Niewiele jest trzytysięcznych miasteczek w Polsce, które mogłyby pochwalić się posiadaniem dwóch mostów. Taka miejscowość znajduje się około 70 km od Warszawy. Jadąc w kierunku Gdańska, tuż za mostem na Wiśle w Modlinie, zjazdem z autostrady przez wiadukt, trafia się na drogę prowadzącą do Płocka.

Informuje o tym znak drogowy. Zaraz za nim kolejny znak ostrzega o ograniczeniach w ruchu na moście przez Wisłę w Wyszogrodzie. Ów most znajduje się w miejscu, w którym Bzura wlewa swoje wody do Wisły. Ma on ponad 1200 metrów i praktycznie w całości zbudowany jest z drewna. Jest to jedyny tak długi drewniany most w Europie.
Zaniedbana mieścina
To niewielkie miasteczko, na mapach topograficznych 2,7 tysiąca mieszkańców, większość osób na pewno nazwałaby zapadłą dziurą. Główna ulica nie przyciąga swoim wyglądem. Odrapane budynki, niemalże popadające w ruinę straszą z jej obu stron. Po wykrzywionych chodnikach przechodzi niewiele osób. W większości emeryci. Wydaje się, że mało osób tutaj mieszka. Dwieście metrów dalej na końcu ulicy Rębowskiej znajduje się mały plac. Stoi tam, absolutnie kontrastując ze starymi, nowoczesny budynek poczty i centrali telefonicznej. Świeże tynki oraz elewacja dają wrażenie powiewu nowej ery dla miasta. Napis na budynku "Rozmównica" - jednak centrala telefoniczna nadal pozostaje ręczna. Codziennie przychodzą tam dwie panie, które wykonują pracę tarczy telefonicznej w nowoczesnych centralach automatycznych. Gdy chcę zrobić zdjęcie, jedna z nich protestuje.
- Nie wolno robić tutaj zdjęć, niech pan nic nie kombinuje. Trzeba jechać po zezwolenie do wydziału telekomunikacji w Płocku! - krzyczy i patrzy na mnie jak na bandytę. Wzruszam więc ramionami i chowam aparat. Zupełnie jakby panował komunizm, wszystko tajne. Maszyny, które tam stoją muszą przynajmniej pamiętać czasy wydarzeń grudniowych (1970) jeśli nie są starsze.
Otaczające budynki wyglądają jak oddane do wyburzenia. W bramie stoją dwaj starsi panowie i popijają jakieś tanie winko. Na "zapleczu" budynków stoją poprzyklejane do siebie niczym slumsy komórki, całe mrowie ohydnych drewnianych szałasów. Brudno. Widzę zaniedbany ptasznik.
- Co pan fotografuje? - dziwi się jakaś pani, gdy robię zdjęcie budynku starej poczty. - Niech pan poszuka czegoś ładnego a nie tego śmietnika.
Rozmawiam z nią długo. Narzeka na brak kultury. Opowiada o tym, jak niegdyś była remiza i ludzie chodzili się bawić, ale odkąd remiza "spadła" do rzeki to nikt już nic nie organizuje. Młodzi klną i piją. Turystów mało.
- Nikt nie chce tutaj przyjeżdżać. Brudno i ubogo. Za komunistów było lepiej - narzeka, po czym podpytuje mnie co ciekawego grają w teatrach i kinach w Warszawie. Pytam, czy nie chce się przeprowadzić. Odpowiada że to nie dla niej, nie ma sposobu ani pieniędzy i znajomości.
Pewnego dnia spotkałem młodego mężczyznę na starym moście. Okazał się być fotografem. Dowiedziałem się, że jest rodowitym Wyszogrodzianinem, ale przeprowadził się do Płocka. Tam miał warunki rozwoju, w rodzinnym mieście żadnych.
W barze siedzi kilku mężczyzn. Rozmawiają przy kufelku. W rogu grupka młodzieży. Pytam o obiad. Menu bardzo skromniutkie. - Czy naprawdę nie ma nic innego?
- Jest, ale mamy zarezerwowane dla robotników z budowy - mówi kelnerka.
