Wydanie internetoweAmeryka Północna

Alaska. Wspomnienia z podróży.

Ryszarda L. PelcUSA

Przed wieloma laty uczestniczyliśmy w spotkaniu towarzyskim. Była zima, typowa dla naszej części północnego Michigan. Wszystko zawiewał śnieg. W domu było ciepło, przytulnie, wesoło. W pewnym momencie dwu młodych ludzi zaczęło się żegnać. “Dlaczego tak wcześnie wychodzicie” zapytałam. “Jutro lecimy na Alaskę” powiedział jeden z nich. W mojej wyobraźni ożyły sceny z powieści awanturniczych przeczytanych w młodości. I od tamtej pory , od czasu do czasu, powracały marzenia o Alasce. Dopiero po latach od tamtego spotkania, udało się je zrealizować. Bogata we wrażenia podróż na Alaskę choć krótka, okazała się naszą kolejna "podróżą życia".

Na Alaskę wybraliśmy się w maju. Najpierw był lot z Minneapolis (Minnesota) do Vancouver na zachodnim wybrzeżu Kanady. Nasz samolot przyleciał ze znacznym opóźnieniem z powodu burzy śnieżnej (tak, tak!), którą pilot ominął, ale to wydłużyło czas trwania podróży. Przylecieliśmy do Kanady zastając drzwi… zamknięte. Po jakimś czasie pojawili się pracownicy lotniska. Weszliśmy do zupełnie opustoszałego i… bardzo niezwykłego portu lotniczego.

Przechodziliśmy się obok szumiących wodospadów, licznych totemów, gór i rzek. Następnego dnia parę godzin porannych spędziliśmy na spacerach, oglądaniu ciekawej, nowoczesnej architektury, małych zakupach w niedużych butikach gęsto rozmieszczonych przy ulicy Robson. Vancouver jest położone nad morzem i wśród gór. Czy może być bardziej wymarzone miejsce do życia?

Nie od rzeczy będzie wspomnieć, iż przylecieliśmy do tego miasta 12 maja, dokładnie w kolejną rocznicę śmierci Georga Vancouver`a. Kapitan George Vancouver, Holender z pochodzenia, znany podróżnik i odkrywca spędził w tych okolicach zaledwie jeden dzień ale jego zasługi uznano za tak duże, iż miastu nadano jego imię. I mimo różnych kolei losu i historii, nazwa ta pozostała.

Następnego dnia po dość długich procedurach granicznych, weszliśmy na statek “Spirit”, który był już znowu “terytorium amerykańskim”, a który na kilka dni stał się naszym “domem”. Odbiliśmy od brzegu dopiero po zakończeniu formalności. Płynęliśmy w cieśninie; po jednej stronie było wybrzeże British Columbii, z drugiej ogromna wyspa Vancouver. British Columbię znamy od strony lądu, odbyliśmy kiedyś podróż samochodem poprzez Gory Skaliste. Wydawały się nam jeszcze piękniejsze niż pasma wznoszące się w Stanach. Teraz płynąc wzdłuż brzegu widzieliśmy te same górskie pasma, ktore wydawały się jeszcze bardziej dziewicze i niedostępne niż wtedy, kiedy przemierzaliśmy samochodem wygodne autostrady British Columbii.

Przed laty odwiedziliśmy też Victorię, znaną z pięknych ogrodów Burcharda. Wyspę kojarzymy z eleganckim miastem, wytwornym hotelem i ogromnym akwarium. Teraz od strony Pacyfiku widzimy dziką, tajemniczą wyspę, a po drugiej stronie łańcuchy górskie stojące majestatycznie, najeżone ostrymi wierzchołkami. W oddali widać było dużą wyspę - Queen Charlotte. Liczne wyspy i wysepki archipelagu, przesuwały sie przed nami jak ruchoma scena teatralna, na której zmieniają sie dekoracje. Mieliśmy przy tym niezwykłe szczęście, bo cały czas były słoneczne dni i błękitne niebo nad głowami. Podobno nie często się to zdarza w tym rejonie. Odbicia gór w morzu, refleksy światła na wodzie, smuga na morzu zaznaczona przez nasz potężny dziesięciopiętrowy statek, od czasu do czasu majestatycznie przelatujące nad nami orły zachwycały nas nieustannie.

