Wydanie internetoweAmeryka Północna

Wyprzedaż rewolucji

Krzysztof UlanowskiMeksyk
Wyprzedaż rewolucji

Do Tuxtli, stolicy stanu, przyjeżdżamy rano z Oaxaki. Dworzec autobusowy jest wyraźnie mniejszy niż dworce w centrum kraju. Poza tym usytuowany jest nie na obrzeżach, lecz w śródmieściu. Może zabrakło pieniędzy na wybudowanie wielkiego gmachu na peryferiach? Dla nas to jednak lepiej. Szybko dochodzimy do Zocalo (Rynku). Po drodze mijamy plakat z napisem ,,Niech żyje Meksyk, ale Chiapas niech żyje również". Mieszkańcy tego stanu pragną jak najszerszej autonomii.

Mapa trasy: Wyprzedaż rewolucji
Mapa trasy

Krokodyle w kanionie

W restauracji na Zocalo prosimy o grzanki z dżemem. Ale jest tylko miód i chleb tostowy. Kelner przynosi nam po trzy tosty, ale zapomina o... talerzach. Śniadanie niedobre. Miasto takie sobie. Szybko łapiemy więc colectivo (wieloosobową taksówkę) i jedziemy do pobliskiego Chiapa de Corzo.

W miasteczku rozpoczynają się spływy łodzią motorową kanionem rzeki Grijalva. Ściany malowniczego wąwozu wznoszą się aż na kilometr! Bilet kosztuje 90 pesos (ok. 28 zł), warto jednak odżałować te pieniądze, choć morderczy upał daje się we znaki przez cały czas spływu. Sternik zatrzymuje się w wielu ciekawych miejscach.

Na spłachetku piaszczystego wybrzeża pod skalną ścianą wygrzewają się krokodyle. Zrazu z całkowitym spokojem pozwalają sobie robić zdjęcia z odległości kilku metrów. Potem jeden z czworonogów, zniecierpliwiony, wsuwa się do wody. Drugi otwiera na całą szerokość zębatą paszczę. Natychmiast wykorzystuje to maleńki ptaszek, który wlatuje do środka i rozpoczyna mozolne czyszczenie gadziej jamy ustnej z pasożytów.

My już jednak płyniemy dalej. Na ścianie wąwozu widzimy coś, co przypomina choinkę. To formacja skalna uformowana przez maleńki wodospadzik. Dowcipny sternik kieruje łódź prosto w wodną mgiełkę. Lekko zmoczeni wpływamy kawałek dalej do groty, na ścianie której tubylcy umieścili kapliczkę Marii.

Wracamy na światło dzienne i podziwiamy przelatujące pelikany. Wreszcie wydostajemy się z kanionu i wpływamy na sztuczny zalew. Cumujemy u stop usytuowanej na wysokim brzegu restauracyjki. Sternik ogłasza pięciominutową przerwę. Tubylcy wchodzą na górę i… coś długo nie wracają. No tak, te meksykańskie pięć minut… Wchodzimy za nimi i widzimy, jak tubylcy spokojnie konsumują obiad. Trudno, trzeba się dostosować. Zamawiamy chłodną ,,Coronę" z limonką. W takim upale to balsam dla duszy i dla ciała! Po około 45 minutach wracamy do Chiapa de Corzo.

Klimatyczne San Cristobal

Na brzegu wchodzimy do włoskiej knajpy. Przesyceni meksykańskimi plackami kukurydzianymi, stęskniliśmy się za kuchnią europejską. Zamawiam lasagnę wegetariańską. Bardzo dobra, tyle że porcja dziwnie maleńka jak na 50 pesos (16 zł)… Kelner interesuje się, skąd jesteśmy i dokąd teraz jedziemy. Wyjaśniamy, że z Polski (hasło ,,Juan Pablo Segundo", czyli ,,Jan Paweł II" od razu pomaga Meksykanom skojarzyć nasz kraj), a naszym najbliższym celem jest San Cristobal de Las Casas. Meksykanin chwali wybór: ,,!Ciudad muy agradable!" (,,Bardzo przyjemne miasto!"). Ma całkowitą rację.

