Wydanie internetoweEuropa

Samochodem dookoła Północnej Europy

Andrzej i Edyta JudaFinlandiaNiemcyNorwegiaSzwecjaLitwaEstoniaŁotwaDania

Wyprawa trwała 45 dni w okresie VII - VIII 2009 r. i kosztowała ponad 6 tys. zł (dwie osoby dorosłe i niespełna 3 letnie dziecko). Wyjeżdżając z Rzeszowa zrobiliśmy w trakcie podróży 11 500 km. Jechaliśmy starym 18 letnim mercedesem.

Na początek kilka informacji praktycznych i zmniejszających koszty podróży. Należy wziąć ze sobą jak najwięcej żywności, namiot i zaopatrzyć się w butlę gazową. Przy głównych trasach na Litwie, Łotwie i w Estonii znajdują się bezpłatne miejsca biwakowe. Niestety nie ma tam bieżącej wody. Podobno miejsca te zaznaczone są na mapie, ale my takiej nie posiadaliśmy i najczęściej trafialiśmy tam przypadkowo. W Finlandii, Norwegii i Szwecji przy głównych trasach zatrzymywaliśmy się w miejscach odpoczynku, gdzie można rozbić namiot. Wybieraliśmy te, które miały nowoczesną infrastrukturę i gdzie była dostępna ciepła woda. Na kempingach spaliśmy, co kilka dni.

Największym kosztem wyprawy jest paliwo. Dlatego dobrze jest zatankować pełny bak przed granicą litewską. Na stacjach benzynowych często prosiliśmy o gorącą wodę z ekspresu, którą nalewaliśmy do termosu. Dzięki temu sporo zaoszczędziliśmy na butlach gazowych. Ważną sprawą zmniejszającą koszty jest też bezpłatne parkowanie w miastach. Ten problem najczęściej rozwiązywaliśmy w ten sposób, że szukaliśmy informacji turystycznej, gdzie pytaliśmy o takie miejsca. Z reguły takie były i często niedaleko od centrum. Wszędzie staraliśmy się płacić kartami kredytowymi.

Dziennik Podróży

Dziennik opiera się w dużej części na informacjach zapamiętanych mających ogólnie naświetlić obraz podróży.

04.07.2009 r.

Z domu wyjeżdżamy o 10 rano, ale tracimy w mieście dwie godziny próbując dopełnić butlę gazową. Butla jest starego typu i nic z tego nie wychodzi. Odtąd przez najbliższe dni maksymalnie oszczędzamy gaz. Z Rzeszowa wyjeżdżamy w południe robiąc pierwszy postój w Kozłówce pod Lublinem, gdzie zwiedzamy pałac z parkiem. Jest gorąco, a my nie mamy klimatyzacji. Jedzie się źle. Następnie udajemy się do Drohiczyna. Miasteczko nie zachwyca. Próbujemy znaleźć jakąś kwaterę zostawiając sobie zwiedzanie na następny dzień ale musimy zadowolić się spaniem pod namiotem u życzliwej gospodyni. Zaraz po rozbiciu namiotu zaczyna padać. Śpimy nad Bugiem i komary tną niemiłosiernie. Edyta gotuje kaszkę pod jakimś zadaszeniem, a ja próbuję zapanować nad Mikołajem, który co chwilę wyrywa się biegając w deszczu. Pierwszy dzień nie nastroił nas optymistycznie.

05.07.2009 r.

Rano idziemy na pobliskie grodzisko skąd roztacza się urzekający widok na zakole Bugu. Kręcimy się trochę po miasteczku. Mimo wszystko jestem zadowolony, że zajrzeliśmy do Drohiczyna ze względu na jego ciekawą historię. Następnie jedziemy w stronę Grabarki w pobliżu, której znajduje się wzgórze, na którym przez lata ustawiano różnej wielkości krzyże. Są one w większości stare i nie prezentują się tak okazale jak w Szawlach na Litwie. Natomiast góra jest faktycznie górą, czego nie można powiedzieć o górze krzyży na Litwie. Kolejny przystanek robimy w Białymstoku. Pod koniec dnia udajemy się do Kruszynian, gdzie staramy się znaleźć nocleg. Śpimy za 20 zł (negocjacje), na polu namiotowym znajdującym się z tyłu tutejszego hotelu.

06.07.2009 r.

Rano zwiedzamy meczet w Kruszynianach (dowolna opłata). Informacji udziela młody sympatyczny chłopak. Z tyłu meczetu znajduje się interesujący cmentarz muzułmański, do którego dociera się po około 100 m idąc pobliską gruntową drogą. Następnie docieramy do meczetu w Bohonikach, po którym oprowadza starsza pani nie lubiąca wnikliwych pytań. Koniecznie chce wyciągnąć z samochodu Edytę i Mikołaja (od każdej osoby płaci się 3 zł). Nie ma dla niej znaczenia, że syn śpi: "to go obudź i zwiedzajcie". Kolejnymi przystankami są: uroczy Tykocin, Augustów i Kanał Augustowski. Nocleg znajdujemy przypadkowo między Sejnami, a granicą litewską na polu namiotowym przy budynkach należących do Uniwersytetu Białostockiego (20 zł). Na polu namiotowym jesteśmy sami. Rozbijamy się pod ogromnym namiotem, którego nie złożono jeszcze po poprzedniej imprezie. Zmagamy się z plagą komarów. Trzy noclegi w Polsce kosztowały nas jedynie 50 zł. Na razie koszty mamy niewielkie.

07.07.2009 r.

