Wydanie internetoweAmeryka Północna

W krainie tequili

Krzysztof UlanowskiMeksyk

Po kilku dniach pobytu w Mexico City decydujemy się opuścić największą metropolię świata, by udać się w podróż po ,,prowincji", zwiedzać zabytkowe ruiny indiańskich miast i współczesne aglomeracje środkowego Meksyku - w przeciwieństwie do stolicy piękne i bardzo europejskie w swoim charakterze.

Mapa trasy: W krainie tequili
Mapa trasy

Podczas śniadania na tarasie hostelu ,,Moneda" w Mexico City poznajemy Polkę, która zaraz po studiach w Londynie wybrała z koleżanką w podróż po Ameryce Łacińskiej. Przyjaciółka została w Gwatemali, szlifować hiszpański. A londyńska Polka w dalszą drogę wyruszyła już sama...

Na Piramidzie Słońca

Tymczasem my wyruszamy metrem na autobusowy Dworzec Północny. Terminal jest wielki, udaje nam się jednak dopytać, przy którym okienku można kupić bilety do Teotihuacan. Bilet do tych najsłynniejszych chyba meksykańskich ruin kosztuje 25 pesos (około ośmiu złotych). 40 minut trwa wyjazd z Mexico City. Na peryferiach zabudowa mieszkalna dosłownie wpełza na otaczające miasto góry. W niektórych miejscach aż na samą grań. Potem droga prowadzi przez rodzaj sawanny z pojedynczymi, wielkimi kaktusami i kępami drzew.

Wstęp do Teotihuacan kosztuje 38 pesos (około dwunastu złotych). Od razu atakują pamiątkarze, którzy nie odstępują nas aż do samego końca. Jest to spory dyskomfort, ale na monumentalne piramidy Słońca i Księżyca wspiąć się po prostu trzeba! Warto też przespacerować się Drogą Umarłych - pomimo zabójczego upału.

Po zwiedzaniu wracamy jeszcze do Mexico City, by zobaczyć Sanktuarium Matki Boskiej z Guadelupe. Dla rzymskich katolików to jedno z najważniejszych miejsc kultu maryjnego na świecie. Wszystko przez ,,cudowny" obraz, który według legendy nie został namalowany ludzką ręką. Nawróconemu na katolicyzm Indianinowi ukazała się Maria, rozkazując, by w miejscu ich spotkania powstał kościół.

Indianin przekazał polecenie biskupowi, który jednak nie za bardzo uwierzył w to, co usłyszał. Maria ukazała się więc jeszcze raz, nakazując Indianinowi nazbierać kwiaty w poły opończy. Właśnie te kwiaty utworzyły obraz, a w miejscu rzekomego objawienia powstał nie jeden kościół, ale cały ich zespół.

Obraz znajduje się obecnie w ,,nowym kościele", budowli o dość dziwacznej architekturze. Jeżeli ktoś chce obejrzeć wizerunek Marii z bliska, musi zejść przejściem podziemnym pod ołtarz, a następnie przedefilować przed obrazem... na ruchomym chodniku.

Pomiędzy dwoma świątyniami stoi pomnik Jana Pawła II. Można nie być katolikiem, może irytować krzykliwy, pogański kult zmarłego papieża, dobrego, skromnego człowieka, ale jedno trzeba przyznać - Karol Wojtyła to jedyny Polak, znany większości Meksykanów.

Ponad pomnikiem wznosi się wzgórze, na którym postawiono kolejne obiekty sakralne. Ze szczytu zaś rozciąga się całkiem ładny widok na największe miasto świata.

Z wizytą u Atlantów

Następnego dnia rano z Dworca Północnego jedziemy do słynnej Tuli. Bilet kosztuje 47 pesos (piętnaście złotych). Z centrum miasteczka do indiańskich ruin jest jeszcze około dwóch kilometrów. My docieramy tam autobusem miejskim. Kupujemy bilety wstępu do ,,zona archeologica" po 33 pesos i wkraczamy w inny świat. Pamiątkarze mają tu swoje stragany i nie są tak nachalni.

