„Pan Bóg stworzył Ziemię. Potem zaś stworzył cudowną krainę, której dał wszystko, co najwspanialsze - góry, doliny, rzeki. I nazwał tę ziemię Szkocją. A było tam tak pięknie, że Anioł Gabriel spytał się Pana Boga czy nie uważa, że dał Szkotom zbyt wiele. Na co Pan Bóg odparł: Nie zapomnij jakich im dałem sąsiadów!”

Ten tekst widnieje przy wejściu do jednego z pubów w miejscowości Breakish, na wyspie Skye. Skye była jednym z wielu punktów naszej wyprawy do Szkocji. Warto jednak zacząć podróż od tego miejsca, które jest naprawdę niezwykłe, na co między innymi może wskazywać staroceltycka nazwa wyspy - Eilein a’Choe, co oznacza Wyspa Mgieł.
Wszystko zaczęło się w Edynburgu, który jest stolicą Szkocji. Szczęśliwie się złożyło, że w tym samym czasie odbywał się Edinburgh International Festival. Do miasta przybywa wówczas wiele grup teatralnych i muzycznych, aby zaprezentować się na miejscowych scenach i ulicach. Miasto odwiedza wtedy wiele tysięcy turystów ze wszystkich stron świata. Międzynarodowy charakter tego festiwalu stanowi okazję, by zaprezentować swoją rodzimą kulturę. Obok Szkota w kilcie i grającego na kobzie można zobaczyć ludzi w etnicznych strojach afrykańskich. Wszystkim udziela się atmosfera zabawy, wszędzie słychać muzykę. Obok rozbawionych uczestników imprezy można zobaczyć także zmęczonych turystów drzemiących w ogrodach przy Princess Street. Już wczesnym popołudniem na Royal Mile, która prowadzi do zamku, zaczynają przybywać liczne zespoły muzyczne i teatralne. Zdarzyło nam się gonić za jednym z takich zespołów w górę Royal Mile w deszczu, bowiem członkowie trupy wyglądali jak grupa wojowników szkockich z XVI wieku. O tym, że mamy wiek dwudziesty świadczyły jedynie słoneczne okulary na nosie jednego z grających na bębnie. Wszystko co się dzieje na ulicach Edynburga w tym czasie, Szkoci określają jako „fringe” (ang. skraj, grzywka).
Oprócz festiwalu teatralnego odbywa się także Military Tatoo Festival, który kończy bardzo widowiskowa parada wojskowa. Do Edynburga wróciliśmy jeszcze na finał festiwalu, który zazwyczaj odbywa się w pierwszych dniach września. Organizowany jest wówczas spektakularny pokaz sztucznych ogni na zamku, który mieni się tej nocy tysiącem kolorów.
To, co najpiękniejsze i najbardziej interesujące mieliśmy jednak jeszcze przed sobą. Pojechaliśmy na północ, drogą prowadzącą przez Pitlochry do Inverness, stolicy Highlandu. Trasa ta zaprowadziła nas do jednego z najważniejszych miejsc w historii Szkocji: Culloden, gdzie w 1746 roku szkoccy partyzanci zostali ostatecznie pokonani przez Anglików. Miejsce przywołuje wiele bolesnych wspomnień, ponieważ Anglicy zmasakrowali ciała szkockich żołnierzy poległych w bitwie. Nie chcieli, by teren został otoczony kultem, pomimo tego, rokrocznie przybywa tu wielu Szkotów chcących oddać hołd swoim poległym przodkom. Nie jest bowiem istotne, w którym miejscu spoczywają. Pole bitwy jest dziś wielkim grobem. Pośrodku znajduje się pomnik, na którym wymienione są nazwy klanów, z których pochodzili polegli. Towarzyszący nam Szkot Chris z klanu Buchanan prosił, żebyśmy chodzili tylko po wyznaczonych ścieżkach, ponieważ inaczej moglibyśmy deptać groby jego poległych przodków. To on również, opowiadając nam historię tego miejsca, spluwał za każdym razem, gdy wymieniał nazwę szkockiego klanu Campbellów, który zdradził w bitwie Szkotów spiskując z Anglikami.
Niedaleko Culloden znajduje się równie ważne, bo prehistoryczne miejsce - świątynia sprzed 5 tysięcy lat: Clava Cairns. Chris poprosił, abyśmy zdjęli buty wchodząc na jej teren, w przeciwnym razie deptalibyśmy dobre wróżki i duchy Szkocji. Według legendy wielki, celtycki bóg - Ben Nevis dawno temu zrzucił je na ziemię z najwyższej góry Szkocji, a następnie zamienił w kamienie. Mniejsze głazy to wróżki, a większe to dobre duchy.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem znaleźliśmy się w stolicy Highlandu, Inverness. Jest to niewielkie miasteczko, malowniczo położone nad rzeką Ness. Nad zatoką w Inverness można spotkać nawet delfiny. W pamięci utkwiła nam szczególnie niezwykła atmosfera miejscowych pubów. Szkoci są bardzo rozrywkowym narodem. Potrafią spędzać długie godziny pijąc piwo lub whisky, rozmawiając, śpiewając i tańcząc. Wszędzie można trafić na ślady ich wielkiego patriotyzmu. Podróżujący z nami kolega został porównany do Williama Wallace’a, który i tym razem miałby za zadanie wywalczyć niepodległość dla Szkotów. Szkoci wielokrotnie porównywali swoją historię do naszej...
Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na spotkanie ze słynnym potworem zamieszkującym wody jeziora Loch Ness. Pierwszą osobą, która ponoć zobaczyła Nessie był św. Kolumba, który schrystianizował Szkocję w VI wieku. Od tego momentu upłynęło wiele czasu, ale legenda wciąż jest żywa i przerażająca. Trudno nie ulec atmosferze tego miejsca, w którym wszyscy wypatrują potwora. Jest to jednak bardzo „komercyjna” okolica. Wzdłuż brzegów jeziora wybudowano mnóstwo sklepików, w których można nabyć, między innymi, plastikowe potworki - zabawki.
O tym jak niewielka jest Szkocja może świadczyć fakt, że ze wschodniego na zachodnie wybrzeże jechaliśmy autobusem około trzech godzin. Na wyspę Skye przypłynęłyśmy promem z Kyle of Lochalsh do Kyleakin. Był to tańszy sposób niż przejazd przez najdroższy most Europy. Okazało się, że najbliższy oficjalny kemping znajduje się kilkanaście kilometrów od portu. Na szczęście na Skye jest wiele prywatnych pól namiotowych, może nie o najwyższym standardzie, ale stosunkowo tanich. Ostatecznie zamieszkaliśmy w miejscowości Breakish, na kempingu u pani McCloud. Nocowanie pod namiotem nie jest najlepszym pomysłem na spędzenie nocy na Skye. Było bardzo zimno, a spać nie dawały beczące nieustannie owce. Spadło natomiast wiele gwiazd i widzieliśmy chyba najpiękniejszy zachód słońca jaki tylko można sobie wyobrazić. Skye jest niezwykle górzystą wyspą o klifowych wybrzeżach, pięknych szczególnie na północy. Zewsząd otaczały nas góry, więc spragnieni wrażeń, postanowiliśmy zdobyć jedną z nich. Chyba na własne nieszczęście wybraliśmy tę, która wydawała nam się najwyższa w okolicy. Miejscowi nazywają ją Górą Starej Kobiety. Długo szukaliśmy drogi na szczyt. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że jesteśmy zupełnie sami. Teren był bardzo podmokły, co komplikowało wejście. Wokół nie było żadnych drzew, a jedynie skały, górskie strumienie i wrzosowiska, które nadawały krajobrazowi „typowego szkockiego wyrazu”. Szukanie drogi powrotnej okazało się bardzo trudne. Nad głowami przelatywały nam co pewien czas wojskowe samoloty ćwiczące niskie loty.
Stolicą Skye jest niewielkie miasteczko Portree, do którego dojechaliśmy autostopem. Na Skye bardzo łatwo złapać okazję i może się to stać, tak jak w naszym przypadku, okazją do poznania wielu ciekawych osób. Jedną z nich był przewodnik górski Mike Lates - Anglik, który nienawidzi swojego kraju, dlatego rzucił wszystko i postanowił zamieszkać w Szkocji w przyczepie kempingowej. Dziś ma już swój własny prawdziwy domek, do którego zaprosił nas na szklaneczkę dobrej, szkockiej whisky.
W drodze na południe zatrzymaliśmy się przy jednym z najsławniejszych w Szkocji zamków Eilean Donan, w którym kręcono m.in. film „Nieśmiertelny”. Trasa do Fortu William biegła wzdłuż Kanału Kaledońskiego. Jedno z jezior ma niemalże taki sam kształt jak Szkocja. Po drodze usłyszeliśmy piękną legendę o pięciu szczytach znajdujących się nad Kanałem Kaledońskim:
Dawno temu jeden ze szkockich władców miał pięć córek. Były one tak piękne, że o ich rękę ubiegało się bardzo wielu mężczyzn. Ojciec postanowił więc wybrać dla swych córek najlepszych kandydatów. Po Szkocji krążyły wówczas opowieści o pięciu niesłychanie mężnych braciach w Irlandii. Byli oni idealnymi kandydatami, ale musieli jeszcze sprawdzić się na wojnie. Zanim doszłoby do zaręczyn, minęłoby zbyt dużo czasu i córki mogłyby utracić swą urodę. Przezorny ojciec udał się prosić o pomoc najmądrzejszego człowieka w okolicy - druida. Ten powiedział, że jest w stanie sprawić, aby dziewczęta pozostały zawsze piękne, ale będzie to kosztowało ich ojca bardzo wiele. Władca odparł, że jest w stanie zapłacić każdą cenę w trosce o dobre zamążpójście córek. Druid spełnił więc prośbę ojca i... zamienił jego córki w pięć gór. W ten oto sposób na zawsze pozostały piękne. Ponoć strumienie płynące po ich zboczach to łzy, które do dziś wylewają za swoimi ukochanymi.
