Zorganizowaliśmy ją wspólnymi siłami. Nie było szefa. Wszyscy się nawzajem uzupełniali i było dobrze. Udział wzięli: pani prof. Elżbieta Mycielska-Dowgiałło, mgr Alina Pękalska, student MSOŚ - Ewald Gryglewicz (osoba, z którą mam zaszczyt współpracować w pisaniu pracy magisterskiej), Bartosz Fabiszewski i ja. Kupiliśmy używany samochód - rumuński jeep Aro, 100 kg jedzenia i pojechaliśmy... Kołbaskowo - Hanstholm w Danii - Wyspy Owcze - Seyđisfjörđur (Islandia). Prawo jazdy ma tylko Alina i ja, z tym, że Alina nie lubi prowadzić... a ja bardzo lubię...

16.07.
Wyjechaliśmy z Żoliborza o 10.00. Zagapiliśmy się i do Torunia pojechaliśmy przez Mławę i Lidzbark Welski. Dalej: Bydgoszcz, Piła i przejście graniczne w Kołbaskowie. Pierwsza usterka - lampka paliwa pali się nonstop, zepsuła się. Myśleliśmy, że spalamy 100 l na 100 km... uff... Rozbiliśmy namioty 30 km od granicy, gdzieś na skraju polnej drogi wśród pszenicy w byłym NRD. Zasnęliśmy po 1 w nocy.
17.07.
Moje 24-te urodziny. Pobudka 6.30, śniadanie i o 8.00 w drogę. Dostałem w prezencie kwiatek maku. 15.00 - obiad wśród pokrzyw prawie nad samym Bałtykiem, 10 km od Lubeki na wschód. Alina nie chce jechać autostradą, bo boi się kolein i tego, że będą na nas trąbić. Uważam, że możemy jechać 80 km/h prawym pasem. Usterki samochodowe niewielkie, generalnie jest bardzo dobrze. Kłopot sprawia tylko tylny zamek. Trzeba także drutem odciągać linkę od hamulca ręcznego, żeby nie tarła o tylne koło. Niepokojące może się wydawać częste dolewanie płynu hamulcowego. Trasa przez Danię. Aro bez zarzutów - 90 km/h. Nocleg w prawdziwym lesie, na mrówkach.
18.07.
Pogoda w kratkę. Deszcz i wiatr - przed-smak tego co nas czeka. Abordaż przeprowadziłem bez problemów. Wprowadzałem auto na prom. Ustawili samochody na styk. Wypływamy, morze lekko rozkołysane. Kolacja, a potem gra w scrabble. Dzisiaj wprowadziłem zwyczaj porannych wspólnych modlitw przed śniadaniem. Utrwalił się podział na dwie wachty - bardzo mnie to cieszy.
20.07. Wyspy Owcze
...Obok nocuje para Niemców, którym pomogliśmy pożyczając drut do otwarcia zatrzaśniętego samochodu (Pajero). W dowód wdzięczności otrzymaliśmy butelkę Chianti. Dziś wieczorem przećwiczyliśmy robienie kolacji i grę w scrabble w samochodzie. Bartek ostrzygł Alinę, a ja naprawiłem pedał gazu i dzwoniącą rurę wydechową.
21.07. - 22.07.
Tu nastąpiła katastrofa. Nic nie wróżyło zbliżającego się nieszczęścia, kiedy beztrosko graliśmy w scrabble w namiocie i wznosiliśmy kolejne toasty za tych co na morzu. Gdy nastał ranek wyszedłem przed samochód. W samochodzie byli Alina i Bartek, ale nie robili kanapek tylko zwolna prostowali kości po nieprzespanej nocy. Musieli się biedni salwować ucieczką do auta, kiedy w środku nocy odkryli, że leżą w wodzie! Tak to jest jak się rozkłada namiot na grząskim gruncie i nie okopuje się go! Mają nauczkę, ha, ha! Znowu na prom - mało pasażerów. Jest grupa Czechów i jeden Słowak w kurtce Alpinusa. Nieźle buja.
