Wydanie internetoweAfryka

Brzydka Afryka

Michał KozłowskiRepublika Środkowoafrykańska
Brzydka Afryka

Łatwo zakochać się w pięknej kobiecie. Łatwo jest także zakochać się w Norwegii czy Nowej Zelandii; łatwo w Indiach i w Maroku. Jednak zakochać się w Środkowej Afryce nie jest tak prosto. Miłość nie zna powodu, a jeśli taki powód istnieje, to już nie ma miłości tylko przyjaźń. Afryka Środkowa jest taką starą brzydką babą, której nie da się lubić... można ją tylko kochać albo od niej odejść.

Mapa trasy: Brzydka Afryka
Mapa trasy

Nigdy wcześniej nie byłem w "dzikim" kraju. "Dzicz" w Europie zaczyna się za drzewami osłaniającymi przydrożny parking, a w Środkowej Afryce istnieje dosłownie wszędzie. Wszystko co odmienne traktujemy jako "dzikie"... to, co znajduje się poza naszą kulturą, posiada obce uporządkowanie oraz pełni nieznane funkcje. Może nie da się odkryć prawdy o danym kraju tak za pierwszym razem, ale łatwo zauważyć inność. A potem część "inności" obrasta w interpretacje przenoszące ją do normalności.

Jedziemy

Przed wyjazdem poszedłem do dentystki z prośbą, aby tak wyleczył mi zęby, żebym przez co najmniej miesiąc nie miał z nimi kłopotu.
- Wyjeżdża pan?
- Tak.
- A dokąd, jeśli można wiedzieć?
- Do środkowej Afryki.
- A po co?
- Jedziemy szukać złota.
- No, jak pan nie chce, może pan nie mówić.
Nadal była miła, ale już nie tak jak na początku i rozmawialiśmy wyłącznie o zębach...

Wizę do Republiki Środkowoafrykańskiej można dostać w Ambasadzie Francji.
- Już pięć lat tu pracuję i nie przypominam sobie żeby ktoś chciał wizę do tego kraju; a my w ogóle wydajemy te wizy?
- Tak, wy.
Dostałem tę wizę bez kłopotu. Następnego dnia dzwoni kolega i mówi, że nie chcą mu dać wizy, bo nie ma rezerwacji hotelu.
- Ode mnie nie żądali.
- Teraz przypomnieli sobie, że trzeba posiadać rezerwację i ty też musisz ją mieć, gdyż inaczej ja nie dostanę wizy...

Jedziemy

Lotnisko w Paryżu to kolekcja typów ludzkich. Przed oczyma mamy tak doskonałą mieszankę ludzi, iż trudno zgadnąć, że jesteśmy właśnie w Paryżu. Robi się cieplej, już czuć zapach Afryki - beżowy zapach safari i dziewiętnastego wieku. Warto przyglądać się ludziom; mężczyznom w klapkach, dziewczynom w kolorowych sukienkach. Warto obserwować... już widać pewien system, ponieważ zwracają uwagę ci, którzy do niego nie pasują.

Do Bangi przylecieliśmy w niedzielę rano, eleganckim airbusem Air France, który jest większy niż dworzec lotniczy Mpoko. Jest tak dostojny, iż wydaje się, że to lotnisko powinno podstawić się pod samolot. Nie wypada, aby maszyna musiała kołować, gdyż jest to dla niej trochę uwłaczające.

Samolot z Paryża zatrzymuje się po drodze w Ndżamenie. Dla Czadu i Republiki Środkowej Afryki jest to jedyna bezpośrednia łączność z całym, poza afrykańskim światem. Dla obu tych krajów Paryż to już cały świat. Ten samolot to jakby lej - wąski w Bangi i rozszerzający się w Paryżu. Gdy później wysyłałem pocztówki, okazało się, że lotnisko funkcjonuje tylko dwa dni w tygodniu, dokładnie wtedy, gdy przylatuje samolot. Widać, że rzeczywiście służy samolotom, co trudno zauważyć na wielu wspaniałych lotniskach europejskich, dla których samoloty to tylko raczej pretekst niż racja ich istnienia (podobnie jak stacja benzynowa stanowi pretekst dla istnienia sklepu). Lotnisko w Bangi obrasta kurzem, sprzątanym dwa razy w tygodniu. W te dni budzą się bagażowi i celnicy, którzy w kilkadziesiąt minut muszą zarobić na resztę tygodnia.

Na lotnisku od razu straciłem paszport. Jakiś urzędnik mi go zabrał. Inny sprawdził książeczkę szczepień. Już pożegnałem się z paszportem, ale w cudowny sposób się znalazł. Mimo strasznego bałaganu, bagaże odebrałem także bez problemu. Chętnych do ich noszenia było mnóstwo. Wyjechaliśmy z lotniska wynajętą furgonetką. Po drodze mijaliśmy chatki ulepione z gliny. Pomyślałem, że to jakieś szachrajstwo, że na głównej drodze od lotniska do centrum miasta nie mogą w naturalny sposób stać takie domy... to tylko tak, dla turystów... Ale tam wcale nie ma turystów! Te ulepione z laterytowych cegieł domy, z dachem jakby "zerwanym z pobliskiej palmy" to zdecydowanie dominująca architektura w kraju! Stalowa, niesamowicie wymiętoszona blacha jest materiałem, z którego można wybudować wszystko; płot, dom, zagrodę dla świń. Skąd ludzie biorą tak misternie wygniecioną blachę?

Zamieszkaliśmy w wynajętym, murowanym domu o zupełnie wystarczającym standardzie. Moją uwagę zwróciły kraty w oknach i solidne, żelazem wzmacniane, drzwi.
- To przeciw złodziejom?
- Nie, złodziei u nas nie ma odkąd policja ich od razu rozstrzeliwuje. To pamiątka po czasach rozruchów, które wydarzyły się parę lat temu.

Faktycznie, domy rzadko się zamyka... większości po prostu nie ma jak. Zamek i szyby to chyba ostatnie rzeczy o jakich myślą jego właściciele. Co można by jednak ukraść z takiego domu?