Do San Cristobal udaje nam się z Tuxtli złapać autobus w cenie promocyjnej; za jedyne 25 pesos (8 zł). Miasto jest faktycznie piękne, a w dodatku dość chłodne, bo położone na wyżynie. Lokujemy się w schronisku o mało wyrafinowanej nazwie ,,Hostal de Las Casas". Płacimy tylko 70 pesos za noc, czyli zdecydowanie taniej niż na północy. Trochę żałujemy, że w cenie nie ma śniadania. Przestajemy żałować, kiedy schodzimy do kuchni zagrzać wodę na herbatę. Po ścianach biegają setki wielkich karaluchów! Poza tym jednak hostel nie tętni życiem, raczej świeci pustkami. Prowadząca go indiańska rodzina nie mówi po angielsku, a i po hiszpańsku słabo. W Chiapas to norma; większość mieszkańców mówi w jednym z kilkunastu języków Majów, a po hiszpańsku rozumie tylko podstawowe zwroty.

Odwiedzamy Zocalo. Masowo i dość nachalnie nagabują nas indiańskie handlarki. Od Rynku biegnie deptak - ulica 20 Listopada. Wchodzimy nań i zaglądamy do ,,ekologicznej" ciastkarni - piekarni. Dwoje dzieci prosi, żeby kupić im po bułce. Kupujemy. Na ulicy wychudzony pies prosi o kąsek. Otrzymuje. Widać, że miasto nie jest zamożne. Jednak jest też turystyczne i dużo się w nim dzieje. Na deptaku sporo zachodnich, plecakowych obieżyświatów. W knajpce ,,Revolution" koncertują rastafariańscy muzycy, potrząsając dreadami.

Wracamy na naszą ulicę i wchodzimy do klimatycznej knajpki ,,Gato Gordo". Jest karta wegetariańska! Menu dnia za jedyne 25 pesos obejmuje zupę z soczewicy i faszerowaną cukinię. Pyszności. Wracamy do schroniska. Ledwie tam wchodzimy, gdy rozlega się huk. Wraz z indiańską rodziną wybiegamy przed dom. We frontowej ścianie tkwi duży samochód. Wjechał z takim rozpędem, że bez problemu pokonał bardzo wysoki (typowy dla Meksyku) krawężnik, wywalił drzwi i wgniótł ścianę. Akurat w tym miejscu, gdzie chwilę wcześniej staliśmy!

W pogańskiej świątyni

Idziemy spać. Okazuje się, że choć rezerwowaliśmy pokój na pięć osób, dostaliśmy dwa łóżka pojedyncze i jedno podwójne. W dodatku w podwójnym wypadają deski. Ale, że śpię dzięki temu pomiędzy dwiema pięknymi kobietami, to nie narzekam. Następnego dnia rano idziemy na Zocalo. "Lonely Planet" informuje, że między 8.00 a 9.00 przed kioskiem na Rynku stoi z parasolką pani Mercedes, mieszkanka pobliskiej, indiańskiej wioski. Zna angielski i organizuje toury po okolicy. Faktycznie, widzimy niewiastę z parasolką. Kobieta w mieszaninie hiszpańskiego i angielskiego tłumaczy, że nie jest Mercedes, tylko jej sąsiadką. Mercedes zachorowała, a ona ją zastępuje. Inkasuje pieniądze i zapewnia, że za pół godziny przyjedzie anglojęzyczny przewodnik.

Po pół godzinie na Zocalo istotnie zajeżdża busik. Do środka oprócz nas wsiada jeszcze kilkoro Białych i paru Meksykanów. Jedziemy do Chamuli, która na pierwszy rzut oka wydaje się zwyczajną wioską. Wychodzimy na gruntową drogę. Mijają nas kobiety w barwnych strojach. Potem grupa mężczyzn w czarnych kożuchach z owczej wełny. To przywódcy religijni.

Majowie spoglądają na nas nieufnie. Przewodnik uprzedza, że nie wolno ich fotografować. Pokazuje nam tradycyjne domki tubylców z drewna i z gliny. Przy drodze stoi przybrany zielenią krzyż. Przewodnik tłumaczy, że nie jest to bynajmniej chrześcijański, lecz pogański, przedkolumbijski jeszcze symbol Majów.

