Wydanie internetoweAzja

Gdzie Słońce nie zachodzi...

Joanna MarkowskaRosja

Platforma prekambryjska, fosforyty, tajga, górskie rzeki, komary... niewiele informacji o Półwyspie Kolskim można znaleźć w encyklopedii. Zaledwie 60 godzin w pociągu wystarczy, by dotrzeć w to niezwykłe miejsce... Zaskoczeni Rosjanie, mieszkańcy 90-tysięcznych Apatitów pytają z niedowierzaniem: "Naprawdę przyjechaliście tu z Polski na wakacje? Co można robić w obwodzie murmańskim? Spływ kajakami?".

Mapa trasy: Gdzie Słońce nie zachodzi...
Mapa trasy

Pasażerowie

W kupiejnym (pociąg z przepierzeniami zamiast zamykanych przedziałów) szybko nawiązuje się znajomości. Ludzie różnych narodowości - Rosjanie, Białorusini, Litwini, Ukraińcy, obu płci, z każdego przedziału wiekowego przysiadają się do siebie i zagadują. Na początku podróży pasażerowie przebierają się z sukienek, dżinsów i koszul w domowe ubrania - podróż z Brześcia do Murmańska zajmuje 3 dni i 3 noce... Królują dresy i klapki. W pociągu jest cicho i spokojnie. Babcia Ola, Rosjanka z północy podróżująca z kilkunastoletnim wnukiem Maszą całkowicie pochłoniętym przez game-boy'a, pyta, czy ludzie na Wielkanoc piją w Polsce wódkę. Natasza - studentka prawa z Mińska opowiada o ósmym marca, który do dziś jest w Rosji świętem, kiedy ludzie mają "dien wychodnoj", czyli nie pracują. Dwie siostry - jedna po studiach matematyczno-fizycznych, druga po biologiczno -chemicznych jadą z 3-letnią Mari na wakacje na Białoruś absorbować minerały, gdyż w ich rodzinnej Karelii jest tak duże stężenie aluminium produkowanego z rodzimych boksytów, że dziecku nie wyżynają się zęby. Dwie przyjaciółki prowadników przez cały czas grają w warcaby. 13-letniemu Pawłowi pomagamy rozwiązywać krzyżówkę. Pyta, jakie są w Polsce grzyby, jakie ryby? Czy w Polsce wszyscy są czarni (widząc naszą opaleniznę można było odnieść takie wrażenie)? Czy wierzymy w Boga?

Dworce

Duże i siermiężne. Lekkości mają nadawać strzeliste wieże górujące nad każdym "wokzałem", zdobione na szczycie dużą gwiazdą czy to okalaną łukami, czy też wypuszczającą ku niebu promienie. Przenosimy się w czasy komunizmu. Frontowe ściany niektórych dworców, jak np. w Orszy, ozdobione są tablicami - orderami im. Lenina przyznanymi kolei. Na innych tablicach czytamy "slawa gierojom 1941" tudzież "slawa trudu". Na większych stacjach stoją parowozy. Błyszczące czernią pancerze ozdabia czerwona gwiazda na przedzie.

Umba

40-tysięczne Apatity, dokąd dojechaliśmy koleją, leżą u podnóża Chibin. W górach znajdują się złoża boksytów, toteż na peryferiach miasta sterczą kominy hut aluminium, które pozyskuje się właśnie z boksytów. Jedziemy dziurawą drogą z dworca nad Umbę. Pierwszy kontakt z rzeką robi na nas duże wrażenie. Pod mostem, gdzie rozpoczynamy spływ, rzeka przyspiesza. Białe grzywy na grzbietach fal zdają się cicho mruczeć zdziwione naszą obecnością Kierowca taksówki czeka chwilę przy moście, czy się nie rozmyślimy. Do Apatitów wraca jednak sam.

Od źródeł w Chibinach do ujścia do Morza Białego Umbę dzieli ponad 150 km. Na Półwyspie Kolskim wody zdaje się być prawie tyle co lądu. Nie powinno to dziwić; przecież Kolski "poluostrov" objęty był niejednym zlodowaceniem, którego ślady są dziś bardzo widoczne w krajobrazie. Tysiące dużych i małych jezior morenowych połączone są rzeczkami i rzekami tworzącymi prawdziwą plątaninę. Niestety, ponad 90% jezior leży w miejscach, do których nie ma żadnego dojazdu, a o próbach pokonania w jakikolwiek sposób kilkuset kilometrów bagien, aby dostać się na wschodnią część półwyspu, można tylko pomarzyć.