Rano schodzimy na chwilę nad pobliskie jezioro i ruszamy w dalszą drogę. Zaliczamy po raz kolejny Troki i Wilno. Kemping w stolicy jest bardzo drogi i nieciekawy, dlatego jedziemy do taniego, skromnego hoteliku położonego w centrum miasta (nocleg dla trzech osób za 68 litów). Niestety adres zaginął. Prawdopodobnie położony jest przy ulicy Polocko, na wschód od Cerkwi Spaskiej nad Wilejką (kierując się z centrum po prawej stronie drogi). Nie widać go z samej ulicy i trzeba wejść przez bramę. Poruszając się samochodem po starym mieście jesteśmy pod wrażeniem przydatności nawigacji satelitarnej. Wieczorem zaliczamy jeszcze zwiedzanie starego miasta.

08.07.2009 r.

W dalszym ciągu zwiedzamy miasto i wyjeżdżamy po południu. Następny przystanek robimy w Kownie, w którym panuje senna prowincjonalna atmosfera. Postanawiamy również odwiedzić Kiejdany, ale miasteczko nie wywiera na nas dobrego wrażenia. Z Kiejdan staramy się skrótem dotrzeć do autostrady prowadzącej na wybrzeże. Niestety po jakimś czasie droga asfaltowa przechodzi w szutrową i tak jedziemy kilkadziesiąt kilometrów licząc, że zaraz będzie asfalt. W nocy zrywa się duży wiatr z deszczem i jest bardzo zimno. Zmusza nas to do spędzenia noclegu w samochodzie.

09.07.2009 r.

Rano docieramy do Kłajpedy skąd udajemy się do Połągi i Świętej. Przed wjazdem do Świętej zauważamy sporo osób oferujących noclegi, ale nie korzystamy z ich pośrednictwa. Podobno są tu najkorzystniejsze ceny na wybrzeżu. Szukamy najlepszej oferty noclegowej. Oferowane ceny są wysokie i wynoszą nawet 30-40 litów. Nie zrażamy się. Sprzyja nam nie najlepsza pogoda, która przetrzebiła liczbę turystów. Po kilku próbach udaje się znaleźć pokój za 20 litów od osoby (płacimy 40 litów). Przy ubieraniu świeżej pościeli cena nagle podnosi się do 25 litów. Udajemy oburzenie, pakowanie rzeczy i wyprowadzkę na inną kwaterę. Udaje się i cena pozostaje niezmieniona. Zostajemy dwie noce.

10-11.07.2009 r.

Chodzimy nad morze, ale pogoda nie jest najlepsza. Miasteczko pozbawione jest charakteru stanowiąc typowy zlepek nadmorskich atrakcji. W mieście nie ma możliwości wymiany pieniędzy. W tym celu jedziemy do Połągi i jeszcze raz do Kłajpedy chcąc dłużej pospacerować po starym mieście. Zawsze chciałem przyjechać do tego miasta ze względu na jego historię.
Po kilku godzinach wracamy do Świętej. Na kwaterze gospodarze starają się być mili. Chyba mają nadzieję, że będziemy wychodzić wcześnie rano, wracać wieczorem i w znikomym stopniu korzystać z kuchni, ale tak nie jest. Kiedy staje się jasne, że znowu będzie dobra pogoda i przyjadą turyści nie udaje się przedłużyć pobytu. Ostatni dzień spędzamy wyłącznie nad morzem i planujemy spędzić najbliższy nocleg na Łotwie. Ceny kempingów na Łotwie są na tyle wysokie, że postanawiamy wycofać się z powrotem na Litwę. W pobliżu skrętu z głównej drogi na Świętą spędzamy nocleg na darmowym polu biwakowym.

12-13.07.2009 r.

Jeszcze w hotelu w Wilnie dostaliśmy adres osoby, która wynajmuje niedrogie kwatery w Połądze. Chcemy to wykorzystać. Dzięki temu mamy dobre warunki i płacimy 100 litów za dwie noce. Miasto jest bardzo czyste, zadbane ze świetnymi knajpami. Do tego piękne piaszczyste plaże. Połąga jest prawdziwym kurortem. Warto zaglądnąć na tutejsze darmowe molo. Odwiedzamy również pałac Tyszkiewiczów.

14.07.2009 r.

Pakujemy się do godz. 12, zostawiamy samochód u gospodarzy i idziemy na resztę dnia nad morze. Nocleg ponownie spędzamy na darmowym polu biwakowym niedaleko Świętej.

15.07.2009 r.

Jedziemy do Lipawy, która była jedynym polskim portem morskim po II rozbiorze. Miasto jest zadbane, ale nie warto specjalnie tracić tu czasu. Zwiedzamy ścisłe centrum miasta i oglądamy statki cumujące przy nadbrzeżu rzeki. Następnie jedziemy do Jałgawy (Mitawy), gdzie oglądamy z zewnątrz zamek książąt kurlandzkich. Teraz znajduje się w nim uczelnia wyższa. W jednym ze skrzydeł pałacu, na parterze w niewielkim pomieszczeniu za 1 łata można obejrzeć sarkofagi książąt kurlandzkich, w tym ostatniego mistrza zakonu inflanckiego, Gottharda Kettlera. Łatwo przeoczyć niepozorne wejście na parterze w południowym skrzydle pałacu.

Kolejny przystanek robimy w Jurmali, mieście stworzonym z połączenia kilku miejscowości. Mamy problemy ze znalezieniem miejsca pełniącego rolę centrum miasta. Gdy w końcu takie miejsce odkrywamy mamy problemy z parkowaniem. Postanawiamy udać się na kemping, gdzie spędzamy noc. Resztę dnia spędzamy nad morzem.