W Urzędzie Gminy i Miasta szukałem noclegu. Panie tam pracujące z dużymi chęciami wydzwaniały po znajomych domach (hotel nie dysponował wolnymi pokojami). - Wszystko zajmują robotnicy z budowy - pada odpowiedź. Miałem szczęście, że znalazłem nocleg. Jedno łóżko w całym mieście i to też tylko dlatego, że jeden z inżynierów wyjechał do domu.
"Obiekt mostowy"
Dwudziestometrowa, stroma ściana gliny wysuszonej przez słońce na pieprz przyjęła kolor brudnego beżu. Widnieją w niej miejscami głazy wielkości pięści. U podnóża gęste zarośla. Wisła z szumem przelewa się przez kamienną ostrogę, ma ona odsunąć nurt od skarpy. Piaszczyste łachy drugiego brzegu pokrywają gęste zarośla. Gdzieś tam w odległości ponad kilometra znajduje się "stały ląd". Kilkaset metrów w górę rzeki w rozcinającej skarpę dolinie zaczyna się most. Ponad 50 filarów zbudowanych z drewnianych bali wbitych w dno podtrzymuje drewnianą konstrukcję. Jedyne stalowe przęsło znajduje się w miejscu, gdzie Wisła ulokowała swój nurt. Powierzchnia nośna pokryta jest deskami ułożonymi w "jodełkę". Miejscami zalegają strupy asfaltu.
Ta rachityczna, wydawać by się mogło, konstrukcja pozwala przekraczać rzekę już od 84 lat. Co chwila przejeżdżają po moście samochody. Formalnie znak zabrania poruszania się po nim z prędkością większą niż 15 km/h, ale większość kierowców jeździ nawet "czterdziestką". Most trzeszczy i chybocze się niebezpiecznie.
W 1914 roku niemieckie wojsko zmusiło mieszkańców Wyszogrodu do zorganizowania budowy. W dno, kosztem wyrzeczeń cywilnej ludności, wbito kilkaset pali. Na nich pobudowano drewniany most. Miał to być most pontonowy przeznaczony jedynie do szybkiego przerzucania oddziałów wojskowych. Jednakże okazało się, że był bardziej funkcjonalny. Wielokrotnie zrywany przez powodzie był ponownie z pieczołowitością stawiany. Obecnie jest to jedyne miejsce pozwalające przekroczyć Wisłę na odcinku pomiędzy Modlinem a Płockiem.
Dwóch rolników rozmawia stojąc przy barierce w miejscu gdzie most zwęża się do połowy swojej szerokości. Tutaj dno rzeki podnosi się i wyłania nad wodę w postaci Kępy Wyszogrodzkiej. Prowizorycznie zrobiona pochylnia służy do wyprowadzania krów. Całe ich stado pasie się na bogatej łące porastającej kępę. Po moście przejeżdża rowerzysta, mija mnie. To starszy człowiek. Na twarzy ma setki zmarszczek. Chwilę stoję i patrzę jak powoli oddala się w stronę miasta na starym, zużytym rowerze. Zastanawiam się, jak tacy ludzie tutaj żyją? Z czego się utrzymują, chyba tylko z renty? Jedyną szansą dla miasta wydaje się być duża inwestycja.
Przeprawa
Gigantyczna maszyna z warkotem motoru opuszcza półtorametrowej średnicy świder. Robotnicy krzątają się dookoła. Ich postacie oświetla kilka silnych lamp. Przez Wisłę biegnie most pontonowy. W kilku miejscach przy nim znajdują się kasetony zbudowane ze stalowych szyn wbitych w dno, zasypane piaskiem. To w tych miejscach powstaną filary mostu. Jest ciepły, letni wieczór. Słońce już dawno schowało swą tarczę za horyzontem gdzieś na zachodzie. Noc rozpoczyna władanie. Na południowo-wschodnim niebie blada poświata odległych świateł stolicy. Siedzę na krawędzi skarpy i obserwuję ruch w dole. Białe plamki kasków robotników poruszają się niczym mrówki, pozornie chaotycznie, jednakże każdy ma swoje zadanie. Trwa praca w wykonywaniu otworów w dnie rzeki. Otwory te zostaną następnie zaopatrzone w stalowe uzbrojenie i zalane betonem. Na drugim brzegu prace są już znacznie bardziej zaawansowane. Wybudowano drogę dojazdową i przyczółek mostu. Stoi już kilka filarów. Lada moment zostaną zamontowane przęsła. Na rzece prace idą wolniej. W skarpie wykonany jest wykop na głębokość prawie dziesięciu metrów. W jago płaskim dnie wybudowano szyny, na których stoi metalowa suwnica. Pod nią rozrastają się z tygodnia na tydzień metalowe sanie, gdzie osadzone jest przęsło.