Piramidy są mniejsze niż w Teotihuacan. Na dachu jednej z budowli dumnie sterczą figury tzw. ,,Atlantów". Wokół ruin rozciągają się kaktusowiska. Kaktusów lepiej nie dotykać; niektóre mają maleńkie, włoskowate kolce, które potem bardzo trudno wyciągnąć z dłoni...

Podchodzą do nas dwie młode dziewczyny: ,,Cześć" - zagajają po polsku. Są z miasta Tychy na Górnym Śląsku. Pytają, czy przyjechaliśmy ze zorganizowaną wycieczką. W ich oczach wyglądamy pewnie jak grupa emerytów.

Zwiedzamy krótko, bo ruiny dawnego miasta nie są zbyt rozległe. Łapiemy autobusik do centrum. W środku tłok. ,,Tak samo było we Lwowie, kiedy okradł cię kieszonkowiec" - mówię do Ilony. Wysiadamy. Po chwili Aneta zaczyna nerwowo przeszukiwać plecak. Brakuje aparatu fotograficznego.

Wchodzimy na Zocalo (Rynek) - mniejsze, ale znacznie bardziej zielone i ładniejsze niźli w Mexico City. Siadamy w ogródku jednej z restauracyjek, a Ilona z Anetą jadą na policję. Przygoda prawie jak z filmu ,,Jeden dzień w Europie", z tym ze policjanci są znacznie bardziej ufni i bez protestów sporządzają protokół o kradzieży.

Podobnie jednak, jak ich europejscy koledzy słabo znają angielski, więc rozmowa odbywa się łamaną hiszpańszczyzną z wielką pomocą rąk.

W mieście akweduktu

Wsiadamy w autobus do Queretaro (87 pesos). Do miasta przybywamy późno, a dworzec - jak to w Meksyku - usytuowany jest na peryferiach. Łapiemy taksówkę do centrum. Za dwa samochody płacimy 60 pesos - niewiele jak na pięcioosobową grupę. Polecany przez "Lonely Planet" hostel ,,Girafa Roja" znajduje się na ulicy 20 Listopada. Jest zamknięty, ale na drzwiach przyklejono kartkę z numerem telefonu do właściciela.

Z kamieniczki naprzeciwko wychodzi tubylec i pyta, czy potrzebujemy pomocy. Po chwili wyciąga komórkę i dzwoni do właściciela schroniska. Ten po paru minutach przybywa na rowerze.

Płacimy po 110 pesos za noc. Schronisko jest ładne, artystyczne, pełne figur łaciatych zwierząt o długich szyjach. W holu znajdujemy mapę świata. Hostelowi goście powbijali szpileczki w swoje kraje. Dzięki temu wiemy, ze byli tu i Polacy...

Wychodzimy na spacer. Piękne miasto! Trwa fiesta. Tłumy ludzi. Na deptaku kramarze rozstawili stoły z jedzeniem. Kupuję za 30 pesos napój z tequilą, solą i chili. Nie chodzi mi jednak o napój, lecz o ładny, gliniany kubek.

Kolejnego dnia rano przed klasztorem franciszkanów trafiamy na katolicką procesję z tańczącymi Indianami. Po klasztorze oprowadza nas starszy zakonnik. Mówi po angielsku, co w Meksyku nie jest oczywiste. Z jednego z klasztornych tarasików obserwuję kwitnące drzewo i uwijającego się nad kwiatami... kolibra.

Opuszczamy klasztor i idziemy w kierunku punktu widokowego, z którego podziwiamy panoramę miasta i przecinający aglomerację zabytkowy akwedukt.

