Geozeta nr 9Europa

Ach ten Tarkan! Czyli kilka wspomnień z Turcji

Sylwia KlimekTurcja

Opisując ludzi różnych narodowości często posługujemy się stereotypami. Przed wyjazdem do Turcji wydawało mi się, że spotkam tam brudnych dzikusów, którzy na każdym kroku będą próbowali wyciągnąć od nas parę dolarów. Na pewno duży wpływ na to miała relacja koleżanki z zeszłorocznej wyprawy do innego muzułmańskiego kraju, gdzie nie mogła opędzić się od natrętów, chcących pieniędzy za każdą, nawet drobną, usługę bądź informację.

Mapa trasy: Ach ten Tarkan! Czyli kilka wspomnień z Turcji
Mapa trasy

Byliśmy przygotowani na najgorsze i ustaliliśmy, że od nikogo nie chcemy żadnej pomocy. Mamy przewodnik i jesteśmy samowystarczalni. Nie stać nas na tureckie "uprzejmości". Okazało się, że nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak błędne były nasze wyobrażenia o tym gościnnym i pełnym ciepła rodzinnego narodzie. Nie dość, że pomagali nam odnaleźć ulice i miejsca, o które pytaliśmy (okazało się, że przewodnik nie jest alfą i omegą), to niejednokrotnie, zupełnie bezinteresownie, sami nas tam prowadzili. Naszą zapłatą był uśmiech i niezdarnie wypowiedziane "cok tesekkur ederim", co po turecku oznacza dziękuję bardzo. Mieszkańcy Turcji bardzo lubili, gdy próbowaliśmy porozumiewać się z nimi w ich wdzięcznie brzmiącym i wbrew pozorom nie trudnym do nauczenia, ze względu na liczne sz, cz, dz, dla Polaków, języku. Już od pierwszego dnia naszego miesięcznego pobytu staraliśmy nauczyć się jak najwięcej słów. Niejednokrotnie było to niezwykle pomocne, a na wschodzie kraju ratowało nas nawet z opresji.

Herbatka czy kawka?

Zwyczajem, który bardzo przypadł nam do gustu (szczególnie po całym dniu chodzenia w upale, z dwudziestokilogramowymi bagażami na plecach) było picie tureckiej herbaty. Różni się ona od tej, którą znamy w Polsce. Po pierwsze, jest mocniejsza i Turcy pija ją z kilkoma kostkami cukru. Ja pozostawałam wierna swojemu przyzwyczajeniu i nie słodziłam, co często powodowało duże zdziwienie.

Po drugie, podaje się ją w małych szklaneczkach (podobnych do naszych kompotówek), na podstawce, z malutką łyżeczką. W filiżankach podaje się też słynną, czarną jak noc i mocną jak diabli, kawę. Z kulturą picia tego drugiego narodowego napoju związana jest pewna wróżba. Po opróżnieniu naczynia należy odwrócić filiżankę z fusami, postawić ją na podstawce, podnieść całość, a następnie ścisnąć palcami dwie części i zatoczyć kilkakrotnie kółko w powietrzu. Postawić z powrotem na stole. Jeżeli po kilku minutach filiżanka trzyma się spodka, czeka cię szczęście... To najprawdziwsza prawda, gdyż pierwszego dnia udała mi się ta "sztuczka" i przez cały wyjazd los się do nas uśmiechał.

Herbatą częstuje się dosłownie wszędzie; w bankach, sklepach, na bazarach... Najdziwniejszym miejscem, w którym dane nam było skosztować tego wspaniałego napoju, był chyba zakład fryzjerski w Avanos. Bardzo miły fryzjer zobaczył nas na ulicy i nalegał byśmy weszli i skorzystali z jego gościny. Jak mogliśmy odmówić?! Niezwykły jest system jakiego się używa, aby zamówić poczęstunek. W sklepach, urzędach oraz zakładach zainstalowane są specjalne domofony, połączone z kawiarnią obsługującą całe miasteczko. Zdziwienie kelnera było ogromne, gdy zobaczył turystów pousadzanych na fryzjerskich fotelach, i których przed dziesięcioma minutami obsługiwał w pracowni garncarskiej. Avanos jest bowiem miejscem, które słynie z najpiękniejszej w kraju ceramiki. Jej wyrób oparty jest na miejscowej czerwonej glince. Tym fachem trudni się większość mieszkańców, którzy chętnie zapraszają do swoich zakładów. Udało mi się nawet samej trochę polepić, ale nie jest to takie proste. Miałam problemy ze skoordynowaniem dwóch czynności: jednoczesnego popychania nogą koła uruchamiającego mechanizm i nadawawaniu odpowiedniego kształtu glinie.

Nic jednak nie dorówna herbacie, którą piłyśmy w Artwin - miejscowości, gdzie spędziliśmy jedną noc w drodze nad Morze Czarne. Mijały dokładnie cztery tygodnie od kiedy opuściliśmy Polskę. Właśnie spędziliśmy kilka godzin w autokarze i byliśmy bardzo zmęczeni. Chłopcy zostawili nas z bagażami na schodach, tuż obok szaletu miejskiego, a sami poszli szukać taniego noclegu. To, że wszyscy się w nas wpatrywali nie robiło już na nas najmniejszego wrażenia. Zdążyłyśmy się przyzwyczaić, że nasze jasne włosy zwracają uwagę miejscowych. Nagle podszedł pan pracujący w toalecie, a następnie przywitał się z nami. Po chwili zniknął, by pojawić się z ponownie, ale z taboretami w ręku. Pokazał byśmy usiadły na krzesełkach. Parę minut później kelner przyniósł herbatę. Okazało się, że była zamówiona specjalnie dla nas. Mężczyzna, który nas nie znał, a na dodatek nie potrafił zamienić z nami ani jednego słowa w obcym języku, bezinteresownie zapłacił za nasz poczęstunek...

