Geozeta nr 10Azja

Varanasi - najświętsze miasto Indii

Dominik CwajdaIndie

Gwałtowne szarpnięcie wyrywa mnie ze snu. Podnoszę się z brudnego siedzenia i widzę zmęczone oczy kierowcy autobusu. "Varanasi?"- pytam, "Yes, Varanasi" - odpowiada i wysiada trzaskając drzwiami. Pytam, która godzina. Jest dopiero czwarta rano, na zewnątrz ciemno. Słyszymy nawoływania rikszarzy, którzy biegną z nadzieją, że uda im się tak wcześnie zarobić parę rupii. Mają szczęście. Dzisiejszego ranka, oprócz nas, w autobusie znajduje się młody chłopak z Japonii, a każdy rikszarz wie, że Japończycy płacą dużo więcej niż inni turyści przybywający do Indii. Jesteśmy tak zmęczeni dwunastogodzinną podróżą "government bus", że po minucie przystajemy na ofertę jednego z naganiaczy - tani hotel w starej części miasta, tuż nad Gangesem. Za kurs żąda 30 rupii, co jest ceną uczciwą. Może to nasz widok sprawia, że nie zdziera z nas ostatnich pieniędzy. Jesteśmy brudni, śmierdzący, niewyspani i cali "połamani". Podróż rządowym autokarem jest wspaniałą przygodą, jednak moc wrażeń, jaką ta jazda dostarcza nie jest w stanie zrekompensować bólu pośladków i kręgosłupa. Na miejscu dla dwóch osób siedzi nieraz czterech pasażerów. Szansa na wyprostowanie nóg jest niewielka, a zmiana pozycji na bardziej wygodną jest sztuką na miarę zaawansowanych ćwiczeń Jogi. Z ulgą wskakujemy do rikszy, układamy nasze plecaki na kolanach i myślimy o hotelu. Marzymy o ciepłym prysznicu i miękkim łóżku.

Mapa trasy: Varanasi - najświętsze miasto Indii
Mapa trasy

Ze stacji autobusów do starej części Varanasi (Varanasi, Kashi lub Benaresu - do wyboru) jedzie się motorikszą około 15-20 minut, które wystarczą, aby poczuć już atmosferę tego niesamowitego miasta. Ciemne ulice i budynki, śpiący wprost na asfalcie ludzie, błąkające się wszędzie psy i przenikające poranną ciszę śpiewy kapłanów rozpoczynających dzień w swoich aśramach - tak nas wita i stara się zauroczyć od pierwszego momentu Varanasi.

Wstaje się tutaj bardzo wcześnie, aby przed wschodem słońca móc powitać nowy dzień myjąc się w świętych wodach Matki Gangi - jak czule Hindusi określają rzekę Ganges. Na szczęście dla nas nie każdemu udaje się zerwać przed świtem i dotrzeć na brzeg, dzięki czemu unikamy tłumu. Wykorzystujemy ten fakt i postanawiamy udać się na ghaty - rytualne schody, na których dokonuje się ablucji. Witamy nowy dzień w Benaresie, tak jak robią to tutejsze "ranne ptaszki". To co widzimy wprawia nas w osłupienie. Ogrom rzeki po prostu przytłacza. Przeciwległy brzeg ginie we mgle, która powoli zaczyna się rozrzedzać ukazując wspaniałe oblicze Gangi.

Zaczyna świtać, na ghaty schodzą pierwsi pielgrzymi. Pomimo porannego chłodu większość z nich nosi jedynie biodrowe przepaski. W małych zawiniątkach niosą mydło i proszek do mycia zębów. Rozlegają się modlitwy, po czym wierni, dalej szepcząc święte teksty, wolno zanurzają się do pasa w wodzie. Następnie kilkakrotnie moczą głowę. Po obowiązkowych modłach następuje dokładne szorowanie całego ciała.