Po naszym "hotelu" kręci się mnóstwo ludzi. Odnoszę wrażenie, że oni się sami między sobą nie bardzo znają i gdyby ktoś obcy przyszedł, też mógłby napić się koli (przy okazji okazuje się, że coca-cola to w skrócie koka, a prosząc o kolę dostaje się orzeszki kola). To jednak pozór; niewprawne oko nie widzi jeszcze granicy między rodzinami, nie potrafi dojrzeć porządku w bałaganie.

W ogródku dziecko bawi się małpą kapucynką ściśniętą w pasie sznurkiem. Żartowaliśmy, że Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami miałoby tu co robić. Potem okazało się, że Towarzystwo Opieki nad Ludźmi też by się nie nudziło.

Granicę z Kongiem stanowi rzeka Ubangi. Można ją przekraczać bez problemów i często się z tej możliwości korzysta. Za rzeką jest Kongo, ale już pierwszego dnia poczułem, że tam jest obcy świat..., że jedynie brzeg, na którym stoimy jest nasz.

Otworzyłem bramę na parę centymetrów - nic; więc szerzej - nadal nic nie widzę, wychodzę zatem na zewnątrz, a tam odnajduję świat jaki mógłby się tylko przyśnić. To rzeczywistość pochodząca jakby z odkopanej przeszłości albo z trójwymiarowego zdjęcia sprzed wieków. Ilu wieków? Właściwie obojętne czy sprzed dwóch, czy dwudziestu... Ciekaw byłem zapachów. Myślałem, że poczuję woń towarów, których rozładunek oglądał Robinson Crusoe, ale w powietrzu unosił się tylko zapach szarości i pylistej mgły.

Pierwszy dzień

Zabraliśmy z samolotu jakieś polskie, kobiece pismo o modzie. Dodatkiem do ubranych na beżowo modelek był afrykański pies - beżowy chart. Jest południe, widzimy psa - ledwo dyszącą sukę i szczeniaki leżące w rowie obok drogi. Stanowczo są jednak niepodobne do czworonoga z kolorowej gazety.

Dostałem obstawę złożoną z dwóch miejscowych chłopaków, zresztą bardzo zadowolonych ze swej funkcji. Kierowcy o imieniu David dałem do potrzymania aparat fotograficzny Zenit, co wprawiło go w bardzo dobry nastrój. Już następnego dnia, po zaproszeniu Davida i Abegi do dyskoteki, pożegnałem się z ich towarzystwem, widząc, że to wszystko raczej dla poprawy prestiżu eskortujących niż bezpieczeństwa eskortowanego. W dyskotece zrobiła na mnie wrażenie filigranowa dziewczyna - "chodząca reklama" pasty do zębów, otwierająca zębami piwo. Cóż, ja też mogłem zadziwić naszymi słowiańskimi metodami otwierania piwa, ale potrzebowałem do tego drugiej butelki.

W powszechnym użyciu są pirogi wycięte z jednego pnia, długie na kilka i kilkanaście metrów, napędzane jednym wiosłem. Piroga ma szerokość ograniczoną grubością drzewa, z którego jest wycięta, więc jej powiększanie możliwe jest tylko na długość. Pływają też małe, kilkunastometrowe, drewniane, płaskodenne stateczki z silnikiem. Zazwyczaj przewożą kawę. Jest kilka stalowych barek służących do przewozu paliw. Nie widać w ogóle plastikowych łódek. Benzynę dostarcza się z Point Noire lub z Konga. Wszelkie produkty przemysłowe przywozi się co najmniej z Kamerunu: wodę mineralną, herbatę, a nawet piwo Guiness. Ubangi to główna droga transportowa. W porze deszczowej trudno liczyć na drogi lądowe, więc rzeka pełni niezwykle ważną funkcję. W porze suchej, wystające kamienie utrudniają większym statkom poruszanie się po rzece, ale wtedy drogi są przejezdne. Podobno woda jest na tyle czysta, że w porze deszczowej nie pasteryzuje się piwa, ale trudno w to uwierzyć. W każdym razie piwo piliśmy, a wody z rzek nie (z powodu ameby i tym podobnych stworzeń).

Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy na wycieczkę wokół Bangi. Mijaliśmy więzienie założone przez Bokassę. To faktycznie dość ponura budowla. W tropiku, jeśli budowla jest nieużywana, błyskawicznie porasta glonami i roślinami. Skąd one wiedzą, że budowla jest nie zamieszkana?

Odwiedzamy kościół i cmentarz misjonarzy. Cmentarz jest ładny, niewielki, widać kilkanaście grobów i od razu wiadomo, że to katolicki cmentarz. Można tu dostrzec katolicką melancholię, chociaż trudno oprzeć się wrażeniu, że ci, którzy tutaj leżą, mimo najszczerszych chęci, nie rozpropagowali specjalnie katolicyzmu. A może po prostu miejscowi katolicy leżą gdzie indziej? Często widuje się groby przy domach.

Spostrzegamy biegnącą truchtem procesję i uderzającą rytmicznie w bębny. Tylko stale powtarzane "Alleluja" sugeruje jakiś związek z chrześcijaństwem. Może podobne wrażenie odnosili chrześcijanie przyjeżdżający na ziemie Słowian kilkaset lat temu?

Na jakiejś bocznej drodze napotykamy szlaban zrobiony z patyków i paru kamieni. Miejscowi muszą z czegoś żyć. Przepuszczają nas za kilkaset franków.

Jeździmy odkrytym pickupem albo taksówką, zawsze w dużym towarzystwie. Taksówki stosują tę samą taryfę w całym mieście, ale jeśli dosiadamy się do kogoś, to płacimy mniej. Ile osób mieści się w takim pojeździe? Siedem, osiem... właściwie nie ma ograniczeń. Można siedzieć po lewej stronie kierowcy, na dachu, w oknie, gdzie kto chce. Kierowca, gdy widzi "poważnego" klienta może wyrzucić z samochodu dotychczasowego pasażera. Ponieważ byliśmy tymi "poważnymi", strasznie głupio się w takich sytuacjach czuliśmy.

