Na przełomie września i października 2007 roku wybraliśmy się na Bliski Wschód. Ciągnęło nas do kolebki naszej cywilizacji, chcieliśmy zwiedzić zabytki znane na całym świecie i oczywiście zasmakować kultury arabskiej. Naszym środkiem transportu - już tradycyjnie - był rower. Przejechaliśmy Syrię i Jordanię, zahaczyliśmy o Turcję i Izrael.
Mniej więcej rok temu zaczął rysować się realny obraz naszej przygody. Powoli w naszych głowach pojawiała się trasa. W czasie przygotowań nasuwało się nam wiele pytań i wątpliwości - co do bezpieczeństwa przede wszystkim. Region, do którego planowaliśmy jechać nie tylko nie słynie z bezpieczeństwa ale dwa kraje, które były naszym celem (Syria i Izrael) od 40 lat są w stanie wojny. W końcu jednak dla 5 osób pokusa przejechania tego kawałka Bliskiego Wschodu na rowerze była nie do odparcia.
Tygodnie mijały nam na nocnym buszowaniu po internecie w poszukiwaniu tanich połączeń lotniczych, na dyskusjach o trasie, o planach, pomysłach. W końcu dogadywanie szczegółów, podział sprzętu, pakowanie… Jesteśmy gotowi! W dniu wyjazdu okazało się, że Arek złamał rękę. Arek - inaczej "pan od ZPT" - jest naszą złotą rączką. Technicznie jest niezastąpiony, potrafi naprawić wszystko a na jego pomoc można liczyć w każdej sytuacji. Jak pech to pech. Jedziemy we czwórkę. Dwie dziewczyny, dwóch chłopaków, trzy tygodnie na rowerach przez Bliski Wschód.
No i w końcu jedziemy! Lot do Londynu, tam nocne koczowanie na lotnisku, rano Stambuł. Jesteśmy u wrót Azji! W Stambule spędziliśmy dwa intensywne dni. Udało nam się wejść do kilku meczetów, w tym do tego największego i najpiękniejszego - Błękitnego. Zwiedziliśmy Hagię Sofię - kościół bizantyjski, który przez tysiąc lat był największy na świecie, potem został przerobiony na meczet, na którym wzorowano wiele innych w całym świecie arabskim, obecnie muzeum, w którym można podziwiać zarówno przepiękne mozaiki z VI wieku jak i pamiątki z czasów imperium osmańskiego. Obowiązkowy pałac Topkapi - pięknie zdobiony, z pokojami wypełnionymi meblami, tkaninami i klejnotami, z których każdy to dzieło sztuki. No i ludzie! Tłumy ludzi na ulicach, życie toczące się na bazarach i wokół nich. Stambuł nas zachwycił. Jest gdzie wracać…
Kolejny etap podróży - lot do Gaziantep - tureckiego miasta bliżej granicy z Syrią. Lot ponownie bez niespodzianek, udało nam się uniknąć opłaty za rowery. Londowanie, odbieramy bagaże i nie ma przebacz :) w końcu trzeba skręcić rowery i ruszać. Byliśmy oczywiście nielada atrakcją dla ludzi na lotnisku. Gapiów zebrał się niezły tłumek. No i już przy skręcaniu rowerów pierwsza guma! Przytroczyliśmy sakwy, namiot i milion innych rzeczy, które w sakwach już się nie mieściły i w drogę. Po jakiejś godzinie jazdy nawet zaczęliśmy się rozkręcać, droga była wygodna, mało samochodów, tyle, że upał już dawał się we znaki. Dojechaliśmy do centrum miasta i tu niespodzianka - było zupełnie inaczej niż w Stambule! Mniej ludzi, mniej zabytków, a przede wszystkim niższe ceny. Zostawiliśmy rowery z całym dobytkiem pod czujnym okiem przypadkowo poznanego właściciela restauracji, zwiedziliśmy twierdzę wybudowaną prawie 2000 lat temu, mimo, że była w remoncie (a więc teoretycznie zamknięta). Po zwiedzeniu twierdzy przeszliśmy się po mieście i trafiliśmy na ulicę z małymi warsztatami tureckich rzemieślników rodem ze średniowiecza. W jednym warsztacie rzemieślnik z zadziwiającą wprawą ręcznie wykuwa z blachy czajnik, talerz czy tygielek na kawę następnie go cynkuje, rzeźbi tradycyjne tureckie wzory i sprzedaje nielicznym turystom. Zaskakujący był widok ludzi, którzy od wieków w tym samym miejscu, z pokolenia na pokolenie z niebywałą precyzją wykonują swój zawód.