Sytuację tą wspominaliśmy później na dworcu w Krakowie, gdy o drugiej w nocy, zmarźnięci, poprosiliśmy panią w barze o nalanie do naszego kubka gorącej wody. Polska sprzedawczyni jednak odmówiła, tłumacząc, że nie wie jaką ma przyjąć opłatę za sam wrzątek! Fakt, że mogłaby go dać za darmo, nawet nie przyszedł jej na myśl. Nie ma to jak "pomocna dłoń rodaka"!

Ach ten Tarkan!

Wielką pasją Turków jest muzyka. Mają ogromne poczucie rytmu, uwielbiają bawić się i tańczyć. Kiedy idzie się ulicą z każdej strony dobiegają melodyjne dźwięki. Zarówno muzyka popularna (ach ten Tarkan!!!), jak i ludowa, wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Chyba nigdy nie zapomnimy kurdyjskiego kierowcy taksówki, który przez godzinę, w czasie drogi na wulkan Nemrut Dagi, śpiewał nam prosto do uszu lokalną opowieść. To miało niesamowity urok. Dzikie góry, pustkowia, piasek, upał.... i jego zawodzący śpiew.

My też mieliśmy okazję popisać się umiejątnościami wokalno - tanecznymi. Na statku wycieczkowym, podczas całodniowego rejsu po przybrzeżnych wysepkach Morza Śródziemnego, wielką furorę zrobił taniec brzucha w wykonaniu Wojtka. Turczynki były zachwycone i domagały się większej ilości występów, ale nasz kolega nie chciał robić konkurencji wodzirejowi, który z nie mniejszym wdziękiem, tańcząc, zachęcał wszystkich do wspólnej zabawy. (Ponieważ byliśmy jedynymi obcokrajowcami, zmuszano nas do uczestnictwa w każdej konkurencji).

Słodkie nie tylko maluchy

Dzieci są bardzo przywiązane do rodziców. Rodzina ma w tym kraju w ogóle wartość nadrzędną. Każda chwila wolna od zajęć jest dobra, aby wybrać się z bliskimi na piknik. Miejsce nie jest najistotniejsze. Widzieliśmy ludzi biwakujących na pięknej plaży, na polance w lesie, ale również na zaśmieconym placu w okolicy ruin. Najważniejsze by być razem - wystarczy przecież kocyk i dobre chęci. Szkoda, że nam w Europie, pogrążonym w pogoni za pieniądzem, brakuje często czasu na takie wypady.

Islam wymaga, by dzieci były bezwzględnie posłuszne rodzicom. Mieliśmy okazję przekonać się o tym na własne oczy. Podczas kąpieli w morzu, zauważyliśmy nastoletnią dziewczynę pływającą w czarnym kombinezonie, który szczelnie zakrywał jej całe ciało, a przede wszystkim włosy. Gdy zapytaliśmy turecką znajomą dlaczego dziewczyna jest w ten sposób ubrana (podczas, gdy inne muzułmanki mają normalne stroje kąpielowe), odpowiedziała, że widocznie ojciec od niej tego wymaga. Bardziej konserwatywni mężowie nakazują również swym żonom, aby nosiły na głowach chustki, bądź wręcz całe się zakrywały. Jest na szczęście wielu takich, którzy idą "z postępem" i pozwalają kobietom prezentować śliczne ciemne włosy. Turczynki, według naszych kolegów, nie są tak ładne jak Polki. Natomiast Turcy są w większości nieziemsko przystojni, ale jest to tylko moja opinia.

Szczególnym poważaniem cieszą się starsi. By okazać im swój szacunek, na pożegnanie powinno się najpierw pocałować zewnętrzną stronę ich dłoni, a później przyłożyć ją do swojego czoła. Właśnie ludzie starsi są najbardziej regligijnymi obywatelami, ale przecież tak samo wydaje się być również w Polsce.

Nie wiem czy w Turcji jest tylu homoseksualistów, czy niektórzy mężczyźni po prostu tak bardzo się lubią, że chodzą po ulicach objęci... jest to normalny widok. Czasami potrafią iść we trzech lub czterech i wręcz tamować ruch na chodniku. Nazwaliśmy ich "milusińscy". Normalnym jest także fakt, że na powitanie i pożegnanie całują się w policzki.

Nigdy bym nie przypuszczała, że Turcy tak uwielbiają się fotografować. Na każdym kroku byliśmy zaczepiani i proszeni o "foto". Potem oczywiście następowała wymiana adresów, e-maili i obietnic, że wyślemy zdjęcia. Momentami było to wręcz męczące. Kurdyjscy chłopcy, spotkani przy Ishak Pasa Sarayi oczekiwali chyba na całą sesję zdjęciową, gdyż przyjmowali najróżniejsze pozy i bardzo rozczarował ich fakt, że zrobiliśmy im tylko jedno zdjęcie. Natomiast dzieci mieszkające pod Araratem (najwyższy szczyt Turcji) były tak "słodkie", że nie mogliśmy powstrzymać się przed ich fotografowaniem. W pewnym momencie, zmęczone, zaczęły zakrywać twarze.

Turcja to naprawdę wyjątkowy kraj, a ludzie ją zamieszkujący są niesamowici. Jeśli nie macie jak wykorzystać urlopu, wakacji, bądź po prostu musicie się gdzieś wyrwać, to bez chwili zastanowienia właśnie tam się wybierzcie.

Więcej z Europy