i piękne kobiety
Mapa trasy

Andaluzja gardzi łagodnością i umiarem. Brzydkie, szare, wysuszone słońcem ciało odziewa w jaskrawe sukienki, przyozdabia się kiczowatą ceramiką połyskujących w słońcu kościelnych wież. Pretensjonalnie pachnie pomarańczą. Jedni się z niej śmieją, inni zapadają na chorą, obsesyjną miłość i nie umieją żyć ani nią, ani bez niej. Z nią - bo jak wytrzymać ten emanujący z niej dziwny, denerwujący niepokój. Bez niej - bo przecież mimo brzydkiej i zniszczonej twarzy żadna inna nie jest tak kusząca.

Andaluzja to kobieta po przejściach. Miała burzliwą młodość: iberyjskie pochodzenie, potem krótkie romanse z Rzymem i Kartaginą, aż wreszcie miłość jej życia - Maur. Niczego się jeszcze nie spodziewała, gdy hordy Tarika przekroczyły w 711roku Gibraltar. Dziki, nieznany, porywczy Maur, w dodatku poganin, początkowo budził odrazę w gorliwej już wówczas katoliczce. Ale Maur nie dbał o jej zbawienie wieczne - kupił ją złotem, zmysłową muzyką, przepychem miast i szmerem fontann w ogrodach. Dał jej raj, który spodziewała się zobaczyć dopiero po śmierci. Obiecał jej, że już nigdy nie będzie chodzić w łachmanach, i że będzie mogła robić to co zechce.

Wyrzekła się dla niego wszystkiego i przyjęła od niego imię: al-Andalus, czyli Ziemia Zachodnia. Pod jego rządami rozkwitła. Chrześcijańska Europa patrzyła ze zdenerwowaniem jak Kordoba ze swoimi dwustoma tysiącami domów, osiemdziesięcioma tysiącami pałaców i czterdziestoma szpitalami staje się największym miastem świata, a potem jak powstają pałace w Grenadzie i Sewilli. Najbardziej chyba jednak nie mogła ścierpieć patrzenia na to, jak Andaluzja jest bezczelnie piękna, nieposłuszna, rozpustna, jak naigrywa się z chłodu gregoriańskich chorałów i patrzących na nią surowo gotyckich świętych.

W tym czasie Andaluzja wzniosła się na intelektualne wyżyny. Pasjonowały ją filozofia, medycyna, astronomia. Wstęp do bibliotek, których było dziesiątki, był dla każdego wolny. Tłumaczyła dzieła greckiej klasyki, przez co zachowała je dla Matki Europy - a ta, w przypływie "wdzięczności", po zdobyciu Grenady, spaliła uroczyście stosy wyklętych arabskich ksiąg zwiezionych z najdalszych zakątków. Kronikarze podają, że spłynęło wtedy jakieś milion tomów.

Matka Europa długo znosiła istnienie tego związku. W końcu jej cierpliwość skończyła się i odbiła swą wyrodną córkę dzikusowi - dla jej dobra oczywiście. 2 stycznia 1492 roku, w pałacu w Grenadzie, Maur skapitulował i przyrzekł, że jej nigdy nie tknie. Grenada była szczytem piękna jakie razem przeżyli. Kiedy opuszczał Grenadę i płakał ostatni raz na nią patrząc, jego matka powiedziała: "Płacz jak kobieta, skoro nie umiałeś walczyć jak mężczyzna".

Matka Europa zaczęła z furią niszczyć wszystkie ślady dzikusa, który zhańbił jej córę. Ze szczególną lubością wyładowywała się w miejscach dla niego najświętszych. W Kordobie, siedlisku diabelskich myśli i mieście rozpusty, stał najpiękniejszy meczet Maura - Mezquita - niekończący się las dziewięciuset lekkich, marmurowych kolumn połączonych biało - czerwonymi łukami w kształcie podków. Przerobiła go, budując w środku barokową kaplicę z ogromnym ołtarzem i jeszcze większymi organami - tak jakby chciała przez tę zgrzytającą dysharmonię wyładować swą bezsilną wściekłość - jak ktoś, kto wie, że się ośmiesza, ale nie potrafi przestać krzyczeć. A potem powiedziała: "Zamiast tego, czego nie można ujrzeć nigdzie, postawiliście to, co można ujrzeć wszędzie".

