La Ciudad Autónoma de Melilla, to kawałek Europy w Afryce i kawałek Afryki w Unii Europejskiej. Śródziemnomorskie miasto Melilla od końca XV wieku należy do Hiszpanii. Zajmuje skrawek lądu przyklejony do północno-wschodniego wybrzeża Maroka. Miasto położone jest na wapiennych skałach. Razem z usytuowaną naprzeciw Gibraltaru Ceutą stanowi przyczółek Królestwa Hiszpanii na Czarnym Lądzie.

Melilla ma burzliwą historię. Budowali i niszczyli ją Fenicjanie, Rzymianie, Wandalowie, Wizygoci, Bizantyjczycy, Arabowie. Hiszpanie zdobyli Melillę w 1496 roku i od tej pory już z rąk nie wypuścili.
O Melilli niewiele mówi się w polskich mediach. W 2005 roku można było przeczytać w prasie o armii imigrantów szturmujących granice enklawy i toczących regularne walki z hiszpańskimi siłami porządkowymi przy granicy. Dla wielu Afrykańczyków (nie tylko mieszkańców Maroka), przedostanie się na obszar Ceuty lub Melilli, czyli hiszpańskiej jurysdykcji jest równoznaczny z przedostaniem się do lepszego świata płynącego mlekiem i miodem. Zresztą marzeniem większości młodych Marokańczyków jest wyjazd do Hiszpanii lub Francji, gdzie pragną rozpocząć nowe życie.
Kiedy w sierpniu 2005 roku dotarłem do Melilli nie widziałem śladu żadnych niepokojów. Wjechałem tam z Beni Anzar, marokańskiego miasteczka granicznego leżącego w okolicach Nadoru. Przejazd autobusem z Nadoru do Beni Anzar kosztuje 2,5 marokańskiego dirhama. Po odstaniu kolejki i wypełnieniu kwitka w języku francuskim, odprawy marokańska i hiszpańska odbyły się niespodziewanie szybko. Po stronie hiszpańskiej powitała mnie tablica: Melilla Ciudad Antigua y Modernista (Melilla, miasto starodawne i modernistyczne). Pod spodem widniał napis "Witamy" w językach hiszpańskim, angielskim, francuskim i niemieckim. Napisu w języku arabskim nie było. Niedaleko za to był przystanek miejskiej komunikacji. Wkrótce miało zmierzchać, ale panujący wokół skwar nie pozwolił mi zapomnieć, że to jednak dalej Afryka. A może to był już skwar hiszpański?
Razem z berberyjsko-arabsko-hiszpańskim tłumem ludzi wpakowałem się do autobusu kierującego się do centrum miasta. Bilet kosztował 60 eurocentów. Normalnie zafundowałbym sobie przechadzkę z plecakiem przez miasto, jednak zbliżał się wieczór, a ja chciałem zobaczyć jeszcze w świetle dnia to, co w Melilli warte zobaczenia. Odległość z przejścia granicznego do centrum jest dość znaczna.
Autobus zajechał w końcu na plac Plaza de Espana, gdzie kończyła się trasa i skąd zawracał pod granicę z Marokiem. Na placu, między drzewami, od razu zaczepił mnie młody mieszkaniec Melilli o wyglądzie Marokańczyka. Człowiek z plecakiem nie mógł ujść jego uwadze.:
- Give me one euro! - takimi słowami w języku angielskim mnie przywitał.
Ku jego konsternacji odpowiedziałem po hiszpańsku:
- To dużo 1 euro. W Maroku proszą tylko o 1 dirhama. - stwierdziłem.
- Mówisz po hiszpańsku? - odpowiedział zdumiony, gdyż nie wyglądałem i nadal nie wyglądam na Hiszpana - Bienvenido a Melilla! Witamy w Melilli!
Plaza de Espana, z palmami, pomnikiem i fontanną, jest nawet całkiem ładnym placem, choć nie różni się specjalnie od wielu innych placów, jakie można znaleźć w hiszpańskich miastach. Tuż obok znajduje się zielony Parque Hernandez, gdzie na jednej z ławek można spokojnie spożyć turystyczny posiłek. W parku wystawione były jakieś dzieła sztuki. Przy Plaza de Espana odnalazłem też informację turystyczną, gdzie otrzymałem darmowy plan enklawy. Informacja była czynna mimo późnej pory - mogło być dobrze po 20.00.