Upał

Na upał byłem przygotowany. Wszyscy mnie w Polsce nim straszyli. Nie lubię ciepła. (Nawet w Paryżu było mi gorąco). Okazało się, że nie było tak strasznie, chociaż marzec to najgorętszy miesiąc. Było bardzo wilgotno i może dlatego dało się wytrzymać.

Upał to "żelazny punkt", którego nie da się pominąć przy opisie Afryki. Upał i wilgoć tłumaczą bardzo wiele - nie tylko wygląd terenu, ale też zachowania ludzi, kulturę... po prostu wszystko. Można opowiedzieć o Szwajcarii, nie opisując jej średniej temperatury czy ilości deszczu, natomiast Afryka bez upału nie istnieje! Kiedyś dziwiłem się, czytając książki podróżników, że w Afryce nie ma cienia, bo słońce świeci pionowo. Być może jest tak na pustyni, w suchych okolicach lub o innej porze roku.

Na równiku cień jest wszędzie. Niebo jest prawie cały czas zachmurzone, a słońce niemal nigdy nie świeci bezpośrednio; nagrzewa tylko "zupę powietrzno-wodną", a przed taką "zupą" nie ma ucieczki. Byle palma nas nie ochroni, jedynym ratunkiem jest klimatyzacja. Gdy się wyjdzie na słońce, to nie odnosi się wrażenia, że jego promienie dotykają skóry w taki sposób jak u nas na wiosnę w górach, czy nad morzem; ono nie parzy! Służy tylko do świecenia... Słońce ogrzewa "zupę" i dopiero w wyniku zanurzenia się w niej, ogrzewa się ciało. Światło jest wszędzie, ale niewielu ludzi używa okularów słonecznych, gdyż jasność nie "rozpływa się" w konkretnych kierunkach.

Mieszkaliśmy w domu z klimatyzacją, która po dwóch dniach zepsuła się. Nie martwiłem się zbytnio, bo i tak byłem przekonany, że będzie jeszcze goręcej. Doradzano mi bowiem, aby klimatyzator wyłączać jak najczęściej - żeby przyzwyczaić się do temperatury i nie przeziębić się. Przyszedł naprawiacz klimatyzatorów, wyjął go ze ściany i już więcej urządzenia nie oglądałem. Została po nim tylko dziura w ścianie. Komary były szczęśliwe, że nie muszą się już przeciskać przez moskitierę, a małe gekony, że mogą odkrywać nowy świat na suficie.

Jednoczesny upał i wilgoć powodują, że nic nie wysycha łatwo - także człowiek. Gdy coś się rozleje, to kałuża zostanie na parę dni. Robaki mają wtedy swoją mini - porę deszczową. Kiedy człowiek się spoci, jest już mokry przez cały czas - tygodniami. Śpi we własnym pocie, a pot nie paruje, ponieważ powietrze jakby nie chce przyjąć już więcej wody. Ten pot nie śmierdzi, bo nie jest spowodowany fizycznym zmęczeniem, ale upałem; to właściwie czysta woda. Nawet w autobusie nie czuć "komunikacyjno -europejskiego" smrodu. Europejczycy też nie śmierdzą. Czułem jedynie zapach laterytowego pyłu przylepionego do mokrej koszuli. Zadziwiające jak czyści są tam ludzie, a nie wygląda na to, aby dbali specjalnie o higienę. No, może tylko dzieci tarzające się w piachu do najczystszych nie należą.

Wszyscy dosyć źle znoszą upały; także czarnoskóra ludność, która posiada bardzo małą tolerancję na zmiany temperatury. Pocą się i narzekają na upał tak jak Europejczycy, a marzną, gdy tylko spadnie deszcz i temperatura zmniejszy się do jakiś 26°C. Widziałem wtedy ludzi w kurtkach z kapturem. Nie wygląda na to, aby deszcz przynosił radość. W Polsce ciepły deszczyk to przyjemność, a przynajmniej czasami. Tutaj dzieci nie taplają się w wodzie; nie puszczają okrętów, zbudowanych z kory i patyków, po deszczowych rzeczkach. Afrykański deszcz to jakby wielkie splunięcie.

Upał działa też na czas - rozciąga chwile. Chwila jest takim okresem czasu, w którym nie da się właściwie nic zrobić. Jest pewnym punktem czasowym. Kiedy mówi się, że coś się wydarzy za chwilę, to ma się na myśli to, że upłynie tak mało czasu, że już nic się wtedy nie może stać. W Afryce chwila trwa znacznie dłużej. Na początku jest to trochę irytujące (na przykład kupno znaczków na poczcie trwa ponad czterdzieści minut, chociaż jesteśmy jedynymi klientami i nie mamy zbyt wyrafinowanych wymagań), ale gdy już dostosuje się własne odczuwanie chwili do otoczenia, nie przeszkadza więcej... Upał potęgowany jest dodatkowo przez monotonię. W nocy jest niewiele chłodniej niż w dzień, dzień ma prawie taką samą długość przez cały rok, niedziela wygląda jak wtorek, zima podobna jest do lata. Chyba tylko na biegunach pogoda jest podobnie monotonna jak na równiku...

Monotonia zamazuje granice między chwilami. Nie dość, że się one wydłużają, to jeszcze sklejają ze sobą. Zegarki nie są w modzie (zegar słoneczny też by tam nie działał), więc trudno o jakieś precyzyjniejsze określenie czasu niż "zaraz", czy "rano". Nie wiadomo kiedy odjeżdża autobus, ale skoro dzień składa się tylko z kilku zlepionych chwil, nie jest to właściwie istotne.

Każdego dnia miasto budzi się w podobny sposób jak europejska osada w niedzielę - powoli, a przebudzenie nie jest nigdy całkowite. Miasto w Afryce ma zawsze przymknięte, zaspane oczy.

