Wydanie internetoweAmeryka Północna

Cartagena - “Złote Wrota” Ameryki

Marzena KądzielaKolumbia
Cartagena - “Złote Wrota” Ameryki

Światła miasta działały kojąco na moją wyobraźnię, hamowały strach przed wizytą w kraju, gdzie co godzinę ginie człowiek z rąk drugiego człowieka, a produkcji i handlu narkotykami nie da się już okiełznać. Cartagena z okiem samolotu wygląda tak niewinnie.

Mapa trasy: Cartagena - “Złote Wrota” Ameryki
Mapa trasy

Nasze bagaże przeszły przez prawdziwy huragan. Celnicy szukają broni. Zaglądają do kosmetyczek, aparatów, kamer. Obwąchiwana przez psa, obmacywana przez policjantkę czułam się jak przestępca. Tablice na drzwiach przypominają, że na teren lotniska nie wolno wnosić żadnej broni, ani palnej, ani białej. Koledze chcą zabrać wieloczynnościowy nóż. Długo trwało, zanim wytłumaczył, że nie wchodzi na lotnisko, ale je właśnie opuszcza. Witaj Kolumbio!

Mijamy oświetloną starówkę cartageńską. Katedra, forteca San Felipe, dom Marqueza - to wszystko zobaczę jutro. Mimo zmęczenia wielogodzinnym lotem postanawiamy nie tracić czasu na sen - decydujemy się na nocny spacer. Ulica biegnie tuż nad morzem. Na plaży tłumy cartageńczyków. Tańczą, śpiewają, grają na gitarach. Zebrani w kilkunastoosobowe grupki zapraszają do zabawy, częstują rumem. Ktoś ostrzega, że za tę gościnę każą nam potem słono zapłacić, zostajemy jednak i poddajemy się żywym latynoskim rytmom. Gdy odchodzimy, nikt nie żąda pieniędzy. Ściskamy serdecznie ciemne dłonie.

Wzdłuż ulicy stoją całe chmary młodych dziewcząt. Czyżby zbiórka uczennic cartageńskiej podstawówki? -To prostytutki - mówi Tadeusz nasz przewodnik. Jestem przerażona, niektóre dziewczynki nie mają więcej jak 10, 11 lat... Później dowiaduję się, że problem prostytucji kolumbijskich dzieci jest już nie do opanowania. Miejscowa policja przymyka na to oczy, otwierając je tylko wtedy, gdy przypadkiem znajduje ciało małej dziewczynki czy chłopca z wyraźnymi śladami malwersacji seksualnej. Miejscowi mówią, że policjanci chodzą po ulicach patrząc w niebo. Ktoś widocznie im za to płaci. W Kolumbii prawie połowa dzieci rodzi się poza małżeństwem. Mężczyźni rzadko pomagają swoim kochankom uważając, że spłodzenie dziecka jest już wystarczającą nagrodą. Samotne matki wychowujące po kilkoro, a nawet kilkanaścioro dzieci to dość często spotykany tutaj model rodziny. Dzieci więc, jak tylko osiągną odpowiedni wiek, muszą utrzymywać młodsze rodzeństwo.

Przestępczość i prostytucja jest tylko jednym ze sposobów zarobkowania, zwykle za przyzwoleniem rodziców. Pod naszym eleganckim hotelem kręci się wiele urodziwych Kolumbijek. To prostytutki wyższej klasy. Oferują naszym nieco speszonym kolegom swoje usługi.- Za noc żądają 50 dolarów, ale można stargować do 30 - informuje portier. W Kolumbii można targować się o wszystko.

Cartagenę najlepiej zwiedzać wczesnym rankiem. Mijają nas sprzedawcy gorącej kawy. W drewnianych skrzynkach noszą po kilka dużych termosów z mocną, słodką, gęstą “sutinto”. Po jej skosztowaniu stwierdziłam, że napój ten może postawić na nogi nawet największego śpiocha.