Każdego dnia z pokładu wypatrywaliśmy czy nie ma w naszym wielorybów “humbaków” . Kiedyś udało się ostrzec “fontannę”, która świadczyła o ich obecności. “Poszukiwania” różnych rodzajów morskich zwierząt stanowiło ważne codzienne zajęcie i dostarczało dreszczu “odkrywczych” emocji. Michael, “naturalistka” zatrudniona na statku, śledząc każde pojawienie się jakiegoś morskiego stworzenia, ptaka czy kozicy, zawiadamiała nas przez megafon. Wtedy ilość obserwujących na pokładach znacznie wzrastała. Kiedy obwieściła, iż zbliżamy się do rejonu, gdzie mogą pojawić się wieloryby pokład byl pełen. Wieloryby, ogromne ssaki mieszkające w wodach Pacyfiku są fascynujące i wiele o tym by można opowiadać. Ja wspomnę tylko iż przepływają z okolic Alaski aż do Hawajów. Tam samice zostają zapłodnione, wracają do zimnych mórz by potem znów popłynąć na południe, by tam urodzić swoje małe a kiedy te nabiorą sił wracają już z nimi na północ. Odległość jaką pokonują za jednym takim przepłynięciem wynosi około sześć tysięcy kilometrow

Trzykrotnie dobijaliśmy do portów. Odwiedziliśmy Juneau, Ketchikan i Skagway. Pierwszym zwiedzanym miastem bylo Juneau, stolica Alaski, której nota bene gubernatorem jest Polak z pochodzenia, były wieloletni senator, p. Frank Murkowski. Miasteczko ma trzydzieści tysięcy stałych mieszkańców. Kierowca, kierownik wycieczki i przewodnik w jednej osobie wiozący nas na lodowiec Mendenhall opowiadał o historii miejsc związanych z “gorączką złota”. Opowiadał z pasją i sypał, jak z rękawa, interesującymi anegdotami. Dowiedzieliśmy się iż o“kradzieży samochodu” w Juneau można mówić dopiero wtedy, kiedy samochód znajduje się w odległości o 50 mil od miejsca, z którego został samochód zabrany tzn ok. 80 km. Ale, jak zaznaczył bite drogi, poza tym miastem, nie sięgają dalej jak 15 km! Można się tu dostać jedynie samolotem, wodolotem, helikopterem, łodzią, statkiem.

Nasza wycieczka do lodowca potwierdza tezy o “ocieplaniu globu”. W miejscu gdzie wybudowano biura Parku Narodowego 60 lat temu był jeszcze jęzor lodowca. Są jednak miejsca gdzie lodowce wydlużają się i “rozrastają”; tak więc teoretycy, którzy twierdzą iż czeka nas nowa era lodowcowa mogą mieć satysfakcję, także. Oglądamy w budynku Parku Narodowego film o lodowcach, o których z przejęciem opowiada prof. uniwersytetu Alaski, prof. Roman Motyka, Amerykanin polskiego pochodzenia . W Juneau zwiedzamy ogród botaniczny stanowiący prywatną posiadłość. Jedziemy wózkami golfowymi wysoko w górę by znaleźć się w tropikalnym “rain forest” (“deszczowy las”). Modrzewie i świerki są ogromne, niebotyczne. Wiele z nich leży powalonych. Kilka lat temu ten teren byl zniszczony przez gwałtowne osuwanie się ziemi. Jak twierdzą miejscowi powodem tego było wycięcie drzew niezbędne do postawienia anten radiowych. Nie ukrywam, iż jazda na gorę a potem zjazd okupione były okupione sporą ceną strachu. Ale widoki, które otworzyły się przed nami, były warte tego.