Gesty

Przywitania typu "cześć" nie spotyka się często. Ludzie mają czas na przywitanie, które trwa bardzo długo. Ludzie pytają o zdrowie i pilnie czekają na odpowiedź. Oznaką ich radości jest śmiech. Gdy są uradowani nie uśmiechają się, lecz śmieją. Witając się z całą grupą, należy pozdrowić każdego z osobna, bowiem kiedy wypowie się ogólne bonjour , to tak jakby w ogóle nie weszło się do pomieszczenia.

Kobiety witają się, dotykając się policzkami raz z jednej strony i dwa razy z drugiej. Przywitanie mężczyzn wygląda tak samo, ale oni dotykają się czołami. Gdy miejscowi cieszą się bardzo ze spotkania, podają sobie ręce i pstrykają głośno palcami. Wykonują to tak, jak my pstrykamy na kelnera, zaczepiając środkowy palec o kciuk i uderzając nim o dłoń, tylko, że zaczepiają nawzajem swoje środkowe palce. Robią tak też wtedy, gdy ktoś powie coś bardzo śmiesznego czy trafnego, mniej więcej w takich okolicznościach jak u nas, gdy "przybija się piątkę".

Ludzie lubią tańczyć. Widywałem próby jakiegoś zespołu przy otwartym oknie. Przypadkowi przechodnie zatrzymywali się na trochę, aby potańczyć.

Dzieci

Dzieci w Afryce to dorośli tylko trochę mniejsi. Małe dziecko nie opuszcza prawie pleców matki, przywiązane do nich dużą chustą. Wystają mu tylko uroczo nogi oraz głowa. Matka, jeśli nie niesie miski na głowie, stara się trzyma zcze jedną chustę tak, aby choć niewielkie podmuchy wiatru "dosięgały" dziecka.

Trójka pięcioletnich dzieci bawi się ze sobą w okolicy domów. Te starsze już się czymś zajmują: sprzedają orzeszki kola, banany czy mango, naprawiają buty. Dla nich dorosłość to prawie emerytura. Odnosi się wrażenie, że mężczyźni poza rozmową i spaniem niczym już się nie zajmują. Dzieci biegają w pobliżu, ale zachowują odpowiedni dystans wobec dorosłych. Nie marudzą natarczywie. Nie boją się także obcych.

Nie widać żebrzących maluchów. Na ulicy obnoszą swój towar na sprzedaż: mydło, jajka, kolę z lukrecją czy rybę. Nie są nachalne mimo, że ich ilość może wywoływać takie skojarzenie. Bawią się spokojnie przy swoich mini-straganach.

Kupiłem raz szklaną butelkę (0,33l) wody mineralnej. Wypiłem ją prawie całą. Gdy podszedł do mnie jakiś sześciolatek pomyślałem, że jeśli poprosi, to oddam mu tę butelkę (była z kaucją), a on podszedł i nie poprosił o nią, tylko spytał czy nie potrzebuję ochrony (którą on mi może zapewnić). Rzucił jeszcze kilka propozycji, ale na żadną się nie zgodziłem. Dałem mu tę butelkę z resztką wody, bo wiedziałem, że w końcu to na pewno o nią mu chodziło. Kiedy po tygodniu znów go spotkałem i nie poznałem, przypomniał mi się: "To ja jestem ten, któremu dałeś butelkę." Już miałem kumpla...

Dzieci nie płaczą i nie awanturują się. Z kolei rodzice nie krzyczą. Prawie każde dziecko można wysłać po coś, dając mu cokolwiek. Zajmują się tym samym czym dorośli, mają tylko inny stosunek do tego co robią. W ogóle wydaje się, że ludzie dojrzewają tam szybciej, prędzej uczą się życia, ale niewiele mają z tej nauki pożytku...

Europejczycy

Europejczyków jest bardzo mało. Większość wyjechała kilka lat temu podczas zamieszek. Zostało jeszcze kilkuset plantatorów, misjonarzy, nauczycieli, doradców, lekarzy, pracowników ONZ, dyplomatów, handlarzy diamentów. Część z nich wyjedzie, gdy tylko rozpocznie się jakaś awantura.

Czasem biegały za nami dzieci i wyśmiewały się z nas. Nie czuliśmy się jednak źle. Myślę, że biały człowiek czuje się lepiej, gdy wyśmiewają się z niego dzieci w Afryce, niż czarny człowiek, gdy dzieci śmieją się z niego w Europie. Może europejskie dzieci śmieją się bardziej serio? Może to, że w Afryce śmiech jest oznaką zadowolenia powoduje, że nie jest on taki przykry, a może nasza biała skóra daje nam takie poczucie wyższości, że ten śmiech ignorujemy...?

Obie strony oczekują od Europejczyków przestrzegania pewnych reguł. Biały człowiek nie jeździ na pace samochodu, ani na dachu furgonetki; nie otwiera także sam bramy swego domu. Nie włóczy się po bazarze, ani nie chodzi nagi. Mieszkańcy Afryki lubią gdy Europejczyk, z którym rozmawiają, to gość, który z innymi nie rozmawia, a tylko z nimi. To nie może być facet w obdartych gaciach, który usiłuje się ze wszystkimi zaprzyjaźnić... Chciałem się przekonać czy trudno jest tłuc maniok, jak to robią całymi dniami kobiety, więc spróbowałem swoich sił w pewnej knajpie. Wszyscy patrzyli na mnie z dezaprobatą i na pewno nie był to dobry krok do zaprzyjaźnienia się z kimkolwiek.

Sami Afrykańczycy doszukują się drobnych różnic w kolorze skóry. Gdy powiedziałem pewnej dziewczynie, że jest czarna, okropnie się oburzyła i powiedziała, że przecież jest brązowa (marron). Każdy stara się znaleźć kogoś ciemniejszego od siebie. Na samym dole lokują się Pigmeje, być może ze względu na swą posturę oraz dlatego, że nie znają ani języka sango ani francuskiego. Poza tym, Pigmeje "cieszą się" bardzo złą opinią czarodziei. Ostrzegano nas, żeby nie dawać im żadnych osobistych rzeczy ani fotografii, bo nigdy nic nie wiadomo...