16.07.2009 r.

Kilka godzin spędzamy nad morzem. Następnie jedziemy do Rygi, w której byłem kilka lat temu. Zostaję ze śpiącym Mikołajem, a Edyta idzie zwiedzać miasto. Ciężko jest znaleźć darmowe miejsce postoju, dlatego zatrzymujemy się na płatnym parkingu położonym wzdłuż rzeki. Kolejny przystanek robimy w Turaidzie w Parku Narodowym Gauja. Jest pochmurno, a ja mam kiepski humor. Chciałbym pochodzić po tych terenach, ale wiem, że z Mikołajem nie da się tego szybko zrobić. Do tego Miko cały dzień marudzi i tracimy nadzieję na zrealizowanie celów wyprawy. Postanawiamy przynajmniej dojechać do Tallina. Wieczorem docieramy do głównej drogi biegnącej wzdłuż morza. Zatrzymujemy się w fajnym miejscu nad brzegiem morza rozkoszując się pięknym zachodem słońca. Ten widok nastraja nas optymistycznie i poprawia humory. Spędzamy tu noc wraz z innymi turystami. Rano po wyjściu z namiotu czekają na nas Polacy, którzy zrobili sobie przerwę w trasie. Pięcioosobowa rodzina pochodzi z Krakowa. Wracają z Nordkappu i opowiadają nam o przebiegu swojej trasy. Uznajemy to za znak. Postanawiamy zaryzykować i zrealizować plan.

17.07.2009 r.

Rano jedziemy do Parnawy, gdzie tracimy czas na szukaniu butli gazowej. Po porównaniu cen postanawiamy kupić jednorazowe butle z palnikiem. W Parnawie jest kilka całkiem dużych, jak na takie niewielkie miasto, centrów handlowych. Zwiedzamy starówkę. To miasto było przez 60 lat najbardziej na północ położonym miastem wojewódzkim Rzeczpospolitej. Resztę czasu spędzamy na miejskiej plaży, gdzie odkrywamy darmowe prysznice (patrząc w stronę morza po lewej stronie na końcu plaży i blisko wielkiego hotelu). Późnym popołudniem wyruszamy do Lavassaare, 13 km od Parnawy, gdzie znajduje się Muzeum Kolei Wąskotorowej. Niestety muzeum jest już zamknięte i nie ma możliwości oglądnięcia żadnego eksponatu. Spod zamkniętej bramy niczego nie można dojrzeć. Wyruszamy w stronę Tallina. Nocleg na trasie.

18.07.2009 r.

Rano jedziemy do Tallina. W porcie znajdujemy parking, gdzie bezpłatnie zostawiamy samochód (tylko w weekendy). Chcemy jak najszybciej kupić bilety do Helsinek. Pani w okienku znajduje nam najtańszą przeprawę za 280 zł (samochód i 3 osoby). W porcie trwa impreza. Koncerty, kramy, tysiące ludzi. Odkrywamy żaglowiec "Fryderyk Chopin" ze Szczecina, który zwiedzamy z innymi turystami. Postanawiamy znaleźć nocleg. Na trasie do Parnawy zaraz za miastem zatrzymujemy się na pustym kempingu (Leevike nieopodal podmiejskiej Laagri tuż za supermarketem "Maksi Markt", 15 km od centrum). Jesteśmy jedynymi turystami i dochodzimy do wniosku, że to pralnia brudnych pieniędzy. Osoby zarządzające kempingiem są zdziwione naszym przyjazdem i specjalnie się nami nie przejmują. Cenę ustalamy na około 50 zł. Wieczorem ogromny pies właścicieli rozszarpuje sandał Edyty. Dzięki temu nie płacimy za nocleg, a sandał udaje się zszyć.

19.07.2009 r.

Od rana zwiedzamy stare miasto w Tallinie. Parkujemy przy Komandandi Tee w pobliżu baszty Kiek in de Kok. Mieliśmy dziwne przekonanie, że w niedzielę można parkować bezpłatnie. Dopiero po wielu godzinach oglądając dokładnie znaki dochodzimy do wniosku, że jesteśmy w błędzie. Na szczęście do tej pory nie przyszedł żaden mandat. Pamiętam z jakiejś relacji, że można w niedzielę bezpłatnie parkować przy dworcu. Nie sprawdziliśmy tego. Korzystając z pięknej słonecznej pogody jedziemy na miejską plażę. Mikołaj bawi się w wodzie, która jest płytka i bardzo ciepła. Nocleg spędzamy na tym samym kempingu, co poprzednio.

20.07.2009 r.

Od rana bardzo mocno pada. Jedziemy do portu i czekamy w kolejce. Na promie wychodzimy na pokład by zrobić zdjęcia Tallina znad zatoki. Na głównej sali oglądamy różne występy, chodzimy po sklepach. Na koniec odkrywamy plac zabaw dla dzieci, z którego nie możemy wyciągnąć Mikołaja. Po Helsinkach jeździmy głównie samochodem, co zabiera nam kilka godzin. Miasto jest nieciekawe, ale to w końcu stolica i warto się trochę rozglądnąć. Następnie jedziemy w kierunku Turku. Niedaleko przed miastem skręcamy w stronę Paraneinen by dotrzeć na kemping (razem 22 euro).

21.07.2009.

