Temperatura około 35 st. C, nisko wiszące chmury, za które na szczęście często chowało się Słońce i duszne, ciężkie od nadmiaru wilgoci powietrze - to komitet powitalny jakim przywitała nas Sumatra.

Madan
a promie, którym przypłynęliśmy z Malezji cieszyliśmy się ostatnimi chwilami bezczynności. W czasie pobytu na wyspie nie mieliśmy okazji do "zdrowego" leniuchowania. Chcieliśmy poznać jak największą jej część w ciągu 14 dni. Tylko na tak krótki pobyt dostaliśmy wizę w Warszawie. Po dotarciu do miasta Medan w północno-wschodniej Sumatrze natychmiast otoczeni zostaliśmy przez grupę tubylców proponujących transport do każdego zakątka wyspy. Zanim wyruszyliśmy dalej wymieniliśmy pieniądze. Za 50$ otrzymaliśmy 500.000 rupii indonezyjskich, czyli czterokrotnie więcej niż podawały ostatnie przewodniki. Ceny na szczęście dla nas wzrosły niewiele. Była to zasługa kryzysu ekonomicznego, który ogarnął w ostatnich czasach Indonezję. Gruby plik banknotów jaki każdy z nas otrzymał szczelnie wypełnił portfel i kieszenie. Byliśmy gotowi do opuszczenia Medanu. To największe na Sumatrze, ponad dwumilionowe miasto przypomina raczej gigantyczną wieś. Niska zabudowa, liczne stragany, wiele drewnianych, rozpadających się szop. Do tego parę hoteli, banków, meczetów, uniwersytet, McDonald's i KFC.
Z Medan jeszcze tego samego wieczoru wyjechaliśmy w kierunku jeziora Toba. Głównym środkiem transportu w tej części świata obok wszędobylskich skuterów i motorów są minibusy. Jazda takim minibusem to dla każdego Europejczyka niezapomniane przeżycie. Najważniejszą częścią pojazdu jest klakson - musi być głośny i niezawodny. Wszystko inne ma prawo nie działać - pasów bezpieczeństwa nie ma, zegary ruszają się tylko na wertepach a wycieraczki jedynie zdobią przednią szybę. Na szczęście w czasie deszczu kierowca trochę zwalnia. Drogi indonezyjskie to oddzielna historia. Kierowcy większych samochodów jadących z przeciwka muszą się nieźle nagimnastykować przy mijaniu. Wyprzedzanie zakrawa na wyczyny cyrkowców. Na górskich odcinkach dróg przed zakrętami tworzą się ogonki samochodów czekających na wolną drogę z przeciwka.
Parapat
Późnym wieczorem w strugach tropikalnej ulewy dotarliśmy do miejscowości Parapat nad jeziorem Toba. Wczesnym rankiem wsiedliśmy na prom i popłynęliśmy na wyspę Samosir. Towarzyszył nam poznany jeszcze poprzedniego wieczora młody mieszkaniec wyspy o imieniu Zeus. Zaprowadził nas do bungalowów, które jego rodzina wynajmowała zagranicznym turystom. To miejsce do dziś wspominamy jako jedno z najsympatyczniejszych z całej wyprawy. Po pierwsze domki były bardzo wygodne (prysznic, wygodne łóżko i muszla klozetowa), po drugie bardzo tanie (dzień pobytu dla dwóch osób = 1$), a po trzecie gospodarze bardzo mili. Pierwszego dnia pobytu na wyspie wynajęliśmy motory i ruszyliśmy zwiedzać. W szalonym pędzie mijaliśmy wioski Bataków - rdzennych mieszkańców Samosir i okolic. Obecnie są chrześcijanami, lecz na przełomie wieków jeszcze byli ludożercami. W praktyce ich religia jest mieszaniną dawnych wierzeń animistycznych z religią chrześcijańską. Mieliśmy nawet okazję wziąć udział w uroczystości, która ku naszemu zdziwieniu okazała się stypą. Na placu w pewnej wiosce zebrała się ludność by pożegnać zmarłego. Ceremonii towarzyszyły śpiewy, tańce, muzyka i przemowy członków rodziny i miejscowych dostojników. Liczna rodzina otaczała trumnę przykrytą czarnym płótnem z namalowanym krzyżem, natomiast pośrodku placu stał przywiązany do pala kuc - ofiara czekająca na poćwiartowanie i zjedzenie. To miało pomóc duszy zmarłego w dostaniu się do raju.