W końcu rozpoczęliśmy znany nam już z poprzednich naszych wypraw cykl dnia: wczesna pobudka, poranna toaleta (jeśli mieliśmy wystarczającą ilość wody), szybkie śniadanie (jeśli mieliśmy co zjeść), pakowanie i wsiadamy na rowery. Po drodze szybkie jedzenie, czasem drzemka w gaju oliwnym żeby przeczekać największy upał. No i najważniejsze - zwiedzanie!
Czwartego dnia wyprawy, w samo południe przekroczyliśmy granicę z Syrią. Tej granicy baliśmy się najbardziej, byliśmy przygotowani na szczegółową kontrolę, wypytywanie i groźne spojrzenia celników. W rzeczywistości wypełniliśmy deklaracje, spytano nas czy aby na pewno nie wybieramy się do Izraela (oczywiście skłamaliśmy, że nie) i bez jakiejkolwiek kontroli bagażu puszczono nas dalej. Zaczęliśmy naszą drogę na południe. Tutaj dopiero rozpoczęła się prawdziwa Azja. To co nas zaskoczyło tuż po przekroczeniu granicy to otwartość i przyjazne nastawienie ludzi. Wszyscy mijani przez nas ludzie pozdrawiali nas, próbowali z nami rozmawiać, chcieli nam pomóc. Szybko okazało się, że w zasadzie wszyscy Syryjczycy są tak mili. Podczas prawie 2 tygodni spędzonych na drogach i bezdrożach Syrii wiele razy dostawaliśmy za darmo jedzenie, picie, Arabowie zapraszali nas do swych domów na kawę, proponowali nocleg. Na początku byliśmy totalnie zaskoczeni, ale po kilku dniach "przywykliśmy" do tego. W końcu musieliśmy nauczyć się nawet odmawiać gościny bo przyjmując każde zaproszenie musielibyśmy zrezygnować z większości celów wyprawy. Trzeba tu zaznaczyć, że odmowa przyjęcia zaproszenia od Araba to niezła sztuka! Asertywność się przydaje. Termin naszej wyprawy dokładnie pokrył się z drugą połową ramadanu - to też było przyczyną naszych obaw przed wyjazdem. Czy będzie gdzie kupić jedzenie w ciągu dnia? Czy zabytki nie będą zamknięte? A poza tym głodny człowiek - to zły człowiek. I tu po raz kolejny zaskoczenie. Ludzie poszczą ale są radośni, uśmiechnięci i dzielą sie wszystkim co mają. Mimo, że sami nic nie jedzą i nic nie piją od wschodu do zachodu słońca - nas zapraszali do stołu i częstowali wszystkim co mieli.
Kolejne dni i kolejne niesamowite zabytki dokumentujące historię naszej cywilizacji za nami. Twierdza Salladyna w Aleppo - nigdy nie zdobyta przez krzyżowców, meczet Umajjadów z XII wieku, potem najbardziej chyba liberalne w Syrii miasto Latakia nad Morzem Śródziemnym (większość kobiet chodzi z odkrytymi głowami, w większości sklepów można kupić alkohol), a w nim ruiny jednej ze starszych osad ludzkich (ok. 4000 lat) uznawanej za kolebkę pisma (tam odkryto pierwsze próby użycia pisma przez człowieka), pojechaliśmy też do, położonego na przepięknym wzgórzu, zamku Salladyna niedaleko Latakii - ten był zdobyty przez krzyżowców ale długo by się zastanawiać jak to było możliwe... z trzech stron strome skały, z czwartej strony głęboka fosa.