Mikołaj polubił spać w namiocie. Sprawdza się w podróży i coraz rzadziej grymasi. Kemping znajduje się na trasie na wyspy Alandzkie. Podobno można między niektórymi wyspami przemieszczać się za darmo promami, ale my postanawiamy jechać dalej. Z kempingu wyjeżdżamy dopiero o godz. 14 kierując się do Turku. Oglądamy zamek, śródmieście i spacerujemy wzdłuż rzeki, przy, której można bezpłatnie zaparkować samochód (szczegóły w informacji turystycznej). Miasto nas jednak rozczarowuje. Można go spokojnie ominąć. Po południu jedziemy do pobliskiego Naantali. Miasteczko ma ciekawą drewnianą zabudowę i ładną przystań. Do tego jest słonecznie i ciepło. Nocleg spędzamy na trasie. Dookoła las, ale czujemy się bezpiecznie, bo miejsce jest oświetlone. Jest nawet podgrzewana toaleta. Jedynym problemem są komary, przed którymi jak najszybciej chowamy się w namiocie.

22.07.2009 r.

Tego dnia docieramy do Raumy, która jest wpisana na listę UNESCO. Nas jednak nie zachwyca. Do tego zaczyna padać niewielki deszcz. Kolejny przystanek robimy w Vaasie (nie warto). Nocleg na trasie.

23.07.2009 r.

Dzisiaj postanawiamy dotrzeć na piaszczystą plażę w Kalajoki. Nie mamy jednak dokładnych informacji jak tam dotrzeć. Korzystamy, więc z pomocy informacji turystycznej. Jest ciepło i świeci słońce. Wydawało nam się, że w tych rejonach jest o wiele zimniej. Mikołaj bawi się na piasku i trochę w wodzie. Temperatura wody taka jak w Polsce. Wieczorem popłynęliśmy darmowym promem na wyspę Hailuoto. Mikołaj miał atrakcję. Sama wyspa podobno ma w części piaszczyste plaże. My jednak tam nie docieramy i ze względu na późną porę szybko wracamy z powrotem. Płynąc promem robimy ładne zdjęcia zachodzącego słońca na tle fal. Na trasie zatrzymujemy się na świetnym "miejscu odpoczynku". Teren jest dobrze zagospodarowany, codziennie rano sprzątany. Oprócz nas jest jeszcze rozbitych kilka namiotów.

24.07.2009 r.

Jedziemy do Rovaniemi. Jest bardzo ciepło. Mikołaj ogląda bajkę "Bob Budowniczy" po raz setny, a jest nią tak zainteresowany jakby ją widział po raz pierwszy. W Rovaniemi znajdujemy tani kemping za 12 euro (Napapiirin Saarituvat). Namiot rozkładamy blisko kuchni, robimy zakupy na mieście, gotujemy, pierzemy. Do Św. Mikołaja ze względu na późną porę nie udaje się nam dostać. Robimy zdjęcia przy namalowanym pasie oznaczającym koło podbiegunowe. W drodze powrotnej odkrywamy darmowe miejskie kąpielisko z placem zabaw. Jest tak gorąco, że postanawiamy spędzić tu trochę czasu. Kto by pomyślał, że będziemy mieli tu tak rewelacyjną pogodę?

25.07.2009 r.

Jedziemy na spotkanie ze Św. Mikołajem. Taka wizyta jest bezpłatna. Na początku rejestrujemy się i Miko dostaje na szyję plakietkę. Idziemy przyciemnionym korytarzem słysząc odgłosy, które mogą być stresujące dla małych dzieci. Ma to pewnie symbolizować pewną tajemniczość i tworzyć odpowiedni nastrój. Małe dzieci mogą się taką scenerią wystraszyć. Miko cały czas jest na rękach. Gdy docieramy do celu musimy chwilę stać w kolejce. Jest sporo Polaków. Okazuje się, że jako nacja jesteśmy w czołówce odwiedzających. Każda rodzina ma chwilkę sam na sam ze Św. Mikołajem. Zamieniamy po angielsku kilka zdań ze Św. Mikołajem i ustawiamy się do zdjęcia. Nie można robić zdjęć samodzielnie. Św. Mikołaj może dać dziecku prezenty, ale tylko takie, które są kupione w ich sklepie (trzeba dopytać w informacji). My przynieśliśmy swoje prezenty i dajemy Mikiemu dopiero przy wyjściu od Św. Mikołaja. Tam też ustala się wielkość zdjęcia ze Św. Mikołajem. Zdjęcie w ładnej, składanej, tekturowej oprawie kosztuje nas 25 euro. Z prezentami nie trafiamy. Gitara na struny idzie w odstawkę. Podoba się jedynie samochodzik. Przy wyjściu można wypisać adresy, na które chcemy dostać pocztówki od Św. Mikołaja. Znowu jedziemy na miejskie kąpielisko, gdzie spędzamy kilka godzin. Wokół kąpieliska zrobione są drewniane kładki. Jedną z nich idąc przez las docieramy do kolejnego placu zabaw. Fajnie jest to wszystko urządzone. Zaraz po wejściu do samochodu Mikołaj zasypia. Wyjeżdżamy z Rovaniemi i jedziemy do kopalni ametystów. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że jest już zamknięta. Jedziemy dalej. Nocleg na trasie. Walczymy z plagą komarów.

26.07.2009 r.

