Dojeżdżamy do miasta Orizaba, będącego kolejnym celem naszej półtoramiesięcznej wyprawy, podczas której w jednym państwie poznamy wszystkie klimaty świata i prawie wszystkie formacje roślinne, od lasów równikowych aż po lodowce górskie.

W mieście, przede wszystkim, musimy zorientować się w możliwościach wejścia na słynny wulkan. Jak dotychczas bazuję na artykule z ubiegłorocznego magazynu Góry oraz niedawno wydanej książki - Jak zdobyć najpiękniejsze góry świata, jednak zawarte tam informacje są zbyt ogólne, aby bezpiecznie wspinać się na górę o wysokości 5700 m n.p.m. Jest środek nocy, więc znajdujemy "przytulny" placyk przy kościele, gdzie śpimy przy sprzedawcach hot-dogów czekających aż właściciel przyjedzie, by zwinąć interes. Rano budzimy się cali oboleli od metalowych ławek. Pogoda jest wspaniała, i gdy tylko zaczyna się rozjaśniać z ciemności wyłania się majestatyczny, biały stożek górujący nad okolicą. Miasto powoli budzi się do życia - szybko załatwiamy najpilniejsze sprawy: znajdujemy kantorze, potem sklep. Odnajdujemy też punkt informacji turystycznej - tu zaczynają się przysłowiowe schody. Miła pani mówi tylko po hiszpańsku, dlatego musimy zaczekać na jej koleżankę, która o ile tylko dobrze zrozumieliśmy, mówi po angielsku. Niestety tłumaczka niewiele nam pomaga, ponieważ obydwie kobiety wiedzą o górze dużo mniej niż ja i bez przerwy powtarzają, że powinniśmy wynająć przewodnika, nawet jeśli mamy doświadczenie górskie, ponieważ w tym roku wydarzyło się już wiele wypadków. Zrezygnowany pytam o mapę góry. Zadowolone z siebie kobiety chętnie służą egzemplarzem. Po chwili trzymam białą kartkę z nazwami wsi połączonymi czarnymi liniami (to chyba drogi) oraz narysowaną górą wielkości złotówki z napisem "krater". "Cudownie!" Próbujemy wypytać się o szlaki na szczyt. Ponieważ Piotr i Grzesiek nie mają sprzętu lodowcowego, jedyną szansą jest wejście od strony południowej (Ruta Sur) - po popiołach i skałach wulkanicznych. Meksykanka beztroskim głosem informuje, że w tym roku lodowca nie ma na stoku północnym, za to jest na południowym. Po prostu wspaniale! Za odkrycie przemieszczenia się w ciągu sezonu ogromnej czapy lodowcowej powinienem otrzymać od National Geographic pokaźne stypendium naukowe. Trudno, dziękując za dobre chęci, postanawiamy jakoś radzić sobie sami.
Udajemy się z powrotem na dworzec - decydujemy się na nietypowy szlak. Jedziemy do Coscomatepec. Na miejscu, za 100 peso wynajmujemy samochód. Jest to stare, przerobione Daihatsu, doskonale radzące sobie na górskich serpentynach. Zanim zapada zmrok przybywamy do owianej mgłą wioski. Wysiadamy. Dalej jechać mogą już tylko "poważne" samochody terenowe. Rozbijamy namiot przy budynku niewielkiej szkółki. Naszym oczom ukazuje się skąpany w promieniach zachodzącego słońca El Pico de Orizaba. Po krótkim odpoczynku możemy spokojnie rozejrzeć się po wsi.