Nie gustując w koninie ruszyliśmy co motor wyskoczy podziwiać wulkaniczny krajobraz wyspy. Samosir jest prawdopodobnie pozostałością po zespole wulkanów zaś jego kaldera jest wypełniona wodami jeziora Toba. Jezioro o owalnym kształcie ma długość prawie 100 km i szerokość około 30 km. Wyspa wznosi się na wysokość około 1000 m nad poziom jeziora i rozciągają się z niej widoki na okoliczne stożki wulkaniczne. O pochodzeniu wulkanicznym świadczą również liczne gorące źródła oraz wydobywający się z nich zapach siarki.
Deszczowy las
Podróżując w strefie okołorównikowej jednym z naszych największych pragnień było poznanie prawdziwego, bujnego lasu deszczowego wraz z jego mieszkańcami. Zanim dotarliśmy na Sumatrę zdążyliśmy się przekonać, że na Półwyspie Malajskim, zwłaszcza w części tajlandzkiej niewiele zostało do oglądania. Dominują pola ryżowe oraz plantacje palmy oleistej i kauczukowca. Największe więc nadzieje wiązaliśmy z Sumatrą. Czekało nas jednak niemałe rozczarowanie. Myślę, że można powiedzieć, że nizinny las tropikalny na Sumatrze już nie istnieje. Ostało się jedynie co nieco na terenach trudniej dostępnych - w górach i na słonych bagnach. I tak, obecnie istnieją tylko dwa wielkie kompleksy zwartego równikowego lasu górskiego - w rejonie Parku Narodowego Gunung Leuser na północy oraz Parku Narodowego Kerinci Seblat w środkowo-zachodniej części wyspy. Niestety nie zdołaliśmy dotrzeć do tego drugiego. Musielibyśmy pokonać dość dużą odległość, żeby się tam dostać, a na to nie mieliśmy czasu. Na mapie nie wydawało się to tak daleko. Jednak rzeczywistość, przeszła wszelkie nasze wyobrażenia - pokonanie 180-kilometrowgo odcinka drogi zajęło nam ponad siedem godzin. Nasz pobyt w Kerinci miałby sens gdybyśmy mogli przeznaczyć na niego minimum 6 dni. Szybko okazało się to niemożliwe. Szkoda, ale z drugiej strony mamy po co wracać na Sumatrę - choćby po to by przeżyć ciężką dwudniową wspinaczkę przez las na niebosiężny, wciąż czynny wulkan Gunung Kerinci i przekonać się o istnieniu sumatrzańskiego tygrysa i nosorożca.
Wrota do Parku Narodowego Gunung Leuser znajdują się w miejscowości Bukit Lawang, jakieś 80 km na zachód od Medan. Położona nad brzegiem rwącej, górskiej rzeki Bohorok, niegdyś mała wioska, z czasem zamieniła się w tętniące życiem miasteczko turystyczne, w którym przestrzeń jest skwapliwie wypełniana różnymi hotelikami, restauracyjkami, sklepikami z pamiątkami bądź straganami z żywnością. Wydaje się, że wszyscy tam potrafią mówić po angielsku, a przynajmniej ci, którzy mają do czynienia z turystami. Tak więc dogadać się nie było trudno.
To wszystko dzięki Centrum Rehabilitacji Orangutanów "Bohorok" utworzonego tam przez WWF w 1973 roku. Ma ona celu odnowienie populacji tych fascynujących zwierząt głównie poprzez powtórne przystosowanie ich do życia na wolności. Obecnie na terenie parku żyje tam ponad 5 tys. osobników i każdy turysta może być pewien ujrzenia dzikiego (nawet wściekle szarżującego!) orangutana. Najprościej jest pójść w okolice paśnika - stołówki "ludzi lasu" (w mowie malajskiej orang = człowiek, utan = las). Jednakże o wiele ciekawiej jest wybrać się na górską wędrówkę przez las. Konieczny jest przewodnik, który załatwi formalności związane ze wstępem do parku, a przede wszystkim poprowadzi i co nieco opowie.
Park Narodowy Leuser stał się jednym z najbardziej popularnych miejsc na Sumatrze dzięki temu, że orangutany są przyzwyczajone do widoku człowieka. Czasami podczas trekkingu zdarza się, że nieostrożnemu turyście sprytna małpa zwinie kiść bananów.
