Półwysep Jukatan to zamożna, turystyczna i bardzo amerykańska część Meksyku. Bardzo różna od biednego, indiańskiego stanu Chiapas. Nie oznacza to bynajmniej, że złakniony przygód obieżyświat nie ma czego na Jukatanie szukać.

W Meridzie, dokąd przyjechaliśmy z miasta Palenque w stanie Chiapas, jesteśmy o 6.00 rano. Pieszo idziemy do zarezerwowanego wcześniej schroniska ,,Nomadas". Około dwóch kilometrów spacerku przez śródmieście.
W stolicy hamaków
Miasto jest kolonialne, wygląda na kolonialne i tą kolonialnością się szczyci, co widać chociażby po szyldach. Miasto znajduje się na zamożnym, turystycznym Jukatanie. Co widać chociażby po cenach.
Na szczęście nasz hostel kosztuje tylko 80 pesos (około 25 zł), a w cenie jest śniadanie. Schronisko jest ładne, z uroczymi podwórcami i z wiszącymi wszędzie hamakami. Bo Merida to stolica hamaków. W schronisku jest zresztą informacja, żeby za hamaki nigdzie nie płacić więcej niż 250 pesos (około 80 zł).
Na jednym z podwórców jest też tara - wyborny pomysł. Od razu robimy pranie. Potem, na innym patio, spożywamy śniadanie - kawę i grzanki. Przy okazji ustalamy, że pozwalamy sobie na luźniejszy dzień. Na Jukatanie nie brakuje ruin indiańskich miast, my jednak zwiedziliśmy ich do tej pory tak wiele, że jesteśmy już po prostu tym zwiedzaniem zmęczeni…
Zamiast tego fundujemy sobie spacer po żywym mieście Oglądamy niebrzydkie Zocalo (Rynek). Wielu naganiaczy i handlarzy zaczepia nas tam, krzycząc, że jesteśmy ich przyjaciółmi. Kiedy ja się właściwie zdążyłem z nimi wszystkimi pozaprzyjaźniać?
Wstępujemy do informacji turystycznej. Kiedy z niej wychodzimy, zaczepia nas jakiś grubas: ,,Czy jesteście zadowoleni z obsługi? - pyta. - Bo ci pracownicy to moi studenci i ja ich oceniam. Chodźcie, to coś wam pokażę" - i nie czekając na odpowiedź prowadzi nas do pobliskiego sklepu z pierdołami dla turystów. Drogiego sklepu. Grubas jest naganiaczem. I kłamczuchem.
Zaglądamy do sklepu z hamakami. Oglądamy i wybrzydzamy. Potem odnajdujemy knajpkę nieopodal Zocalo, w której siedzą miejscowi. To dobry znak. I faktycznie, knajpka jest tańsza niż inne. Rozdzielamy się. Piję z Anią dobre espresso w Italian Coffee Company. Dołącza Dorota. Busem jedziemy do położonej pod Meridą wioski, słynącej z wyrobu hamaków.
Jeszcze w pojeździe zaczepia nas współpasażer. Domyśla się, w jakim celu jedziemy. I zaprasza do manufaktury, prowadzonej przez swoją rodzinę. Na miejscu tłumaczy, że hamaki dla turystów są plecione rzadko, a jego krewni oferują prawdziwe hamaki Majów, plecione gęsto. I oferuje taki po 350 pesos (około 110 zł). Po targach udaje się kupić dwa hamaki po 250 pesos.
Jak w Europie
Całkiem przyjemne miejsce. Niestety, trudno tu coś zjeść. Knajpek wprawdzie nie brakuje, ale swoje podwoje otwierają one dopiero w godzinach wieczornych. Trzeba więc poprzestać na syceniu wzroku. O co z kolei wcale nietrudno.
Trafiamy na ruiny kamienicy, w którą długimi korzeniami wrasta drzewo. Zawsze podziwiałem u roślin wolę życia w najbardziej nieprzyjaznych warunkach. Kawałek dalej, na podwórcu, widzimy szereg uroczych, choć zdewastowanych domków.