Umba jest rzeką o charakterze górskim; jej bieg uatrakcyjnia ponad 25 progów, których huk słychać z oddali. Najniebezpieczniejsze są odboje tworzące się tuż poniżej progów. Woda po spadku z 2 metrów cofa się ku wielkim kamieniom, powstaje huczący młyn. Wrzucamy do wody kawałek drewna, wyobrażając sobie, że to nasza bajdarka. Całkowicie poddaje się sile i naporowi wody, z takiego kotła nie sposób się wydostać. W odbojach zginęło już kilkanaście osób, o czym przypominają smutne, szare tablice... Woda spływa po kamieniach z dużą szybkością, nurt przeskakuje z prawa na lewo, trzeba nadążyć w tym slalomie. Mimo, że siedzimy tylko 2 metry od siebie, musimy krzyczeć, żeby przekrzyczeć huk granatowej wody. Na szczęście nasze lekkie, dmuchane kajaki dobrze trzymają się kursu, lekko i śmiało pokonują stopnie. Dziób śmiało rozcina wodę. Poniżej największych progów zatrzymujemy się i rozpalamy ognisko. Trzeba wysuszyć mokre rzeczy. Za progami chwila ciszy - kamieniste mielizny. Szuramy dnem, czasem wchodzimy do rześkiej wody o temperaturze około 10°C, żeby odciążyć kajaki. W węższych odcinkach, gdzie woda przyspiesza, powstają bystrza. Usiane są potrzaskanymi głazami, które czasem znajdują się pod powierzchnią wody i dopiero odgłos kajaku szurającego o skały przypomina o ich obecności. Bystrza ciągną się na długości kilkuset metrów; kajak buja się zalewany ponad metrowymi falami... Adrenalinę, oprócz szybkiego nurtu, fal i kamieni, podnosi także obecność mew. Zdenerwowane ptaki zaciekle bronią swych gniazd na szczycie największych głazów, próbując nas dziobać.

Umba przepływa przez wiele jezior. Pierwsze i zarazem największe to Umbozero, po którym następuje system jezior Kapustnych. Za nimi wpływamy na drugie co do wielkości jezioro przepływowe - Kanozero, będące jeziorem rynnowym, liczące 21 km długości, a więc dwa razy tyle co Śniardwy.

Na Kanozero dopływamy o 3 nad ranem (1 w nocy czasu polskiego) i naszym domem na półtora dnia staje się niewielka, bezludna wyspa. Rozbijamy obozowisko tuż przy głazach ozdobionych rysunkami naskalnymi z VI w. n. e. Jest 22 czerwca, dzień przesilenia letniego. Słońce krąży wokół nas ani na chwilę nie znikając poniżej horyzontu... Czujemy się jak w centrum Wszechświata. Mała wyspa na środku jeziora, gdzieś za kołem polarnym, oblana spokojną, niebieską wodą. Ze szczytu widać brzegi Kanozoera porośnięte zielonym lasem szpilkowym, a nad nami białe niebo wpadające na horyzoncie do wody. Jest ciepło, kukułka śpiewa nad naszymi głowami, na ognisku pieczą się ryby... Odpłynięcie z wyspy nie jest tak beztroskie. Południowy wiatr jest na szczęście sprzyjający, ale na tyle silny, że na jeziorze tworzą się zbyt wysokie fale żeby odpłynąć. Czekamy aż ucichnie. W końcu łączymy kajaki w dwukadłubowiec, między wiosłami rozpinamy pałatkę i płyniemy w deszczu.

Skaliste przeszkody

Zastanawiając się skąd w wodzie tyle skał należy sięgnąć do geologii. Półwysep Kolski leży w obrębie wschodnioeuropejskiej platformy prekambryjskiej. Umba przecina stare, zwietrzałe i potrzaskane skały. Na progach i bystrzach, gdzie rzeka płynie szybko są one szczególnie niebezpieczne. Trzeciego dnia łamiemy pierwsze wiosło na progu Rozbójnik. Obwiązujemy je sznurkiem. Kilka godzin później łamiemy następne. Mamy zapasowe balony do kajaków, ale wiosła tylko cztery. Tego samego dnia okazuje się też, że mamy dziury w kajaku, decydujemy się więc na postój. Na zwietrzałych, płaskich skałach wynurzających się z chłodnej, przeźroczystej wody rozpalamy ognisko. W kociołku bulgocze kasza gryczana, a my sklejamy dziurawe kajaki i naprawiamy wiosła. Wydaje nam się, że w tym miejscu powstał świat. Słońce niknie za pasem sosen, ciągle jednak jest jasno; granatowe chmury zbite w gęsta, ciasną gromadę szybko przesuwają nad naszymi głowami. W promieniu 100 km nie ma nikogo...To miejsce niesamowite, pełne magii. I komarów jakby mniej...