Do Bukit Lawang dojechaliśmy już po zmroku
Z nieba, jak zwykle o tej porze lało jak z cebra. Gdy wysiedliśmy i schroniliśmy się pod dachem jakiejś jadłodajni, natychmiast powitali nas tubylcy. Bez dłuższych ceregieli zatroszczyli się o to, żebyśmy wybrali jednego z nich na naszego przewodnika. W ten sposób ubiegali innych, którzy czekali przy swoich rodzinach prowadzących bazy noclegowe. Nasz okazał się bardzo miły i mówił dobrze po angielsku. Jak się jednak potem okazało nie grzeszył jednak zbytnią wyobraźnią i odpowiedzialnością. Po dokonaniu formalności i umówieniu się na następny dzień udaliśmy się do wcześniej poleconego hoteliku. Następnie porządnie już zgłodniali udaliśmy się do pobliskiej gastronomii. Piszemy o tym nie bez powodu, gdyż w bezpośredniej konsekwencji tej obiado-kolacji nasze żołądki zmieniły diametralnie i wbrew naszej woli swe funkcjonowanie i jeszcze długo potem nie powracały do normy. Zaprawdę, w Bukit Lawang była to nasza ostatnia wieczerza. Tamtego wieczoru wszystko było w porządku do czasu gdy położyliśmy się spać. Wspominając obfitą kolację z ogromną ilością tropikalnych owoców, wesoło rozmawialiśmy i cieszyliśmy się na jutrzejszy dzień. Och, jakże to teraz wydaje się żałosne. Mimo ogromnego zmęczenia, ciężko było usnąć. Z zewnątrz docierał do nas jednostajny, głośny szum rzeki, jakby monotonna ulewa ogarnęła okolicę. Ale to nie było tym co nam nie dawało spokoju. To coś tkwiło wewnątrz i szykowało dla nas jedną z najgorszych nocy naszego życia.
Cisza przed burzą nagle urwała się gdy w środku nocy jeden z nas jak porażony wyskoczył z łóżka w stronę toalety rozpaczliwie usiłując donieść jak najwięcej do narciarskiej dziury. Wiadomo było już co się święci. Pozostali nie czekali długo na swoją kolej. Po nocy spędzonej w konwulsjach, rano byliśmy bladymi wrakami, nie kwalifikującymi się na wyjście w góry. Przewodnik trochę pomarudził, ale chyba zrozumiał. Odłożyliśmy wycieczkę na następny dzień, a ten spędziliśmy na całkowitej głodówce, regularnie kursując między łóżkiem a toaletą. Rankiem, następnego dnia czuliśmy się trochę lepiej. Nie mogliśmy sobie pozwolić na jeszcze jeden dzień zwłoki, więc wyruszyliśmy, choć nie w komplecie, na spotkanie z lasem równikowym i jego mieszkańcami.
Górski las nie jest tak ciemny jak nizinny, za to ma znacznie bogatsze poszycie dzięki większej ilości światła docierającej do podłoża. Mogliśmy podziwiać olbrzymie drzewa wystrzelające pionowo w górę ze szkarpowych korzeni, pomagaliśmy sobie łapiąc się lian przy stromych podejściach, mijaliśmy wiszące na gałęziach termitiery, wzdrygaliśmy się na widok okazałych mrówek. Cały czas towarzyszyły nam koncerty wszechobecnych cykad. Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się w miejscach gdzie można było spotkać naszych leśnych kuzynów. Dowiedzieliśmy się w międzyczasie, że jest jedna samica o imieniu Nina, której lepiej się wystrzegać. Podobno przestała być sympatyczna dla ludzi po tym, jak jeden z przewodników zabrał jej martwe dziecko. Nie ulękli szliśmy dalej. Dziwny jedynie był fakt, że prawie w ogóle nie opędzaliśmy się od latających insektów - jakby ich nie było. Nagle jeden z przewodników zauważył orangutana. Wszyscy zamarliśmy i patrzyliśmy we wskazanym kierunku. Faktycznie! Coś się ruszało. Powoli z leśnej gęstwiny wyłaniała się kudłata postać. Podszedł tak blisko, że mogliśmy go poczęstować owocami i dokładnie sfotografować. Spotkanie nie trwało zbyt długo, gdyż jego śladem podążała groźna Nina. Przewodnicy od razu zaczęli biec, sugerując tym samym i nam ucieczkę. Byliśmy uratowani! Innym razem my uganialiśmy się za gibbonami próbując je nakłonić do pozowania. Bezskutecznie.