W centrum wsi znajduje się kościół pw. św. Jana, a przed nim rozciąga targowisko. Świątynia formalnie jest katolicka. Nad drzwiami napisano nawet ,,Niech żyje święty Jan!" Wchodzimy do środka i przeżywamy szok. Podłoga pokryta jest igliwiem. Płoną setki świec. Po bokach stoją figury ,,świętych"; przewodnik tłumaczy, że to faktycznie bóstwa pogańskie. W świątyni składa się ofiary z kurczaków.

Na szczęście nikt nie zabija ptaka na naszych oczach. Widzimy tylko, jak Indianie się modlą, a szaman naciera głowę jednego z dzieci jajkiem. Z pewną ulgą wychodzę na zewnątrz. Na targowisku ruch. Masę osób chce nam coś sprzedać. Już nie spoglądają nieufnie. Są natrętni. Mała dziewczynka prosi, żeby zrobić jej zdjęcie. Za pięć pesos. Przywódcy religijni jeżdżą konno po targowisku w tę i z powrotem.

Demokracja na koszulce

Jedziemy do Zinacantan - sąsiedniej wioski. Kobiety są tu równie kolorowo odziane, ale stroje i fryzury mają już inne. Wstępujemy do gospodarstwa, zaprzyjaźnionego z naszym przewodnikiem. Jest tu manufaktura tkacka. Pracują kobiety i dzieci. Kupuje ładną bluzę za 100 pesos (30 zł). Wchodzimy do glinianej chatki. Panuje półmrok. Czuję się trochę jak w chacie Beduinów - w podobnej, przyjaznej turystom wiosce nieopodal egipskiej Hurghady. Starsza Indianka praży placki na blasze. Przewodnik zaprasza do poczęstunku. Tortilla jest z avocado, ziarnami czarnej fasoli, białym serem i papryczką chili. Pyszna! Przewodnik częstuje też wysokoprocentowym alkoholem domowej roboty. Z cynamonem. Dobre. Wracamy do San Cristobal. Na końcu naszego deptaku znajduje się kościół, a przy nim targ z ciuchami i pamiątkami. Sprzedają kobiety Majów. Kupuję opaskę na rękę za 2,50 peso, a za 50 pesos T-shirt z hasłami Zapatystów - ,,Demokracja, wolność i sprawiedliwość"

Zapatyści są wszędzie. Na straganach stoją ich figurki z drewnianymi karabinkami. Obok leżą ich kominiarki. Przed sklepikami kuszą kartki pocztowe z wicekomendantem Marcosem w różnych pozach. Jest więc komendant na koniu z towarzyszami, komendant z karabinem, komendant przy radiostacji... Rewolucja rozmieniona na drobne.

Odnajduje mnie wychudzony pies, którego wczoraj nakarmiłem. Czworonóg otrzymuje kolejny kąsek i już nas nie opuszcza. A my idziemy na obiad do naszego ,,Kota" (,,Gato"). Tym razem w wegetariańskim menu dnia jest zupa z tortilli i kotlet z soi. Dodatkowo w ramach ceny placki z ostrą salsą - jak to w Meksyku. Pies grzecznie leży na chodniku przed knajpką. Dostaje kawałek placka i idzie za nami aż do schroniska. Tam też czeka przed wejściem. Bierzemy nasze bagaże i łapiemy taksówki na dworzec. Pies musi pozostać w San Cristobal.

Miasto w dżungli

My kupujemy bilety po 102 pesos i pomykamy autobusem do Palenque. Już w autobusie Dorota wyczytuje w swoim przewodniku, że w Palenque zdarzają się napady na turystów. ,,To tak, jak i w całym Chiapas" - uspokaja ją Ilona. Na miejscu jesteśmy przed pierwszą w nocy. Jest bardzo gorąco i - co gorsza parno. Nocleg zarezerwowaliśmy już wcześniej w pensjonacie Posada Kim. Płacimy po 82 pesos. W pokoju pod sufitem pracuje wiatrak, więc jakoś da się wytrzymać. Pod prysznic! Woda chłodna, ale to nawet lepiej.

Rano trzeba dodatkowo zapłacić po 20 pesos za śniadanie, czyli kawę i dwie grzanki. Trudno się najeść. Za rogiem znajduje się dworzec. Busikiem docieramy kawałek za miasto, do usytuowanych w dżungli ruin Majów, które również nazywają się Palenque. Przejazd kosztuje 20 pesos, a wstęp - 38.