23.07. Islandia
Po nieprzespanej nocy wstaję o 7.00 czasu islandzkiego. Widać już wyspę, statek wreszcie nie buja. Zostawiamy część rzeczy na farmie niedaleko Fláajökull (tak nazywa się nasz lodowiec) i nocujemy w pobliżu. Wspaniała pogoda i widoczność - zdarza się to raz na sto lat... wreszcie możemy zobaczyć jak wygląda cała okolica, sąsiednie lodowce.
24.07.
Rano Bartek wyprowadza Aro na drogę numer 1 (islandzka obwodnica, najważniejsza droga). Grzęźniemy przy wyjeździe z rzeczki. Chwila grozy - wydaje się, że pękła chłodnica. Okazało się, że to kapie z gąbki pod maską. Cudowny widok przy Breiđamerkurjökull. W Vík jemy lody. Nocleg w geotermalnych okolicach za Hveragerđisbaer. Alina czuje się nie najlepiej.
25.07. Rejkiawik
Doszło do nieprzyjemnego incydentu. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej aby zadzwonić do dr Eiriksona. Wyjeżdżając z parkingu tyłem, walnąłem w felgę stojącego za mną samochodu. Brodacz nie był tym jakoś bardzo zdenerwowany i zaśpiewał tylko, a może aż, 2000 IKR. Tyle ile kosztuje zatankowanie do pełna, czyli niecałe 30 USD - ropa jest tu wyjątkowo tania: litr za 40 centów. Benzyna: 1l - 1$. Uszkodzenie niewielkie, ale felgę należało wymienić. To nie był jego samochód. O 19.00 spotkanie z panią prof. Dowgiałło, która leciała przez Poznań i miała opóźnienie. Guesthouse w centrum Rejkiawiku, w którym się zatrzymała, jest wspaniały.
27.07.
Rano pani profesor odbywa dobrze wróżącą na przyszłość rozmowę z dr Eiriksonem. Wracając z Rejkiawiku pod Fláajökull zatrzymujemy się na kąpiel w mini bluelagoon (geotermalnym źródełku).
28.07. - 01.08.
Fláajökull marginal zone... Praca przy lodowcu. Pani profesor odbywa z grupą peryglacjalną (Ewald i ja) długie spacery z debatami nad genezą form. Opracowujemy 18 punktów w terenie. Niespodziewana wizyta studentów geomorfologii z Poznania. Ta sama dziewczyna, która spotkała się z nami w kasynie przy Krakowskim Przedmieściu - Olga, teraz spotyka się z nami pod naszym lodowcem! Wspólne ognisko. Następnego dnia krótki spacer z panią profesor i poznaniacy muszą wracać do Höfn, gdyż Olga nagle poważnie zachorowała - traci przytomność. Okazało się, że musiała zostać przetransportowana od razu samolotem do Rejkiawiku i poddana natychmiastowej operacji. Miała wylew do mózgu... Tajemnicza sprawa, bo ani się nie walnęła, ani przedtem nie narzekała na ból głowy.
02.08.
Załamanie pogody. Poprzedniego dnia był rekordowy upał - chyba ze 20oC. Temperatura gruntu o 24.00 wskazywała ponad 14oC! Teraz nonstop zachmurzenie 10 i pada. Czyżby pogoda wróciła do normy? Jest niedziela, więc leniuchujemy w samochodzie. Wychodzę na V wał morenowy i badam jedną formę. Sprawdza się poncho, które kupiłem pod pałacem. Namiot Aliny i Bartka niestety przemaka.
03.08.