Wycieczka powoli dobiegała końca. Droga powrotna wiodła wzdłuż Bohorok. Mieliśmy do wyboru - ekspresowy spływ na grubych dętkach od traktora bystrą, pełną wystających skał rzeką, co z pewnością dostarczało niemałej dawki adrenaliny, lub spokojny marsz ścieżką na drugim jej brzegu. Tym razem woleliśmy powiedzieć przygodzie kategorycznie NIE! Niepewność o nasze żołądki i ogólne wyczerpanie - to było dość, żeby nie prosić się o dodatkowe wrażenia. Pomijam już fakt, że za tę przyjemność trzeba by było słono zapłacić.
Los jednak lubi płatać figle
Wówczas jakoś szczególnie upodobał sobie nas. To co przeżyliśmy podczas przeprawy na drugą stronę rzeki na pewno będziemy pamiętać do końca życia. Przejście przez rwący żywioł było nie lada sztuką, którą każdy przewodnik musiał opanować. Jednakże najwyraźniej nam poskąpili tej wiedzy lub nie potrafili jej przekazać. Uznali, że wystarczy jak złapiemy się ręce i razem przebrniemy w miejscu, gdzie rzeka wydaje się nieco spokojniejsza. Jednak zapomnieli wziąć pod uwagę ostatnie obfite opady. Ani słowa o strategii, ani o odpowiednim ustawieniu ciała. Była pośród nas jedna para Anglików. Gdybyśmy wiedzieli co nas czeka, inaczej byśmy się ustawili, a także inaczej byśmy się siebie trzymali. Potem było za późno. Woda w centralnej części sięgała sporo ponad pas. Jednak najgorszy był ten wewnętrzny, podpowierzchniowy nurt. W krytycznych chwilach próbowaliśmy się zapierać o głazy na dnie. I to nie pomagało. Prąd razem z nimi niemiłosiernie spychał nas ku progowi skalnemu, za którym rzeka odkrywała swe prawdziwe oblicze. Przelewając się pomiędzy wystającymi skałami i poprzez bystrza woda kotłując się nabierała olbrzymiej prędkości. Dość powiedzieć, że nie tak dawno jakiś brawurowy Holender stracił życie, gdy szalejący żywioł porwał go pomiędzy skały. Wiedząc o tym największe chwile grozy przeżyliśmy gdy nasz łańcuch pod naporem rzeki poszedł w rozsypkę i jeden z nas oraz Anglik w mgnieniu oka zniknęli w otchłani kipiącej wody. To zakrawa na cud, że oni przeżyli, gdyż w tej kipieli człowiek był właściwie bezradny. Była to istna walka o życie. Anglik jeszcze długo był w szoku i ledwo dowlókł się do Bukit Lawang.
Następnego dnia wyjechaliśmy do Medan szkolnym autobusem, w którym wszystkie miejsca, łącznie z dachem były zajęte. Dla nas jednak nawet siedzenia się znalazły. W mieście miał czekać na nas autokar do Bukittingi - kolejnego celu naszej wyprawy ze względu na okazałe wulkany oraz na położenie po drugiej stronie równika.