Jackal - położony na wysokości 3050 m n. p. m z dala od utartych, turystycznych szlaków. Dostać się tu można tylko samochodem terenowym. Ludność utrzymuje się z prostego rzemiosła, głównie wyrobu drewnianych skrzynek. Nowe słupy świadczą o tym, że elektryczność jest tu najwyżej od roku. Jak w całym Meksyku - nawet w najbardziej zapadłej osadzie znajduje się szkoła i kościółek. Na widok gringos, zbiega się banda umorusanych dzieci z całej wsi. Od tej chwili nie mamy spokoju. Nie możemy nigdzie się ruszyć, ani nawet się załatwić, gdyż groziłoby to utratą spodni. Niezmordowana "szarańcza" ciągnie nas za ubrania i paski od plecaków - ciekawe, czy indiańskie dzieci tak samo przywitały Krzysztofa Kolumba? Mateusz częstuje gromadę ciastkami, niestety jeden z malców wyrywa mu całą torbę i ucieka przed resztą bandy. Gdy atrakcja wieczoru, czyli my - "białasy" nieco się już nudzi, młodzieńcy urządzają wspaniały popis. Najpierw odbywa się gra w piłkę o bardzo brutalnych regułach. Następnie dzieci wybijają, strzelając z procy, kilka szyb w swojej szkole. Zaczynają się bić i obrzucać kamieniami. Jeden roztropny malec załatwia swoją najpilniejszą potrzebę wprost na nogawkę kolegi. Parę kopniaków dostaje się również Bogu ducha winnemu osiołkowi. To są dzieci ? Chwilę później wybieramy się do pobliskich domów zorganizować noclegi i transport do schroniska Piedra Grande. Pomimo trudności w nawiązaniu kontaktu, w końcu ktoś otwiera nam pomieszczenie szkolne, gdzie kompletnie zmęczeni kładziemy się spać.
Rano, podczas pakowania, rozbijam przypadkowo dwa galonowe baniaki z zapasem wody. Picie nie butelkowanej wody grozi tutaj amebą, idę więc do sklepu we wsi. Pomimo przyzwoitego, jak na tak odludne miejsce, zaopatrzenia produktu nie ma. W następnej, oddalonej o dwa kilometry wsi pytam tubylca budującego drewnianą skrzynkę o jakiś sklep, ale najprawdopodobniej mówię ze złym akcentem, bo spogląda na mnie jak na chorego. Podtykam mu pod nos rozmówki polsko - hiszpańskie i pokazuję tienda. Meksykanin zaczyna głośno krzyczeć i po chwili przybiega młody, może 10 letni chłopak i rozszyfrowuje wyraz w jego ojczystym języku. Z przebłyskiem zrozumienia w oku starzec pokazuje drewnianą budę w oddali. W prymitywnej szopie kilka półek szczelnie wypełnia Pepsi... siedem wiosek, dwanaście sklepików, osiemnaście kilometrów po górzystym terenie i ani kropli zdatnej do picia wody. Jak na ironię, w jednym z "centrów handlowych" sprzedawczyni na słowo aqua przyniosła mi z uśmiechem na twarzy całe wiadro wody ze strumienia.
Przeklinając wielkie koncerny gazowanych napojów chłodzących wracam do "naszej" wsi i obozu przy szkole. Tam czekają na mnie koledzy i umówiony kierowca zdradzający lekkie zniecierpliwienie. Stąd udajemy się do schroniska Piedra Grande położonego na wysokości 4260 m n. p. m. Podróżują z nami miejscowi, którym jest po drodze do sąsiedniej wsi. Trasa prowadzi krawędzią urwistego wąwozu. Kierowca jedzie bardzo brawurowo. Przezornie siadam bliżej krawędzi trucka, aby w razie katastrofy móc szybko wyskoczyć. Pod koniec trasy w samochodzie kończy się paliwo, więc dosyć niespodziewanie trafia się jeszcze strome podejście z ciężkimi plecakami. Kierowca i jego kolega koniecznie chcą zanieść nasze bagaże do samego Piedra Grande. Pomimo tego, iż kilkakrotnie zapewniamy ich, że damy sobie radę i tak odprowadzają nas pod drzwi schroniska. Docieramy tam po czterdziestu minutach brodzenia po kostki w wulkanicznym pyle.