Po drodze bierzemy parę Niemców na stopa. Po zapakowaniu ich ruszyłem z zaciągniętym ręcznym hamulcem. Aro jakoś nie chciał się rozpędzić ponad 70 km/h i zaczęło śmierdzieć. Nie mogłem włączyć wycieraczek (raczej wycieraczki, bo jedna już się zepsuła - dobrze, że nie ta od strony kierowcy), więc myśleliśmy, że to śmierdzą spalone przewody elektryczne. Profesor pyta się dlaczego pali się czerwona lampka. Mówię, że to znak, że działa silnik... Wreszcie łapię się na tym, że nie przekręciłem do końca kluczyka w stacyjce. Stąd ta lampka i brak wycieraczki (silnik cały czas chodził). Wreszcie pani profesor wskazuje na hamulec... i oczywiście smród mija. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby potrącić samochodem lecącego ptaka. Otóż dziś się to przytrafiło... została mokra plama na szybie. W klasztorze dostajemy dwa pokoje do dyspozycji. Idę zadzwonić do niedawno spotkanych polskich studentów z Rejkiawiku - przenocują mnie jutro. Do Polski nie mogę się dodzwonić. Wracam na kolację, gdy wtem pukanie do drzwi i ukazują się poznaniacy! Okazuje się, że wczoraj Olga była operowana. Miała wylew do mózgu i teraz dochodzi powoli do siebie w szpitalu. Wspólna kolacja i wspólny nocleg w klasztorze.
04.08.
Noc wspaniała w łóżeczku - może trochę za gorąco. Śniadanie - ryż z kurczakiem Knorra od poznaniaków i poprawiny kefirem z müsli u sióstr - pycha. Wcześniej msza święta. Jest dwóch polskich księży - wszyscy modlimy się za Olgę. Wyjazd na lotnisko opóźnia się, bo musimy zmienić całkowicie zdartą oponę. Z sercem w gardle odwożę panią profesor do Keflavíku - jesteśmy idealnie na czas. Co robić z oponą? Czy jechać pod lodowiec na zapasowej, która jest węższa i wyższa od normalnej, czy kupować nową? Może uda mi się dojechać na rezerwowej pod Fláajökull i razem podejmiemy tą strategiczną decyzję. O 15.00 spotykam się z poznaniakami na uniwersytecie w Rejkiawiku. Pomagają mi załadować próbki do pieca. Jest tego parędziesiąt kilo w moim samochodzie. Robota idzie wolno, bo nie mogę stracić nad tym kontroli. Wyszło nam 31 próbek i piec został całkowicie załadowany. Teraz czekam aż temperatura łaskawie ustawi się na 105oC. Dobrze, że w laboratorium jest pani do pomocy. Co chwilę przekręcamy regulator temperatury raz w lewo, raz w prawo - trwa to całe wieki. Wreszcie pani stwierdza, że lepiej będzie jeżeli wyjmę wszystko, pusty piec szybko osiągnie żądaną temperaturę i ustabilizuje się, po czym znowu go załaduję. Z laboratorium wychodzę o 19.00, a temperatura w piecu nadal dochodziła do właściwej... Spędzam miło czas w Perle - zbiornik wody geotermalnej, z punktem widokowym i knajpą, jem kanapki i fotografuję zachód słońca nad Rejkiawikiem o 22.30. Iwona i Rafał, polscy studenci zjawią się w domu dopiero ok. 23.00. Ona spodziewa się dziecka w tę niedzielę.
05.08.
Po pracy w laboratorium idę na miasto rozejrzeć się za oponą, tytoniem i bibułkami. To zamówienie Aliny i Bartka. Byłem w szpitalu. Olga nie wygląda najgorzej, chociaż często jej słabo, nie może jeść i wymiotuje. Bardzo dobrze się nią opiekują. Wróci do Poznania może za tydzień. Dzisiaj pod Perłą nazbierałem całkiem dużo grzybów na zupę - maślaki i podgrzybki.
06.08.
Za założenie używanej opony (prawie nowa) gość wziął 7000 IKR (ok. 100$). Pozostało jeszcze naprawienie prawej wycieraczki. Jest 11.10 - wreszcie wyruszam na Fláajökull.
