Geozeta nr 4Ameryka Północna

Lodowa wędrówka

Sylwi KulczykGrenlandia
Lodowa wędrówka

Dziś mija szesnaście tysięcy lat, odkąd okowy mrozu uwięziły mnie - cząsteczkę wody - w cielsku lądolodu. Unieruchomiona w strukturze białego cielska tkwiłam nieruchomo i nawet nie czułam, że cały czas przesuwam się na zachód. Tymczasem dzisiaj zamiast białej struktury zbudowanej z moich sióstr, zamarzniętych cząsteczek wody, ujrzałam rozległą przestrzeń. Daleko w dole faluje coś, co przypomina mi moje wczesne dzieciństwo - niezwiązana lodem, błękitna masa kusi i przyciąga. Wszystkimi atomami czuję, że muszę się z nią połączyć. Więzy skuwające mnie z moimi sąsiadkami zaczynają pękać. To już koniec! Skaczę!

Mapa trasy: Lodowa wędrówka
Mapa trasy

Głuchy huk narasta powoli. Na zmrożonej powierzchni lodowca Sermeq Kujalleq zarysowują się głębokie rysy. Jeszcze jeden, suchy trzask i od czoła lodu odrywa się sześcienny blok. W skali całego czoła lądolodu przypomina pudełko od zapałek i jedynie wysoka fala, jaką wzbudza wpadając do fiordu uzmysławia, że nie jest to bynajmniej kostka lodu do drinków.

Lodowiec Sermeq Kujalleq na zachodnim wybrzeżu Grenlandii należy do najbardziej produktywnych na świecie. Codziennie powstaje tu 20 bilionów ton lodu, w wyniku czego czoło lodowca przesuwa się o dwadzieścia dwa metry. Fiord Kangia, do którego uchodzi lodowiec, wypełniają góry lodowe wielkości kilkupiętrowych kamienic. Spod odłamków lodu nie widać powierzchni wody.

Oswoiłam się już z nową sytuacją. Wiem, że należę teraz do wielkiego bloku lodowego. Dryfuję wśród innych podobnych. Kiedy ocieram się o sąsiednie bryły, wydajemy delikatny grzechot. Nareszcie odrobina ruchu! I nowe krajobrazy. Na skalistych brzegach fiordu widzę rzeczy, o których istnieniu nie miałam do tej pory pojęcia: mój wzrok drażnią obce barwy, wiatr przynosi nieznane zapachy. Wiatr powoli odsuwa mnie od czoła lodowca, który jeszcze niedawno był mi domem.

Na tle skalistego zbocza wybucha różowością barwna plama kwiatów. Zbocze doliny zieleni się kępami mchów i jagód. Szary lisek polarny myszkuje wśród rachitycznych krzaczków brzozy. Człowiek jest nad brzegami fiordu Kangia rzadkim gościem, więc zwierzę wędruje bez strachu. Czarny, ciekawski nosek obwąchuje krzaczki jagód, pomarańczowe oczy szukają małych, ale smakowitych owocków. Po chwili, równie cicho, jak się pojawił, lisek znika między zwaliskami głazów.

Dziś mija półtora roku, odkąd pożegnałam lodowiec. Po radosnych, słonecznych dniach nastał długi czas ciemności. Mróz unieruchomił mnie na długie miesiące. Nadzieja na wydostanie się z pułapki przyszła wraz z pojawieniem się Słońca. Jego jasne promienie coraz dłużej wędrowały po zamarzniętej powierzchni fiordu. W końcu, kiedy brzegi fiordu znowu wybuchły zielenią, byłam wolna. Łagodny wiatr pchał mnie na zachód, ku widocznemu w oddali błękitowi morza. I wtedy, nagle i niespodziewanie, znowu zostałam unieruchomiona. Dolna partia lodowego bloku, do którego należę, uwięzła na dnie fiordu. Wokół stoi wiele podobnych olbrzymów. Czyżby już koniec wędrówki?

Czterdzieści pięć kilometrów od czoła lodowca podwodna bariera spłyca fiord z głębokości sześciuset do zaledwie dwustu metrów. Większe góry lodowe kotwiczą tu nieraz na kilka sezonów, mniejsze swobodnie wypływają na szerokie wody zatoki Disko i dostojnie żeglują w dal. Soczysta zieleń otwierającej się w stronę ujścia fiordu doliny Sermermiut wydaje się kłócić z lodową martwotą. Bo wybrzeże to na Grenlandii synonim życia.

Zaciszna zatoka u ujścia fiordu Kangia od wieków stanowiła bezpieczne schronienie dla Eskimosów. Stabilna pogoda sprzyjała połowom, a żyzne, dobrze natlenione wody zatoki Disko dostarczały odpowiednich ilości jedzenia. Bywało jednak i tak, że aura odwracała się od ludzi. W latach szczególnie ciężkich, kiedy mężczyźni nie zdołali upolować dostatecznej ilości fok, nadchodził czas dramatycznych wyborów. Stare kobiety rzucały się z kilkudziesięciometrowej krawędzi skalnej w białe wody fiordu, aby nie odbierać pożywienia bardziej potrzebującym. Osiedle w dolinie Sermermiut funkcjonowało nieprzerwanie przez ponad trzy tysiące lat - aż do połowy ubiegłego wieku, kiedy jego mieszkańcy przenieśli się ostatecznie do funkcjonującej opodal już ponad sto lat osady handlowej. Współczesna, grenlandzka nazwa tego miasteczka brzmi Ilulissat i oznacza, jakżeby inaczej, "Góry lodowe".