Nocleg w ,,Alcatraz"

Czas na kolejne miasto. Bilet na autobus do San Miguel de Allende kosztuje 40 pesos. Na dworcu spotykamy znajomą Polkę z Londynu. W centrum San Miguel rozpoczynamy poszukiwanie schroniska. Trafiamy do hostelu o wdzięcznej nazwie ,,Alcatraz". Nocleg kosztuje 90 pesos. Miasto jest piękne. Uliczki malownicze, kamieniczki urocze... Tutejsze Zocalo jest obsadzone artystycznie przyciętymi drzewami i nazywa się nie placem, ale ogrodem (,,jardin").

Naprzeciwko wznosi się ładny, strzelisty kościół. Ja jednak nie mam siły na podziwianie. Źle się czuje. Nie wiem jeszcze, ze to porażenie słoneczne. Wracamy do hostelu. Późnym wieczorem pijemy w patio chłodną ,,Coronę" z limonką. Przynosi ulgę.

Wczesnym porankiem opuszczamy ,,Alcatraz". Za przejazd do górniczego miasta Guanajuato płacimy 40 pesos. Terminal tradycyjnie jest usytuowany bardzo daleko od centrum miasta. Wsiadamy więc w miejski autobus i długo jedziemy do śródmieścia.

Wysiadamy na przystanku na jednej z podziemnych ulic - biegną one dawnymi kopalnianymi korytarzami. Wychodzimy schodami na powierzchnię, na mały, pełen handlarzy placyk w otoczeniu kolorowych budynków. Łapiemy autobus do Muzeum Mumii. Za wstęp płacimy 50 pesos.

Muzeum to prawdziwa makabra - przed laty przypadkowo odkryto, ze pochowane na miejscowym cmentarzu zwłoki w naturalny sposób zmumifikowały się. Postanowiono wystawić je w szklanych gablotach na widok publiczny.

Wyschnięte na wiór ludzkie ciała wyglądają upiornie, co turystom w niczym nie przeszkadza pstrykać setki zdjęć. A pamiątkarze przed muzeum sprzedają udające mumie lalki...

Na Uliczce Pocałunków

W centrum miasta łapiemy kolejny autobusik - tym razem do kopalni srebra. Zatłoczony pojazd mozolnie wspina się pod górę, by kilkaset metrów przed celem nagle stanąć w miejscu. Silnik się przegrzał

Bileter przynosi wodę z pobliskiego sklepiku. ,,Cinco minutos" (,,Pięć minut") - uspokaja. Znamy te meksykańskie ,,pięć minut"! Wysiadamy i człapiemy pod górę pieszo.

Wstęp do kopalni kosztuje 20 pesos. Przewodnik łamaną angielszczyzną opowiada o bardzo trudnej i wyjątkowo źle opłacanej pracy dawnych górników.

Wracamy autobusem do śródmieścia i idziemy na słynną Uliczkę Pocałunków. Według tutejszej wersji ,,Romea i Julii", odrzucony przez rodziców panienki zalotnik wynajął pokój naprzeciwko mieszkania swojej lubej. Ponieważ ulica była (i jest nadal) bardzo, bardzo wąska, balkony obu lokali prawie stykały się ze sobą i młodym nic nie przeszkadzało w miłosnych schadzkach.

W zaułku tłok; pełno turystów i tubylców. Jeden ze starszych wiekiem Meksykanów pyta, skąd jesteśmy. Kiedy słyszy, że z Polski, nuci fragment piosenki... po polsku. Nie zna naszego języka, ktoś go tylko nauczył tych paru słów.

Pojawia się biała dziewczyna w towarzystwie młodego Meksykanina. Prosi nas o zrobienie zdjęcia. ,,Dziękuje" - mówi nieoczekiwanie po polsku z lekkim, obcym akcentem. Czeszka. Czuję się w tym Meksyku coraz bardziej swojsko!

Kupujemy piwo w puszkach w pobliskim barze, owijamy je papierowymi serwetkami (świetny pomysł Ani; w Meksyku, podobnie jak w Polsce obowiązuje zakaz picia alkoholu na ulicy), siadamy na ławeczce i gasimy pragnienie. Co chwila przemykające samochody zapadają się pod ziemie, albo nieoczekiwanie pojawiają się na powierzchni. Powoli defiluje przed nami tubylec na osiołku.

