Do stacji Aral (zwanej z rosyjska Aral'sk) pociągi z Moskwy przybywają w środku nocy. Oczom podróżnych ukazuje się ciche, ponure miasteczko. Ten, kto tu wysiądzie musi uzbroić się w cierpliwość. Dworzec ożyje bowiem nagle, gdy pojawi się kilkunastu groźnie wyglądających funkcjonariuszy milicji. Jeden z nich, ten najtęższy, przedstawi się jako kazachski Tyson i przez następną godzinę zadawać będzie drobiazgowe pytania: po co tu przyjechaliście, może jesteście z Greenpeace, a może zamierzacie przekradać się na pobliskie poligony i Bajkonur? Kolejne dwa kwadranse spisywać będzie dane z paszportów do kilku zeszycików. Później nastąpi część nieoficjalna, w której wyrażona zostanie głęboka sympatia do Polaków za "Czterech pancernych i psa". Po czym można już udać się do Hotelu Aralsk, gdzie recepcjonistki zgodnym chórem oświadczą, że wszystkie miejsca są zajęte. Po gorących prośbach stwierdzą jednak, że znajdzie się jakiś wolny pokój. Rano okaże się, że hotel jest pusty.

Za dnia Aral wydaje się być jeszcze bardziej ponurym niż w nocy. Przy głównej ulicy miasta stoją puste, zaniedbane domy z oknami pozabijanymi deskami. Tutaj mieszkali Rosjanie. "Oni uciekli pierwsi" twierdzą miejscowi. Wcześniej odleciały ptaki. Co jakiś czas z zaułków wybiera grupa brudnych dzieci krzyczących "diengi daj". Najbardziej przygnębiającym miejscem w miasteczku jest jednak najbliższe sąsiedztwo hotelu. Hotel Aralsk stał bowiem kiedyś na plaży. Po Morzu, jak zawsze się tu określało Jezioro Aralskie, pozostało tu olbrzymie zagłębienie z oczkami mętnej wody. Nieopodal stoją wysokie, zardzewiałe dźwigi portowe. Nieco pomiędzy wrakami statków spacerują wielbłądy. Przechadzka do wraków nie należy do najprzyjemniejszych. Zielonkawa maź przylepia się do butów, a oczy pieką niemiłosiernie od słonego pyłu.
Katastrofa nadciągnęła niespodziewanie. Radzieccy naukowcy i planiści na początku lat 60-tych wpadli na absurdalny pomysł - postanowili utworzyć na pustyni plantacje bawełny. Jak na ZSRR przystało, wszystko miało być gigantyczne - gigantyczne kanały nawadniające, gigantyczne plantacje i gigantyczne zbiory bawełny. Wodę do kanałów pompowano z dwóch potężnych rzek: Syr-darii i Amu-darii. W gorączce wypełniania kolejnych spektakularnych planów gospodarczych zapomniano, że Morze Aralskie leży w strefie pustyń i półpustyń, gdzie opady są znikome, a owe rzeki są jedynym źródłem wody dla jeziora.
Aralskim rybakom do głowy nie przyszła myśl, że te wielkie rzeki mogłyby zmienić się w cuchnące kanały, a jezioro po prostu wyschnąć. Morze Aralskie było przecież czwartym pod względem wielkości jeziorem świata. Na nieaktualnych mapach zaznaczone są setki malutkich wysepek rozrzuconych wzdłuż brzegu. Stąd wzięła się nazwa Morza. "Aral" po kazachsku oznacza wyspę. Owe wysepki już dawno połączyły się z lądem. Na nieaktualnych mapach nadal widnieje jedno, duże Morze Aralskie. Tymczasem podzieliło się ono kilka lat temu na mniejsze Jezioro Północne leżące w całości na terytorium Kazachstanu i większe Południowe. Niebawem to ostatnie podzieli się na Jezioro Wschodnie i Zachodnie.