Już na skraju dżungli zaczepiają nas sprzedawcy pamiątek i napojów chłodzących. Te ostatnie są niezbędne. Upał powoduje, że jesteśmy całkowicie zlani potem. Zapach potu przyciąga zaś duże, żółte owady. Pomaga środek na komary i chusteczka do nosa. Kierowca naszego busa proponuje, że za 500 pesos zawiezie nas kilkadziesiąt kilometrów dalej - do wodospadów Aqua Azul i Misol - Ha. Przyjmujemy ofertę; wypada po 30 zł za osobę, a oba wodospady uchodzą za wyjątkowo piękne. Kierowca jest sympatyczny i rozmowny. Po drodze czuje się w obowiązku pełnić rolę przewodnika. Mijamy tablicę z napisem ,,Terytorium Zapatystów". Czujemy lekki niepokój. ,,Ya no Zapatistas. Finito" (,,Nie ma już Zapatystów. Skończone") - uspokaja kierowca. Po ponad godzinie docieramy do Aqua Azul. To park narodowy, więc najpierw jedni strażnicy inkasują od nas po 10 pesos za wstęp, a potem kolejni dodatkowo po pięć. Przy okazji dzieci sprzedają nam placuszki po 10 pesos i w tej samej cenie kiść małych, słodkich bananów.

Wodny raj

Wokół wodospadów masę knajpek i stoisk z pamiątkami. Nic dziwnego; dużo tu białych turystów. Wodne kaskady przepiękne. Poniżej progów wodnych w rzece można się kąpać. Nurt jest jednak bystry, więc dla bezpieczeństwa co około 10 metrów przez koryto rzeki przeciągnięto liny, których w razie czego należy się złapać.

W życiu tak szybko nie pływałem! Nurt wrzuca mnie na pierwsza linę, a zaraz potem na głęboką wodę. Szybko skręcam w kierunku brzegu. Przepływam pod drugą liną i ląduję na wysokiej skarpie - dalej rosną krzaki, więc nie wiadomo, czy jest możliwość wyjścia. Możliwości zawrócenia na pewno nie ma. Po kąpieli wracamy do naszego busika. Częstujemy kierowcę banankami, a on rewanżuje się owocami limy. Lima to taka cytryna, tyle że słodka. Tymczasem przez drogę leniwie przechodzi kurczak. Zwierzęta są tu podobnie wyluzowane jak ludzie; ani psy, ani drób nie przyspieszają na widok nadjeżdżającego pojazdu. Zwalniamy, ale kurczak i tak znika pod podwoziem naszego samochodu. Robimy przerażone miny. Kierowca śmieje się i pokazuje całego i zdrowego ptaka, który właśnie wychodzi spod pojazdu.

Skręcamy na drogę, wiodącą do wodospadu Misol - Ha. Widok robi wrażenie. Wodospad jest bardzo wysoki, a utworzone przez niego oczko wodne wśród skał - piękne. Jest też szlak turystyczny, który wiedzie pomiędzy wodospadem a skałą. Nad wodospadem szlaku nie ma, co niektórym turystom wcale nie przeszkadza. Nasz kierowca opowiada, że rok temu zabiło się w ten sposób trzech Włochów.

W Palenque idziemy na obiad do sympatycznej restauracji ,,Mexicana". Mają tu dobre quesadillas (placki z serem). Kelner myli się na naszą niekorzyść i trudno przekonać go, że popełnił błąd. Trzeba mu pokazać kartkę z pisemnymi rachunkami.

Szukamy z Anią przystanku autobusów, które jadą do granicy z Gwatemalą. Nie jest to łatwe, bo tubylcy podają sprzeczne informacje. W końcu wskazują nam dwa miejsca, z których być może jutro wczesnym porankiem będzie odjeżdżał autobus. Wracamy do naszej posady (pensjonatu). Mijamy sporo pijanych osób. Zaczepiają nas wygłupiające się dzieci. I jedno, i drugie jest dość nietypowe dla Meksyku. No, ale przecież jesteśmy w Chiapas.

Zdjęcia do artykułu (4)

Aqua_Azul.jpgMaja.jpgMisol_Ha.jpgkrokodyle.jpg

Więcej z Ameryki Północnej