Dyrektor Urzędu Imigracyjnego w Bangi obraził się, gdy zobaczył, że przyszedłem do niego załatwiać urzędową sprawę w krótkich spodniach. Kazał mi przyjść w poniedziałek. Jeśli ktoś jest na wysokim stanowisku, to chodzi w krawacie cały dzień w pracy, w domu, knajpie, a także w niedzielę. Autochtoni mają wypracowane wzorce elegancji. Kontakty z Europejczykami oraz to, że zajmują teraz ich miejsca, powoduje, że potrzebują zademonstrować, że są tych pozycji rzeczywiście godni. Zachowują się zatem często karykaturalnie - jak prawdziwi prowincjusze. Tak, to jest dokładnie taki stosunek jaki zachodzi między świadomym siebie prowincjuszem, który coś osiągnął, a człowiekiem z metropolii. Chyba Gombrowicz napisał, że "kto wie, że nie można jeść ryby nożem może jeść rybę nożem".

Spotkałem w pubie dwóch cudzoziemców

Niemiec Michael ze Stuttgartu i Arsene z Belgii mieszkają w Afryce od ponad 30 lat i już tam zapewne umrą. Nie mają dokąd wracać. Zdziwiłem się jak dużo wiedzą o Europie i Afryce, nie mając telewizorów ani europejskich gazet. Byli najlepiej poinformowanymi ludźmi jakich tam spotkałem. Obaj poruszali się ślamazarnie - chyba zarazili się afrykańską powolnością i nawet gdyby nie było takiej potrzeby, to też by się w taki sposób funkcjonowali. Arsene jest doradcą prezydenta do spraw technicznych, ale nie jestem pewien czy jego stanowisko dokładnie tak się nazywa. Mieszka w niezłej dzielnicy, ma służącego do otwierania drzwi. W domu stoi kilka bardzo ładnych rzeźb, zdjęcia z prezydentem, parę gazet, kilka książek... Afryka Środkowa, z punktu widzenia administracji państwowej, jest bardzo małym krajem. Budowa mostu jest tam sprawą państwowej wagi. Każdy, trochę większy business niż bazarowy handel natychmiast zainteresuje państwowych notabli. Doradca do spraw technicznych niezbyt często ma co robić, ale już budowa kładki nad rzeką jest poważnym przedsięwzięciem, którym się zajmuje. On po prostu wie o sprawach technicznych wszystko. Zna każdą drogę i most, każdy większy budynek w kraju. Nie ma wielu takich państw - państw, które zdają się być jedną wielką wsią...

Arsene przeżywa również swoje małe kłopoty. Przez kilka dni, po jego stronie drogi, trwała awaria prądu, którego nie da się tu niczym zastąpić. Elektryczność nie jest potrzebna do gotowania; gotuje się na węglu drzewnym; nie jest też potrzebna do oświetlania - od biedy można przez parę dni używać świeczek. Klimatyzator jednak nie ruszy bez prądu. Gdy zabrakło elektryczności, Arsene pracował nad projektem dla prezydenta. Rysował tuszem, a tusz, gdy kapnie na niego kropla potu z nosa, rozmazuje się. Wysłał zatem memorandum do prezydenta, w którym napisał, że ze względu na brak prądu i kapanie potu na projekt, nie jest w stanie wykonać go na czas. Prosi więc, albo o przesunięcie terminu, albo o interwencję w sprawie prądu... I prezydent prąd włączył.

To od Arsene'a dostałem koszulkę z portretem obecnego prezydenta Ange-Felixa Patasse'a. Wiele osób ma takie. Nawet dziewczyny mają jego twarz wydrukowaną na sukienkach. Od razu wielu ludzi zaczęło do mnie podchodzić i gratulować mi, że popieram prezydenta. Prezydent pochodzi z plemienia Gbaya, z północy; w Bangi jest obcy, ale w końcu jest aktualnym prezydentem, więc fakt, że wielu obywateli go lubi specjalnie nie dziwi. W M'baiki już się nie zobaczy portretu prezydenta, są za to zdjęcia kilku lokalnych polityków, którzy przegrali wybory, ale pochodzą z tamtego rejonu. Partie polityczne, pomimo, że mają nazwy odwołujące się do ideologii, są tak naprawdę ugrupowaniami trybalnymi. Ten kto wygrywa wybory, ściąga do stolicy członków swojej rodziny i plemienia. Nawet gdyby nie miał zamiaru tego robić, to i tak nie ma wyboru. Nie może oczekiwać lojalności urzędników wobec państwa, dlatego musi opierać się na tych więzach lojalności, które są - a tych, poza plemieniem i bardzo rozległą rodziną, wielu nie ma. Rewolucje afrykańskie to też w zasadzie awantury rodzinne. Niewiele w nich konfliktu o idee, chyba, że chodzi o sprawę dostępu do diamentów czy złota. W hotelu Sofitel można spotkać handlarzy diamentów z RPA, a także Arabów. W ich twarzach tkwią jakby szklane oczy. Gdy przestaną handlować, pewnie znajdą zatrudnienie w Hollywood, grając facetów od czarnej roboty.

Arsene nie dostaje wynagrodzeń na czas, jak zresztą wszyscy. Nawet były minister finansów nie dostaje emerytury w terminie. Jeśli państwo wie, że jakiś urzędnik dorabia na boku, opóźnienie jest większe. Rząd nie płaci nauczycielom, więc ci naciskają na rodziców, aby dofinansowywali szkoły. Faktycznie dzieje się tak, że płace nauczycieli w państwowych szkołach są określane przez rodziców. Szkoła, poza pensjami dla nauczycieli, nie ponosi większych wydatków.