Najważniejsza była jednak Giralda, sewilski minaret, duma architektów dzikusa. Dobudowała na nim hełm i zwieńczyła posągiem Wiary. Odtąd górowała nad okolicą jako dzwonnica katedry, dając oszałamiające koncerty dwudziestu wielkich dzwonów naraz i wznosząc się nad miejscem, gdzie na ruinach meczetu Matka Europa postawiła największą gotycką świątynię świata. Nawet gdyby sewilska Katedra była dwa razy mniejsza i tak wywoływałaby przerażające zagubienie i strach.

Matka miała w stosunku do swej wyrodnej, acz kochanej córy ambitne plany. Wydała ją za męża z zacnego domu Habsburgów. Córa była zepsuta i lekkich obyczajów, ale dla męża nie był bez znaczenia jej oszałamiający posag (choć były to klejnoty Maura). W tym małżeństwie nigdy nie była szczęśliwa. Pozornie posłuszna mężowi i jego dostojnikom, stopniowo oddalała się od rzeczywistości. Nigdy nie przestała kochać Maura. Skrzętnie przechowywała wszystkie po nim pamiątki. Przeszłość stawała się coraz dalsza, a powracała tylko coraz rzadszymi echami... ale i tak one były najważniejsze.

Półmrok. Ana w czarnej prostej sukience, przepasana czarną chustą, stoi w bezruchu. Misternie upięte włosy, w nich czerwony kwiat. Gitara niepokojąco brzęczy, drażniący moje słowiańskie ucho dźwięk..." Santa Ana...", rozlegają się przerażająco mocne i smutne pierwsze dźwięki pieśni. Ana z półprzymkniętymi oczami, ściągniętymi brwiami, kreśli rękami prawie niewidoczne, jakby całą sobą nasłuchiwała brzmiącej gdzieś daleko muzyki. Nagle słyszy to echo, kilka gwałtownych ruchów rękami i echo znów się oddala.

Andaluzja wyjątkowo kocha błyskotki. Jej miasta upstrzone są ceramicznymi, niebieskimi, bordowymi i żółtymi, połyskującymi w słońcu ozdobami na fasadach i wieżach kościołów. Ceramiczne są też nazwy ulic i uliczne kapliczki, w których obrazy z Madonną lub cierpiącym Chrystusem namalowano w tęczowych kolorach na kafelkach. Domy są prowokująco śnieżnobiałe albo jarmarcznie kolorowe - jak te, które przeglądają się w Sewilli w wodach Gwadalkiwiru. Choć ziemia jest przerażająco wysuszona, w miastach spotkać można bajecznie pachnące, zielone ogrody. Wiosną Andaluzja pachnie kwiatem pomarańczy a latem - jaśminu: zapach ciężki, duszący, przesadzony. Jeden maleńki kwiatek jaśminu potrafi odurzyć, ale to nie wystarcza. Ona jest obsypana całymi ich girlandami rozsypującymi się po ścianach i zwieszającymi się z murów. W zaciszu domów, gdzie patia ozdobione są fajansową mozaiką i gęstym bluszczem, pływają w sadzawkach kwiaty róż. Cicho sączy się woda. Cisza nabrzmiewa erotycznym napięciem... i gorąco... lepkie, ciężkie gorąco stojące w miejscu, zatrzymujące czas. Gorąco, które jest próbą - nie masz już sił, ale ciągle chcesz więcej, chcesz zobaczyć jej kolejną twarz.

Kolejna twarz Andaluzji to przerażająca każdego, kto jej nie zna, żądza krwi. Chrystus w jej kościołach stoi zawsze ubiczowany albo z krzyżem, a krew leje się karminowymi strugami. Jego Matka jeśli nie jest królową, to jest Marią Dolores o teatralnie wykrzywionej w bólu twarzy. Nie ma radości Zmartwychwstania, nie ma ciepła Narodzin, nie ma łagodności Dobrego Pasterza. Śmierć - beznadziejna, czarna, bolesna śmierć to jej ulubiony temat. Tylko tak silne wrażenia są w stanie wytrącić ją z sennej depresji i tęsknoty za przeszłością.