Każdego dnia niezliczone rzesze wiernych (wyznawców hinduizmu, dżinizmu, Hare-Krishna i wielu innych religii Indii) gromadzą się u brzegu Gangesu w celu odbycia oczyszczającej kąpieli. Wierzą, że ta woda zmywa grzechy całego świata. Każdy hinduista przynajmniej raz w życiu powinien dokonać rytualnej kąpieli w Gangesie, a większość marzy o tym, aby po śmierci jego prochy spłynęły z nurtem tej właśnie rzeki. Ponoć śmierć w odmętach wody uwalnia człowieka z koła sansary, czyli kolejnych wcieleń. Benares uważany jest za najświętsze miasto w Indiach, więc ruch na ghatach jest ogromny.

Picie surowej wody również jest dość częstą praktyką i większość wiernych zdaje się nie zauważać faktu, iż stężenie fekaliów przekracza światowe normy kilkanaście tysięcy razy. Zapytany pewnego razu przewoźnik, siedzący w swej starej łodzi, czy również spożywa wodę z rzeki, mówi zaskoczony - "Oczywiście. Przecież to jest moja matka." Powodowany ciekawością pytam, czy nie przeszkadza mu to, iż jest ona tak zanieczyszczona. Na to "głupie" pytanie odpowiedzi nie otrzymuję. No cóż - jest to jedna z chwil, kiedy przekonuję się o kolosalnej różnicy dzielącej nasze kultury. Podobno specyficzne, dotąd niezbadane chemiczne związki znajdujące się w Gangesie powodują, że wszelkie zanieczyszczenia groźne dla ludzkiego życia są neutralizowane. Możliwe, że spożywanie takiej wody od wczesnego dzieciństwa zwyczajnie uodparnia organizm. Dla hinduisty jedno jest pewne - to wiara czyni cuda.

"Miasto Śiwy" od przeszło dwóch tysięcy lat jest centrum nauki i religii w tej części świata. Jest jednocześnie jedną z najstarszych osad zamieszkałych do naszych czasów. Pomimo swej długiej i bogatej historii, większość budynków ma niewiele ponad dwieście lat. Jest to skutek licznych najazdów muzułmańskich, jakie nękały Indie od XVI wieku. Zachowały się nieliczne stare świątynie (m.in. boga Śiwy- najświętsza w mieście, niestety niedostępna dla wyznawców innych religii), jak i niektóre ghaty. Spacer po wąskich uliczkach dostarcza niezapomnianych wrażeń. Setki kolorów i zapachów, tłumy mieszkańców i pielgrzymów "przelewających się" pod ścianami budynków, świątynie, kapliczki, święte krowy, aśramy , w których mieszczą się wspólnoty duchowe, sklepy, kramy, warsztaty i manufaktury - tutaj wszystko nabiera innych wymiarów i sprawia, iż przybysz czuje jakby cofnął się lata wstecz. Teraźniejszość miesza się z przeszłością. Pewnego dnia, siedząc w kafejce internetowej (to właściwie zbyt dużo powiedziane - znajduje się tam parę komputerów i kilka krzeseł), po drugiej stronie wąskiej uliczki dostrzegam kobietę prasującą ubrania. Posługuje się olbrzymich rozmiarów, żeliwnym żelazkiem na węgiel. Takich samych używały nasze babki i prababki, kiedy dziadkowi trzeba było wyprasować koszulę na niedzielę. Jedynie dwa metry dzielą wiek XIX od XX. Teraz mogę odpowiedzieć sobie na pytanie, co fascynuje wędrowców w tym mieście.

Miejscowość naprawdę zachwyca... tak bardzo, że niektórzy decydują się tu pozostać na dłużej. Przykładem może być młoda Niemka z Berlina, którą poznajemy podczas naszego pobytu. Oczarowana atmosferą postanowiła zamieszkać w Varanasi na dłużej. Poślubiła Hindusa i dziś pomaga mu prowadzić sklep, w którym, notabene, kupuję bawełnianą koszulę. Porzuciła studia, dom, rodzinę, swoje miasto i dziś, jak mówi, jest bardzo szczęśliwa.