Na pewno warto przyjrzeć się domom w centrum miasta. Enklawa może poszczycić się wieloma budowlami w stylu modernistycznym i art deco. Jeśli chodzi o Hiszpanię, ponoć ustępują tylko tym w Barcelonie (przynajmniej tak wynika z folderów dla turystów). Stąd właśnie hasło promujące Melillę: "Miasto starodawne i modernistyczne".
Ciekawostką jest fakt, że Melilla, mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów, posiada świątynie aż czterech wyznań: kościoły, meczet, synagogę i miejsce modlitwy hinduistów. Niestety, o tym przeczytałem później. Sam dotarłem tylko do kościoła Sagrado Corazón, gdzie byłem na mszy. Trzeba przyznać, że jak na dzień powszedni, w kościele było dużo ludzi. Kościół, traktowany przez autorów planu Melilli jako zabytek, nie jest zbyt stary, bo pochodzi z początku XX wieku. Trudno jednak powiedzieć, żeby się czymś wyróżniał na tle budowli sakralnych pozostałych miast Hiszpanii.
Po wyjściu z kościoła udałem się na północny-zachód, czyli w stronę starówki (Melilla la Vieja) i przystani promowej (el Puerto). W kieszeni miałem zakupiony w marokańskim Nadorze bilet na prom z Melilli do Almerii w europejskiej Hiszpanii. W Maroku zapłaciłem za niego 319 marokańskich dirhamów. Prom odpływał dopiero o drugiej w nocy, więc miałem mnóstwo czasu na zwiedzanie.
Stare Miasto w Melilli, w postaci rozbudowanej cytadeli o potężnych murach, góruje nad przystanią. Dzięki temu można po nim spokojnie spacerować, bez zastanawiania się ile czasu zajmie dotarcie na prom. Najpierw jednak trzeba się wspiąć na górę po wielu schodach.
Kiedy już dostałem się szczyt wzniesienia zobaczyłem całkiem ładny kościół i otwarte wejście do muzeum. Museo de Melilla akurat tego dnia było czynne do 21.30. Wstęp wolny. Ponieważ właśnie dochodziła 21.15 postanowiłem zwiedzić ten obiekt w tempie błyskawicznym. Bardzo sympatyczna kustoszka spytała o narodowość, poprosiła o paszport, po czym pozwoliła zostawić ciężki plecak na recepcji. Potwierdziła, że jak się postaram to zdołam zwiedzić muzeum w 15 minut.
Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się po muzeum zbyt wiele. Co tam może być? Parę rysunków, parę zdjęć i parę potłuczonych garnków? O dziwo, ekspozycje okazały się całkiem niezłe. Oczywiście niezłe dla kogoś, kto ma choć odrobinę ciepłych uczuć dla historii i archeologii. Była tam i prehistoryczna broń, i ozdoby, i stare monety, i makiety, i wreszcie wcale nie potłuczona ceramika o różnych kolorach i kształtach.
Z piętra muzeum wydostałem się na coś w rodzaju obwarowanego tarasu. Stamtąd rozpościerał się ciekawy widok na miasto i morze. W obrębie murów Starej Melilli można zresztą znaleźć i inne interesujące punkty widokowe.
W ramach przydzielonych mi 15 minut zdążyłem jeszcze zaliczyć muzealną toaletę. Toaleta spełniała jak najbardziej europejskie standardy, co było miłym akcentem po wielu tygodniach spędzonych w marokańskich ubikacjach.
W Melilli znajduje się jeszcze Muzeum Wojskowe oraz sieć jaskiń, niestety, o tak późnej porze nie dane mi było ich zwiedzenie. Zamiast tego połaziłem po świetnie zachowanej starówce. Turystów i miejscowych było naprawdę niewielu. Nawet trochę dziwnie się tam czułem. Melilla la Vieja nie przypominała marokańskich medin, do których zdążyłem już przywyknąć - hałaśliwych, pełnych krzyku naganiaczy i targujących się ludzi. Na dobrą sprawę nie przypominała też hiszpańskich starych miast, z dudniącą muzyką, młodzieżą imprezującą na ulicach i lejącą się litrami sangrią. W historycznym centrum Melilli było inaczej. Cicho i sennie, tak jakby w starodawnych murach zatrzymał się czas.