Biuro znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie budowy. Poprzedniego dnia poszedłem tam w nadziei uzyskania informacji na temat budowy, które mógłbym wykorzystać w mojej pracy dyplomowej. Niewielki barak wewnątrz wygląda jak nienaganne, eleganckie biuro. Idę długim korytarzem. Zaglądam do pomieszczeń po obu jego stronach. Cisza. Drzwi pootwierane, jest lipcowy gorący dzień. Szafki z ubraniami roboczymi, eleganckie biurowe meble. W dużym pokoju stoją stoły kreślarskie, komputery. Z krzesła podnosi się wysoki mężczyzna z gęstym zarostem. Przedstawiam się i mówię czego szukam. Prowadzi mnie do pokoju, w którym pracuje młody inżynier Grzegorz Krystański. Przyjechał z Krakowa podobnie jak większość inżynierów z firmy "Mostostal Kraków". Została ona wynajęta do wykonania głównej konstrukcji mostu. Podpory oraz prace ziemne wykonuje firma Dromex z Cieszyna. Budowę zabezpieczeń na rzece powierzono warszawskiemu Przedsiębiorstu Budowli Wodnych PBW. Całość finansowana jest przez Zarząd Dróg Publicznych w Warszawie. Podobno inwestycja wynosi 20 mln USD. Projekt oszałamiający. Most będzie miał 12 przęseł, wszystkie będą wykonane przez Mostostal z Krakowa. Newralgiczne elementy łączenia przęseł i filarów będą zakupione za granicą, gdyż producent daje lepsze warunki gwarancji oraz parametry niż producenci krajowi. Różnica wysokości pomiędzy przyczółkami wynosi 8 metrów, tak więc dokładność wykonania ma tutaj duże znaczenie.
Wychodzimy na zewnątrz. Owe monstrualne sanie mają służyć do nasunięcia przęsła z brzegu na podporę. Następnie po zmontowaniu kolejnego przęsła na brzegu przesunięte one zostaną dalej. W miejscu przyczółka mostu na skarpie pracuje koparka. Pracowicie ładuje wywrotkę.
- Nie boicie się o stabilność skarpy? - pytam
- Nie. Zanim wjechał tam ciężki sprzęt, to jedna z tych maszyn, które teraz wiercą w dnie wywierciła w skarpie cztery otwory poniżej dna Wisły. Są zalane betonem od dna do poziomu, w którym koparka przestanie kopać. Dodatkowo mamy tam ściankę larsena. Nie ma prawa się ruszyć, zresztą zostanie tam ona na zawsze, tak na wszelki wypadek - odpowiada szybko inżynier Krystański.
Wisła niszczy brzeg
Na niewielkim, świeżo wybudowanym nabrzeżu wyładunkowym koparka mozolnie przerzuca tony gruzu z barki na pokaźną stertę. Przy drugim brzegu robotnicy przy pomocy koparki zamontowanej na pływającej platformie sypią ostrogę, która ma ochraniać w przyszłości brzeg przed podmywaniem. Nagie ściany znaczą ostatni epizod oberwania się fragmentu skarpy. Na jej skraju stoi kilka opuszczonych i zrujnowanych budynków. Wzdłuż skarpy ciągnie się ulica Klasztorna. Wzięła ona nazwę od klasztoru franciszkanów, który wybudowano tutaj najprawdopodobniej w wieku XV. Jest to jedyny z tak starych budynków w sąsiedztwie skarpy. Z badań archeologicznych wynika, że miasto funkcjonuje przynajmniej od XI wieku. Od XII wieku istniały kasztelania i targ książęcy. Badania archeologa Szymańskiego z roku 1966 doprowadziły do odkrycia pierwotnego grodu założonego niedaleko obecnej wsi Drwały. Było to jedno z grodzisk pobudowanych wzdłuż szlaku handlowego Wisły. Drugim ufortyfikowanym miejscem była Zamkowa Góra w samym Wyszogrodzie. Pierwszy gród powstał przed wiekiem XIII. Książę Konrad Mazowiecki postawił kolejny w 1231 roku. Znaleziono także fundamenty murowanego zamku wzniesionego przez Kazimierza Wielkiego, a rozebranego w 1798 roku. Archeologowie spierają się o pierwotne miejsce oraz o ilość grodów w Wyszogrodzie. Jest tak dlatego, że nie zachowały się szczątki tamtych budowli. Budynki stawiano w pobliżu rzeki, a ta, jak wykazują Księgi Wizytacji Kościelnych oraz zachowane dokumenty i ilustracje, często zmieniała swoje koryto i powodowała osunięcia ziemi. Podają one także informacje o zarysowaniu się ścian zamku murowanego oraz o poderwaniu przez rzekę zabudowanego terenu miasta.