Następnych kilka dni jechaliśmy wzdłuż morza - kąpiel o zachodzie słońca a w ciągu dnia delikatna bryza. Miła odmiana po skwarze w głębi lądu. Dotarliśmy do miasta Banijas, a tam czekała na nas (znów niesamowita) zbudowana z czarnego kamienia twierdza Al-Marqab z widokiem na morze i na rafinerię naftową. Okolice trochę bardziej przemysłowe a więc pilnie strzeżone przez wojsko, w związku z czym dużo bardziej musieliśmy się pilnować - z kim rozmawiamy i gdzie robimy zdjęcia. Następnego dnia, jadąc do miasta Tartus dość przypadkowo znaleźliśmy amfiteatr rzymski, którego nie omieszkaliśmy zwiedzić mimo, że był zamknięty. Krótki odpoczynek w parku, w którym widok kobiety jest rzadkością, prawdziwa arabska kawa - mocna, gorzka i obowiązkowo przyprawiona kardamonem i dalej w drogę. Przed nami miasto Tartus i położoną nieopodal wyspą Arwad. Miasteczko bardzo ładne, zwłaszcza stara jego część. Popłynęliśmy też na jedyną wyspę Syrii, jak można się domyślać dawną twierdzę, która miała chronić wybrzeże przed licznymi atakami wrogów. Na wyspie pospacerowaliśmy malowniczymi wąskimi uliczkami pośród starych domów, łodzi, rybaków i kotów wylegujących się w słońcu. W naszym przewodniku napisano, że jest to wyspa dzieci i rzeczywiście dzieci wychylające głowy z uchylonych drzwi, bawiące się na podwórkach ale i pracujące w sklepikach czy w porcie to nieodłączny element wyspy Arwad. Na uliczkach i placach wyspy jest niestety bardzo brudno - dosłownie sterty śmieci na każdym kroku. Syryjczycy dopiero uczą się wykorzystywać atuty turystyczne swojego kraju.
Dalej odbiliśmy na wschód w kierunku zamku Krak de Chevaliers. Tu warunki do jazdy mocno się zmieniły - zaczęło porządnie wiać (oczywiście w twarz), droga wiodła głównie pod górę, a po kilkunastu kilometrach w miejsce asfaltu pojawił się gruby żwir i dymiące sterty śmieci na poboczach. Z trudem przejechaliśmy kolejnych kilkanaście kilometrów, zostawiliśmy rowery w przydrożnycm sklepiku i udaliśmy się do uznawanego za najpiękniejszy i najlepiej zachowany zamek krzyżowców na świecie - Krak de Chevaliers. Za naprawdę niewielką opłatą angielskojęzyczny przewodnik pokazał nam najciekawsze zakamarki zamku i opowiedział o przeszłości tej dalekiej i tej bliższej zamku. Krak to obowiązkowy punkt wycieczki po Syrii.
Dalej jechało się już lepiej - wjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu (fantastyczne szerokie pobocza!). Następne miasto, do którego dojechaliśmy to Homs. Hotel, prysznic, nocne zakupy na bazarach, a rano ruszyliśmy na całodniową wycieczkę busem w głąb pustyni do starożytnego rzymskiego miasta Palmyra - wybudowane na środku pustyni, w dawnej oazie na skrzyżowaniu szlaków karawan, wręcz spalone słońcem. Szeregi kolumn, pozostałości sklepów, domów, świątyń i grobowców. Znów nie trzeba wiele wysiłku aby wyobraźnia zadziałała. W blasku palącego słońca palmy daktylowe i wielbłądy wyglądały zapewne identyczne dwa tysiące lat temu.