Juneau w ciągu roku ma 220 dni deszczowych. My widocznie trafiliśmy na te bezdeszczowe. Należymy do tych szczęśliwców, nad któymi świeci słońce. Z wycieczki do tego miasta zapamiętamy i to, że jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie samolot zderzył się z rybą. “Otóż pewnego dnia”, opowiadał nasz przewodnik Tom “orzeł lecący z ogromnym łososiem w dziobie natknął się na samolot. Przestraszony ptak upuścił rybę, która uderzyła w skrzydło samolotu. Pilot więc zmuszony był do lądowania. Ten wypadek został odnotowany w annałach FAA (Federal Aviation Administration)”. Warto dodać iż Juneau jest uznane jest za “światową stolicę łososia”.

Odwiedziliśmy też Skagway. Powstało podczas słynnej gorączki złota. Stąd docierali kopacze do słynnego Klondike. Najpierw przeprawiano się wzdłuż rzeki, a potem zbudowano kolej. Do dziś kursuje pociąg po tych torach. W ciągu jednego roku przewiózł około trzysta pięćdziesiąt tysięcy turystów. Skagway liczy 850 stałych mieszkańców. Latem liczba się podwaja. Ale w czasie “gorączki” na tych terenach koczowało około 100 tysięcy ludzi. Trudno sobie to wyobrazić. Ketchikan powstał również jako efekt “gorączki złota”. Ciekawa jest uliczka wzdłuż ktorej stoją domy zbudowane na palach. Mieściły się tu “saloon`y” i burdele. Tu szczęśliwi zdobywcy złota tracili dwie trzecie swych zarobków. Te domy rozkoszy z długą tradycją zamknięto dopiero w latach pięćdziesiątych. Jedną z atrakcji w Ketchikan jest wioska Saxman, osiedle Indian, gdzie można obejrzeć oryginalne indiańskie totemy. By tam dojechać trzeba wziąć taksówkę. Kierowca okazuje się Polakiem w trzecim pokoleniu, ożenionym z Polką z Krakowa. Podobno jest doskonała gospodynią specjalizującą się w przyrządzaniu pierogów. Pan Ronald Tadziu Ziembinski przeszedł na emeryturę, przeniósł się na Alaskę i jeździ taksówką. Chwali sobie.

Z całej podróży największe wrażenie zrobiła na nas Zatoka Lodowcowa (Glacier Bay). Kiedyś przeczytałam wspomnienia turystki z Polski, Joanny Gaczyńskiej z jej podróży na Alaskę: “Pewnego kwietniowego dnia ustawiłam sie na czerwonej linii przed wejściem do Ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, gdy z podwórka dotarłam wreszcie do poczekalni, był wiszący na ścianie wielki plakat, na nim ogromna bryła lodu i napis “Glacier Bay National Park”. Są zdjęcia, ktore wywołują dreszcz emocji”. Autorka z Polski dotarła do Glacier Bay i swe przeżycia i doświadczenia opisała w internetowej ”Geozecie“.

Tak . Zatoka jest rzeczywiście nieopisanie piękna i tajemnicza. Przypłynęliśmy tam po dwu dniach i trzech nocach podróży morskiej. Wyłączono motory. Statek stał samotnie i nieruchomo na błękitnych wodach zatoki, pod bezchmurnym niebem na przeciw wielkiej lodowej góry o błękitnych odcieniach przechodzących od delikatnego koloru akwamaryny, jasnego szafiru aż po ciemny błękit , a w innych zaś miejscach lśnił szmaragdowo. Dominowała biel ale niemała część lodowca była pokryta czarnym nalotem. Staliśmy nieruchomo i wydawało się, że jesteśmy bardzo blisko lodowca, niemal na “wyciągnięcie ręki”.

Dopiero potem powiedziano nam , że stoimy w odległości około ośmiu kilometrów. W tej podróży wiele było momentów jakby odrealnionych, “ wirtualnych”, ułudnych. Bylo coś magicznego w tym otaczającym nas świecie. Lodowiec w wielu miejscach byl popękany, na wodzie widac było liczne odłamki kry. Ta cisza i bezruch wokół nas nas nie były trwałe. Lodowiec “ożywał”. Pękał. Dochodził do nas odgłos jakby oddalonych wystrzałów rewolwerowych. Od czasu do czasu z hukiem spadały wielkie odłamki lodu i dryfowały po zatoce. Czasem odpadał mały kawałek i słychać było tylko ciche chlupniecie wody. Czasem nad głowami przeleciały orły, zakrzyczały mewy. Ktoś zobaczył poruszające się w wodzie ciało nienazwanej ogromnej ryby.

