Wydanie internetoweEuropa

Alpy - dolina Aosty

Joanna WidlarzAustria
Alpy - dolina Aosty

Wyjechaliśmy z lekkim poślizgiem. Koledzy, z którymi mieliśmy jechać byli, lekko mówiąc, spóźnieni. Jedyne 4 godziny poślizgu! No, ale co tam, są w końcu z konkurencyjnego miasta - to niby wszystko tłumaczy. Nic to! Wreszcie jedziemy na wakacje w góry o charakterze alpejskim! W Alpy! Powinnam powiedzieć małymi literami i po cichutku, że w Alpy, bo przecież prawdziwy przewodnik tatrzański nie wyściubia nosa poza Tatry, bo one mają być jego miłością i już. A co z tymi, którzy pokochali Alpy? No nie wiem, grozi im chyba ścięcie przez powieszenie, albo coś w tym guście.

Mapa trasy: Alpy - dolina Aosty
Mapa trasy

Koledzy z konkurencyjnego miasta są fajni, weseli i całkowicie "w porzo". Po dojeździe na miejsce idziemy spać. Jutro urzeczywistniane będą dalekosiężne plany! Trawers od Breithornu do Zumsteinspitze, chyba 11 sztuk szczytów powyżej 4000 m n.p.m. Bosko!

Wyjechaliśmy kolejką na Plato Rosa gdzie zostawiamy naszych kolegów (z konkurencyjnego miasta) samym sobie, na późniejszą pastwę Matterhornu. My zaś idziemy na szczyt dostępny również dla kobiet w ciąży. Breithorn to całkiem ładna i łatwa "bańbuła"- no chyba, że robi się trawers. My jesteśmy na szczycie nieprzyzwoicie późno, około 14:30. Słońce nam dopieka, schodzimy szybko na dół do schroniska Valle D'ayas małosportowo "olewając" trawers Breithornu.

W schronisku tłumy, ale miejsce się znajdzie i dla nas. Niestety nie ma zniżek dla DAV ani PZA 9. Kupujemy nocleg z półpensją. Pan Schroniskowy pyta czy chcemy "Pasta" czy "Minestrone". No cóż, to niewiele jak na kolację. Bob wybiera "Minestrone" a ja "Pasta". Och rany, zęby można na tym zgubić! Ten makaron al denete jest polany ketchupem - zupełnie bez smaku. Jednak moja pazerność została ukarana, bo okazuje się, ze oprócz tego jest jeszcze drugie danie: mięsko, ziemniaki i surówka i jeszcze tiramisu (zwane dalej Tyraj- Misiu). Po kolacji nastąpił cud- dostaliśmy zniżki 10 €, bo jesteśmy przewodnikami. Pan Schroniskowy sam to wydedukował z przywieszki przewodnickiej, która Bob miał na kamizelce, i sam ją zaproponował i jeszcze poczęstował 'mediciną" o smaku ziołowym. Pycha! Stąd też wniosek, że schronisko jest bardzo miłe i czyste (a koce miłe i mięciutkie)

Rankiem idziemy szybko w kierunku Bliźniąt. Piękna pogoda, tłumy na lodowcu, nie ma innego wyjścia tylko wszystkich powyprzedzać. Wchodzimy na Polluxa południową grzędą, gdzie jest milutko- trochę mikstu, trochę śniegu. Nawet po drodze są łańcuchy! Zejście na Zwillingejoch opisano w przewodniku jako łatwe i szybkie (40 min na przełęcz)... Schodzimy tam godzinę i dwadzieścia minut pełni strachu, że wszystko runie w dół. Może jest łatwo, ale tylko dla ludzi bez wyobraźni, bo zejście prowadzi stromym żebrem po ruchomych głazach (miejscami zalodzonych). Brr!