Dzień polarny

To wytłumaczalne i zrozumiałe, aczkolwiek zaskakujące zjawisko dla ludzi żyjących poniżej 66 - ego równoleżnika. Początki życia podczas dnia polarnego są niesamowite. Organizm wariuje. Nieprzyzwyczajeni do spania w jasności zasłaniamy oczy ubraniami. Kładziemy się spać o 6 rano, żeby wczesnym popołudniem płynąć dalej. Innym razem śpimy do 3 po południu, żeby wyruszyć "pod wieczór". Nie ma różnicy, która jest godzina skoro i tak jest widno... Po kilkudziesięciu godzinach nauczyliśmy się odróżniać "dzień" od "nocy". Słońce jest trochę niżej i robi się trochę chłodniej. Jednak odróżnienie wschodu od zachodu Słońca jest niemożliwe, przejście jest zbyt płynne. Zaskakujące są jednak ptaki - niestrudzone kukułki kukają cały czas, bez względu na godzinę.

Tajga

Skład gatunkowy podobny jest do lasów Polski - występuje świerk zwyczajny, sosna zwyczajna, brzoza brodawkowata, jodła syberyjska, modrzew. "Coś" jednak innego uderza w wyglądzie ciągnącego się po horyzont lasu. Drzewa są wyraźnie niższe i węższe. To tajga, las szpilkowy charakterystyczny dla klimatu umiarkowanego chłodnego, występujący na obszarze północnej Azji, Europy oraz Kanady. Bogate runo cieszy bose stopy brakiem kolczastych gatunków. Białawo - zielonkawy mech (chrobotek reniferowy) ściele się miękkim kobiercem. Kwitnące na biało kwiaty bagna zwyczajnego sypią wokół puch niczym dmuchawce. Głodne komary czają się ukryte w podszycie...

Spotkani w tajdze

Oba brzegi Umby nietknięte ręką człowieka obiecują spokój i bliskość natury. Na odcinku 150 km nie ma żadnej osady. Jednak przez 10 dni trzy razy spotkaliśmy ludzi. Na jeziorze Kapustnym Niżnym pracuje pan wlepiający mandaty za połów bez zezwolenia. Zagaduje nas. Chwilę później na brzegu pojawiają się dwie panie i dwoje dzieci. Zapraszają na rybę (surową i smażoną) i herbatę. Dajemy dzieciom czekolady, a paniom papierosy. Grupa przyjechała tu na wakacje, mieszkają w dawnej daczy. Zatrzymujemy się też na chwilę w turbazie - nowe, drewniane domki z ratanowymi meblami na ganku zostały zbudowane z pewnością z myślą o elicie rządzącej. Wzrok i ton pracownika świadczą o nieprzerwanej, kilkunastogodzinnej imprezie. Ostatnimi ludźmi spotkanymi w tajdze są trzej rybacy, którzy przyszli do chaty rybackiej, gdzie chcieliśmy przenocować. Szybko przeszli do rzeczy: wyjęli wódkę, ale zostawiliśmy ich samym sobie udając się na jedną z niewielu plaż, jakie można spotkać w tajdze.

Kandalakša

To ważny węzeł kolejowy; stąd wracamy do Polski. Podłużna blacha w centrum miasta obwieszcza, że jest to miasto portowe "Kandalakša - moj gorod u Bielogo morja". Nieopodal, na betonowym postumencie, stoi czołg pamiętający sukcesy Armii Czerwonej; tu młodzi ludzie umawiają się na randki. W pobliskim parku stoi pomnik Lenina w kolorze złota; głowa dumnie skierowana na południe, w stronę Morza Białego. Na budynku, niedaleko dworca - blaszana tablica z rysunkiem. Zza kucającej dziewczynki trzymającej w dłoniach kwiaty wynurza się z fal żołnierz trzymający karabin. Miasto poddaje się stopniowej sukcesji roślinności, zaniedbane trawniki czekają na opiekę. Wchodzimy do jednego z przydworcowych sklepów. Panie ekspedientki zdobione niedyskretnym makijażem odsłaniają w uśmiechu złote zęby. Mimo, że na ladzie stoi całkiem nowa kasa fiskalna, pani i tak sprawdza rachunki na... drewnianym liczydle.

Podróżując sami piszemy definicje. Półwysep Kolski to kraina za Kołem Polarnym, gdzie brzęk komarów zagłuszany jest jedynie przez huk wody. Miasta położone są tylko wzdłuż linii kolejowej, a ludzie żyją niczym 40 lat temu...

Więcej z Azji