Michael jest emerytem. Emeryturę dostaje od Narodów Zjednoczonych i chyba od francuskiej armii, więc powodzi mu się lepiej niż Arsene. Jego żona codziennie przygotowuje ostro przyprawioną potrawę z ryby i manioku, a córka, dwunastoletnia Stephanie, sprzedaje ją po 150 franków na ulicy. Wszystkie pieniądze oddaje matce, a ta przechowuje je, aby mieć czym zapłacić za szkołę. Stephanie nie ma dostępu do tych pieniędzy, ale dokładnie wie ile posiada. Zresztą, poza szkołą nie bardzo miałaby je na co wydać. Michael wyśle córki do Europy, gdy będą miały 16 lat. Czy powrócą? "Niech wracają, jeśli chcą." - ale sam w to wątpi. On już tego nie zrobi, chociaż nie lubi kraju, tutejszych ludzi, języka sango oraz głośnej muzyki w knajpie. Niczego tam nie lubi... Jednak żeby kochać, nie trzeba przecież lubić...

Gdy spytać Arsene o Afrykę, błyszczą mu oczy - widać, że ją lubi. Michael, w odpowiedzi na takie same pytania, z pogardą wykrzywia usta. Może to tylko odmienność temperamentów, albo różnica między żołnierzem a budowniczym, może także między człowiekiem dostającym pensję od rządu a względnie niezależnym. A może są to po prostu starsi, przekomarzający się panowie...?

Bazar

Tuż za bramą naszego domu stały dwa sklepy zbudowane z czterech patyków i kilku desek stanowiących ladę. Na ladzie ustawiono kilkanaście ząbków malutkiego czosnku, kilka owoców mango, dwie torebki soli, kawałek mocno wędzonego mięsa antylopy, parę strąków papryki. Cała wartość towaru wynosiła kilkaset franków. Przez trzy tygodnie nie widziałem aby ktokolwiek coś tam kupił. Tylko ja nabyłem torebkę soli za 25 franków. Utarg wyniósł zatem pewnie 25 franków. Jaki więc z tego zysk?? Sklep nie utrzyma przecież rodziny... ani nawet samego sprzedawcy.

Pięć kilometrów od centrum miasta znajduje się bazar. Miasto jest tak zorganizowane, że centrum położone jest nad rzeką. Są tam budynki rządowe, parę sklepów, kilka restauracji, ze trzy hotele, rozgłośnia radiowa. Od centrum ciągnie się asfaltowa ulica, prowadząca do bazaru Mamadou M'baiki (zwanego częściej Cinque Kilo). Ten targ jest też miastem, ale jakby negatywem centrum. Z tamtego można pojechać do Paryża, z bazaru da się wyjechać w interior (wybudowano tam tradycyjny przystanek autobusowy). Ten targ to drugie miasto, o podobnym obszarze jak tamto, ale o strukturze niewątpliwie bardziej skomplikowanej i zapewne niezbyt dobrze znanej. To jest zarówno ośrodek handlu jak i rozrywki; naprawia się tutaj samochód, jak i traci portfel. Można kupić wszystko co potrzebne: klapki, aluminiową miskę, wędzoną małpę, krokodyla, łeb krowy, deskę, orzeszki ziemne, arbuza, ananasa, materiał na sukienkę, torebkę wody, stołek czy zrobiony z tykwy kubek (w zasadzie taki kubek z uchwytem robi sama natura, człowiek tylko rozcina tykwę na pół). Nie przychodzi się tam tylko po to, żeby coś kupić czy sprzedać. Istnieją takie stragany (siedzi się na nich na ladach), które prawie w ogóle pozbawione są jakiegokolwiek towaru.

Bazar to taka osada ze swoimi dzielnicami plemiennymi i wyznaniowymi, z dzielnicami nędzy i bogactwa. Nie wygląda na centrum biznesu jak w krajach arabskich, a należy raczej do miejsc, gdzie się cały czas po prostu przebywa.

Jedzenie

Jedzenie kupujemy na bazarze, a właściwie kupują je dziewczyny, które nam gotują. Nie mamy lodówki, ale nasze kucharki kupują mięso na kilka dni. Leży ono na ziemi w komórce i okropnie cuchnie. Tak na prawdę śmierdzi już właściwie w chwili zakupu, no, ale skoro wszyscy je jedzą, to widocznie można.

Mieszkamy nad rzeką, więc nic dziwnego, że spożywamy mnóstwo ryb. Są one bardzo mocno wędzone i zupełnie czarne.

Podstawą każdego jedzenia jest maniok, który wymaga tak wielu "zabiegów", że aż jeść się go odechciewa, zwłaszcza, że wkład pracy nie jest rekompensowany smakiem. Bulwy manioku moczy się w gorącej wodzie, aż całe wnętrze zamieni się w pureé. Skórkę się wyrzuca, a pureé albo suszy w słońcu i rozdrabnia na mąkę, albo zawija w liście jak małe paczuszki, które potem są gotowane na parze. Maniok miesza się z mięsem lub rybą i taką papkę je rękoma. Spożywa się także jego liście i łodygi (cassava). To właśnie te liście kobiety tłuką przed każdym niemal domem. Już utłuczone i zapakowane, można kupić za grosze na targu. Kupiłem i zjadłem, niestety bez wielkiej radości. Wywołałem za to sensację wokół, bo nie widuje się Europejczyków jedzących cassavę.

Z manioku pędzi się miejscowy bimber, smakujący jak każdy inny. Jednak ze względu na niedostatki techniczne, wpływa on niestety negatywnie na wzrok. Narodowym trunkiem jest wino palmowe. Rano, całe ekipy ludzi zbierających sok z palm, wyjeżdżają ciężarówkami za miasto na plantacje. Palma daje kilka litrów soku dziennie. Jest on bardzo smaczny i słodki. Fermentuje pod wieczór albo następnego dnia i już nie jest dobry, ale zawiera kilka procent alkoholu. Wieczorem zbieracze wracają z plantacji w znacznie lepszych humorach.

Wprost na ulicy można kupić olbrzymie ananasy, mango, pieczone i surowe banany, można spróbować bardzo dobrego jogurtu. Warto zjeść pyszną papaję i swojskiego arbuza.