Na przełęczy dopada nas rozprężenie oraz ochota na batoniki. Po kilku minutach odpoczynku ruszamy łatwym śnieżnym zboczem na górę na drugie Bliźnię. Wyżej już tak łatwo nie jest, bo góra stromieje... Nagle nad nami zaczyna się rozgrywać akcja grożąca tragedią. Grań Castora jest bardzo ostra, szeroka na 4 stopy ludzkie. Ze szczytu schodziło trzech panów z przewodnikiem i jeden z panów "fiknął". Na swoje szczęście upadł tak, że leżał na grani brzuchem, majtając nad nami rakami. Trwał w swej nieszczęśliwej pozycji jakiś czas zanim go jego kompani wyciągnęli za gatki do góry. My w międzyczasie pokonujemy szczelinę brzeżną i stromym lodem dochodzimy do grani obchodząc towarzystwo z daleka. Szczęśliwie balansując nad śnieżnymi przepaściami docieramy na szczyt Castora obserwując panoramę z centralnie ustawionym majestatycznym Lyskamm'em.

Dość wcześnie dochodzimy do schroniska Sella, niestety nie tak miłego jak poprzednie. Szczerze mówiąc, dość obskurnego i z wygórowanymi cenami. Śpimy w jakimś kurniku drugiej kategorii, gdzie zalegli nasi bracia Czesi. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to Czesi (zwykle nie sypiają w schroniskach, tylko czają się w namiotach opodal) i nagle dwóch gości zaczęło nawijać w łamanej angielszczyźnie o zagubionych rękawiczkach. Coś im jednak nie szło i jeden z nich powiedział po czesku "Oh jo! Coże...". No i sprawa się wydawała, że Czesi nawet między sobą rozmawiają po angielsku. Oprócz byli tam także Francuzi. Jak zwykle wprowadzając lekki chaos w sali sypialnej- tzn. co i rusz coś im spadało nawet w czasie ciszy nocnej. Uff!

W schronisku tym mieliśmy pewien problem, bo zostaliśmy zapisani jako Schumiez, a na karteczce na stole (tak rozsadzają tych, którzy jedzą posiłki) pojawiło się imię Joanna. Ponieważ ktoś utrzymywał, że niby on i jego kompania to właśnie Joanna, więc nie upieraliśmy się bardzo do bycia Joanną. Jednak w drugiej turze (a na takie dwa rzuty podzielono gości w schronisku) też nas nie było i zaczęliśmy robić delikatną awanturę domagając się posiłku. Okazało się, że nas nie było też na liście noclegowej. Praktycznie nie figurowaliśmy nigdzie... w końcu szczęśliwie odkryliśmy jak nas nazwano i wreszcie usiedliśmy do stołu. Tym razem wzięłam "Minestrone" i nie było Tyraj-Misiu. W tzw. międzyczasie zaczęły mnie obcierać buty...

W dol. Gressonay jest pięknie i kręto! Jedzimy w dół do dol. Aosty i podziwiamy widoki oraz jazdę kierowcy, który bez mrugnięcia okiem pokonuje zawijasy wśród ciasno wybudowanych domów oraz serpentyny na stoku. Nagle: Jest! Via ferrata! W Gressonay. Musimy tu przyjechać! - obiecujemy sobie.

W dol. Aosty mały skwar- jednak wyżej jest fajniej! Nie wyobrażam sobie co dzieje się na południu Włoch- tam ludzie zamieniają się chyba w skwarki na słońcu. My wreszcie dostajemy się do "naszej" doliny, do Karola (auto) i pod prysznica. Przyda się po 3 dniach dziecka...

Co będzie jutro? Trudno powiedzieć... Nasi Koledzy z konkurencyjnego miasta utkwili w ścianie Matterhornu - pierwsza polska okupacja schronu na Grani Lwiej Matterhornu. A my co? Buty mnie nie puszczają na nic bardzo poważnego, więc chyba pójdziemy na Gran Paradiso? Tak, idziemy tam! Następny dzień wita nas deszczem... o choroba! Nic, na razie zwiedzimy miasto Aosta, miasto z pozostałościami rzymskimi, wczesnym gotykiem i innymi wspaniałościami. A deszcz pada, pada, pada... SMS od znajomego z IMGW podaje, że będzie lepiej, a potem gorzej :( Ze wspinania w okolicach Aosty nici. Jedziemy pod Gran Paradiso, zobaczymy co będzie dalej...