Na trasie mijamy tablicę z napisem "Murmańsk 300 km". Żałujemy, że nie ma między naszymi krajami ruchu bezwizowego. Przypomnienie trudności i kosztów związanych z wizami rosyjskimi skutecznie nas odstraszyło od ponownego ich załatwiania jeszcze w kraju. Cały czas mamy piękną słoneczną pogodę. Drzewa stają się coraz mniejsze, a roślinność uboższa. Przekraczamy granicę i docieramy do Karasjok w Norwegii, gdzie oglądamy z zewnątrz budynek parlamentu Saamów. Następnie wzdłuż fiordu kierujemy się na wyspę Mageroi, na której znajduje się Przylądek Północny (Nordkapp). Choć rzeczywisty kraniec kontynentalnej Europy stanowi przylądek Nordkyn położony kilkadziesiąt km dalej to Nordkapp stał się celem turystycznych pielgrzymek. Na wyspę dostajemy się tunelem (samochód - 145 koron, osoba dorosła - 47 koron, dziecko - 24 korony). Opłata pobierana jest kilkaset metrów za wylotem tunelu. Widzimy kilka samochodów zaparkowanych na dziko między bramkami, a tunelem. Prawdopodobnie chodzi o uniknięcie opłaty. Tunel jest płatny również w drodze powrotnej. Po kilkudziesięciu km docieramy do Nordkappu. I tutaj kolejna niespodzianka. Za wjazd na parking pobierana jest kolejna opłata (około 20 euro). Mając ograniczone środki postanawiamy zaparkować w innym miejscu i dojść tam na piechotę. Kilkaset metrów przed wjazdem na Nordkapp w dolince znajdujemy miejsce na jeden samochód. Wokół gęsta mgła i widoczność jest ograniczona do kilku metrów. Nie wiemy czy piesze wejście jest darmowe i na wszelki wypadek omijamy bramki. Strasznie wieje. Ubieramy na siebie wszystko, co mamy pod ręką. Gdy dochodzimy do celu nagle mgła się rozwiewa i świeci słońce. Trwa to kilkanaście minut, wystarczająco, żeby zrobić zdjęcia. Następnie odwiedzamy dwie wioski i miasteczko Honningsvag, gdzie Mikołaj zalicza kolejny plac zabaw (w Norwegii są kiepskiej jakości). Wieczorem na placu zabaw kręci się dzieciak ubrany w krótkie spodenki i koszulkę, podczas gdy my mamy polary i windstopery. W końcu to jego letnie wakacje. Postanawiamy znaleźć ładną zatokę oddalając się kilkadziesiąt km od wyspy. Taka odległość wystarcza żeby było kilka stopni więcej i nie było silnego wiatru. Można powiedzieć, że znowu jest ciepło. Rozbijamy namiot około 2 w nocy. Oczywiście jest jasno, bo łapiemy się na końcówkę białych nocy. Mikołaj ma mały kryzys, jest zmęczony i płacze, że boli go noga. Po godzinie udaje się go uspokoić.

27.07.2009 r.

Wstajemy dopiero o 11 godz. Przez kilka godzin bawimy się z Mikołajem na pięknej, piaszczystej plaży, zbierając muszle i kamienie. Mikołaj biega na bosaka i trochę boimy się czy się nie przeziębi. Woda w morzu lodowata. Górskie strumienie, które wpadają do morza są o wiele cieplejsze. Mikołaj rozbraja nas stwierdzeniem: "mamusiu, kocham cię za te muszelki". Wyjeżdżamy stamtąd o godz. 15. Wieczorem docieramy do muzeum w Alcie, które jest otwarte w godz. 8-20. Niestety jest już zamknięte. Wejście kosztuje około 8 euro od osoby. Zaraz za nami przyjeżdżają Holendrzy, którzy postanawiają samodzielnie zwiedzać ryty skalne. Przyłączam się do nich. Edyta pilnuje śpiącego Mikołaja. Stojąc na parkingu twarzą do muzeum trzeba skręcić ścieżką w lewo i kierując się strzałkami po kilku minutach dochodzi się do rytów skalnych. Po obejrzeniu kilku stanowisk wracam z powrotem do samochodu. Tam spotykam młodych Polaków, którzy skończyli zwiedzanie. Dowiaduję się od nich, że nikt nie pilnuje stanowisk. Edyta idzie zobaczyć wszystko. Po jej powrocie idę również ja. Nocleg na trasie.

28.07.2009 r.

Mikołaj wstaje o 8.30. Jego pierwsze słowa to: "Mamo, w jakim kraju jesteśmy". Tego dnia staramy się przejechać jak najwięcej km. Oczywiście robimy przerwy na zabawę i zbieranie muszli. Pogoda bajeczna. Słońce i bardzo ciepło. Nie spodziewaliśmy się temperatury ponad 20 stopniowej. Jedziemy do 2 w nocy. Nocleg na trasie.

29.07.2009 r.

Miko wstaje o godz. 8 i od razu jak zwykle trzeba przynieść mu grysik. Jest zimno i wieje porywisty wiatr. Spacerujemy trochę po plaży zbierając muszle, których mamy już 3 worki. Około godz. 10 wyruszamy w dalszą drogę. Jedziemy na wyspę Vesteralen do miejscowości Sto. Będąc już na wyspie zmieniamy plany i cofamy się do miejscowości Sortland, gdzie robimy zakupy (straszne ceny). W informacji turystycznej dowiadujemy się, że od wielu lat można już dojechać na Lofoty drogą i nie trzeba przeprawiać się promem. O godzinie 16 docieramy na upragniony kemping (150 koron + 10 koron każdorazowo za skorzystanie z prysznica). Okupujemy kuchnie przez całe popołudnie. Wreszcie robimy też pranie.

30.07.2009 r.