Ścianę klasztoru znaczy obecnie paskudna szczelina. Ponoć powiększa się ona z roku na rok. W roku 1991 w okolicach jednego z gospodarstw poruszyła się ziemia. Ludzi wykwaterowano. Nakaz eksmisji dotarł także do lokatorów innych budynków wzdłuż całej ulicy znajdujących się w bezpośredniej bliskości skarpy. Na szczęście skarpa ustabilizowała się w tym miejscu... Na razie.
Ślady ruchu widać do dziś. Z jednego budynku pozostała połowa. Trzyma się na ostałym kominie strasząc dziurawym dachem i powiewającymi resztkami pozrywanej papy. Całość jest ogrodzona. Wejścia pilnuje pies i szczeka zajadle. Widać konia oraz narzędzia gospodarskie. Dowiedziałem się, że już nikt tutaj nie mieszka. Pozostały tylko zwierzęta i opustoszała szopa.
Domy znajdujące się bliżej rynku wzdłuż całej ulicy nie robią lepszego wrażenia. Chylące się ku upadkowi jedno z domostw zamieszkują cztery rodziny.
- Kazali się nam wynieść, gdy runęło podwórko sąsiada - mówi nauczycielka z budynku przy Klasztornej 13. Obok stający dom o numerze 15 w 1994 został zagrożony runięciem po tym jak woda deszczowa odpływała przez szczelinę pomiędzy krawężnikami i spowodowała uruchomienie się osuwiska. Krawędź jego niszy znajduje się nie dalej jak dwa metry od wejścia. Widnieją przy niej szczeliny. Z domu wyskakuje mały ratlerek i ujada. Za nim wychodzi starsza kobiecina, patrzy na mnie, mówię dzień dobry, ona kiwa głową i wraca do wnętrza.
- Gdzie mamy się podziać? - pyta rozgoryczona nauczycielka. - No dobrze, mówili, do hotelu, ale na ile? Dwa tygodnie, miesiąc? Oferowali mi mieszkanie dwu pokojowe, ale nie przyjęłam, bo ja tutaj mam cztery mieszkania(!).
Podchodzę do osuwiska. Zalatuje zgnilizną. Przy samej krawędzi stoi wychodek. Tuż obok ślady kół, jakby jakiś pojazd spadł w przepaść, ale okazuje się że to ślady przyczepy. Całe osuwisko zasłane jest tonami odpadków.
- Ludzie kiedy chcą przyjeżdżają i wyrzucają odpadki. Ja nic na to nie poradzę - mówi mąż nauczycielki. Godzinę później sprawdzam, faktycznie przybyło nowych.
Spacer podnóżem skarpy nie należy do najprzyjemniejszych spacerów. Ludzie najwyraźniej zrobili sobie z tego miejsca rupieciarnię oraz ubikację. W niektórych miejscach ściany znaczą bordowe smugi ścieków, które są wylewane bezpośrednio z gospodarstw. W niektórych miejscach grunt jest podmokły i grząski. To wysięki dolnego poziomu wodonośnego jednego ze sprawców obsuwania się skarpy.