Duże Morze Aralskie było wielką pustynną oazą. Krystalicznie czysta woda i olbrzymie ławice ryb przyciągały osadników. W ostatnim stuleciu gwałtownie rozwijał się przemysł rybny. W porcie Aralsk zbudowano zakład przetwórstwa rybnego. Po wielu latach prosperity fabryka przestawiła się na produkcję konserw z ryb sprowadzanych z oddalonego o tysiące kilometrów Morza Bałtyckiego. Pamiątką świetności Aralska jest socrealistyczna mozaika zdobiąca jedną ze ścian hali dworcowej. Przedstawia ona rybaków przy pracy i czerwoną flagę nad ich głowami z napisem "14 wagonów ryb dostarczymy Leninowi". W ten sposób Kazachowie pomagali głodującej Rosji.
W Aralsku mało kto pamięta kiedy morze ostatecznie zniknęło. Początkowo było coraz płytsze, a plaże coraz szersze. Wtedy nikt tym zjawiskiem się nie przejmował. Jedna z mieszkanek miasteczka pamięta jedną datę - rok 1977, w którym doszła do wniosku, że brzeg jest już za daleko aby do niego chodzić. Obecnie, aby tam dotrzeć trzeba odbyć trzygodzinną wycieczkę solidnym samochodem. 60-kilometrowa trasa wiedzie przez wertepy, które okazują się być dnem morza. "Tutaj morze miało 10 metrów głębokości, a tu chyba 14" relacjonuje kierowca. Na dnie powstały kolejne cmentarzyska statków. Pod kołami chrzęszczą muszelki, co jakiś czas spod piasku wystają zwierzęce kości.
W ciągu trzydziestu lat poziom Morza obniżył się o 14 metrów, a zasolenie wzrosło dwukrotnie zabijając ryby. Załamał się przemysł przetwórstwa rybnego i 60 tysięcy osób straciło pracę. Aralsk w owym czasie liczył nieco ponad 80 tysięcy mieszkańców. Wielu z nich uciekło z miasta w poszukiwaniu pracy. Pozostały kobiety, dzieci i osoby starsze. Jednak skutki katastrofy sięgają znacznie dalej. Zmienił się klimat regionu stając się bardziej kontynentalnym. Wilgotność powietrza drastycznie zmalała, średnia temperatur zimą obniżyła się, a latem wzrosła. "Ile latem jest na plusie, tyle zimą na minusie" mawiają mieszkańcy Aralska. A w sierpniu bywa paskudnie gorąco. "Dobrze trafiliście, dziś tylko 42°C" pociesza pani z dworcowej kasy.
Ponadto wsie i miasteczka nękane są burzami piaskowymi. Dzisiaj to co kiedyś było dnem Morza pokryte jest spękaną skorupą przysypaną warstwą słonego pyłu. Wystarczy lekko tupnąć, a wszystko unosi się wysoko. Naukowcy obliczyli, że dziennie 200 tysięcy ton soli wiatr roznosi w promieniu 300 km. Pył dociera także do lodowców gór Tien-szan powodując ich topnienie. Utracono miliony hektarów pól uprawnych. Rolnictwo próbowano ratować nadmiernie nawożąc ziemię. Dlatego jakość wody pitnej w tym regionie daleko odbiega od międzynarodowych standardów. Woda jest silnie zasolona i zanieczyszczona pestycydami. Zanieczyszczenie powietrza i wody spowodowało wzrost zachorowalności przez ludzi na gruźlicę, anemię, nowotwory i inne groźne choroby. W przypadku gruźlicy ilość przypadków zachorowań przejęła rozmiary epidemii. Wiele dzieci rodzi się z wadami rozwojowymi.
Władze radzieckie początkowo nie przejmowały się problemem Morza Aralskiego. Jednak gdy katastrofa przyjęła tak duże rozmiary, ze trudno byłą ją ignorować, próbowano rozwiązać problem. O ograniczeniu zużycia wody z Syr-darii i Amu-darii nie było mowy, gdy ZSRR stał się jednym z czołowych producentów bawełny. Znaleziono sposób prawdziwie radziecki. Powstał projekt budowy kanału, dzięki któremu Morze zasilane by było wodą z syberyjskich rzek. Na budowę zabrakło funduszy.