Wysoko w dolinie, u stóp Raju pod wieczór się rozpogadza. Znaczy się idziemy w nocy. Budzik nastawiłam na 1:30.....fuj! Co za pomysł! Śpimy szybciej bo noc krótka. Ciemna nocą lepiej sobie pogadać idąc pod górę. Jakoś tak raźniej, że nie tylko ja mam niepokolei w głowie- zamiast spać w schronisku i wstawać o 4:00, śpię gdzie bądź i lezę pod górę totalnie zaspana. Idziemy- piękne gwiazdy nad nami. W schronisku Emanuela trafiamy na środek "wychodzenia". Ruszamy za innymi i... dzięki temu wchodzimy w inną drogą niż zwykle się chodzi. Wchodzimy na drogę idącą ze schroniska... Kluczymy przez popękany lodowiec, który utworzył całkiem fantastyczne kształty. Mijamy wszystkich i dobrze, bo potem będzie tłok na samym szczycie. Niestety znowu nie jesteśmy pierwsi na szczycie! Przed nami były 4 sztuki ludzkie. I dodatkowo jeden przewodnik, którego klienci wyglądali jakby mieli zaraz umrzeć, chciał się wepchać. Lecz mimo to udało się nam wejść na szczyt! Faktycznie, grań szczytowa na Gran Paradiso jest lekko "lufiasta" i niebezpieczna przy dużej ilości ludzi... To chyba kolejna góra, która jest niebezpieczna poprzez obecność tłumów ludzkich. Sfruwamy na dół. Jest bosko- piękna pogoda, piękne widoki! Trochę moje trekkingowe butki przemokły na śniegu, ale dobrze, że się dało w nich iść.

Po godzinnym lenistwie przed schroniskiem schodzimy na dół i jedziemy po naszych kolegów. A tam dramat! Oprócz zdobytego Breithorn, niczego więcej nie udało się dokonać. Na Matterhornie było totalne załamanie pogody. No szkoda, bo ciekawiła mnie Lwia Grań...

Jedziemy na ferratkę do Gressonay, atakujemy "na lekko". Miło, tylko po co tu tyle klamer? Można sobie ponabijać siniaki od tego żelastwa! Na "feratce" jest most wiszący i most nepalski... Ciekawe, ciekawe... Po 2 godzinach jesteśmy na dole. Jedziemy teraz do Szwajcarii, pod Piz Bernina, gdzie czekają na nas koledzy z tego samego miasta co my. Pogoda coś jakby się załamywała, ale może, może nie będzie tak źle. W Szwajcarii witają nas opłaty na parkingach, wysokie tamy wybudowane w wysokich górach, no i typowa drożyzna :. Atakujemy schronisko pod tzw. Berniną.... Bardzo nowoczesne schronisko, miłą obsługa, ceny wysokie... tylko dlaczego sypie kaszka z nieba? Tego nie rozumiem. Śpimy w pokoju Piz Bianco, ale nie za długo- wstajemy o 3:30 śniadamy i leziemy. Choroba! Deszcz pozamarzał w polewę lodową na kamieniach, chmury nisko, pada śnieg. Choroba! Co za pech! Dochodzimy do lodowca; już godzina 6:30. Późno! Chmury schodzą niżej. Nic nie widać! Wracam! Ładniej dziś już nie będzie! Iść Bianco Grat i nic nie widzieć to grzech! Ze mną wracają koledzy z konkurencyjnego miasta. Co za dramat! Pogoda jednak mnie utwierdza w przekonaniu, że jednak dobrze się czasem wrócić. Bob i reszta poszła jeszcze w górę, ale tam było już tylko gorzej- też zawracają. Czekamy na nich w schronie i grupowo w morowych nastrojach schodzimy na dół. Nie dość, że Bernina nas "olała", to jeszcze Piz Badil (tam mieliśmy jeszcze się wspiąć) też jest zalodzony w 100%. Czas na wakacje się nam kończy... co robić, co robić?