Porządny, murowany schron może pomieścić około trzydziestu osób. W rogu sali, jak przystało na Meksyk, stoi w otoczeniu świty plastikowych kwiatów, figurka Matki Boskiej z Gwadelupy. Oprócz nas nie ma tu nikogo. Zaczynam się niepokoić, ponieważ w duchu liczyłem na towarzystwo innych wspinaczy i ewentualne wskazówki dotyczące dalszej drogi na szczyt. Na szczęście, przed wieczorem drogą z Tlachichuca przychodzi wysoki Meksykanin w średnim wieku. Po przywitaniu i grzecznościowych pytaniach o narodowość rozmawiamy o górze. Okazuje się, że był na El Pico już trzykrotnie i nie ma nic przeciwko, byśmy mu towarzyszyli. Poza tym, jest bardzo zmęczony i może dlatego niezbyt rozmowny. Umawiamy się na następny dzień na aklimatyzacyjne wejście pod lodowiec i nasz nowy kolega szybko zapada w zasłużony sen.
O zmroku do schroniska wpada grupa hałaśliwej młodzieży - studentów z miasta Orizaba. Gdy dowiadują się, że nie jesteśmy Amerykanami, zaczyna się impreza. Pomimo trudności językowych, okazuje się że niewiele nas dzieli jeśli chodzi o zainteresowania. Piotr obchodzi 21 urodziny, więc skwapliwie wyciągamy ostatnią butelkę żubrówki nabytej jeszcze na "bezcłówce" oraz tanie meksykańskie wino o konkretnej mocy. Niestety niektórym z meksykańskich kolegów najwyraźniej nie służy mix wysokości i dawek międzynarodowego alkoholu. W końcu, zmęczeni całodniową drogą i spotkaniem integracyjnym, zasypiamy.
Zrywamy się o świcie. Dyskretnie budzimy "przewodnika". Jest niezwykle zaskoczony naszą pełną predyspozycją po wczorajszej jubileuszowej imprezie. Jest mu bardzo miło, że tak szybko znaleźliśmy wspólny język z jego młodszymi rodakami. Piotr wybiera się na Sarcofago (5080 m n. p. m) - skalną pozostałość po dawnym kraterze. Ja z Mateuszem i "przewodnikiem" ruszamy na lodowiec Jamapa. Idziemy bardzo wolno, ponieważ Meksykanin czuje się wyjątkowo słabo. Tłumaczy jak dojść do czoła lodowca. Okazuje się, że pracuje jako fotoreporter dla jakiejś gazety... robi zdjęcia "polskim turystom" i zawraca do schroniska. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Przyglądamy się lodowej kopule. Stąd droga na szczyt nie wygląda na skomplikowaną. Każdy człowiek obyty z górami wie, że najwięcej wypadków zdarza się w tzw. łatwych górach. Czytałem artykuł himalaisty ks. Krzysztofa Gardyny, opisującego Orizabę jako stosunkowo prostą, lecz niebezpieczną trasę ze względu na stromo pochylony lód pozbawiony warstwy śniegu.
W górach krzywdę wyrządzają sobie ignoranci. Zeszłego lata byłem na Kaukazie i zdobywałem Elbrus (5642 m n. p. m) - mimo pełnego sukcesu wróciłem do Polski z połamanymi żebrami, zszywaną głową, spaloną twarzą i ośmiodniową ślepotą śnieżną. Teraz nie jestem już taki "szybki". Orizaba to najwyższy wulkan w Meksyku i trzecia, co do wysokości, góra Ameryki Północnej. W źródłach znalazłem aż pięć różnych wysokości - 5610, 5611, 5646, 5700, oraz 5760 m n. p. m. Najczęściej wymieniana jest wersja przedostania, aczkolwiek sami Meksykanie są najskromniejsi podając zawsze najniższą z wymienionych wysokości. Dla Azteków była to Celaltepetl, czyli Gwiaździsta Góra - miejsce, w którym Quetzalcoatl, pierzasty bóg-wąż, został pożarty w boskim ogniu wulkanu. El Pico jest młodym wulkanem, czynnym jeszcze w czasach historycznych. Pomimo jego piękna brakuje tu choćby tatrzańskich ostrych grani i pionowych ścian. Kopulasty, równo nachylony lodowiec zaczyna się od 4900 m n. p. m od strony północnej i pozbawiony jest szczelin. Brak himalajskich "atrakcji" rekompensuje pewna cudna niespodzianka na samym szczycie... ale nie uprzedzajmy faktów.