O godz. 14 wyjeżdżamy z kempingu. Jedziemy do wioski Stamsund (nic ciekawego). Kolejną wioską jest Nusfjord (wejście do wioski 50 koron). Nie wchodzimy. Robimy zdjęcia z górnego parkingu i oglądamy domy na obrzeżu. Zatrzymujemy się na pięknej piaszczystej plaży w Kilan, gdzie postanawiamy zostać na noc. Obok nas rozbiła się parka ze Szwecji. Miko zasnął dopiero po 24.

31.07.2009 r.

Budzimy się o godz. 9. Spacerujemy po plaży. Tego dnia zwiedzamy malowniczo położoną wioskę Reine oraz docieramy do krańca miejscowości A. W drodze powrotnej jedziemy do ładnej miejscowości Henningsvar. Namiot rozkładamy niedaleko za miasteczkiem. Zasypiamy około 24.

01.08.2009 r.

Śpimy do 10.30. Robi się pochmurno, ale na szczęście mamy przed sobą długą trasę do Narwiku, gdzie docieramy około godz.18. Na początek jedziemy na Plac Gronus Plass, gdzie stoi pomnik ku czci polskiej załogi "Gromu" zatopionego w trakcie walk o Narwik. Następnie odwiedzamy główny cmentarz wojenny, gdzie spoczywa kilku Polaków. Większość poległych polskich żołnierzy jest pochowanych 12 km za miastem na lokalnym cmentarzu w Harvik (66 żołnierzy i 31 polskich obywateli). Widać, że miejsce to jest odwiedzane przez rodaków (flagi, świeczki). Mikołaj w tym czasie śpi w samochodzie. Na zmianę biegamy patrząc czy się nie obudził. Zapalamy świeczki i wracamy do Narwiku. Miasto jest naprawdę nieciekawe. Wyjeżdżamy około godz. 22. Z Narwiku droga wznosi się stromo pod górę prowadząc na interesujący płaskowyż, pokryty jeziorkami. Na nocleg zatrzymujemy się już w Szwecji.

02.08.2009 r.

Wstajemy około godz. 10, a o godz. 12 ruszamy do Kiruny. To górnicze miasto zaskakuje nas czystością. Ze względu na pobliskie najwyższe w Szwecji góry kręci się tu sporo turystów. W informacji turystycznej spotykamy Polaków. Jest piękna, słoneczna niedziela. Na obrzeżach centrum znajdujemy nowoczesny plac zabaw, na którym spędzamy 3 godziny. Czujemy się niemal specjalistami od placów zabaw. Następnie kierujemy się w stronę Lulei nad Zatoką Botnicką. Przejeżdżamy ponownie koło podbiegunowe. Śpimy na trasie 20 km przed Luleą.

03.08.2009 r.

Rano dojeżdżamy do miasta i dowiadujemy się w informacji turystycznej (otwarta od godz. 9), że muzeum, które chcemy zobaczyć (darmowe) jest otwierane dopiero od godz. 11. Postanawiamy jechać najpierw do Gammelstad (stare miasto) położone 10 km za Luleą. Miasteczko składa się z pomalowanych na czerwono około 400 domków z XVII w. Podoba nam się, chociaż nie należy się nastawiać na nic rewelacyjnego. Później zaliczamy muzeum Norrbatten w Lulei. Na jednym z pięter oglądamy w dwóch salach skromną kolekcję poświęconą życiu i kulturze Sammów. Około 13 wyruszamy do Pitei, gdzie obiecujemy Mikiemu zabawę na piaszczystej plaży. Najpierw jednak musimy znaleźć kemping. Pierwszy, który oglądamy to duży, zatłoczony kemping z płatnym basenem. Okazuje się za drogi. W końcu lądujemy na małym, ale fajnym kempingu za 700 koron (około 7 euro) położonym nad jeziorkiem (adres zaginął). Przyjeżdża tam na wakacje sporo Szwedów z Kiruny. Oczywiście tradycyjnie prawie nie wychodzimy z kuchni. Bawimy się też trochę z Mikołajem nad jeziorem.

04.08.2009 r.

Z kempingu wyjeżdżamy około godz. 14. Jedziemy nad morze. Mikołaj bawi się na piasku i w ciepłej wodzie. Otoczenie nie przypomina jednak kurortu. Do tego plaża wymaga porządnego sprzątania. Przy wyjeździe z terenu kompleksu turystycznego jest duży plac zabaw, który oczywiście zaliczamy. W dalszą trasę ruszamy o godz. 19.30. Miko po całym dniu zabaw natychmiast zasypia. Nocujemy na trasie.

05.08.2009 r.

Tego dnia wyruszamy do Ornskoldsvik. 5 km od tej miejscowości zrekonstruowano gospodarstwo z V w. - Gene Fornby. Niestety jest zamknięte. Udaje się wejść od tyłu (od strony jeziora) i zrobić kilka zdjęć. Na zewnątrz skansenu rośnie mnóstwo borówek, które postanawiamy zebrać. Następnie kierujemy się na wysokie wybrzeże do wioski Norrtallsviken na półwyspie Nordingra. Niestety brak dokładnej mapy powoduje, że jedziemy przez kilkadziesiąt km żwirową drogą po górkach. Do tego psuje się pogoda i zaczyna padać. Wysokiego wybrzeża nie widzimy. Dalej jedziemy do Harnosand, gdzie jest jeden z największych skansenów w Szwecji oraz muzeum z ekspozycją poświęconą miejscowemu osadnictwu sprzed ponad 2 tys. lat. Okazuje się, że muzeum (darmowe) czynne jest do godz. 17. Spacerujemy jedynie po skansenie, przy okazji zbierając borówki. W trakcie dalszej trasy Miko ogląda ulubione bajki, z których znamy większość dialogów. Około godz. 24 znajdujemy miejsce na nocleg. Nie jest to takie łatwe jak na północy, gdzie bardzo długo jest jasno.