11.08
I już po badaniach! Jadąc do Lakagígar nocujemy ok. 7 km od ringu - islandzka obwodnica. Lakagígar to system stratowulkanów biegnących wzdłuż szczeliny, z których największy Laki, pamiętany jest przez Islandczyków z powodu najbardziej katastrofalnej erupcji. Nocleg jest wspaniały na zielonej łączce w pobliżu wody. Przeliczyłem żarcie. Wyszło, że mamy nadmiar serków topionych i oczywiście tego co przeznaczone na treking. Chleba razowego, gruboziarnistego z Polski wystarczy na tydzień. Wczoraj zwinęliśmy obóz między 12.00 a 14.00, potem obiad i w drogę. Po raz ostatni, poszedłem na I wał i go zbadałem. Alina powiedziała coś bardzo pocieszającego - na pewno mamy wystarczająco dużo materiału na prace magisterskie. Warto wspomnieć, że znaleźliśmy poroże reniferów (i ich wyschnięte trupy związane drutem kolczastym). Mamy także kilka ładnych jaspisów, opali, geod i oczywiście kilkadziesiąt kilogramów próbek. Uff... wreszcie wakacje. Już przed skrętem z ringu do Laki, w miejscowości Kirkjubaerklaustur. Nazwy miejscowości zawsze znaczą coś konkretnego. Ta oznacza kościół - farmę - klasztor, bo między XII w., a reformacją mieszkali tu mnisi z Irlandii. W miejs-cowości Skaftafell wypiliśmy kawę w miłej atmosferze lokalnej restauracyjki, zjedliśmy pycha ciacho, wypaliliśmy skręty. Paliłem sam tytoń, tylko od wielkiego dzwonu, w święto - czyli całkiem często. Tak oto zaczęły się moje wakacje... Dzisiaj wieczorem, po kolacji, będzie scrabble, a może nawet odrobina alkoholu, kto wie? Mały problem z jedyną działającą wycieraczką został za drugim razem rozwiązany.
12.08.
Dojechaliśmy do rzeczki, która zmusiła naszą zeszłoroczną wyprawę do odwrotu. Tym razem bez kłopotu (no... raz zgasł nam silnik przy wyjeździe z wody) pokonaliśmy aż dwie rzeczki aby po ok. 15 km od ringu utknąć na pierwszej dużej przeprawie przez rzekę Geirlandsa. Silnik zgasł niestety gdy byliśmy już w nurcie więc sytuacja stawała się groźna. Zaczęło nas z wolna znosić. Cóż było robić... rzuciliśmy się do wypychania tyłem auta na najbliższy brzeg. Udało się! Pomógł nam Francuz, który potem nauczony naszym przykładem zawrócił (mimo, że miał napęd 4x4). Bezskutecznie próbowaliśmy odpalić silnik. Cały czas lało, więc daliśmy sobie spokój na czas obiadu. Do perfekcji opanowaliśmy ekwilibrystykę w samochodzie: zagotować posiłek, przebrać się w zapakowanym maksymalnie aucie... cóż to dla nas. Po dwóch godzinach Aro wreszcie odpalił i mogliśmy zjechać z drogi, przygotować się do pieszego wymarszu na Laki. W strugach deszczu przeszliśmy Geirlandsę - górską rzekę, z wodą po kolana, szybkim prądem i luźnymi kamieniami. Po paru kilometrach jeszcze jedną rzekę, za którą rozbiliśmy obóz. Było już całkiem późno, byłem całkowicie mokry, bardzo zmęczony i głodny... specyfika wędrówek islandzkich. Akurat na czas rozbijania namiotów przestało na chwilę padać. Noc była wietrzna i deszczowa.
13.08.
ałe szczęście, że ranek bez deszczu, nawet ciut słońca. Tego dnia zrobiliśmy ok. 23 km idąc większość czasu w deszczu i prze-chodząc przez jedną dużą rzekę (4 koryta). Obiad zjedliśmy w schronisku Blagil, korzystając z lokalnej butli z gazem. Nieco ochłonęliśmy i po następnych 5-7 km rozbiliśmy namioty tuż za polem lawowym nad strumyczkiem. Pogoda właśnie zrobiła się piękna (nie lało). Noc pomyślna, bez szczególnego wiatru i całkiem było miękko.
14.08.