Po 30 godzinach jesteśmy w Bukittingi
To prowincjonalne miasteczko w samym środku Sumatry. Architektura wskazuje na to, że holenderscy koloniści wynieśli się stąd niedawno. Nie jest to miejsce tłumnie odwiedzane przez turystów. Początkowo nawet trudno nam było znaleźć kogoś mówiącego po angielsku. Lecz z rozmówkami indonezyjskimi w ręku udaje nam się odszukać całkiem niedrogie i wygodne lokum. Pokrzepieni posiłkiem (pierwszym od feralnej wieczerzy w Bukit Lawang) ruszyliśmy na zwiedzanie miasteczka. Z niemal każdej ulicy rozpościera się widok na któryś z dwóch pobliskich wulkanów - zachodni Kutotuo (2878 m n.p.m.) i wschodni Mt. Merapi (2891 m n.p.m.). Oba pokryte chmurami wyglądają równie majestatycznie i wspaniale, ale celem naszej wspinaczki, z braku czasu i sił, mógł stać się tylko jeden. Wybraliśmy więc wyższy. Jednym z ciekawszych miejsc w miasteczku był bazar. Rojny i gwarny jak każdy bazar na świecie oferował swym klientom wielką rozmaitość wszelkiego dobra. Od ogromnej ilości różnorakich bananowych chipsów, barwnych tkanin, koszulek, przez drewniane miski, noże, aparaty, aż do najróżniejszych rupieci, z naszego punktu widzenia kompletnie nie przydatnych, takich jak zardzewiałe śrubki, nakrętki, popsute zegarki, pogięte noże, stare czasopisma, klucze czy też zaśniedziałe monety. Wszystko to leżało rozłożone na matach i czekało na swego kupca. Wieczorem, gdy wracaliśmy do naszego hoteliku, z trudem rozpoznawaliśmy to jaskrawe i rozkrzyczane za dnia miejsce. Po ruchliwym dniu nie został nawet ślad. Szare, drewniane baraki, w których tylko złowieszczo odpowiadało echo - i ani żywej duszy.
Po dość długich targach o cenę doszliśmy wreszcie do porozumienia i umówiliśmy się z przewodnikiem na godzinę siódmą. Musiał jednak zaspać, gdyż zbudziliśmy się w końcu sami około ósmej. Ruszając o tej porze nie mieliśmy już wielkich szans na dotarcie na szczyt zanim zbiegną się chmury. Wybaczyliśmy jednak przewodnikowi tę gafę uznając, że może lepiej się stało, że dłużej sobie wypoczął. Mieliśmy obawy (jak się zresztą okazało niesłuszne) czy aby dotrze na górę, chudy był bowiem jak patyk, a wiecznie roześmiane usta straszyły czarnymi czeluściami. Nie była to oznaka dobrego zdrowia. Przed wyjściem dowiedzieliśmy się, że idzie z nami jeszcze jeden przewodnik. Zdziwiliśmy się, bo na nas trzech turystów wypadało aż dwóch przewodników. Ten jednak wyglądał solidniej. Wcześniej trzeba było kupić coś do jedzenia. Ponieważ jeszcze nie mogliśmy nawet patrzeć na indonezyjszczyznę, szukaliśmy czegoś europejskiego. Na próżno. W końcu znaleźliśmy bułki, które były tak słodkie, że od razu zbierało się na mdłości. Ale lepszy rydz. Przewodnik ponadto chciał na pięć osób kupić jedną 1,5 litrową butelkę wody. Uznając to za dobry dowcip i klepiąc go przyjaźnie po plecach zażądaliśmy dalszych trzech. Jak się później okazało - słusznie. Wreszcie dojechaliśmy do wulkanu. Zauważyliśmy, że nasi nowi przyjaciele zdejmują ich nieodłączne klapki i sięgają do plecaków. Zaciekawiło nas jakież to specjalistyczne obuwie z nich wyciągną. Lecz nic takiego się nie stało. Plecaki założyli na plecy i na bosaka, nie zważając na ostre kamienie i pokaźne ilości pełzającej zwierzyny zaatakowali wulkan. A my, mocno zadziwieni, za nimi. Droga początkowo była dość łatwa. Wkrótce okazało po co mamy aż dwóch przewodników. Chudy słabo znał drogę i często na początku konsultował się z krępym. Na szczęście dochodzili do porozumienia i sprawnie posuwaliśmy się na przód.