Miastu na ratunek
Na zlecenie Urzędu Miasta i Gminy Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej wykonał szereg badań mających na celu określenie stabilności skarpy. Wykonano wiercenia, badanie poziomu wód gruntowych oraz projekt zabezpieczenia skarpy. Badania prowadzone na tym terenie na przestrzeni wielu lat pozwalają stwierdzić, że główną siłą niszcząca jest sama Wisła podcinająca w okresach wezbraniowych dolną część skarpy. Obrywający się materiał jest następnie przez nią zabierany. Dodatkowo w skarpie odsłaniają się dwa poziomy glin lodowcowych przedzielone miejscami piaskami wodonośnymi. Podnoszenie się poziomu wód gruntowych powoduje spadek stabilności materiału i wzrost podatności skarpy na osuwanie się. Dodatkowo znajdujące się w okolicy nieszczelne szamba mają także swój wpływ na wzrost zagrożenia. Analiza zdjęć lotniczych potwiedza cofanie się skarpy. Według tych badań od roku 1959 do 1996 skarpa cofnęła się o 17,5 metra. Jeśli w takim tempie będzie się cofać to za dziesięć lat po ulicy Klasztornej pozostanie tylko znak na zdezaktualizowanych mapach.
Jest połowa lipca 1997. Upały jakie nastały wyjątkowo kontrastują z ulewami z początków miesiąca. Pozostał po nich jedynie ślad w postaci rowków w ścianach wykopu. Media straszą gigantyczną falą powodziową. W telewizji z zimnym potem na plecach obserwuję tytaniczną pracę mieszkańców Wrocławia próbujących ocalić swoje miasto. Następnego dnia idę na nabrzeże. Pytam o dyrektora. Zaprowadzono mnie do pływającego hotelu zacumowanego przy brzegu. Wygląda on raczej na barkę niż na hotel. Kierownik okazuje się być energicznym, młodym mężczyzną. Ma na sobie dżinsową koszulkę oraz krótkie spodenki. W ręku trzyma krótkofalówkę. Przeprasza mnie i odbiera komunikat z jednego z kutrów. Po chwili rozmawiamy już bez przeszkód. Przedstawia mi się jako Dariusz Wojda. Proszę go o przewiezienie wzdłuż skarpy w celu zrobienia zdjęć. W odpowiedzi wzywa jeden z kutrów i wchodzimy na jego pokład razem. Po kilku minutach mam już swój zapas fotografii skarpy. Dowiaduję się, że dobijemy do mostu pontonowego. W kilku miejscach metalowe pontony zostaną rozczepione, aby umożliwić nadchodzącej wysokiej wodzie swobodny przepływ. Robotnicy poganiają kierowców ciężkiego sprzętu. Duża ładowarka leniwie opuszcza plac budowy. Robotnicy zabierają się do demontażu.
- Cały sprzęt ewakuujemy na wyższy teren. Mamy tutaj tylko tyle świdrów mechanicznych - pan Wojda pokazuje maszyny na gąsiennicach podobne do platformy wiertniczej. W całym kraju są trzy takie. Jedna w Krakowie. Dwie stoją tutaj.
Zastanawiałem się wtedy jakie będą realne zagrożenia ze strony "wielkiej fali". Chyba większość ludzi oglądających powódź w telewizji, zaczynała mieć na tym punkcie jakąś obsesję katastrofizmu. Listonosz na poczcie twierdził, że zapowiadane jest podniesienie się poziomu wody o ponad 2,5 metra.
- Znaczyłoby to, że zatopiona zostanie dolna część skarpy - mówi.
Minęło kilka dni. Nadeszła fala powodziowa. Woda koloru błota przelewa się z szumem pomiędzy balami filarów mostu. Kępa Wyszogrodzka została podtopiona. Z wody "wyrastają" krzaki i drzewa. Jednakże nic strasznego się nie dzieje. Most został zamknięty. "Wejście grozi śmiercią lub kalectwem" głosi ostrzegawczy napis. Wszyscy czekają, a najniecierpliwiej inżynierowie budowy nowego mostu. Roboczy most pontonowy nie poddał się falom nurtu i trwał nadal w swym miejscu. Jedynie fundamenty filarów zniknęły w brudnych odmętach. Pod skarpę podejść się nie dało, woda sięgała zbyt wysoko. Nurt na szczęście toczył się leniwie daleko od brzegu zostawiając go swemu losowi.