Wraz z nastaniem wiosny na brzegu fiordu zauważyłam nowe, nieznane mi istoty żywe. Kolorowe, przemieszczały się na dwóch nogach. Są o wiele większe od szarych czworonogów, które do tej pory pojawiały się na brzegu. Nieraz przychodzą całymi stadami. Jedna, wyglądająca na przewodnika stada opowiada coś i pokazuje na mnie palcem. Inne co chwila przykładają do górnej części ciała jakieś czarne przedmioty i wymieniają okrzyki, które wydają się wyrażać entuzjazm.

Dziś nad brzegiem pojawiły się tylko dwie istoty dwunożne. Były tak zajęte sobą, że wątpię, czy zauważyły, jak pięknie lśnię w promieniach słońca. Nagle zaczęły pozbywać się swoich kolorowych powłok. Ruchy, jakie wykonywały nie były mi wcześniej znane, ale spowodowały, że coś drgnęło w moim zlodowaciałym sercu. Byłam przekonana, że ci dwoje chcą być teraz sami i ze nie wypada się im dłużej przyglądać. Mocnym szarpnięciem wyrwałam się ze skalnej pułapki i pożeglowałam w kierunku otwartego morza.

Położone u ujścia fiordu Kangia Ilulissat jest, podobnie jak większość miast grenlandzkich, ważnym ośrodkiem rybackim. Za dnia kolorowe domki rozrzucone na skałach sprawiają wrażenie wymarłych Życie koncentruje się w porcie. Promienie słońca ślizgają się po kadłubach łodzi stłoczonych przy ruchomych pomostach. Rybacy w kolorowych sztormiakach przygotowują przynętę. Zamiast żyłki używają linki kilkumilimetrowej grubości. Haczyki wygięto z solidnego drutu. Ciemne ręce zawieszają na nich tłuściutkie kalmary - ślinka cieknie już na widok przynęty. Zachrypnięte radio wyrzuca z siebie wiązankę grenlandzkich przebojów dyskotekowych, silniki motorówek wydają się porykiwać do taktu. Między pomostami i kutrami pobrzękuje lód.

Jak rozkosznie jest żeglować swobodnie po morskich wodach. Zawarłam pierwsze znajomości z mieszkającymi w wodach zatoki osobnikami żywymi. Olbrzymie wieloryby - tylko trochę mniejsze ode mnie - trącają mnie przyjaźnie ogonami. Codziennie przypływają też szare foczki. Długo pluskają się wokół mnie, a potem odpoczywają na płaskiej, białej powierzchni, jaką jest teraz lewy koniec mojej góry lodowej. Zwierzaki nie są może najmądrzejsze, ale szczerze się polubiłyśmy.

Wydaje się, że za chwilę poznam jakąś nową istotę. Czerwony, wrzecionowaty kształt płynie w moim kierunku od strony kolorowych konstrukcji stojących na brzegu. Zatrzymuje się naprzeciwko baraszkujących na lodzie fok. To nie zwierzę, ale jakaś dziwna konstrukcja. Na jej powierzchni dostrzegam istoty dwunożne. Czyżby nie umiały pływać za pomocą własnych członków? Jeden z osobników trzyma długi, czarny przedmiot. Nagle obłoczek dymu wykwita z jego końca. Z przerażeniem dostrzegam, że najmniejsza z foczek przestała się poruszać. Za chwilę wszystko się powtarza. Po raz drugi, trzeci, kolejny... Po chwili całe stadko leży martwe, a śnieg wokół nabiera różowej barwy. Dlaczego oba gatunki istot żywych, które tak polubiłam, występują przeciwko sobie?

Wrzecionowaty, szary kształt niemal zlewa się z zakurzonym nabrzeżem portu w Ilulissat. Wprawne ręce myśliwego odcinają płetwy, a następnie jednym ruchem rozpruwają foczy brzuch. Już po chwili zgrabne, czerwone kawałki mięsa w niczym nie przypominają ruchliwego zwierzątka, które pluskało się wśród gór lodowych. Ogorzała twarz Eskimosa marszczy się w uśmiechu. Foka to najlepszy obiad, jaki można sobie wymarzyć, a własnoręcznie złowione zwierzę jest świadectwem myśliwskich umiejętności. W lecie łatwo jest stracić postrzeloną fokę, bo z względu na małą ilość tłuszczu łatwo idzie na dno. Ale doświadczonemu łowcy rzadko zdarza się utopić łup i nigdy nie kupuje mrożonych steków w supermarkecie.

Już od wielu dni żegluję swobodnie po wodach wielkiej morskiej zatoki. Kolejne deszcze odrywają od mojej góry lodowej coraz to inne fragmenty, ale ja ciągle tkwię w samym sercu lodowego olbrzyma. Moja góra w niczym nie przypomina już foremnego bloku, jaki oderwał się przed laty od czoła lodowca. Już kilka razy przekoziołkowała wokół własnej osi. Przez pewien czas była solidną piramidą, a potem zamieniła się w wysoką iglicę. Morskie fale nadały szorstkiej niegdyś powierzchni łagodny połysk. Nie zliczę, ile kilometrów przebyłam w mojej wędrówce, ale wiem, że mój czas dobiega końca. Góra, w której tkwię, jest coraz mniejsza. Niedługo dotrę do wybrzeży wielkiej wyspy, którą od wielu lat widzę na horyzoncie. W głębi mojej lodowej duszy czuję, że właśnie tam połączę się na zawsze z morską wodą.

Góry lodowe u wybrzeży wyspy Disko to już nie zwyczajne bloki lodu, ale prawdziwe arcydzieła. Wiele z nich przypomina tajemnicze zamki Królowej Śniegu. Ich białe kształty kontrastują z bujną zielenią brzegów, wzdłuż których żeglują. Dla wielu gór lodowa odyseja właśnie tutaj znajduje szczęśliwy koniec. Nieliczne wędrują dalej, na otwarte wody morza Baffina.

Więcej z Ameryki Północnej