Najpierw szliśmy przez warzywne pola, które w zasadzie niczym nie różniły się od polskich. Mijaliśmy pełne dorodnych jarzyn zagony pełne kapusty i marchewki, po których niespiesznie poruszały się krocionogi. Dalej weszliśmy w wysokie, 2-3 metrowe trzcinowisko. Szliśmy korytami odprowadzającymi wodę w czasie dużych opadów. Z chaszczy wypadliśmy na wilgotną łąkę zadowoleni, że chociaż nie ślizgamy się na błocie. Za łąką zatrzymaliśmy się na chwilę by, jak się okazało powyciągać z nóg pijawki. Te oślizgłe bestie za nic sobie miały długie cholewki butów a nawet stuptuty. I tak, grube jak palec wkręcały się w nogi żądne naszej krwi. Po wyrwaniu wszystkich pasażerów na gapę, weszliśmy do bambusowego lasu. Droga była tu strasznie podmokła, lecz szeroka a po bokach mieliśmy zwarte ściany bambusowych tyk. Niektóre rury miały pnie o średnicy blisko pół metra. Dalej tyki zostały zastąpione przez liściaste drzewa. Droga stawała się coraz trudniejsza. Chudy nie zwalniał, a do tego okazało się jeszcze, że w przeszłości był lekkoatletą. Już wcześniej zauważyliśmy (nie dało się nie zauważyć), że odkąd weszliśmy do lasu przewodnik właściwie nie był nam potrzebny. Pnąca się w górę ścieżka pokryta była równym kobiercem różnorakich śmieci. Przez to puszcza straciła wiele na atrakcyjności i jej wizerunku nie mogły poprawić nawet 5-6 metrowe paprocie drzewiaste i długie liany - znaczna pomoc przy wspinaniu. Głodni i wymęczeni wyglądaliśmy płaskiego odcinka drogi. Ale to przecież wulkan - im bliżej szczytu tym stromiej.
Drugi przewodnik, którego łapały skurcze został daleko w tyle. Za to pierwszy ciągle nie dawał się dogonić. Nareszcie las się skończył. Naszym zmęczonym oczom ukazał szczyt. Po stromych wulkanicznych skałach, czepiając się rękami każdego występu niezmordowanie parliśmy naprzód. Na widok bliskiego kresu wędrówki wstąpiły w nas nowe siły. Jeszcze parę kroków i jesteśmy. Można odpocząć. Rozglądamy się wokół i widzimy, że nic tu nie przypomina tętniącej życiem puszczy, którą niedawno opuściliśmy. Krajobraz iście księżycowy. Atak szczytowy i naszym oczom ukazuje się piękny widok na kratery Mt. Merapi. Aż po horyzont mieszają się kolory siarczanej żółci, żelaznej czerwieni i szarości wulkanicznego tufu. Z największego krateru wydobywają się kłęby pary. Stamtąd też dochodzą nas nieustanne bulgoty i pomruki drzemiącego wulkanu. Nagle dostajemy się w objęcia nadciągającej chmury. Trudno oddychać. Kaszlemy. Pospiesznie robione zdjęcia i zaczynamy schodzić. Na dole trafiamy do sumatrzańskiej wioski. Sympatyczni mieszkańcy częstują nas pieczonymi bananami i wywarem z trzciny cukrowej. Pokrzepieni ruszamy dalej. Spieszymy się, gdyż jeszcze dziś wieczorem mamy autobus z Bukittingi do Pekanbaru, a stamtąd do Singapuru. Wreszcie chwila na złapanie oddechu.
Wiadomości o Sumatrze
Sumatra wraz z przyległymi wyspami zajmuje powierzchnię 473 tys. km2, (25% pow. kraju). Można wyróżnić 4 krainy geograficzne: bagniste niziny wschodniego wybrzeża, ciągnący się wzdłuż całej wyspy łańcuch gór, wąski pas nadbrzeżnych równin zachodniego wybrzeża i archipelag wysp Mentawai. Najwyższy szczyt wyspy to wulkan Kerinci - 3805 m n.p.m.
Panuje tu klimat równikowy wybitnie wilgotny. Pora deszczowa trwa właściwie przez cały rok. Średnia roczna suma opadów wynosi 2820 mm. Niektóre tereny u podnóży gór otrzymują rocznie nawet powyżej 5000 mm. Połowę powierzchni zajmują tereny leśne, 5% powierzchni stanowią nawadniane pola ryżowe, a 8% plantacje olejowca i kauczukowca, a prawie jedna trzecia to zarośla, górskie hale i nieużytki. Najważniejsza roślina uprawna to ryż. W rejonach górzystych ustępuje ona maniokowi. Podstawowa gałąź gospodarki to przemysł drzewny.
Na Sumatrze żyje około 40 mln mieszkańców i liczba ludności rośnie tu szybciej niż w innych częściach Indonezji. Największą grupą etniczną Sumatry są Batakowie zamieszkujący tereny wokół jeziora Toba. Inne większe grupy to: Aczinowie, Minangkabau z Sumatry Zachodniej, mieszkańcy wyspy Siberut, Malajowie z płd-wsch. i Redziangowie zamieszkujący okolice jeziora Kerinci.