Cartagena, położona na siedmiu wyspach, założona została przez Hiszpanów w 1533 r. Pod względem ilości mieszkańców (500 tys.) zajmuje szóste miejsce w kraju. Jej starówka to doskonały przykład architektury kolonialnej tworzonej przez przedstawicieli wielu kultur - Hiszpanów, Afrykańczyków, Azjatów. Kolorowe kamieniczki z ukwieconymi balkonami, ciasno poustawiane są przy wąskich uliczkach. Balkony, okna z wnękami, małe werandy miały tu kiedyś nie tylko architektoniczne znaczenie. Pod nimi młodzi zakochani wyśpiewywali tęskne serenady oczekując, że ich zaloty będą dostrzeżone przez kobiety, którym na ulicy nie wolno było nawet spojrzeć na obcego mężczyznę.

Na jednej z ulic aż roi się od jubilerskich sklepów. Co chwilę podbiegają do nas naganiacze zapraszający do “najlepszego i najtańszego jubilera”. Emeralds czyli szmaragdy, cudownie zielone kamienie oprawione w złoto, przyprawiają o zawrót głowy. Ponad połowa ich światowego wydobycia pochodzi właśnie z Kolumbii, nic więc dziwnego, że na cartageńskich ulicach co krok można natknąć się na sklepy oferujące najwymyślniejszą biżuterię okraszoną zielonymi cudeńkami. Ich ceny nie są jednak dostępne dla przeciętnego turysty.

Cartagena zwana była w dawnych czasach “Złotymi Wrotami Ameryki” - to tu bowiem przybywały skarby z całej Nowej Grenady, a nawet z wicekrólestwa Peru, aby oczekiwać na statki, które wiozły je do dalekiej Hiszpanii. W związku z tym miasto cierpiało na ciągłe napady piratów. Aby się przed nimi bronić, król hiszpański, Filip II, postanowił w roku 1630 wznieść w Cartagenie potężną twierdzę. Na jej budowę, która trwała blisko 30 lat, nie żałował pieniędzy, wiedząc, że w przyszłości przedsięwzięcie to przyniesie jego królestwu ogromne zyski. Nie żałował również ludzi.

Murzyńscy niewolnicy nie wytrzymywali narzucanego tempa, umierali z wycieńczenia po 5-6 miesiącach katorżniczej pracy. Twierdza San Felipe de Barajas przypominająca kamienną piramidę pełna jest tuneli -pułapek wielokrotnie ratujących życie Hiszpanom i niosących śmierć tysiącom korsarzy grasujących po Morzu Karaibskim. Do historii przeszła walka 30 tysięcy angielskich żołnierzy, przybyłych na 120 statkach, z czterotysięczną armią cartageńską.

Gdy Anglicy zdobyli pierwszą twierdzę, Boca Chica, w Londynie zaczęto bić triumfalne medale na cześć admirała Vernona dowodzącego napastnikami. Nikt nie przypuszczał, że z drugą twierdzą, San Felipe, nie pójdzie tak łatwo. Cartageńczycy bronili się zaciekle, a gdy już byli u kresu wytrzymałości, na pomoc przyszła im zaraza - żółta febra, która zdziesiątkowała wrogów. Zginęło wtedy ponoć aż 20 tysięcy Anglików. Reszta nie zdoławszy pokonać murów twierdzy i niezwykłego hartu przeciwnika, odstąpiła od oblężenia.

Na cartageńskiej starówce natknęłam się na przedziwny hotel. Budynek wzniesiony pod koniec XVI stulecia był przez wieki klasztorem Klarysek. Podczas rządów któregoś z dwudziestowiecznych dyktatorów wyrzucono stąd zakonnice tworząc w tym miejscu komisariat policji. Kilka lat temu klasztorny budynek kupił bogaty Amerykanin , który postanowił uczynić z niego pięciogwiazdkowy hotel. Z mieszanymi uczuciami podchodziłam do recepcji zrobionej z... ołtarza.