"Oczyszcza" się też na corridzie. Jest głucha na oburzone głosy Matki Europy, bo ta nie rozumie co jest istotą corridy. Corrida to nie sport ani cyrk - to celebracja śmierci, sakralny obrzęd z tego samego ducha co obrzędy ludów prymitywnych. Nie chodzi ostatecznie o to, by byka zabić, ale o wytworzenie pewnego napięcia. Ruchy matadora do złudzenia przypominają ruchy tancerza flamenco. To część obrzędu, w którym bierze udział byk, matador i publiczność patrząca w przeraźliwej ciszy na matadora - ten napina się jak łuk, wznosi tanecznym, powolnym, ale pełnym ekspresji ruchem prawą rękę ku górze - rękę zakończoną krótkim mieczem, który zdaje się być jej częścią, zaś lewą ręką trzyma kusząco falującą, czerwoną muletę. Jeśli miecz trafi, spadając prosto z góry, w ten jeden jedyny punkt na grzbiecie byka i dojdzie do serca natychmiast powalając zwierzę na żółty piasek, będzie to obrzęd doskonały. Ale zdarzy się to rzadko. Matador woli umrzeć niż zadać cios z boku, a potem patrzeć na słaniającego się na nogach i desperacko walczącego byka. Gdy za którymś razem próba nie powiedzie się, a byk miota się już bez sił, cachetero kończy uderzeniem sztyletu jego cierpienia. Byk nie żyje, ale nie o to przecież chodzi. Publiczność nie wybacza tego matadorowi, i kiedy obrzęd się kończy schodzi z areny w gorzkiej ciszy.

Corrida to sacrum, nie tylko w sensie pradawnego obrzędu. Zwieńczeniem święta Wniebowzięcia Matki Boskiej jest w Sewilli uroczysta corrida. W Muzeum Corridy znajduje się, obok sal z uciętymi głowami byków i strojami co sławniejszych matadorów, kapliczka. Widać malowaną na kafelkach jaskrawą podobiznę Matki Boskiej i modlitwę zaczynającą się od słów: "Mario, patronko torreadorów..."

Ana jakby słyszała muzykę coraz wyraźniej. Dłonie falują jak rozkwitające nagle pąki kwiatów, ale jej taniec wcale nie jest słodki. Ruchy rąk stają się gwałtowne, jakby Ana walczyła z jakąś natrętną marą. Miękkie fałdy spódnicy niepokojąco falują przy każdym, coraz szybszym, ruchu Any. Przyzywa, odrzuca, wabi, odpycha.

Andaluzja, odkąd wydano ją za mąż za Habsburga, sprawia wrażenia gorliwej katoliczki. To przykrywka dla niegasnącej miłości do Maura, rozpustnego smakowania życia i potrzeby mocnych wrażeń. Każde miasteczko ma swoją Matkę Boską - Virgen, którą czci i przystraja w girlandy kwiatów. "Miasteczko" wyrusza parę razy w roku na procesję. Na tę okoliczność wyciąga z zakurzonych skarbców kilkukilogramowe złote proporce i ogromne krzyże wysadzane połyskującymi kamieniami - w niemałej części składające się ze skarbów odebranych Indianom drogą, jak wiadomo, "pokojową". Procesja majestatycznym krokiem sunie przez uliczki przy dźwiękach bębnów wojskowej orkiestry. Andaluzja oddaje cześć Bogu swoiście: przez krótką chwilę egzaltacji, zmysłowego wręcz obcowania z obchodzącą miasteczko figurą Virgen... i nagle ucieka.

Figury andaluzyjskich Virgen ubrane są w stroje hiszpańskich infantek. Zza haftów, jedwabi, koronek, mantylek, złota i pereł widać twarz Virgen - zmysłowo piękną twarz andaluzyjskiej dziewczyny o przyróżowionych policzkach i przyczernionych tuszem rzęsach.

Nagle Ana chwyta spódnicę w ręce i zaczyna niemożliwie szybki step, wbijając w podłogę wszystko to, czego nie może wykrzyczeć.