O tym, że czas się nie zatrzymał świadczyła budka telefoniczna stojąca przy jednej z uliczek. Z owej budki udało mi się zatelefonować do Polski na koszt rozmówcy, za pośrednictwem usługi Poland Direct. Niby jedną nogą byłem jeszcze w Afryce, a mimo to bez problemu dodzwoniłem się do domu, korzystając z europejskiego numeru dostępu. Numer miał obejmować Baleary i Wyspy Kanaryjskie. W informacji dotyczącej tej usługi nie było ani słowa o Ceucie i Melilli.
Stara część Melilli bardzo mi przypadła do gustu. Niestety, robiło się ciemno, a ja byłem zmęczony, więc choć miałem jeszcze sporo czasu, zrezygnowałem z odkrywania dalszych rejonów miasta. Gdy zszedłem z plecakiem ze wzgórza na którym wznosi się stare miasto, to pstryknąłem jeszcze zdjęcie tabliczce z gwiaździstą flagą Unii Europejskiej. Potem ruszyłem do przystani promowej.
Z Melilli można popłynąć do dwóch hiszpańskich miast: Malagi i Almerii. Trasę obsługuje Trasmediterranea. Podróż wychodzi taniej, niż gdybyśmy wsiedli na prom w Nadorze w Maroku. Liczba kursów jest ograniczona. Zależnie od dnia tygodnia statki wypływają w dzień lub w nocy. Planując taką trasę, warto wcześniej uzyskać informacje o godzinach w jakich kursują promy.
Pasażerowie oczekują na promy w dużej hali. Po wejściu do niej musiałem odstać niemałą kolejkę, żeby otrzymać kartę pokładową (tarjeta de embarque).
W hali stoją lekko uszkodzone interaktywne urządzenia, dzięki którym można uzyskać wyświetlane na ekranie informacje o enklawie w kilku językach oraz obejrzeć fotografie ciekawych miejsc. Jest jeszcze jakiś bar. Poza tym nie ma tam wiele do roboty.
Kiedy zaczęła się odprawa przed wejściem na prom, byłem już mocno zaspany. W kolejce przede mną stał Marokańczyk. Hiszpańskim celnikom coś nie spodobało się w jego dokumentach. Zdezorientowany Marokańczyk momentalnie został skuty kajdankami. Natychmiast odechciało mi się spać. Delikwent z bransoletkami stanął grzecznie na boku, zaś jeden z celników wziął się za mnie. Z niedowierzaniem otworzył mój paszport, jakby się zastanawiał, co to za dziki kraj ta Polska.
- Polonia to jest w Schengen? Czy on nie potrzebuje czasem wizy? - zapytał celnik kolegę. Okazało się, że nie potrzebuje.
- Po co jedziesz do Hiszpanii? - tym razem zwrócił się do mnie, już po angielsku.
- Jestem turystą. Wracam do Polski - odpowiedziałem po hiszpańsku.
- Dokąd jedziesz? Do Madrytu?
- Do Murcii. Mam stamtąd autobus.
Wyjaśnienie wystarczyło. Dostałem z powrotem paszport, a celnik machnął ręką, żebym przechodził. Przeszedłem. W międzyczasie skutego Marokańczyka gdzieś zabrali. Następnego dnia, już w Almerii czekała mnie kolejna kontrola paszportu oraz bagażu. Jak widać, choć przemieszczałem się z Hiszpanii do Hiszpanii, celnicy nie stali tam tylko dla formalności.
Na promie zająłem miejsce przy oknie. Obok mnie, najtańszą, klasą (butaca turista) podróżowali wyłącznie Marokańczycy. Miałem do dyspozycji dwa wygodne fotele. Bagaż można było zostawić w luku bagażowym, mimo to wziąłem plecak ze sobą i z nadmiaru ostrożności na noc dobrze przypiąłem. Tak żeby go czuć, ale żeby jednocześnie nie krępować sobie ruchów. Chciałem popatrzyć przez iluminator na ciemne morze i oddalający się brzeg, ale nie udało się. Błyskawicznie usnąłem. No i to było moje pożegnanie z Afryką. Gdy się obudziłem, już dopływaliśmy do europejskiego wybrzeża Hiszpanii.