Boliwia wciąż jeszcze nie cieszy się wśród podróżników popularnością, na jaką zasługuje. Więcej słyszy się o tym kraju ze względu na kontrowersyjne projekty polityczne prezydenta Evo Moralesa, niż na wyjątkowe miejsca, którymi może się pochwalić i na piękno boliwijskiej przyrody. To właśnie tu znajduje się najwyżej położone miasto świata (4800 m.n.p.m.), Potosi, które w czasach kolonizatorów było jednym z najbogatszych miast Ameryki Południowej i głównym źródłem srebra Korony Hiszpańskiej. Rozwinęło się dzięki pracy niewolników, zarówno rekrutowanych spośród tubylczej ludności, jak i sprowadzanych z Afryki, a dziś, kiedy złoża srebra są dawno wyczerpane, żyje wspomnieniami dawnej świetności. W 1987 r. zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.
W boliwijskiej części andyjskiego płaskowyżu Altiplano, największej po Tybecie wyżyny świata, położona jest też największa solna pustynia: Salar de Uyuni. Ze stolicy La Paz można wybrać się statkiem do dżungli, a na granicy z Peru leży Titikaka, najwyżej położone żeglowne jezioro świata, po którym pływają zbudowane z trzciny wyspy. I są to tylko niektóre z atrakcji, jakie kraj ma do zaoferowania…
Boliwia podzielona jest na dziewięć departamentów. Pięć biedniejszych z nich leży w obrębie Altiplano, a cztery pozostałe, bogatsze, są tropikalne i nizinne. Na podział geograficzny nakładają się różnice etniczne i społeczne, tym wyraźniejsze, że Boliwia to jedyny kraj w Ameryce Łacińskiej, którego większość mieszkańców deklaruje się jako Indianie. Mimo to, ludność tubylcza prawo wyborcze otrzymała dopiero wskutek rewolucji w 1952 r., a aż do początków XXI wieku rządzenie było domeną potomków kolonizatorów.
Wśród ponad trzydziestu zamieszkujących kraj grup ludności indiańskiej trzy dominujące to Keczua, Guarani i Ajmara. Z tej ostatniej wywodzi się Juan Evo Morales Ayma, pierwszy w Ameryce Łacińskiej prezydent pochodzenia indiańskiego, urzędujący od 2006 r.. Jego rządy zaostrzyły jeszcze istniejące już w kraju antagonizmy. W najbardziej otwarcie dążącej do niepodległości i zarazem najbogatszej prowincji kraju, Santa Cruz, na tle referendum dotyczącego autonomii wybuchły w 2008 r. stłumione przez wojsko zamieszki. Ubiegłoroczne wybory prezydenckie, w których Morales ponownie został wybrany głową państwa, ponownie zaogniły istniejące w kraju antagonizmy. O ile jednak w na nizinach prezydent nie jest popularny, w wyżynnych rejonach poparcie dla Moralesa widać na każdym kroku. Ściany domów oblepione są wyborczymi plakatami, a na wielu widnieją też napisy takie jak: „Bolivia cambia! Sí!” („Boliwia się zmienia! Tak!”) czy „Bolivia unida con Evo” („Zjednoczona Boliwia z Evo”).
Nie inaczej jest w Potosi, prowincji położonej na południowym wchodzie kraju, graniczącej z Chile i Argentyną, zamieszkiwanej w większości przez ludność pochodzenia Keczua. Od czasów konkwistadorów, a konkretnie od rozkazu wydanego przez Karola III Hiszpańskiego, charakterystyczny ubiór kobiet z tego plemienia to szeroka spódnica, tzw. pollera, oraz przypominający angielski melonik kapelusz, zwany bómbin. Wszyscy, i kobiety, i mężczyźni, bez przerwy żują liście koki, znanej i uprawianej w na ternach dzisiejszej Boliwii od czasów przedkolumbijskich. Ich gorzki sok zabija głód, znieczula i pomaga zwalczać objawy choroby wysokościowej. Prowincję tę na pewno warto zobaczyć, zanim jego mieszkańcy nauczą się od swoich chilijskich i argentyńskich sąsiadów świadczyć usługi turystyczne na „światowym poziomie”. Do tego czasu zwiedzający Boliwię mogą jednak liczyć na to, że nie tylko zobaczą niespotykane i piękne krajobrazy, ale też doświadczą autentyzmu, który wiele innych miejsc już bezpowrotnie utraciło. Jednym z najbardziej popularnych miejscowości regionu jest Uyuni - małe i spokojne, które samo w sobie ma niewiele do zaoferowania zwiedzającym. Turyści przybywają tu jednak autokarami z Sucre i La Paz oraz pociągami z Oruro i leżącego na granicy z Argentyną Villazón z uwagi na rozciągającą się na południowy wschód od miasta imponującą pustynię solną - wspomniany już Salar de Uyuni.
Wzdłuż głównej ulicy miasta zainstalowały się, jedna obok drugiej, włoskie restauracje. Łatwiej tu o pizzę niż o potrawy kuchni boliwijskiej, które z resztą dla Polaków nie są zbyt atrakcyjna – je się tu często rosół z kury albo przypominające kotleta pico macho. W centrum miasta turystów co chwilę zaczepiają naganiacze z agencji oferujących „salar tour”. Tego typu biur turystycznych jest w miasteczku bez liku i wszystkie proponują te same usługi w podobnych cenach. Najbardziej popularne jest podróżowanie jeepem, choć bardziej aktywni mogą też przejechać Salar na rowerze. Wycieczki samochodowe trwające do jednego do czterech dni. Opcja trzydniowa oprócz wizyty na solnisku obejmuje zwiedzanie cmentarzyska pociągów, piaszczystej pustyni i gejzerów, kąpiel w gorących źródłach, oglądanie dymu wydobywającego się z aktywnego wulkanu i wizytę w lagunach których wody mienią się wszystkimi kolorami tęczy i gdzie żyją kolonie flamingów.