SMS do kolegi z IMGW nas ratuje; na wschodzie w Tyrolu powinna być lepsza pogoda, bo tu będzie tylko gorzej. No to bosko! Jedziemy do Austrii! Wszyscy się cieszą, bo uwielbiamy matkę Austrię :. Jedziemy do Otztall, na wymarzone szczyty jednego z kolegów: Schrankogel i Wildspitze (2 co do wysokości szczyt austriacki). Jedziemy, a tu na granicy - cap! - żandarm austriacki chce mandaty od naszych kolegów z konkurencyjnego miasta za "niemanie" pasów. Sytuacja jest skomplikowana, bo koledzy nie mają pieniędzy, a żandarm życzy sobie po 140 € od osoby. Chce, byśmy my za kolegów zapłacili, ale my nie chcemy. Chce kolegów aresztować, a oni na to, że proszę bardzo, można ich aresztować. W końcu żandarm trochę się poddaje, każe gościom zapłacić mandat wysokości 30 € (za dwóch) i jedziemy dalej. Kolegom z konkurencyjnego miasta Austria przestała się podobać...

Pojechaliśmy do Gries pod Schrankogel. W informacji turystycznej dostaliśmy wszelkie informacje o wejściu na szczyt, mapkę... pani nawet zadzwoniła do schroniska z pytaniem czy są miejsca. W cudnej dolinie nad Gries chcą wybudować tamę i elektrownię... Milo, tylko szkoda tak pięknej doliny. Mam nadzieje, że to oprotestują... też się podpisałam przeciw tamie. W schronisku tłok- oaza śpiewa pieśni religijne, a czapa chmur siedzi nisko. Dostajemy miły pokoik tylko dla nas, możemy więc gotować do woli. Miękkie kocyki, czyste wc, a cena za to (ze zniżką dla PZA i DAV) 6 €, czyli tyle ile w Polszcze...

Rano atakujemy- koledzy z konkurencyjnego miasta mieli do nas dotrzeć rano z samochodu, gdzie suszyli przemoczone ubrania. Czekamy na nich pięć minut i ruszamy w górę, może nas dogonią. Świeżego śniegu nasypało jakieś 10 cm, a góra pomimo wysokości, jest z tej strony bezlodowcowa. Po 3 godzinach jesteśmy na szczycie- cudownie! A w Gries przy naszych samochodach chmury. Nie wiem czy koledzy się wysusza... Wildspitze widoczny jest jak na dłoni. Imponujący szczyt! Musimy na niego wyjść! Na dole w schronisku pijemy jeszcze piwko i podziwiamy stada alpejskich krów. Sielanka! Potem szybko schodzimy do auta i na camping. Następnego dnia mamy podjechać pod wypatrzoną w folderach ferratkę, a później pod Wildspitze do miejscowości Vent. Ferratka jest elegancka, trochę za dużo klamer, ale ma to być alternatywa i dla małych i dla dużych. Ferratka kończy się wyjściem na malownicze laki. Austria to piękny kraj!

Ostatni szczyt tego wyjazdu: Wildspitze. Leniuchy jak zwykle podjeżdżamy kolejka i w godzinkę później dochodzimy do schroniska Breslauer Hutte. Schronisko jednak nie jest super, to wielkie gmaszysko, z obskurnymi pokojami. Nam przydzielono stryszek, na którym śmierdziało mokrymi ciuchami i przewijały się tam jakieś typy gadające do późna w nocy. Okropne! Wieczorem, oczywiście zaczął padać śnieg.....Chcieliśmy na Wildspizte wejść ambitnie, ale się nie udało, świeżo posypana droga wejściowa (skalna, mikstowa i wreszcie śnieżna) nie pozwala na wejście, wiec schodzimy do drogi normalnej i w ten sposób zdobywamy Wildspitze. Raz wreszcie udało się nam być pierwszymi na szczycie! Hurra! Widoki piękne, nic nie wskazywało na wieczorną burzę śnieżną, ale wiele wskazuje na to, że jednak dobra pogoda nie będzie trwała długo.

I tak było rzeczywiście. Na następny dzień zaczęło padać... i padało przez tydzień, tak że nawet Innsbruck był zagrożony powodzią. Chyba jednak góry płakały za nami ;-) , bo my za nimi tak. Choć pewno będą to inne szczyty!