Tymczasem nasza aklimatyzacja pod lodowcem nie trwa długo, gdyż nagle załamuje się pogoda. Szybko zwijamy się do schroniska. W między czasie zbiera się tu międzynarodowy tłum. Piotrek i Meksykanie wrócili już z Sarcofago, dojechali amerykańscy misjonarze, słowaccy alpiniści oraz Niemka, podróżująca od Alaski aż do przylądka Horn. Tej nocy mamy atakować szczyt, lecz wieczorem dopada mnie choroba wysokościowa. Leżę na drewnianej podłodze i nie poruszam się. Każde drgnięcie głowy wywołuje ból jakbym zderzył się z Sarcofago. Tej nocy nie pójdziemy... Późnym rankiem czuję się jak nowo narodzony. Dowiadujemy się, że misjonarze i Słowacy zdobyli już szczyt. W schronisku została tylko Niemka. Umawiamy się na wspólną wspinaczkę. Piotr i Grzesiek wracają do miasta Orizaba nie mając szans na wejście bez odpowiedniego sprzętu. Niestety około południa musimy zmienić wszystkie nasze plany. Ze szlaku zbiega trzech meksykańskich alpinistów. Rozmowa nie przynosi nic dobrego. Wiatr wiejący od oceanu przywlókł chmury na przynajmniej trzy, cztery dni. Wraz z Niemką zabieramy się do terenowego pick-up'a Meksykanów. Nie mamy czasu, kończy się nasz pobyt w Meksyku, a w planach mamy jeszcze pustynie. Jedziemy do Tlachichuca w grobowych nastrojach. Wszyscy namawiają nas do powrotu na górę za kilka dni, przekonując, że Orizaba może nigdy tak już nie wyglądać, bo jej lodowce kurczą się w zastraszającym tempie. Taka perspektywa wydaje mi się jednak całkowicie nierealna. Jestem wściekły na Meksyk, Orizabę i wszystkie góry świata. Wiem, że z przyrodą się nie wygrywa. Ta świadomość w żaden sposób nie poprawia mi jednak humoru. Mateusz mówi, że ma przeczucie, że tu wrócimy. Zielony ze złości odpowiadam: "nie opowiadaj głupot" (delikatnie rzecz ujmując)
Długą i łagodną drogą zawracamy do rolniczego miasteczka Tlachichuca. Na trzeci dzień jesteśmy już na terenie górskiej pustyni, dawnym, bogatym ośrodku wydobycia minerałów - Real de Catorce, dziś wymarłym mieście widmo (ale to zupełnie inna historia). Wyjazd na północ Meksyku przebiega nadspodziewanie sprawnie. Tym samym zaoszczędzamy kilka dni, a w mojej głowie powoli dojrzewa plan powrotu na Orizabę. Jedynym problemem jest brak pieniędzy - właściwie mamy tylko na przejazdy i wodę. Na szczęście, wracając pod wulkan oszczędzamy trochę, gdyż podróżujemy okazją. Po dwóch dniach, wieczorem, znów jesteśmy w Tlachichuca. Robimy ostatnie zakupy - 7 litrów wody i po 5 batonów na cztery dni ciężkiej harówy. Wychodzimy za miasto i rozbijamy namiot w szczerym polu. Rano pobudka i o ósmej wyruszamy. Czegoś takiego nie życzę nikomu - 25 km szlaku, 2100 metrów różnicy poziomów do przejścia w upale i pyle wulkanicznym. Plecaki mimo, że zabraliśmy tylko najpotrzebniejsze rzeczy ważą około 28 kg. Niestety do najpotrzebniejszych rzeczy zalicza się na przykład sprzęt do wolnego nurkowania, którego używaliśmy na rafie miesiąc temu. Przez cała drogę przeklinam żeglarza portugalskiego - jadowitą stułbię, która poparzyła mnie dotkliwie w Morzu Karaibskim na początku wyjazdu i wraz z miejscowym lekarzem pozbawiła mnie 80 dolarów. Gdyby nie ta podstępna "zmowa" jadowitych zwierząt morskich z meksykańskimi doktorami, teraz jechałbym luksusowo na pace pick-up'a. Mateusz radzi sobie lepiej, ale i tak nie wygląda na szczęśliwego.