Tego dnia szło mi się znacznie gorzej - bolała mnie lewa stopa. Jak idiota wziąłem adidasy, a nie buty ze sztywną podeszwą. Ewalda bolały odciski, bo przy każdym przejściu przez rzekę zakładał kalosze. Był z niego dziwak do kwadratu. Pogodę za to mieliśmy cudowną - słońce i najciekawsze widoki - trasa wzdłuż Lakagígar. Resztką sił, dzięki teleskopowym kijkom Bartka, dowlokłem się do miejsca wybranego na nocleg. Było to tuż nad dużym jeziorem, jak się potem okazało, prawie u podnóża Laki. Jeszcze tego samego dnia, po obiedzie, weszliśmy na szczyt wulkanu skąd roztaczał się wspaniały, niezapomniany, jedyny na świecie, widok na Lakagígar. Stożki wulkanów biegły jeden za drugim i w odległości 40 km zanurzały się pod lądolód Vatnajökull. Widok był od Vatnajökull do Mýrdalsjökull. Zachód słońca, coś niesamowitego...
15.08.
Drugi dzień cudnego słońca. Wszystko nam już wyschło. Ach jak ten świat inaczej wygląda, gdy pogoda jest brzydka... Bartek z Aliną wybrali drogę przez pole lawowe. Nigdy więcej takich skrótów jak się ma obolałe stopy! Już poza doliną ryftową zrobiliśmy sobie obiadek. Okazało się, że mamy bardzo mało gazu, tak więc wcześniejszy pomysł złapania stopa stał się raczej koniecznością. Razem z Ewaldem zostaliśmy wzięci przez miłych Francuzów małym japońskim autem, a w dwie godziny po nas do Aro dojechali Alina z Bartkiem, podwiezieni przez Islandczyków. W ten sposób już ok. 18.30 wszyscy byliśmy w domu. Szybka kawka i w drogę aby znaleźć ładny nocleg. Mieliśmy problem z podjazdami, trzeba było pchać samochód. Pasek klinowy się ślizgał, albo co? Nocleg już niedaleko od ringu. Pogoda bez-wietrzna, czyste niebo... Gramy oczywiście w scrabble i odpoczywamy. Bartek znowu wygrał! Po raz drugi zdobywa ponad 50 pkt., a raz nawet wyłożył wszystkie swoje literki co dało mu, o ile dobrze pamiętam, ok. 68 pkt. (Polecam scrabble). Z powodu zakładu ma już po dwa prezenty od każdego! Po przejechaniu jednej z rzeczek o dziwo znów zaczął działać prawy reflektor.
17.08.
Na ring dostajemy się z kłopotami, ponieważ samochód ciężko pokonuje podjazdy. Jest już po obiedzie. Pogoda zmieniła się ze słonecznej na pochmurną. Podobnie nasze nastroje. Smród w Aro (spaliny dostają się do środka) daje po głowie, szczególnie Alinie i Bartkowi, którzy siedzą z tyłu. Okazuje się, że nawet na szosie Aro słabiutko ciągnie. Na trójce mogę rozpędzić go do 70 km/h, ale na czwórce jedzie ledwo 65 km/h (przy sprzyjającym wietrze może nawet do 80 km/h, ale to już nie ta sama jazda). Alina zwraca uwagę, że spaliny powinny być czarne, a nie siwe jak obecnie. To znak, że spalanie nie zachodzi właściwie. Dojeżdżamy do miejscowości Vík i rozbijamy obóz w niezłym miejscu, 1 km na wschód od kempingu, przy klifie miło śmierdzącym guano. Wizyty w dwóch warsztatach i wymiana filtru oleju, wyczyszczenie filtru powietrza, ale to nic nie pomaga. Decydujemy się na kosztowny remont tłoków. Zapewne dostała się do nich woda, która wkrótce spowodowałaby zatarcie silnika i bylibyśmy w kropce. Na szczęście jest karta kredytowa i możliwość sprzedania Aro po powrocie do Polski. Koszt naprawy powinien się zwrócić, może nawet z nadkładem. Wszyscy przystajemy na ten pomysł. Nie oznacza to przecież wykładania przez nas gotówki, a będziemy mieli gwarancję dojechania cało do Warszawy. Naprawa na potrwać do 20.08., więc mamy co najmniej trzy dni odpoczynku pod klifem, a miejsce, trzeba przyznać, wyjątkowo się do tego nadaje. Miękka trawka, blisko do strumyczka, do łazienki na kempingu, sklepu, ciekawe trasy wycieczkowe i niezła pogoda. Odpada jednak pomysł Aliny i Bartka aby przejść przez interior - robi się za mało czasu. Zauważyłem u siebie prawidłowość. Otóż w sytuacjach stresowych, jak ta z samochodem, staję się nieprzyzwoicie głodny. Na szczęście podobnie czują moi towarzysze. Dzisiaj zrobiliśmy sobie ucztę - po pół litra lodów i wielkiej bule z cynamonem i czekoladą na osobę! Wieczorny spacer po czarnej plaży skutecznie koi nerwy... Obok polują na morskie ptaki.