Od dziewiątej trudno wytrzymać na cartageńskich ulicach. Chodniki zmieniają się w targowiska, po ulicach jeżdżą przeraźliwie głośne samochody, których właściciele szczególnie upodobali sobie “granie na klaksonach”. Próbuję robić jakieś zdjęcia, ale co chwilę ktoś mnie potrąca, jakby specjalnie. Sprzedawca owoców, na którego skierowałam obiektyw aparatu, grozi mi i coś krzyczy. Kolumbijczycy nie lubią być fotografowani. Wiąże się to ze starym indiańskim przesądem, głoszącym, iż fotografowanemu zabiera się duszę. Okazuje się jednak, że i dusza jest przekupna, bo gdy zobaczy półdolarówkę, jej właściciel chętnie pozuje do zdjęcia.

By przejść na drugą stronę zatłoczonej ulicy, trzeba mieć dużo szczęścia i odwagi. Wydaje mi się, że w Kolumbii pojęcie przestrzegania zasad ruchu drogowego jest zupełną abstrakcją. Nagle - czy to przewidzenie? - dostrzegam znajomą, choć rzadko już w Polsce spotykaną sylwetkę “Warszawy”. Nie myliłam się, w Kolumbii do tej pory jeździ ich mnóstwo.

Na pomysł sprowadzania samochodów zza oceanu wpadł Polak, Leon Knorpel, który przybył do Kolumbii jeszcze przed drugą wojną światową. W latach sześćdziesiątych spotkał na ulicy swych rodaków. Wzruszył się do łez słysząc polską mowę, zaprosił mężczyzn na tutejszą wódkę - aquargente- i wymyślił polsko-kolumbijski interes. Pomysł handlowania z komunistycznym krajem nie spodobał się rządowi, jednak spryt i siła przekonywania Polaka zwyciężyły. Wkrótce do południowoamerykańskiego kraju przybyły polskie “Warszawy”. I tu zaczęło się pasmo kłopotów Knorpla. Samochody co prawda bardzo szybko sprzedał na taksówki, ale na części zamienne czekał półtora roku. Samochody “sypały się” błyskawicznie, a taksówkarze nie mogąc wyegzekwować od sprzedawcy oczekiwanych części, zaczęli mu poważnie grozić. Hasło "Polak potrafi" sprawdziło się i w tym przypadku. Knorpel wyciągał części z nowych samochodów zaopatrując w ten sposób zniecierpliwionych taksówkarzy. Ponad sto samochodów z Żerania czekało na brakujące elementy, ale taksówkarze byli zadowoleni. Potem nie było już tego typu problemów, a "Warszawy" zaczęły cieszyć się tu nawet całkiem niezłą opinią.

Uciekam z zatłoczonej starówki na piękną karaibską plażę. Natychmiast pojawiają się plażowe fryzjerki oferujące zmianę mojej fryzury na dziesiątki warkoczyków, potem handlarze wszelkiego rodzaju pamiątek dość mocno namawiają na zakupy. Zdecydowane "muchas gracias" uwalnia mnie od natrętów.

"Maniana" to nie tylko słowo oznaczające jutro. To także postawa, którą charakteryzują się Latynosi. Doświadczyliśmy jej podczas posiłku w rybnej restauracji. Zanim przyjęto zamówienie, minęła chyba godzina. Oczekiwanie na posiłek zajęło dalsze dwie godziny. Śmialiśmy się, że kucharz dopiero wypłynął na połów. Nikt jednak się nie denerwował, taka jest przecież cała Ameryka Południowa - nieco ospała i rozleniwiona, ale jakże piękna.

Wieczorem, wbrew przestrogom znajomych, wybraliśmy się na spacer po nowoczesnej części miasta, znacznie brzydszej od starówki. Biegały za nami bose dzieciaki, które otrzymawszy słodycze, odchodziły. Nie widzieliśmy handlarzy narkotyków, nikt nas nie okradł, ani nie próbował oszukać.

Cartagena jest podobno najspokojniejszym kolumbijskim miastem. Jest chlubnym wyjątkiem od niechlubnej reguły.

Strona internetowa autorki: www.republika.pl/mkadziela/archiwum

Więcej z Ameryki Północnej