06.08.2009 r.

Miko wstaje o 7.30. Jego pierwsze słowa to: "Tato mleko", co oznacza konieczność natychmiastowego wstania i działania. Tak jest, co rano. Mycie, śniadanie (dzisiaj urozmaicone o borówki z cukrem), pakowanie i w drogę. Następny przystanek mamy w Gavle, gdzie zatrzymujemy się na darmowym parkingu (namiary w informacji turystycznej). Następnie ruszamy w stronę Uppsali. Jest bardzo gorąco i po drodze zatrzymujemy się na parę godzin nad mijanym jeziorkiem. Dalej jedziemy do starej Uppsali, a następnie do Uppsali. Zwiedzamy miasto, które wywarło na nas korzystne wrażenie. Jest ładne, czyste, z ciekawymi zabytkami. Wszędzie widać sporo turystów. Do późna odpoczywamy nad rzeką bawiąc się z Mikołajem. O godz. 22 jedziemy dalej. Tego wieczoru mamy problemy ze znalezieniem noclegu. Jedziemy do miasteczka Vallentuna, gdzie niestety nocujemy na parkingu w samochodzie. Podobno są tu największe skupiska wikińskich kamieni runicznych.

07.08.2009 r.

Wstajemy o 7 rano. Tylko Mikołaj jest wyspany. Próbujemy znaleźć kamienie runiczne, ale w przewodniku podane są tylko ogólne informacje. Po godzinie błądzenia, pytania miejscowych, znajdujemy tylko jeden obok kościoła na miejscowym cmentarzu. Ruszamy do Sztokholmu. Tam mamy nadzieję na darmowy wyjazd na wieżę telewizyjną. Informacja z przewodnika okazuje się nieaktualna ( 3 euro od osoby). Jedziemy na kemping Bredang w Sztokholmie. Mamy problem z dotarciem, bo droga, którą wskazuje GPS jest zamknięta i nie umiemy jej objechać. Przy remontowaniu drogi pracuje trzech robotników, wśród których jest Polak ze Szczecina. Tłumaczy nam, jak zrobić objazd do kempingu. Trochę błądzimy, ale w końcu udaje się dotrzeć. Kemping kosztuje 240 koron (24 euro). Kilka dziewczyn z obsługi kempingu jest z Polski. Po kąpieli i obiedzie jedziemy metrem do centrum miasta. Bilety na metro są bardzo drogie (jeden bilet - 30 koron, bilet na 24 godz. - 100 koron). Spacerujemy po Sztokholmie do wieczora. Mikołaj na godzinkę zasypia w wózku. Wracamy po godz. 22.

08.08.2009 r.

Wyjeżdżamy maksymalnie późno, czyli o godz. 15. Jedziemy w stronę Olandii. Jest gorąco. Na postój zatrzymujemy się w miasteczku Soderkoping nad Kanałem Gotajskim. Ładne małe miasteczko. Nocleg na trasie. W nocy po raz pierwszy jest mi zimno.

09.08.2009 r.

Wyjeżdżamy o 12 godz. Dojeżdżamy do Olandii i zatrzymujemy się na trzy godziny na małej, zatłoczonej plaży w pobliżu mostu. Płytka woda jest ciepła, ale Miko nie ma ochoty na kąpiel. Najbardziej podoba mu się odbijanie się z innymi dziećmi na specjalnym nadmuchiwanym materacu. Około 17 schodzimy z plaży. Na Olandii oglądamy grodzisko "Graborg", gdzie wchodzimy bezpłatnie (nic szczególnego), płaskowyż Stora Alvared (również nic szczególnego). Nocleg na trasie.

10.08.2009 r.

Wyjeżdżamy o 10 godz. Jedziemy do Karlskorony. Robimy krótki spacer po centrum, odwiedzamy informację turystyczną i zmierzamy do miasteczka Ronneby w okolicach, którego stoi 4 metrowej wysokości kamień runiczny (Bjarketor). Następnie jedziemy na wzgórza Johannishus, gdzie jest cmentarzysko (Hjortsberg) składające się ze 120 kurhanów. Parkujemy we właściwym miejscu, ale idziemy drogą w złym kierunku zamiast kierować się pobliską ścieżką. Dzięki temu odkrywamy miejsce obfitujące w borówki. Kolejny przystanek robimy w Kiviksgraven. Oglądamy tam jeden z najbardziej zagadkowych zabytków prehistorycznych w Szwecji - Bredaror. Znajdują się tam tajemnicze znaki na płytach nagrobnych, których naukowcy nie są w stanie odczytać. Nocleg mamy na trasie 10 km za Ystad.

11.08.2010 r.

Pobudka o 8 rano. Po śniadaniu jedziemy do Ystad sprawdzić ceny na prom do Świnoujścia i na Bornholm. Okazuje się, że ceny na Bornholm są bardzo wysokie, a do Świnoujścia prom kosztuje tylko 450 zł. Mamy jeszcze kilka dni, więc postanawiamy wracać przez Danię. Na początek jedziemy, do Trelleborg zobaczyć zrekonstruowaną twierdzę wikingów (zwiedzamy bezpłatnie). Dalej jedziemy do Skegrie zobaczyć neolityczny grobowiec, który znajduje się tuż przy trasie szybkiego ruchu omijającej miejscowość (kilka odpowiednio ułożonych dużych kamieni). Następnie udajemy się do Malme, gdzie chwilę spacerujemy po centrum miasta. Następnie jedziemy do Kopenhagi, gdzie docieramy na godz. 18. Tam parkujemy na dwie godziny płacąc kartą mastercard (nie można było użyć karty visa). Spacerujemy po centrum, a następnie zwiedzamy dalsze zakątki miasta samochodem. Nocleg na trasie. Idziemy spać o godz. 24.