18.08.
Naprawdę śpi się pod tą skałą wspaniale. Rano dowiadujemy się, że diagnoza Aliny była słuszna i dajemy mechanikowi pozwolenie na dalszą naprawę. Znaczy to, że spędzimy tu parę dni... Siedzę w zajeździe, piszę pamiętnik i patrzę na zbliżających się Alinę i Bartka - ha! Dadzą mi zapalić skręta, to podnosi na duchu. Obiad, spacer po plaży, lektura Nowego Testamentu i kolacja.
19.08. - 20.08.
Alina codziennie oddaje nam niedojedzone resztki obiadowe. Kochana dziewczyna! Zrobiłem, idąc w ślady Bartka, własną łyżeczkę, tylko należałoby ją jeszcze wygładzić papierem ściernym.
21.08.
Zapomniałem wczoraj napisać o konkursie literackim. Ewald ułożył piękny wiersz - modlitwę dziękczynną za pobyt na Islandii. Bartek zgrabnie napisał o utonięciu naszego Aro w formie kalki z Sapkowskiego, personifikując nasz samochodzik - robiąc z niego Geralda. Ja stworzyłem krótką scenkę z wędrówki Aliny i Bartka przez interior - ot taki dramacik, którego mam nadzieję, ciąg dalszy nastąpi. Godzina 23.00. Wielkie Święto! Wszys-cy gromadzimy się przy świeczce i robimy imprezkę! Aro zdrowy. Gość robił go do późnych godzin. Wziął sobie za trzy dni roboty oraz nowe części ok. 60000 IKR (900$). Odetchnęliśmy z ulgą - byliśmy przygotowani na dwa razy tyle. Uczciwy człowiek z niego. Jesteśmy gotowi do dalszej drogi, przed nami północ wyspy.
Ileż to mgieł Panie trzeba przekłuć wzrokiem
Aby zgodnie z Twoim Wyrokiem
Ujrzeć cielsk białych strzeliste szczyty
Czy też klif zielony w kłęby mgieł spowity
Ileż to sztormów dalekiej Północy
Ileż wzburzonych odmętów kipieli
Trzeba pokonać przy Twojej pomocy
Aby dojrzeć w dali blask lodowca bieli
Tu, gdzie dzień czy noc swe triumfy święci
Gdy Twe mocarne ramię kulą Ziemi kręci
Morze ognia pod lodowcem płonie
I zachłannym ciepłem lodu cielsko chłonie
Tu, wszechmiar oceanu co wyspę okala
Lodowemu tchnieniu dojść tu nie pozwala
Ten sam jednak w siekącym deszczu szkwale
W bramy skalnych brzegów z furią toczy fale
Tu, gdzie wysmukłe wulkanów postury
Toczą w niebo gęstwę burych kłębów chmury
W nocnej czerni pyłu niczym Ziemi darze
Lodowcowe rzeki cicho sypią plaże...
Tu, gdzie nawet w zim najsroższe chłody
Płyną wartkie strugi tocząc wrzące wody
Tu! W tej cud - krainie, My jesteśmy Panie!
Za co przyjmij od nas to podziękowanie!
Ewald Gryglewicz