Kiedy kapitan Vancouver znajdował się w tym rejonie w 1794 roku był tam kilku milowy odcinek wolny od lodu. Widział przed sobą ogromny blok lodu o wysokości ponad 1300 m wysokości, szeroki na około dwadzieścia pięć kilometrów sięgający do łańcucha górskiego oddalonego o około 150 kilometrów. Kiedy podróżnik z Kalifornii John Muir dotarł tu w 1879 roku stwierdził, iż lodowiec cofnął się o około czterdzieści pięć kilometrów. Kilkanaście lat potem zauważono dalsze cofnięcie się lodowca.

Podróż na Alaskę była naszą pierwszą długą podróżą statkiem pasażerskim. To też była atrakcja sama w sobie. Statek miał dziesięć pięter, kilka basenów, kilka “Jacuzzi” umieszczonych na pokładzie. Ośnieżone wierzchołki gór, piękne zielone lasy, lecące nad głowami ptaki były nieodłącznym elementem towarzyszącym podczas kąpieli. Sale gimnastyczne z licznymi urządzeniami do ćwiczeń, zakłady odnowy, kosmetyczne i fryzjerskie, kilkanaście barów, sala teatralna, kilka restauracji zapewniały wygodę i poczucie luksusu. Słuchaliśmy koncertów muzyki klasycznej (trio), jazzu, grała orkiestra do tańca. Można było na aukcji kupić obraz Chagala bądź Picassa. Był też do kupienia Miro i Dali. Było sporo innych ciekawych obrazów; w aukcjach nie uczestniczyliśmy, a kto wie, poza podróżą życia może można było zrobić “interes życia”? Tego już się nie dowiemy.

Znakomitą większość doskonałej obsługi stanowili cudzoziemcy; głownie z krajów dawnego “bloku wschodniego”i państw Ameryki Południowej, Łacińskiej, Filipińczycy, Hindusi, Tajlandczycy. Kapitanem tego pływającego “miasta” był Włoch Paolo Scala. Młoda urocza kobieta Lina, odpowiedzialna za stan naszych kajut, władająca biegle angielskim, pochodziła z Litwy, a kelner Remberto, z Gwatemali. Spotkałam też Polkę z wybrzeża, z okolic Gdańska. Była niezadowolona z pracy i zarobków na statku o czym powiedziała już w drugim zdaniu naszej rozmowy.

U końca podróży, już na lądzie stałym, w Vancouver mieliśmy szczęście trafić na rewelacyjny spektakl w wykonaniu artystów z Pekinu “Terracotta worriers”. Po naszej podróży do Chin , zafascynowani sztuką i historią tego niezwykłego kraju nie omieszkaliśmy skorzystać tej okazji. Widowisko było bardzo piękne; połączenie pięknych strojów, nieopisanej sprawności w prezentowaniu sztuki wojennej , znakomitego baletu, doskonałego głosu artystki z Pekinu, ciekawej scenografii, świetnej reżyserii, dało efekt wprost nie do opisania.

Dziesięciodniowa wyprawa na zachodnie wybrzeże Kanady i na południowo -wschodnią Alaskę uświadomiła mi raz jeszcze iż piękno świata jest niemożliwe do opisania. Nie można też ogarnąć heroizmu, samozaparcia , poświęcenia pionierów, odkrywców, poszukiwaczy złota, którzy kierowani potrzebą zdobywania wiedzy, przygody, bogactwa, byli tam przed nami. Jest wspaniale, jeżeli dane jest nam oglądanie tego wszystkiego własnymi oczyma .Jeżeli zaś jest to z różnych powodów niemożliwe, to warto czytać, oglądać i pobudzać własną wyobraźnię. I być może tak jak Joanna z Polski “poprzez czerwoną linię” dotrze się kiedyś do “Glacier Bay” czy jakkolwiek nazywa się owo wymarzone przez kogokolwiek miejsce.

Zdjęcia do artykułu (3)

alaska01.jpgalaska02.jpgalaska03.jpg

Więcej z Ameryki Północnej