Wycieczka do Boali

Zorganizowaliśmy dwie wycieczki: do Boali na północ, drogą do Bossembélé i do M'baiki na zachód. Wiedzieliśmy, że w Boali są piękne wodospady, ale po przyjeździe okazało się, że jest tam tylko zapora wodna. Dojazd do niej pilnowany był przez bosego ciecia, myjącego sobie nogi na drodze. Pilnował szlabanu. Nie wpuścił nas i kazał jechać do miasta po zezwolenie od dyrektora, który jest gdzieś na bazarze i jak popytamy, to ktoś nam go pokaże; zresztą takiego dygnitarza trudno nie zauważyć. Po drodze zabraliśmy jeszcze jakiegoś żołnierza, który chciał nam załatwić wjazd, ale niestety jego autorytet nie wystarczył stróżowi. Pojechaliśmy na targ, ale po drodze rozminęliśmy się z dyrektorem. Dogoniliśmy go szybko. Okazało się, że był sympatycznym człowiekiem, mówiącym na dodatek po rosyjsku, gdyż studiował w Leningradzie. Pozwolił nam pojechać na zaporę. Tam znowu spotkaliśmy dwóch "ochroniarzy", którzy nie uwierzyli, że dyrektor pozwolił nam obejrzeć ten strategiczny obiekt i musieliśmy uzyskać zezwolenie na piśmie albo oni musieli osobiście usłyszeć zgodę dyrektora. Przywieźliśmy zatem zwierzchnika - bardzo zadowolonego, że jego ludzie mają do niego taki szacunek i bardzo dumny pokazywał nam tę zaporę. Właściwie nic tam ciekawego nie było i chcieliśmy jechać już po 10 minutach, ale nie chcieliśmy psuć mu przyjemności. Okazało się, że wodospady jednak są, ale kilka kilometrów w dół rzeki. Pojechaliśmy tam oczywiście. Droga była tak kiepska, że ostatnie pół kilometra przeszliśmy piechotą wzdłuż wsi. Spostrzegliśmy elektrownię wodną. Nie interesowała nas jednak. Zauważyliśmy ścieżkę prowadzącą do wodospadów i mężczyznę inkasującego za wejście po 1500 franków CFA (2,5 USD). Gdyby cena była ustalona za oglądanie elektrowni, to jeszcze uznalibyśmy, że może mieszkańcy wsi mają jakieś zasługi w budowie albo, że coś im zniszczyła. Elektrownię można jednak oglądać za darmo. Uznaliśmy, że skoro nasza wycieczka liczy 8 osób, to nie stać nas na taki wydatek i lepiej jest obejść posterunek, aby "nielegalnie" przyjrzeć się wodospadom. Okazało się, że cała osada żyje z tych opłat! Za 20 dolarów dziennie wszyscy mogą nieźle żyć i oczywiście cała wieś przyszła się awanturować. Skończyło się na tym, że dwóch z nas obejrzało kaskady gratis, a reszta, dla świętego spokoju, zapłaciła.

Wracając do Bangi, zajechaliśmy jeszcze nad Jezioro Krokodyli. Po pokonaniu kilku szlabanów i zapłaceniu kilku haraczy, kupiliśmy kurę i miejscowy chłopak zdumiewająco szybko przywabił nią dwa krokodyle. Trochę przykro się nam zrobiło, gdy okazało się, że jednemu nadano imię Jean-Pierre, a drugiemu Jean-Paul. Ta okolica też musi z czegoś żyć... Przynajmniej nie wymordują tych gadów, które są źródłem dochodów. Nie podobało nam się, gdy chłopak rzucał w stronę Jean-Pierre'a kurą przywiązaną za nogę. Jeszcze bardziej byliśmy zdegustowani, gdy krokodyl capnął kurę w taki sposób, że na sznurku została tylko urwana noga.