Dzień Niepodległości

Wracamy na terminal i autobusem klasy ,,primera plus" (,,więcej niż pierwszej") jedziemy jeszcze dalej na północ - do Guadalajary. Płacimy 236 pesos, ale warto! Seans filmowy i łazienka i to w klasie pierwszej w meksykańskim PKS-ie standard, ale tu mamy dodatkowo sandwiche, zimne napoje i... podnóżki.

Guadalajara to czteromilionowe miasto, drugie co do wielkości w Meksyku. Docieramy tu przed północą. Terminal znajduje się na dalekich peryferiach. Autobusy o tej porze nie kursują, ale nie brakuje taksówek.

Przewodnik "Lonely Planet" uprzedza, ze kierowcy za dojazd do centrum biorą 70 pesos, a potem jeszcze domagają się ,,łapówki". Nie mamy jednak wyboru. Negocjujemy z jednym z kierowców. Zgadza się zabrać nas do jednej taksówki za 80 pesos. Pięć osób z plecakami!

Jakimś cudem mieścimy się. W śródmieściu trwa fiesta - jutro Dzień Niepodległości. Taksówkarz musi wysadzić nas kilka przecznic wcześniej. Wskazuje nam jednak drogę, więc bez problemów trafiamy do schroniska o mało wyszukanej nazwie ,,Guadalajara".

Nocleg kosztuje 110 pesos, a w cenie jest śniadanie i dostęp do internetu. Schronisko jest sympatyczne, ale ma jedna wadę. Obowiązuje segregacja płci, więc trafiam do innego pokoju niźli reszta grupy. Śpię sam - dwóch pozostałych lokatorów bawi się na mieście. Wracają dopiero nad ranem.

Rano na jednym z centralnych placów miasta odbywa się Parada Niepodległości. Potem Meksykanie tłumnie spacerują po licznych w Guadalajarze deptakach i rynkach. Na jednym z placów siadamy w kawiarnianym ogródku, by wypić espresso. Dobrze się czuję w tym mieście. Jest takie... europejskie.

Dogania nas polityka

W kawiarni wiszą darmowe, lokalne gazety. Przeglądam jedną z nich. Czytam felieton na temat Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie. Dziennikarz porównuje Juszczenkę do Wałęsy. Miło mi, ze wiedzą tu o nas, ludziach ze Środkowej i Wschodniej Europy.

Jeszcze bardziej mi miło, że po części rozumiem to, co czytam. W Meksyku człowiek nie ma po prostu wyjścia. Musi szybko opanować podstawy hiszpańskiego, żeby przetrwać. Podchodzi do nas mężczyzna z jakąś kartką w ręce. Jest oczywiste, że chce pieniądze, więc szybko informuję go, ze nie mówię ani po hiszpańsku, ani po angielsku. Pytam jeszcze, czy zna polski. Nie zna. Rozkładam bezradnie ręce.

,,Ale ty wszak mówisz po hiszpańsku!" - natręt znacząco patrzy na moją gazetę. ,,Tylko troszeczkę" - wyjaśniam. ,,Aha, to ja jednak zostawię informację o nas" - kładzie ulotkę na stół i odchodzi. Po kilku metrach ogląda się i śmieje się, kiedy widzi, ze czytam.

Dowcipniś jest anonimowym alkoholikiem i zbiera datki na swoją organizację. W Meksyku jest bardzo dużo anonimowych alkoholików - to smutny spadek po kolonizatorach. Nie widać natomiast pijanych ludzi na ulicach.

Na kolejnym placu trafiamy na demonstrację polityczną. W licznych gablotach opozycjoniści umieścili zdjęcia wraz z podpisami, ilustrujące nadużycia władzy przez policję. Kiedy czytamy i oglądamy, podchodzi do nas dwóch nastolatków. Interesuje ich, z jakiego kraju są ci gringos, których tak interesują sprawy wewnątrzmeksykańskie.