Chcąc zdecydować się na wycieczkę należy upewnić się co do szczegółów, na przykład dotyczących zakwaterowania. Niektóre grupy lokuje się bowiem w położonym na skraju pustyni Hotel de Sal, całym zrobionym oczywiście z soli, podczas gdy inne śpią w betonowych barakach. Dobrze jest też wcześniej poznać swojego przewodnika, aby przekonać się, czy będzie on potrafił uzupełnić wyprawę komentarzami i opisami zmieniających się jak w kalejdoskopie krajobrazów, a nie ograniczy się do roli milczącego kierowcy, jak to się niestety stało w wypadku chłopaka zapewnionego przez „moją” agencję.
Wyprawa zaczyna się od cmentarzyska pociągów, czyli położonego za miastem składu zardzewiałych lokomotyw, pamiętających jeszcze czasy, kiedy Uyuni było ważnym węzłem kolejowym. Dziś miejscowy dworzec otwarty jest zaledwie 3 dni w tygodniu, kiedy zatrzymują się tu pociągi relacji Oruro - Villazón.
Stamtąd do największej na świecie solnej pustyni pozostaje niecałe pół godziny jazdy jeepem. Salar de Uyuni ma powierzchnię 12 tysięcy km² i jest pozostałością po prehistorycznym jeziorze. Pokłady soli mają tu grubość 120 metrów. Docierając na skraj solniska, ulega się wrażeniu, że jest ono gigantycznym jeziorem, w którym odbijają się błękitne góry… Widziana z bliska, pustynia wydaje się być pokryta po prostu czystym piaskiem, z którego, kilkanaście kilometrów w głąb białej pustki, wyrasta nagle porośnięta olbrzymimi kaktusami wyspa Incahuasi, zwana też Isla del Pescado, czyli Rybią Wyspą. Na tle białej powierzchni solniska ponad dziesięciometrowe kaktusy robią niesamowite wrażenie. Oprócz wysokości, wyróżniają się one także wiekiem. Do najstarszej, dziś już zwiędłej, rośliny, przybito tabliczkę informującą, że kaktus ten żył 1200 lat i „zmarł” w 2007 r. Z Rybiej Wyspy, jeśli nie zostaje się na noc w tamtejszym hotelu, najlepiej uciec, zanim słońce zacznie zachodzić. Jak na każdej pustyni wraz z końcem dnia momentalnie robi się zimno. Nagły spadek temperatury rekompensuje jednak jedno spojrzenie w niebo. Tylu gwiazd, ile widać z wioski położonej w otaczających solnisko górach, nie udało mi się zobaczyć nawet z samotnej łodzi na środku Bałtyku.
Solna pustynia jest na pewno największą i najbardziej znaną atrakcją turystyczną okolicy, ale zdecydowanie nie jedyną. Zapuszczając się głębiej w góry można na przykład zobaczyć dymiący, aktywny wulkan czy też „pustynię Salvadora Dali”, nazwaną tak ze względu na pokrywające ją głazy, przywodzące na myśl obrazy surrealisty. Gdzie indziej znów wulkaniczne skały przybierają niesamowite formy, z których najbardziej charakterystyczną jest Árbol de Piedra, czyli Kamienne Drzewo. Wyliczać możnaby długo i myli się ten, kto sądzi, że Altiplano ma do zaoferowania jedynie pustynne krajobrazy. W rezerwacie fauny andyjskiej imienia Fernando Avaroa, położonym na terenach graniczących z jednej strony z Chile, a z drugiej z Argentyną, leżą wielkie kolorowe laguny zasilane wodami podziemnymi. We wszystkich żyją chronione kolonie flamingów, a dookoła pasą się lamy i podobne do saren wikunie. Najbardziej znane laguny to Verde (Zielona), Blanca (Biała) i Colorada (Kolorowa). Wody w tej ostatniej, dzięki różnym rodzajom żyjących w nich alg, zmieniają zabarwienie od zieleni, przez po intensywną purpurę.
Dotarłszy na 4700 m.n.p.m., zobaczyć można wypełnione wrzącą wodą oka gejzerów, z których bucha para o odorze siarkowodoru. Krajobraz na tej wysokości jest iście księżycowy, a porywisty wiatr i zimno łatwiej znieść, wiedząc, że nieopodal czeka kąpiel w gorących źródłach – kulminacyjny punkt kilkudniowej włóczęgi po bezdrożach Altiplano. Choć ściągnięcie z siebie kilku warstw ciepłej odzieży wiele kosztuje na wysokości ponad czterech tysięcy metrów nad poziomem morza, na pewno warto się przemóc. Po wyjściu z gorącej wody nie trzeba nawet sięgać po ręcznik - andyjskie słońce suszy w mgnieniu oka. Jeśli gdzieś jeszcze można poczuć harmonię z otaczającą przyrodą, to jest właśnie jedno z tych miejsc.