W końcu dotarliśmy do stolicy. Damaszek - prawdopodobnie najstarsze miasto zamieszkałe bez przerwy przez ludzi. Wielka aglomeracja z kolejnymi zachwycającymi meczetami, bazarami pełnymi kolorowych i pachnących przypraw, tkanin i słodyczy. Wąskie uliczki zapewniające cień i wielkie dziedzińce meczetów, na których zarówno mieszkańcom Damaszku, jak i przybyszom wolno płyną godziny ramadanu, od modlitwy do modlitwy. A po zmroku - życie powraca! Uśpione uliczki i place zapełniają się kolorowymi straganami i tłumami ludzi. Handel kwitnie. Nie tracąc czasu, z Damaszku pojechaliśmy dalej na południe, w stronę granicy z Jordanią. Zanim przekroczyliśmy granicę zatrzymaliśmy się jeszcze w osadzie Druzów - odłamu religijnego muzułmanów, którzy wierzą w reinkarnację i łączą elementy religii muzułmańskiej, chrześcijaństwa i dawnych wierzeń bliskowschodnich, oraz w Bosrze - mieście, w którym stoi najlepiej na świece zachowany amfiteatr z czasów rzymskich. Kolejny raz zachwyciliśmy się potęgą cywilizacji Rzymu.
Do granicy z Jordanią dojechaliśmy akurat o zmroku, a więc dokładnie w momencie kiedy muzułmanie zaczynają pierwszy posiłek w czasie ramadanu. Nie pozostało nam nic innego jak życzyć panom celnikom smacznego a samemu wyciągnąć z sakw resztki zapasów napojów z Polski i spokojnie poczekać aż skończą jeść. Jak się okazało był to idealny moment na przekraczanie granicy - panowie byli najedzeni a do szczęścia brakowało im tylko gorącej, arabskiej kawy.W związku z tym odprawili nas bez zbędnych pytań i sprawdzania - żeby kawa nie zdążyła wystygnąć.
W Jordanii byliśmy 5 dni i więcej korzystaliśmy z komunikacji lokalnej. Tu ponownie warunki pogodowe mocno utrudniały pedałowanie - oprócz upału, duszący pył z pustyni i wilgotność powietrza, która potęgowała odczuwaną temperaturę. Poza tym czas nas gonił. Dojechaliśmy z trudem do miasta Jerash - zwiedzanie wielkiego rzymskiego miasta nie szło nam najlepiej z powodu temperatury. Do Ammanu dojechaliśmy wieczorem wynajętym busem i z wielką ulgą wzięliśmy prysznic przenocowaliśmy w hotelu. Amman nas nie zachwycił, za to w ciągu następnych dni widzieliśmy dwie najważniejsze (moim zdaniem) rzeczy w Jordanii - obie wpisane na światową listę UNESCO, obie absolutnie zachwycające! Pierwsza to pustynia Wadi Rum - zachód słońca, jedzonko ugotowane przez beduińskiego przewodnika na ognisku, noc pod gwiazdami, a potem jeszcze piękniejszy wschód słońca. Piękne kształty i kolory skał, miliony gwiazd i cisza... niesamowita cisza... Drugie miejsce, które absolutnie trzeba zobaczyć w Jordanii to Petra - wykute w skale starożytne miasto Nabatejczyków. Już same formy skalne są cudem świata, a tu jeszcze miasto w nich wykute! Zwiedzanie zajęło nam 7 godzin. Upał wycisnął z nas ostatnie krople potu ale widoki niezapomniane!