Władze nie pomogły, ani nie przestały szkodzić. Powodem obaw jest "Wyspa" Vozroždienija - niegdyś największa wyspa Morza Aralskiego. Niedawno połączyła się ona z lądem stałym na południu, w Uzbekistanie. Niebawem wyschnie przesmyk, który oddzielą ją od północnego, kazachskiego wybrzeża. Początkowo wyspa była miejscem zsyłki kułaków. W 1954 zbudowano tu tajny ośrodek testowania broni biologicznej i chemicznej. Nie był to jedyny ośrodek tego typu na terenie Związku Radzieckiego. Do ich zamknięcia w końcu lat 80-tych został zmuszony Michaił Gorbaczow. Gorączkowo zaczęto szukać miejsca gdzie można by było ukryć setki ton śmiercionośnych bakterii. Na Wyspie Vozroždienija zakopano kontenery z bakteriami wąglika zalanymi chlorem. "Zapasy" te spokojnie wystarczyły by do zniszczenia całej ludzkości. W połowie lat 90-tych specjalistyczne badania wykazały, że część bakterii jest nadal żywa. Wąglik to ostra choroba zakaźna. Nieleczona prowadzi do śmierci. Istnieją skuteczne leki przeciw wąglikowi. Niestety opieka medyczna w Uzbekistanie i Kazachstanie stoi na bardzo niskim poziomie. Mieszkańcy małych, pustynnych wiosek oddalonych niekiedy dziesiątki kilometrów od najbliższego szpitala, na pomoc liczyć nie mogą. Kolejna tragedia jest zatem prawdopodobna.
Wiele organizacji międzynarodowych stara się obecnie ratować Morze Aralskie. Zaangażowany jest m.in. Bank Światowy i ONZ. W Aralsku otworzono nawet biuro United Nations Development Program. Wszelkie wysiłki niweczy jednak brak organizacji oraz olbrzymia nieufność jaką darzą się nawzajem Kazachstan i Uzbekistan. Gdy pieniądze otrzymuje Uzbekistan, oskarżany jest o działanie na niekorzyść Kazachstanu i na odwrót. Mieszkańcy Aralska postanowili wziąć sprawy we własne ręce. Najpierw posadzili w miasteczku setki drzew, aby złagodzić dolegliwości przysparzane przez burze piaskowe. Następnie przeświadczeni o tym, że Uzbekistan ściąga wodę z ich Północnego Jeziora, zbudowali z piasku 14-kilometrową tamę oddzielającą oba jeziora. Jednocześnie rząd Kazachstanu doprowadził do ograniczenia zużycia wody z Syr-darii. Poziom wody w mniejszym jeziorze podniósł się o kilka metrów. Powoli wracają ptaki. Burze piaskowe nękają miasteczko co kilkanaście dni, a nie jak kiedyś kilka razy w tygodniu.
Mimo olbrzymiego zaangażowania w sadzenie drzew i budowę tamy, ludzie nie wierzą, że Morze kiedyś wróci. Nowy szpital w Aralsku wzniesiono na dnie morza. Na dnie morza powstają także wsie z domami-lepiankami. W pewnej odległości od wsi budowane są piękne cmentarze. Grobowce są niekiedy większe niż domostwa. Mieszkańcy wiosek hodują wielbłądy i nieustannie reperują ściany domów, zalepiając dziury nową warstwą błota. Dorośli nie pozwalają się fotografować. Widocznie wstydzą się nędzy w jakiej żyją. Do fotografii chętnie pozują dzieci. One nie pamiętają czasów kiedy żyło się lepiej. Pewnie trudno im wyobrazić sobie, że na miejscu ich wioski było kiedyś kilka pięter wody. Podobny problem mają przyjezdni.