Varanasi, pomimo całego swego zgiełku, jest miejscem, w którym można się wyciszyć. Czas biegnie powoli, a wręcz stoi nieruchomo. Nie ma pośpiechu i szamotaniny, każdy wykonuje swoje obowiązki i dba o przyjemności w jednakowym tempie. Odnosi się wrażenie, jakby prawa czasu obowiązywały jedynie do granic miasta. Przeciskając się przez ciasne zaułki starej części Benaresi mamy szansę obserwować jak toczy się życie, charakterystyczne również dla całych Indii. Sprzedawcy siedzą lub leżą w swoich sklepach i ze szczerym uśmiechem zachęcają do odwiedzin. Na tych, którzy dali się skusić i odwzajemnili pozdrowienie, czeka czaj, czyli słodka herbata z mlekiem i przyprawami. Półgodzinne targowanie należy do dobrego tonu i zapewnia satysfakcję obydwu stronom. W tym czasie pozostali sprzedawcy drzemią lub rozmawiają z przyjaciółmi, a ich dzieci ganiają psy. Te, które tego nie robią, próbują sprzedać turystom pomięte pocztówki lub naciągnąć ich na parę rupii. Większość dzieci, jeśli nie jest w szkole, musi ciężko pracować. Jednak na małych, zmęczonych twarzach nie widać smutku i trosk spowodowanych trudnymi warunkami życia. Uśmiech jest wiernym towarzyszem i najlepszym przyjacielem. Co kilka metrów mijamy żebraka lub kalekę proszącego o łaskę. Ten widok jest w stanie poruszyć na początku każdego, jednak po jakimś czasie staje się on kolejnym elementem tutejszej codzienności. Jak ktoś powiedział: "znieczulica jest najlepszym lekarstwem". Może wydaje się to brutalne, ale taka jest prawda. Dla zbytnio wrażliwych przygoda w Varanasi może skończyć się bardzo wcześnie. Mijamy święte krowy, których jest tu bez liku. Jedne chude i karłowate szukają resztek pożywienia w stertach śmieci, inne olbrzymie i zapasione leżą nieraz w poprzek uliczek i spokojnie śpią. Nieliczni je przepędzą, większość stara się obejść zwierzęta. Świętość należy uszanować, a krowa należy do tych naczelnych - szczególnie tutaj. Kiedy uda nam się pokonać przeszkodę w postaci krowy, dalej możemy rozkoszować się tym, co oferuje nam miasto. Mijamy liczne restauracyjki (w których warto skosztować zarówno kuchni miejscowej, jak i światowej, a wszystko to za parę rupii), bary, herbaciarnie, ciastkarnie i kramiki z jeszcze tańszymi cudami sztuki kulinarnej. Obok ludzie, w pocie czoła, pracują w warsztatach rzemieślniczych z zeszłego stulecia i posługując się prymitywnymi narzędziami produkują przedmioty codziennego użytku, takie jak: ubrania, metalowe naczynia, ozdoby domowe i wszystko to, z czym zadowoleni turyści wracają do kraju. "Życie" wylega na ulice i to jest właśnie najpiękniejsze. Nikt nie zamyka drzwi i okien domostw, nikt nie strzeże swojej prywatności za wszelką cenę. Przechodzień może bez skrępowania oglądać wnętrza domów i słuchać tętniącego w nich gwaru.

Niezliczony tłum przelewa się arteriami miasta aż do późnej nocy, po czym pozostają jedynie ci, których los związał z ulicą. Szeroka aleja prowadząca do głównego ghatu Dasahwamedh zamienia się w wielką sypialnię. Bezdomni mieszkańcy Varanasi szukają wygodnego legowiska w bramie, pod ścianami budynków lub wprost na asfalcie. Obok drzemią już krowy i wszechobecne kundle. Zbudzą ich wczesne zawodzenia kapłanów i wierni spieszący powitać dzień nad Gangesem. Teraz lepiej im nie przeszkadzać. Miniony dzień był dla nich zapewne męczący.

Decydujemy się udać na ghat Manikarnika. Jest to główny ghat, na którym Hindusi dokonują kremacji swoich zmarłych. Przez 24 godziny na dobę, na stanowiskach kremacyjnych płonie ogień, a w niebo strzela słup dymu. Wokół roznosi się mdły zapach palonych ciał. Na dwóch tarasach mieści się do ośmiu ognisk, których pilnują czarni od sadzy palacze - ludzie z kasty nietykalnych. Jedynie oni mogą mieć bezpośredni kontakt ze zmarłymi.