Na polach agawy

W hostelowej recepcji rezerwujemy sobie miejsca na jutrzejszą wycieczkę do pobliskiego miasteczka Tequila (po 200 pesos). Nie chce nam się szukać właściwego dworca autobusowego i jechać na własną rękę. Błąd, jak się potem okaże.

Następnego dnia rano przewodnik (młody, biały) prowadzi nas... na dworzec autobusowy. Zatłoczonym autobusem jedziemy przez jakieś półtorej godziny. W Tequili wsiadamy w busik i jedziemy za miasto, na plantację agawy. Przed fabryczką tequili spotykamy Izraelitkę, którą pamiętamy ze schroniska w Mexico City. Kobieta jeździ po Meksyku samotnie i trochę się boi. Spotykamy tez Francuza, który ma przyjaciółkę w... Poznaniu.

Przewodnik po angielsku tłumaczy, jak wygląda proces produkcji słynnej wódki meksykańskiej. Agawa rośnie jakieś 8 - 10 lat. Następnie obcina się jej liście, a z tzw. ,,serc" otrzymuje sok, który w kadziach poddawany jest destylacji. Bierzemy do ust po kawałku zdrewniałego ,,serca" agawy. Sok ma dziwny smak. Znacznie lepiej smakuje produkt destylacji, choć jest diabelnie mocny (ponad 90 procent etanolu).

Można też kupić tequilę na wynos. Jest jednak droga, choć przy większych zakupach nieco tańsza. Dlatego młody Amerykanin namawia nas na wspólny zakup. Naradzamy się po polsku. ,,Po jakiemu mówicie?" - interesuje się chłopak. - ,,Słyszę, ze to ani czeski, ani rosyjski, ale coś podobnego". Amerykanin sporo jeździ po świecie, ale w Polsce jeszcze nie był.

Przed fabryczką zagadują mnie starsze, białe kobiety. Kreolki (potomkinie hiszpańskich najeźdźców) z Mexico City. Światowe niewiasty. Znają angielski, a nawet były w Polsce. Chwalą się, ze 50 proc. rzymskich katolików mieszka w Ameryce Łacińskiej.

Idziemy do restauracji w centrum. Obiad jest w cenie wycieczki. Koło nas siada para Kanadyjczyków. Właśnie skończyli studia i przyjechali do Meksyku, bo kraj jest tani. Zamierzają tu zostać do czerwca przyszłego roku. Kanadyjka miała polskich dziadków. Mieszkali w Opolu.

Wstyd za białą rasę

W powrotnej drodze młodzi Amerykanie raczą się tequilą (my jej w końcu nie kupiliśmy). Przykład daje przewodnik, który w końcu wypija zbyt wiele i nagle wymiotuje, prosto pod nogi kierowcy autobusu. Wstydzę się za białą rasę, ale kierowca z całkowitym spokojem idzie do luku po ścierkę i pojemnik z wodą.

Do hostelu wracamy sami - na przewodnika lepiej za bardzo nie liczyć. Autobusem jedziemy na terminal. Czuję się dość niepewnie; jest późny wieczór, my się rzucamy w oczy dzięki plecakom i białej skórze, a koło nas w autobusie siedzi dokazująca młódź. Nic się jednak złego nie dzieje, chłopaki pytają tylko, skąd jesteśmy.

Bilet na nocny autobus do Mexico City jest wyjątkowo drogi - 410 pesos. Trasa jednak jest bardzo długa, a w cenie mamy wszak nie tylko przejazd, ale i nocleg, i kino. Tym razem puszczają nam film o chłopaku - lekkoduchu, który przypadkiem odebrał telefon z prośbą o pomoc od uwięzionej przez bandziorów kobiety.

Pokaz jest po angielsku z hiszpańskimi napisami. Koncentruję się na napisach i - ku mojemu miłemu zdziwieniu - rozumiem film.

Więcej z Ameryki Północnej