W Piedra Grande jesteśmy około czwartej popołudniu - zmęczeni, ale bez żadnych objawów choroby wysokościowej. Jeszcze nie straciliśmy aklimatyzacji sprzed 10 dni. Na następny dzień, piątek trzynastego, zaplanowaliśmy trekking, ale lenistwo poparte "naukową" teorią - przy braku jedzenia lepiej oszczędzać energię - owocuje spędzeniem całego dnia w schronisku. Tymczasem w bunkrze robi się tłoczno: meksykańscy wspinacze, taksówkarz z Las Vegas, Austriak i Kanadyjczyk. Furorę robią moje kalendarzyki - reklamówki firmy wysokościowej, w której pracuję. Dostaję nawet propozycję zrobienia fortuny na myciu kasyn w Las Vegas. Umawiamy się na wejście z Kanadyjczykiem i Meksykaninem (Andrew i Benijamin). Studiujemy ich świetny przewodnik Mexico Vulcanos - A Climbing Guide, dostępny niestety tylko w Ciudad de México.
Pobudka o drugiej w nocy. Pół godziny później wyruszamy: ja, Mateusz, Andrew, Benijamin oraz taxi driver z przewodnikiem. Trochę się chmurzy i zaczyna padać śnieg, ale współtowarzysze zapewniają, że pierwsze promienie słońca wyklarują niebo. Maszerujemy po popiołach wulkanicznym i kamieniach - trzy metry do góry, dwa zjazdu w dół, ale im wyżej, tym więcej skał i łatwiej się wspinać. Po trzech godzinach docieramy pod lodowiec. Andrew i Benjamin są dużo bardziej zmęczeni niż my, dlatego proponują byśmy się rozdzielili. Jest to jedyne rozsądne wyjście, ale od tej chwili musimy liczyć tylko na siebie. Pod lodowcem stoją dwa namioty. Właśnie z tej bazy wyrusza dwóch meksykańskich alpinistów "oszpejonych" jakby wchodzili na K2. Wspaniale - będziemy ich śledzić! Rozmawiamy z nimi chwilę o szlaku przez lodowiec, po czym ruszają na szczyt. Zakładamy jeszcze raki, okulary, smarujemy twarze kremem i w drogę. Maszerujemy przez lodowiec Jamapa. Niestety bardzo szybko wyprzedzamy Meksykan i jesteśmy pierwsi na drodze. Z trudem odnajdujemy małe, przewrócone chorągiewki oznaczające szlak. Co chwila odwracamy się, Meksykanin wskazuje na szlak kijkiem - po prostu trzeba iść do góry. Lodowiec z upływem drogi robi się coraz bardziej stromy - 30, 45 stopni, a za niegroźnymi szczelinami ponad 50 - chyba idziemy złym szlakiem. Sytuacje ratuje fakt, że lód jest wytopiony w grzebienie tworzące rodzaj schodów. W razie wypadku jest za stromo, aby hamować czekanem - zatrzymałbym się dopiero 500 metrów niżej na Sarcofago. W połowie drogi Mateusza "dopada wysokość", ale i tak dobrze sobie radzi. Ja mam swój dzień i chyba mógłbym wejść na 9-cio tysięcznik, gdyby taki istniał. Maszerujemy po równi pochyłej. Nagle moja głowa wychyla się ponad krawędź krateru. Widok o mało nie zwala mnie z nóg. Krater jest idealnie okrągły, z postrzępioną koroną i pionowymi - stupięćdziesięciometrowymi ścianami. To właśnie ta niespodzianka! W środku znajduje się zamarznięte, zasypane jezioro. Robię zdjęcia i krzykiem zachęcam Mateusza do ostatniego wysiłku.