12.08.2010 r.

Rano docieramy do rodzinnego miasta Andersena. Odense oczywiście stara się to wykorzystać promocyjnie. Na głównym deptaku możemy sobie zrobić zdjęcie na tle pomnika Andersena, w innej uliczce zobaczyć jego dom, czy natknąć się na pomnik postaci z bajki. W mieście możemy podziwiać liczne stare budownictwo. Podobało nam się. Miasto jest ładne i zadbane. Chcąc zaoszczędzić na parkowaniu zostawiamy samochód przy supermarkecie. Można tam parkować jedynie dwie godziny, dlatego wszyscy mają zostawione na przedniej szybie zegary informujące, kiedy przyjechali. Podobno takie zegary można dostać w informacji turystycznej. My pytaliśmy o nie jeszcze w Finlandii, ale tam nie umieli nam pomóc. Dlatego w takich sytuacjach zawsze zostawialiśmy kartkę z napisaną godziną przyjazdu. W Odense spędziliśmy kilka godzin. Stamtąd docieramy do najstarszego w Skandynawii miasta Ribe. Obecnie jest to zapełnione turystami małe urzekające miasteczko z brukowanymi uliczkami i licznymi szachulcowymi domami. Na obrzeżach miasta (3 km od miasta, ale najlepiej spytać w informacji turystycznej) zbudowano rewelacyjny mini skansen odtwarzający czasy Wikingów. Wszystko ma imitować dawne czasy. Można wchodzić do domów zapoznając się z ich wyposażeniem i obserwować statystów przebranych w stroje z epoki, którzy nie zwracając uwagi na turystów zajmują się swoim gospodarstwem. Na zakończenie naszego pobytu w Danii udajemy się na największą duńską wyspę na morzu Północnym - Rome. Wyspa jest połączona mostem ze stałym lądem. Ciekawostką są niezmiernie szerokie piaszczyste plaże, po których można jeździć samochodem. Oglądamy zachód słońca. Jest chłodno, wiele zimny porywisty wiatr. Wyruszamy w dalszą drogę przekraczając w nocy granicę z Niemcami. Nocleg na trasie.

13.08.2009 r.

Rano udajemy się do najbliższego supermarketu. Nagle wszystko wydaje się tanie. Czujemy się jak w Polsce. Jeszcze kilkanaście lat temu byłoby to nie do pomyślenia. Kierujemy się w stronę Lubeki.
W mieście nie udaje się znaleźć wolnego darmowego miejsca parkingowego. Zostawiamy samochód na kilka godzin na niedrogim piętrowym parkingu niedaleko Bramy Holsztyńskiej i wyruszamy na zwiedzanie. Pomimo tego, że miasto jest wpisane na listę UNESCO nie robi na nas wrażenia. Wydaje się, że większość budynków jest nowa, być może odbudowana po zniszczeniach wojennych i rzuca się to w oczy. Czuło się nieautentyczność. Kolejnym celem jest Rugia. Miasteczka wschodnich Niemiec mijamy z mieszanymi uczuciami widząc pozostawione pomniki z czasów komunizmu. Na Rugii docieramy do Przylądka Arkona, kiedy powoli zaczyna się ściemniać. Z parkingu idziemy jeszcze z kilkanaście minut do latarni morskiej, a następnie długimi drewnianymi schodami schodzimy nad samo morze. Udaje nam się zrobić jeszcze zdjęcia i wracamy na parking, na którym spędzamy nocleg w samochodzie. Na zewnątrz jest zimno i wieje porywisty wiatr. Ciekawe, że na północy Norwegii, Finlandii czy Szwecji było cieplej niż w niektóre dni na Litwie, Danii czy Niemczech. Przy parkingu jest otwarta całą noc toaleta z gorącą wodą.

14.08.2009 r.

Rano jedziemy do Parku Narodowego Jasmund. Jest piękna słoneczna pogoda. Z parkingu nad morze idzie się kilka kilometrów przez las, więc słońce nam nie przeszkadza. Na kamienistej plaży spacerujemy, odpoczywamy i rozkoszujemy się piękną słoneczną pogodą. Następnie przez Uznam docieramy do Świnoujścia, gdzie zatrzymujemy się na tamtejszym kempingu.

15.08.2009 r.

Cały dzień spędzamy nad morzem. Od ostatniego pobytu w Świnoujściu 10 lat temu miasto bardzo się zmieniło. Nowy deptak, trasa spacerowa na wydmach wzdłuż plaży, nowe budynki i czystsze... toalety na kempingu. Wieczorem wyruszamy w dalszą drogę. Nocleg spędzamy w trasie.

16.08.2009 r.

Rano robimy kilkugodzinną przechadzkę po Zielonej Górze. Następnie docieramy do Oleśnicy, gdzie spędzamy nocleg u kuzyna.

17.08.2009 r.

Rano jedziemy do zoo we Wrocławiu. Tracimy nerwy stojąc w korkach na ulicach Wrocławia, a następnie przedzierając się przez Kraków. Wieczorem docieramy do czystego, ładnego, zadbanego Rzeszowa.