Niedaleko Fortu William znajduje się najwyższy szczyt Wysp Brytyjskich, wspomniany już wcześniej Ben Nevis (1343 m n.p.m.). Rozbiliśmy obóz u podnóża góry, w dolinie Glen Nevis, sławnej z tego, że kręcono tam „Braveheart” i „Rob Roya”. Obawialiśmy się, że kapryśna szkocka pogoda nie pozwoli nam zdobyć szczytu, ale ostatecznie udało się tego dokonać. Po pięciu godzinach marszu osiągnęliśmy cel. Warto było, bo widok rekompensuje cały trud włożony w podejście. Na szczycie turyści usypują malutkie kurhany. Każdy z przybywających powinien dołożyć jeden kamyk. Wierzchołek jest bardzo płaski i rozległy, wygląda trochę jak powierzchnia Księżyca. Można stamtąd zobaczyć wschodnie wybrzeże i wyspę Skye.
Jadąc na południowy zachód nie sposób ominąć Oban. Jest to jedno z wielu uroczych, portowych miasteczek szkockich, które wyróżnia granitowy amfiteatr na szczycie wzgórza wybudowany przez miejscowego bogacza. Miasteczko jest punktem wypadowym na Hybrydy. Wystarczy 40 minutowa przeprawa promem, by znaleźć się na sąsiedniej wyspie Mull - zwanej Deszczową Wyspą. Postanowiliśmy zatem popłynąć promem do głównego portu Mull - Craignure. Wyspa była jedynie naszym przystankiem w drodze na Ionę, która leży około półtora kilometra od południowo-zachodniego krańca Mull. Piękno tego miejsca urzekło nas do tego stopnia, że postanowiliśmy zostać dłużej. Noc spędziliśmy w Fionnphort, miasteczku położonym w punkcie wysuniętym najbardziej na zachód, skąd wypływały promy na Ionę. Namiot rozbiliśmy na brzegu, tak by mieć widok na jedną z najmniejszych, ale i najbardziej legendarnych wysp szkockich. Droga na nią zajmuje jedynie kilkanaście minut. Samą wyspę można natomiast przejść wzdłuż i wszerz w ciągu kilku godzin (ok. 5 km długości i 1,5 km szerokości). Na Ionie znajduje się opactwo będące pamiątką po działalności św. Kolumby. Przypłynął on najprawdopodobniej z Irlandii w roku 563 (jak głoszą legendy, podobnie jak wszyscy misjonarze z zachodu, na kamieniu młyńskim), aby szerzyć chrześcijaństwo w pogańskiej wówczas Szkocji. Wkrótce mały ośrodek, którego był twórcą zaczął „promieniować” na cały kraj. Dziś jest to teren kultu i cel wielu pielgrzymek.
Kiedy wróciliśmy do Oban okazało się, że tego samego dnia odbywa się w Glasgow finał meczu Celtics kontra Rangers. Obydwa zespoły są z Glasgow. Celtics jest drużyną katolicką, a Rangers protestancką. Kibice tych drużyn nie znoszą się nawzajem, a ich spotkanie w jednym pubie jest możliwe tylko w miejscowościach dalekich od Glasgow, takich na przykład jak Oban. Udało nam się obejrzeć finałowy mecz ligi szkockiej w jednym z pubów. Tego dnia sąsiedzi, czy znajomi z pracy stawali się kibicami dwóch wrogich klubów - z jednaj strony siedzieli więc ubrani na zielono fani Celtics, a po drugiej - noszący niebieskie ubrania fani Rangers. W tym roku wygrało Celtics. „Zieloni” świętowali więc z dumą zwycięstwo w obecności tych, którzy czuli się z pewnością wielkimi przegranymi.