Po chwili już razem podziwiamy widoki. Ruszamy dalej krawędzią krateru - po prawej lodowiec Jamapa, po lewej pionowe ściany. Obchodzimy przedziwną iglicę skalną, wspinamy się na kamienno - piaskową kopułę, stajemy przy plątaninie przeróżnych krzyży. Jesteśmy na szczycie El Pico de Orizaba, najwyższym wulkanie Meksyku! Na szczycie, oprócz nas jest jeszcze sześciu wspinaczy, którzy "atakowali" górę Południowym Szlakiem (Ruta Sur). Gdy dowiadują się, że jesteśmy z Polski, kraju nieodmiennie kojarzonego tu z papieżem, posypują się gratulacje. Robimy wspólne, pamiątkowe zdjęcie. Podziwiamy widoki: na wschodzie góry Cordillera de Anahuac oraz płaska rolnicza wyżyna, na zachodzie głębokie wąwozy pokryte deszczowymi lasami opadającymi do Zatoki Meksykańskiej, daleko na horyzoncie zasnute popiołami sylwetki trzech innych wulkanów - aktywnego ostatnio Popocatepetl, Iztaccihuatl oraz La Malinche. Po pewnym czasie dochodzi do nas jeden z mijanych wcześniej wspinaczy z obozu pod lodowcem. Po krótkiej wymianie uprzejmości, zabiera się z powrotem do bazy. Pora wracać.
Na szczęście droga w dół jest o wiele łatwiejsza, więc schodzimy w ekspresowym tempie. Niebawem spotykamy siedzącego na lodowcu Benjamina. Tłumaczy nam łamaną angielszczyzną, że odnowiła mu się choroba kolan i jest w małych opałach. Zabieramy jego plecak i pomagamy mu w drodze do obozu. Po trzech żmudnych godzinach jesteśmy w "domu". Kręci się tu pokaźna grupka alpinistów, którym nie udało się wejście "naszą" Południową Drogą. Meksykanin, którego spotkaliśmy parę godzin wcześniej na szczycie, zdążył już naopowiadać głupot o naszym wejściu. Benajmin też chyba dodał swoje przysłowiowe trzy grosze. Wszyscy szczerze nam gratulują. Meksykanka mówiąca po angielsku tłumaczy nam pytania w stylu: "Czy w Polsce są jakieś wielkie góry?", "Czy często jeździmy w Himalaje?", "Czy w kraju jesteśmy znanymi wspinaczami?". Z uśmiechem odpowiadamy, że Orizaba to nasza dotychczas największa góra... Schodzimy z Benjaminem do Piedra Grande a raczej zjeżdżamy po błocie - wszędzie płyną strumyczki z topniejącego w słońcu lodowca.
W schronisku czeka na nas niespodzianka. Przyjaciel Benjamina - Andrew pyta nas, gdzie w Mexico City będziemy mieszkać przed odlotem do Polski. Odpowiadamy, że mamy tylko pieniądze na przejazd do miasta, więc trzy noce musimy przetrwać w poczekalni na lotnisku. Kanadyjczyk zaprasza nas do siebie. Jak się okazuje jest reporterem piszącym do Bloomberg Market i New York Times. Mieszka w apartamencie w najdroższej dzielnicy stolicy, więc ostatnie dni w Meksyku spędzamy pławiąc się w luksusie...