Nim ciało zostanie dostarczone na miejsce palenia, grupa żałobników oprowadza je po uliczkach starego miasta. Zwłoki, owinięte w całun, są transportowane na bambusowych noszach przez domów, również ludzi z najniższej kasty. Za noszami kroczą tragarze z balami drewna. Drewno jest w Indiach towarem deficytowym, co automatycznie podnosi jego wartość. Dlatego też, przed spopieleniem zwłoki waży się na specjalnej wadze, a następnie dokładnie wylicza ilość bali. Na to stać niewielu. Minimalny koszt kremacji oscyluje w granicach 2000 rupii (około 200 zł), a jest to suma, za którą większość Hindusów potrafi przeżyć parę tygodni. Każdy wierny marzy o tym, aby po śmierci zostać spalonym właśnie w Benaresie. Wiele biednych rodzin odmawia sobie podstawowych produktów i oszczędza pieniądze na godny pochówek dla swoich bliskich. Jednak nie wszystkim dane jest odejść z tego świata w tak piękny sposób. Ciała trędowatych i dzieci do dziesiątego roku życia nie podlegają kremacji. Hindusi wierzą, iż mogą one zanieczyścić ogień - jeden z boskich pierwiastków. Pytam jednego z obserwatorów widowiska (a może przyjść każdy, kto ma ochotę), dlaczego małe dzieci miałyby zanieczyścić ogień. Odpowiada, że nie rozumieją jeszcze aspektów wiary i otaczającego ich świata. Nie mają pojęcia, że wszystko dokoła nich jest darem od bóstw.

Kiedy żałobnicy dotrą już na ghat, zwłoki zanurza się w świętych wodach Gangesu, po czym palacze przygotowują palenisko. Proces kremacji trwa od 3 do 6 godzin, w zależności od wagi zmarłego i pogody. Przez cały ten czas rodzina i przyjaciele stoją w milczeniu i przypatrują się widowisku. Co zaskakuje najbardziej, to brak oznak jakiegokolwiek smutku i rozpaczy na twarzach żałobników. Wychowany w chrześcijańskiej kulturze, gdzie ludzie podczas takich chwil dają upust swoim emocjom i uzewnętrzniają żal, stoję zafascynowany i z podziwem patrzę na odzianych na biało Hindusów (biały jest tutaj kolorem żałoby). Niesamowite jak wiara pozwala człowiekowi tak łatwo godzić się z faktem śmierci. Pomijając aspekt religijny, czyli wiarę w wędrówkę duszy i odradzanie się jej pod inną postacią (nie zawsze ludzką), rodzina traci przecież kogoś bliskiego.

W Indiach, życie i śmierć kroczą po ulicach ramię w ramię. Ludzie rodzą się i umierają na chodnikach. Nikogo nie szokuje widok leżących na ziemi zwłok, jest to po prostu kolejny element tutejszej codzienności. Skłania to do głębszej refleksji nad religijnością Hindusów, a szczególnie w takim miejscu jak Benares. Liczne świątynie hinduistyczne, dżinijskie i muzułmańskie, ogromna ilość aśramów, świętobliwi sadhu (asceci, wyznawcy Śiwy lub Wisznu), wierni modlący się nad Gangesem lub przy ołtarzach głównych bóstw i w świątyniach, zapach kadzideł i śpiewy kapłanów - to wszystko sprawia, że religia staje się niemal namacalna. Ten, kto przybywa do Varanasi powątpiewając, opuszcza miasto utwierdzony w swej wierze.

Jest po północy. Paleniska powoli dogasają, część popiołów płynie już z nurtem rzeki, a my, pełni niesamowitych wrażeń i nowych doświadczeń, postanawiamy wracać. Ku naszemu utrapieniu, w starej części miasta odcięto prąd. Zdarza się to bardzo często. W labiryntach wąskich uliczek nastają "egipskie ciemności". Bez latarki, po omacku docieramy wreszcie do naszego hoteliku...

Zdjęcia do artykułu (4)

F1010010a.jpgF1010014a.jpgF1010015a.jpgF1010019a.jpg

Więcej z Azji