Docieramy do monumentalnego pomnika Ojczyzny i miejskim autobusem wracamy do schroniska, gdzie - jak co wieczór - rozpoczyna się właśnie szkoła salsy. Ania tańczy, ale reszcie z nas jakoś brakuje odwagi. Poprzestajemy na obserwacji.
Następnego dnia wstajemy o 5.30 rano. Chcemy dotrzeć do Chichen Itza, indiańskiego miasta o wyjątkowej sławie. Budzimy pracownika recepcji, który zamawia dla nas dwie taksówki na dworzec. Pieszo już nie zdążymy.
Taksówkarze nas całkowicie zaskakują, bo wysadzają nas... na dwóch różnych dworcach. Z obu odjeżdżają autobusy do Chichen Itza. Nie możemy więc dogadać się SMS-owo. Oba autobusy odjeżdżają bez nas…
Na szczęście pojawiają się Czesi, których poznaliśmy w hostelu w Oaxace. Chłopaki tłumaczą, że drugi dworzec jest dokładnie... po drugiej stronie ulicy. Przy okazji Czesi, którzy w Palenque chwalili się, że jadą do Gwatemali, przyznają, że jeszcze tam nie byli. Zamierzają dopiero jechać przez Belize.
Pierzasty wąż nie pełznie
Nie udaje nam się oddać biletów na autobus, ale pracownicy dworca sprzedają nam kolejne za 50 procent ceny. Teraz już bez przeszkód docieramy do Chichen Itza. Wstęp kosztuje dość dużo, bo 88 pesos. Piwo w miejscowej kawiarence - 26 pesos. Drogo. Ale napić się trzeba, bo upał, jak zwykle zresztą, zwala z nóg.
Samo miasto robi duże wrażenie; podoba mi się zwłaszcza głębokie cenote (naturalna jaskinia w kształcie studni z oczkiem wodnym na dnie), las tysiąca kolumn i gigantyczna piramida El Castillo, czyli po hiszpańsku ,,Zamek".
Mamy drugą połowę września, więc z piramidy powinien spełzać Pierzasty Bóg - Wąż. To taka zainscenizowana przed wiekami przez Indian i odbywająca się dwa razy w roku gra świateł i cieni, podobno robiąca niesamowite wrażenie. Podobno, gdyż żadnego opierzonego węża, niestety, nie widać. Być może dlatego, że jesteśmy jakiś tydzień za późno. A może dlatego, że jesteśmy przed południem, a boski wąż lepiej widoczny jest pod koniec dnia.
Tak, czy inaczej na El Castillo warto się wspiąć. Schody są bardzo strome, więc większość turystów trzyma się liny. Wysiłek im się jednak zdecydowanie opłaca. Z górnego tarasu rozciąga się piękny widok na całe, starożytne miasto.
Na górnym tarasie piramidy mieszka też wielka jaszczurka z odciętym (lub odgryzionym) ogonem. Jaszczurka przyzwyczajona jest do widoku ludzi. Z własnej woli podchodzi do turystów, zaczepia, pozuje do zdjęć. Po prostu odjazd! Kiedy jednak ktoś się zbliży za bardzo, zwierzę szybko schodzi po pionowej ścianie i chowa się w bezpiecznej szczelinie.
Kąpiel w miejscu kaźni
Po wyjściu z Chichen Itza łapiemy colectivo (wieloosobową taksówkę) do pobliskiej cenote Ik Kil. Wstęp do parku, na terenie którego znajduje się cenote, kosztuje 60 pesos. Obowiązkowy prysznic jest za darmo. Majowie składali kiedyś w cenote ofiary z ludzi. W czasach współczesnych z oczka wodnego wydobyto ludzkie kości, srebro i szlachetne kamienie. Teraz w jeziorku kąpią się turyści.
Krętymi schodami schodzimy głęboko w dół. Do wody wchodzimy po drabince, wokół której kłębią się ciekawskie sumiki. Niesamowita kąpiel! Przepływamy pod małymi wodospadami. Ostrożnie mijamy wiszące nad wodą, wyjątkowo długie korzenie roślin. A potem idziemy do jedynej tu restauracji na piwo. Po 27 pesos. Najdroższe, jakie pijemy w Meksyku.