Andaluzję kochało wielu. Śladów miłości Maura jest najwięcej. Matka Europa początkowo niszczyła je z furią, ale pojęła, że celu nie osiągnie i z bezsilną rezygnacją przyjęła je jako swoje. Królowie katoliccy - Ferdynand i Izabela - uczynili z pałacu w Grenadzie swą pierwszą rezydencję, a w sali, gdzie Maur kapitulował, przyjmowali potem Kolumba, gdy ten przedstawiał im plany swej podróży na Zachód chcąc jakby w jednym punkcie połączyć wszystko to co było i wszystko to co będzie. Pałacem królewskim stał się też Alcázar w Sewilli. W Andaluzji mieszkali cyrulik Figaro, Don Juan i Carmen. W sewilskiej Katedrze znajduje się też grób (nie szkodzi, że wątpliwej autentyczności) Kolumba, który dopływając do Ameryki ukazał Andaluzji szansę zapomnienia o tragicznej miłości do Maura i wyrwania się z marazmu przeszłości. I choć żadna z niosących ciało Kolumba alegorycznych postaci, przedstawiających cztery wdzięczne mu krainy Hiszpanii, nie jest Andaluzją, to jego ciało spoczywa właśnie w Andaluzji.

Andaluzja to kobieta bezdomna. Nie zazna spokoju, nie umie zapuścić korzeni, nie zna swojej prawdziwej tożsamości. Dlatego Andaluzja tak kocha Cyganów, pariasów z dalekiego Orientu, którzy tu przybyli, gdy Orient już konał. Bezgłośny płacz Żydów i milczący gniew Maurów (wygnańców we własnej ziemi) wydobywają cygańscy wygnańcy z całą siłą rozpaczliwej tęsknoty, bezsilnego buntu i dzikiego pragnienia. Cyganie dali Andaluzji flamenco - remedium na jej rozpaczliwą tęsknotę, tragiczną miłość i brak nadziei. Andaluzja przywdziewa więc jaskrawą sukienkę i w szalonym, obłędnym transie chce klaskając i tupiąc wyrzucić z siebie żal. Flamenco jest romantyczne, powabne, kwitnące jak sevillana, którą tańczy na fiestach. Najbardziej jednak lubi bolesną skargę do Boga, gwałtowne ruchy rąk, niemożliwie szybki step i zawodzącą gitarę.

Ana jak szamanka w transie, z nieobecną twarzą, z zamkniętymi oczami wiruje, tupie, w półmroku widać wzbijający się z podłogi kurz. Czerwony kwiat spada gdzieś na podłogę, włosy się rozsypują, przylepiają się do mokrej twarzy Any. Ana wiruje, a z każdym obrotem wokół jej włosów unosi się mgiełka potu.

Andaluzja żyje skrajnościami: albo trwa w depresji przesiadując całe dnie w cieniu swych domów, wachlując się malowanym na drewnie wachlarzem, wygrzewając się na pustynnym słońcu i rozpamiętując dawne czasy albo zrywa się, brzęczy kastanietami, leje krew na corridzie, odkrywa dalekie lądy, wpada w krwawy szał konkwisty, przesładza się nadmiarem złota i wybujałych barokowych kształtów.

Andaluzja nie zna więc spokoju. Kto z nią obcuje doznaje dziwnego uczucia dysharmonii. Jest to niewytłumaczalny, trudny do wytrzymania niepokój, przytłumiony nieudolnie pozorami harmonii. Niby cisza ogrodów i kościołów, niby spokój białych domów... a jednak to spokój pełen zmysłowego napięcia. Jaskrawo atakuje wszystkie zmysły, sączy do serca chaos - jest jak narkotyk, o którym się wie, że niszczy, ale bez którego nie sposób żyć.

Podchodzę do Any. Chcę jej powiedzieć cokolwiek, choć wiem, że i tak nie powiem nic. I nie mówię, ale nie wiem, czy dlatego, że nic powiedzieć się nie da, czy też dlatego, że zobaczyłam z bliska jej twarz. Starą, zniszczoną i posępną.