Wycieczka do M'Baiki

Zorganizowaliśmy także wycieczkę do M'baiki. Cały kraj wygląda podobnie - to sawanna. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze tropikalny las. Najbliższy znajduje się właśnie w M'baiki. Obecność Pigmejów, którzy tam właśnie mieszkają, nie kusiła nas zbytnio, bo spodziewaliśmy się, że będą bardzo "cepeliowi". Poprosiłem naszego odźwiernego, aby obudził nas o odpowiedniej porze, pojechał z nami na bazar na piątym kilometrze (Mamadou M'baiki) i pokazał nam odpowiedni autobus. Autobus nosił dumną nazwę Galaxy i nawet nie był tak bardzo zatłoczony. Dach miał wypełniony bułkami, bo w M'baiki nie ma piekarni. Kiedy odjazd? Zaraz. To znaczy kiedy dokładnie? No, za pół godziny. Przesiedzieliśmy w autobusie półtorej godziny i ruszyliśmy. Przy wyjeździe z miasta znalazł się posterunek, na którym sprawdzano nam paszporty. Nie wiadomo po co. Przecież nawet nie wiedzą gdzie ta Polska leży, ani jak polski paszport wygląda. Jednak wszyscy pasażerowie powinni widzieć, że Europejczyk wysiadł z autobusu i podszedł do ważnego urzędnika, aby prosić o zgodę na dalszą jazdę. Z opowieści słyszeliśmy, że M'baiki to poważna metropolia, a na miejscu okazało się, że jest to wprawdzie metropolia, ale poważnie podupadła. W mieście kończy się asfaltowa droga, więc sprawia trochę wrażenie końca świata. Na bazarze zadziwiała nas mnogość sprzedających i niewielka ilość sprzedawanego towaru. Kupujących było jeszcze mniej. Proponowany towar był taki, że każdy z miejscowych nie musiał się fatygować na rynek, aby samemu znaleźć w lesie parę bananów czy mango, złowić rybę albo wyhodować trochę manioku. Sprzedawcy nie byli zbyt natarczywi, ale pozdrawiali nas, pytając skąd jesteśmy. Mogliśmy porobić zdjęcia, ale za pieniądze. Zrezygnowaliśmy. W mieście ludzie chcą być fotografowani; czasem pobierają opłaty, czasem nie. Na wsi jest trudniej; mieszkańcy nie chcą, aby zabierać ich wizerunek ze sobą, bo nie wiadomo co taki fotograf zrobi ze zdjęciem... może sprzeda Pigmejom, a może sam użyje do niecnych celów. Obeszliśmy targową część miasta i poszliśmy w górę, żeby zobaczyć administracyjno - kościelną. Przechodząc koło posterunku, zostaliśmy zatrzymani przez nudzących się policjantów. Spytali nas, czy mamy zezwolenie na poruszanie się w strefie górniczej, w której wydobywa się diamenty oraz złoto. Występują tam w złożach aluwialnych, dlatego nie można ogrodzić kopalni. Określa się zatem cały obszar jako strefę górniczą, na teren której można wejść tylko za specjalnym zezwoleniem Ministerstwa Górnictwa i Energetyki w Bangi. Jednak M'baiki nie stanowi strefy górniczej, a policja nas oszukała. Do takiej strefy nawet byśmy nie wjechali, gdyż posterunki są już wtedy rozstawione na drogach. Policjant mówił po angielsku. Pochwaliłem go, że dobrze mówi, co go niezwykle uradowało i polecił sekretarce przygotować nam jednodniowe zezwolenia na pobyt w M'baiki. Wstemplował je do paszportów. Rozmawialiśmy swobodnie i okazało się, że szef posterunku mówi po rosyjsku. Nasza żartobliwa sugestia, że może jest rosyjskim szpiegiem, zniszczyła całą atmosferę i wcale nie została potraktowana jako dowcip. Wręczył nam paszporty, ale pożegnał się chłodno. Wracaliśmy ośmioosobowym mikrobusem. Było nas w środku siedemnastu. Kilka osób siedziało na dachu. Ile? Mogłem się tylko domyślać po cieniach. Każdy miał bagaż, nikt się nie ruszał i nie zmieniał pozycji; jak usiadł, tak mu było wygodnie - dopasował swoje ciało do wolnych luk. Gdyby się poruszył, musiałby je dostosować na nowo. Autobus zatrzymywał się na każde żądanie, nawet jeśli ktoś chciał tylko pozdrowić znajomych, mieszkających w mijanym domu. Już wcześniej przeczytaliśmy w jakimś amerykańskim przewodniku zdanie: "Jeśli przyjeżdżasz do Bangi drogą lotniczą (czyli z Paryża) może cię przerazić nędza tego miasta, ale jeśli przyjeżdżasz tam drogą lądową, potraktujesz Bangi jak prawdziwą metropolię." Po powrocie z M'baiki zrozumieliśmy dokładnie tę myśl...

Łuk

Kupiłem sobie łuk. Chciałem to zrobić już wcześniej, ale obawiałem się, że to co sprzedają, to gadgety dla turystów. Gdy zobaczyłem, że na bazarze sprzedają taki sam sprzęt jaki miał napotkany myśliwy oraz identyczne strzały jakie miał nasz strażnik bramy, to kupiłem.

Piłem w knajpie bardzo dobre piwo kukurydziane, z miejscowego browaru Mocaf. Pstrykałem cięciwą i oglądałem strzały. Za moment knajpa się wyludniła. To tak jakbym w Polsce, siedząc w pubie i pijąc piwo, wyciągnął nagle rewolwer. W domu zacząłem bawić się tym łukiem z dziećmi. Strzelaliśmy do rosnącej na podwórzu palmy. Byłem zdziwiony ich entuzjazmem i tym, że nie potrafią z niego strzelać. Gdy przyszedł ktoś starszy, bardzo negatywnie zareagował i poprosił, abym nie używał tego w domu i do ręki dzieciom nie dawał...

Spotkanie z Afryką

Afryka jest przykładem niszczącego spotkania kultury z techniką, z którą ta kultura nie może sobie poradzić. Europa reagowała na wszelkie wynalazki jak na zagrożenie, była niechętna zmianom. Zanim inkorporowała wynalazki w kulturę, oswajała je oraz opracowywała instrukcje bezpiecznego użycia niebezpiecznych nowości. Afryka dostała w ręce wynalazki, z którymi się nie oswoiła, bo nie miała na to czasu, a poza tym nowości różniły się zbytnio od tego co znała. Była zbyt zapóźniona i zbyt wielka, żeby zapoznać się z nimi w dostatecznym stopniu.

W Afryce wszelkie odpadki rzuca się na ziemię, tuż pod nogi. W tym klimacie wszystko błyskawicznie się rozkłada i może nawet trochę użyźnia jałową ziemię... wszystko, tylko nie plastikowe torebki. Kultura, która poradziła sobie ze skórkami od bananów czy pestkami mango, wobec torebek jest bezsilna.

Niestety wiele jest takich rzeczy...

Karabin, użyty zamiast dzidy czy łuku, sieje śmierć. Karabin, u ludów z nim obytych, nie jest tak śmiercionośny. U Europejczyka samo pokazanie broni budzi respekt, sama świadomość, że przeciwnik posiada pistolet albo może go mieć, często wystarcza by wywołać lęk... W Afryce, dla podobnego efektu, trzeba wystrzelić.

Środki komunikacji nie spowodowały rozszerzenia kontaktów między odrębnymi plemionami, ale zwiększyły odstęp jaki jest niezbędny, aby jeden lud żył obok drugiego. Spowodowały wręcz ogromny nacisk kultury jednej na drugą.

Karabin i samochód przyczyniły się do tego, że w Afryce stało się ciaśniej... Kontakt z Europejczykami nie dał wiele dobrego Afryce. Za to Europejczycy, nauczyli się chyba jedynie, że istnieją inne "światy" na świecie, niż ich własny.

Afryka to stara, brzydka baba, którą wszyscy się zachwycali, gdy była młoda. Teraz jest to czarownica warząca swe tajemnicze mikstury - zbyt brzydka i zbyt niebezpieczna.

Więcej z Afryki