W drodze do Glasgow postanowiliśmy zatrzymać się na brzegu największego w Szkocji jeziora Loch Lomond, o którym mówi tekst jednej z bardziej popularnych wśród Szkotów piosenek: „ (...)but me and my true love will never meet again by thr bonnie, bonnie banks of Loch Lomond”. Stamtąd pojechaliśmy prosto do Glasgow, największego szkockiego miasta, które w 1990 roku zostało wybrane na Stolicę Kultury Europejskiej. Jego nazwa pochodzi rzekomo od celtyckiego słowa Glas-cu, co oznacza „ukochane, zielone miejsce”. Niestety spędziliśmy tam jedynie kilka godzin. Miasto jest sławne nie tylko z drużyn piłkarskich, ale przede wszystkim z rewolucji przemysłowej, która właśnie tam się rozpoczęła. Tworzył tam również jeden z najsławniejszych artystów szkockich Charles Rennie Mackintosh (1862-1928). Naśladownictwo charakterystycznych dla artysty motywów dekoracyjnych można zobaczyć w niemal każdym sklepie czy barze Szkocji. Odnosi się wrażenie, że panuje swoista moda na „Mackintosha”. Sama osada wydaje się nieuporządkowana i przygnębiająca. Wiktoriańska architektura i gotyckie kościoły współtworzą z nie działającymi fabrykami niepowtarzalny klimat. Jest tu taniej niż w pozostałej części Szkocji, być może dlatego, że okolica uważana jest za wyjątkowo niebezpieczną.
Szkocja chyba każdemu turyście opuszczającemu jej granice pozostawia pewnego rodzaju niedosyt. Jest bowiem tak interesująca, że nie wystarczy tam pojechać tylko raz. Niestety nasze fundusze nie pozwoliły zatrzymać się na dłużej. Jest tańsza od Anglii, ale i tak należy do jednych z najdroższych europejskich krajów - zbyt drogim na kieszeń przeciętnego Europejczyka, a tym bardziej polskiego studenta. Jeśli więc wyobrażacie sobie Szkocję jako przepiękny, górzysty kraj z mnóstwem jezior i wrzosowisk, a Szkotów jako przeuroczych, wesołych gościnnych i z pewnością nie skąpych ludzi (tu chcemy obalić pewien stereotyp)... to wszystko jest prawdą. Wystarczy tylko mieć dużo chęci i niestety sporo pieniędzy, aby się o tym przekonać.
„Oh! ye'll take the high road and I'll take
the low road, And I'II be in Scotland afore ye;
But me and my true love will never meet again
On the bonnie, bonnie banks of Loch Lamond”
Informacje praktyczne
- Najbardziej popularnym daniem jest haggis, choć skład tego dania może odstraszyć niejednego. Jest to żołądek jagnięcia wypełniony mąką owsianą, przyprawami, cebulą i... baranimi podrobami. W sumie smakuje podobnie jak polska kaszanka, tyle że my nie umiemy zrobić z niej atrakcji turystycznej. Równie odstraszającą potrawą jest czarny pudding przyrządzany z owczej krwi.
- W każdym sklepie w Szkocji można kupić tzw. scones, które są mało słodkimi niewielkimi bułeczkami, niekiedy z rodzynkami w środku.
- Tradycyjne śniadanie szkockie podobne jest do angielskiego, a składa się ze smażonych z bekonem jaj, kiełbasek i owsianki.
- Szkockie piwo jest na ogół mocniejsze i cięższe od angielskiego. Do najpopularniejszych należy McEvan’s, Tennents i Bellhaven. Gdzieniegdzie można się także napić piwa wrzosowego o nazwie Fraoh. Nie sposób nie wspomnieć o szkockiej whisky - dzieli się ją na tzw. malt z jednej destylarni i blended będącą mieszanką różnych gatunków.
- Kuchnia nie jest jedyną rzeczą, która przypomina o szkockiej odrębności. Wszędzie można zobaczyć flagi z krzyżem św. Andrzeja lub z herbem Szkocji - czerwonym lwem na żółtym tle. Na każdym niemal folderze widnieje oset, który jest symbolem Szkocji. Stare krzyże i symbole celtyckie przypominają o celtyckich korzeniach Szkocji. Bardzo charakterystyczna jest również muzyka, która przeżywa dziś renesans i można jej posłuchać na żywo w pubach na tzw. ceilidhs.
- Zrozumienie tutejszej wersji angielszczyzny graniczy z cudem, nawet jeśli ktoś włada tym językiem bardzo dobrze. Dziś możemy być świadkami odrodzenia scottish gaelic, którym posługuje się jedynie niewielka grupa, przeważnie starszych, osób. Szczególnie na Wyspach Zachodnich i na Skye możemy już zauważyć podwójne napisy, po angielsku i właśnie w gaelic. Miejsca te są najważniejszymi ośrodkami kultury i języka gaelickiego.
- Dla Szkotów podkreślanie swojej odrębności (szczególnie od Anglików) jest bardzo istotne. Pomimo, że Szkoci nie mają oddzielnego państwa są bez wątpienia narodem. Szkocja stanowi z Anglią jedno państwo, ale jej mieszkańcy pod wieloma względami są inni od Anglików. Dlatego tak ważny jest dla nich ich własny parlament z siedzibą w Edynburgu, który istnieje od 1999 roku.