Na koniec naszej wycieczki zostawiliśmy sobie jeszcze Jerozolimę. Trochę błądzenia przy wyjeździe z Ammanu wynagrodził nam piękny zjazd z wysokości 850 m n.p.m. (Amman) do 400 m p.p.m. (Morze Martwe - depresja). Dojechaliśmy do granicy, przebrnęliśmy przez most Husajna, i już po stronie izraelskiej ponad sześć godzin czekaliśmy na odprawę, nie wiedząc czy nas wpuszczą, czy cofną do Jordanii... Izraelskim celnikom nie podobało się, że spędziliśmy prawie 2 tygodnie we wrogiej Syrii i w związku z tym sprawdzili nas bardzo dokładnie. W końcu dostaliśmy upragnione stempelki i mogliśmy wjechać do Palestyny. Straciliśmy jednak prawie cały dzień i kupę nerwów. Do Jerozolimy dojechaliśmy późnym wieczorem źli i głodni. Ale następny dzień wynagrodził wszystko! Jerozolima to naprawdę tygiel kultur i religii. Po prostu nie do opisania. Dzielnica żydowska - ściana płaczu, Żydzi w tradycyjnych strojach, porządek i ład widoczny już od pierwszej chwili. I wojsko. Wszędzie młodzi, 18-20 letni chłopcy w kamizelkach kuloodpornych i z karabinami gotowymi do strzału. Kilka ulic dalej już dzielnica arabska - tutaj znany nam już z Syrii bałagan, śmieci, dzieci i koty na ulicach, Trafiliśmy akurat na koniec ramadanu, a więc było nam dane zobaczyć jak muzułmanie obchodzą najważniejsze dla nich święto w roku. W dzielnicy arabskiej młodzi żydowscy żołnierze znów obecni na każdym rogu ulicy, tyle, że tu pod groźnym i wrogim spojrzeniem Palestyńczyków. Dalej trzecia dzielnica, chrześcijańska - architektonicznie podobna do arabskiej, ale tu co krok widzimy kościół, co krok zabytek wiary chrześcijańskiej. I czwarta - dzielnica ormiańska - niby podobna do chrześcijańskiej ale jednak zupełnie inni ludzie, wszechobecny zapach kadzidła. Odrębność kulturowa i religijna bardzo wyraźna. Stara część Jerozolimy to zwarte miasto, cztery dzielnice nie mają wyraźnych granic - mimo to, gdy przechodzi się z jednej do drugiej od razu widać różnice.
Tym sposobem dotarliśmy do końca naszej wyprawy. Ostatni dzień i ostatnie 40 km na lotnisko w Tel Aviwie przejechaliśmy prawdziwą oznakowaną autostradą - innej drogi nie było. Na lotnisku jeszcze długa odprawa, bardzo dokładna kontrola, szereg pytań o ty czy aby na pewno nie mamy żadnych "paczek" otrzymanych od kogoś z Syrii, i lecimy do domu.
Na rowerach przejechaliśmy prawie 1000 km, autobusami i busami kolejnych 300. Zwiedziliśmy zarówno wielkie miasta od Aleppo przez Damaszek, Amman, aż po Jerozolimę, jak i małe miejscowości, których często nie wymieniały nasze przewodniki. Zwiedziliśmy przepiękne i majestatyczne zamki z czasów wypraw krzyżowych, byliśmy w ruinach jednej z najstarszych osad ludzkich i jednocześnie kolebki pisma. Chwile spędzone w starożytnych rzymskich miastach - Palmyra w Syrii oraz Petra i Jerash w Jordanii - nasyciły wyobraźnię i pokazały potęgę tej cywilizacji. A słońce chowające się za złoto-brunatnymi wzgórzami pustyni Wadi Rum, noc pod gwiazdami i wschód słońca - chyba jeszcze piękniejszy od zachodu - pozostaną w naszej pamięci na zawsze.
Dzień po dniu, przejeżdżając kolejne kilometry, wśród jakże egzotycznych dla nas miejsc, byliśmy zaskakiwani uprzejmością i otwartością mieszkańców. Darmowy nocleg, zaproszenie na wspólny posiłek czy zwykła butelka zimnej wody podana przez kierowcę przejeżdżającego samochodu - takie sytuacje sprawiły, że nasza wyprawa przez piachy Bliskiego Wschodu była fantastyczną przygodą. Mnóstwo cudownych zabytków, mnóstwo nowych obrazów, zapachów, smaków... mnóstwo niezapomnianych wrażeń i niezapomnianej uprzejmości ludzi. To właśnie zostało nam w głowach po wyprawie "Welocypedem przez piachy Bliskiego Wschodu".
Sponsorami wyprawy byli:
Sklep rowerowy Szumogum.com - www.szumgum.com
Knorr - www.knorr.pl
Apteka internetowa Warszawa - www.wawapteka.pl
Więcej o wyprawie na stronie www.welocypedy.pl