O umówionej porze wraca po nas nasze colectivo. Jedziemy na dworzec autobusowy w Valladolid, gdzie po 45 pesos kupujemy bilety do nadmorskiego Tulum. Autobus dość długo wlecze się dziurawą drogą wzdłuż wybrzeża.
Po drodze mijamy liczne kramy z barwnymi tkaninami. Napisy po angielsku. Jukatan jest bardzo komercyjny. I bardzo zamerykanizowany. Powoli zapada już zmierzch, kiedy wjeżdżamy wreszcie pomiędzy pierwsze zabudowania Tulum.
Pomaga nam Jesus
Ledwie wysiadamy na dworcu, kiedy jak spod ziemi wyrasta Jesus. A właściwie don Jesus, bo to mężczyzna w wieku już mocno średnim. Mężczyzna jest pośrednikiem turystycznym. Mieszka i pracuje na Jukatanie, więc dobrze zna angielski. Na tyle dobrze, że nawet nie chce rozmawiać po hiszpańsku. ,,Ja właściwie, to po hiszpańsku kiepsko mówię" - wyjaśnia. Ot, żartowniś.
Jesus zabiera nas na camping ,,Papaya Playa" (,,Papajowa plaża") pod Tulum. Za sto pesos od osoby wynajmujemy chatę, zwaną tu ,,cabana". Chatka jest raczej prymitywna, za to cena - jak na wybrzeże Morza Karaibskiego - dość przystępna.
Ale coś za coś. Jesteśmy kilka kilometrów od Tulum i jego licznych lokali gastronomicznych. Innymi słowy jesteśmy zdani na campingową restaurację, która już do tanich nie należy. Spaghetti kosztuje około 60 pesos, a piwo - 20. Nie płacimy od razu, tylko podajemy numer chatki. Kolację doliczą nam do rachunku.
Po kolacji wracamy do chatki. I wtedy Aneta znajduje na swojej moskitierze skorpiona. Zwierzak szybko ucieka, ale i tak ogarnia nas lekka groza. I znów jak spod ziemi wyrasta Jesus, który uspokaja nas: ,,Ukłucie skorpiona nie jest śmiertelne, nie traficie nawet do szpitala".
Już całkowicie wyluzowani, idziemy na spacer na odległy o kilkanaście zaledwie metrów brzeg morza. Z plaży podziwiamy pięknie widoczną Drogę Mleczną. Ale przed snem sprawdzam jednak jeszcze dokładnie pościel pod moskitierą. Czysta!
Ruiny zbojkotowane
Rano w campingowej restauracji pijemy tylko kawę (10 pesos). Kąpiemy się w Morzu Karaibskim. Jest bardzo ciepłe. I bardzo słone. I bardzo ładny widok mamy z wody na palmowe gaje na wybrzeżu.
Po kąpieli rozliczamy się z pracownikiem campingu. Okazuje się, że policzono nam za jedzenie i picie o 15 pesos za dużo. Po długiej dyskusji płacimy tyle, ile trzeba. Taksówkami wracamy do Tulum. Znajdujemy niedrogą knajpkę. Zamawiam spaghetti, które kosztuje tu zaledwie 30 pesos.
Jeszcze spożywamy posiłek, kiedy jak spod ziemi wyrasta Jesus, który daje nam namiary na nocleg w Playa del Carmen. To miejscowość, do której się właśnie wybieramy, i w której okolicach chcemy nurkować. Don Jesus chce też nam zresztą załatwić i nurkowanie. Poza tym nie bardzo wie, jak nam powiedzieć, że należy mu się napiwek. W końcu mówi, że napiłby się - nomen omen - piwa. Dostaje 20 pesos.
Tyle samo każdy z nas płaci za bilet na autobus do Playa del Carmen. Przed odjazdem spotykamy jeszcze młodego Polaka, który akurat do Tulum przyjechał. Chłopak dziwi się, że nie zwiedziliśmy pobliskich ruin. ,,To co wy tu właściwie robiliście?" - pyta, lekko zbulwersowany. Bierze nas chyba za typowych turystów ,,hotelowo-wycieczkowych", bo odpowiadam mu, że kąpaliśmy się w morzu.




