Do obiadu spałem spokojnie, przerwałem jedynie ten stan na gotowane jajka w mesie oficerskiej. Senną atmosferę zachwiała tylko uwaga jednego z oficerów - jutro będziemy w Santosie. Wracając do kajuty spróbowałem wyjrzeć na zewnątrz. Tam zastałem to samo co od kilku dni mogłem już poznać - wilgoć, nieznośną temperaturę i ciężkie powietrze, którym trudno jest oddychać. Pokład wydawał się być polany grubą warstwą "Ludwika" lub innego lepkiego płynu. Rozespanie i pełny żołądek sprawiły, iż opuściły mnie chęci na wpatrywanie się w lekko zamglone powietrze. Dla przyzwoitości zrobiłem jeszcze kilka kroków po rufie i zagłębiłem się ponownie w klimatyzowane wnętrze mojej kajuty.

Obiad nie przyniósł wiele nowego poza świadomością ,że gdzieś we mgle, w niewyraźnie rysującej się linii horyzontu znajduje się kolos - Rio de Janeiro. Po skończonym posiłku próbowaliśmy z Bartkiem wypatrzyć cokolwiek, a w szczególności chcieliśmy ujrzeć statuę Chrystusa. Pożną nocą nad miastem widać było łunę światła i jeden jasny punkt, który mógł być tą figurą.
Jutro 26 dzień podróży, jutro po raz pierwszy zetkniemy się z ziemią południowo amerykańską, jutro poznamy smak legendy Brazylii i portu Santos.
Legenda
Wraz ze zbliżaniem się do wybrzeży Ameryki coraz częściej pojawiały się w rozmowach z marynarzami tematy związane z życiem portów brazylijskich. Szczególne port Santos u każdego marynarza wywoływał na twarzy dziwny uśmiech. Bosman raczył nas co chwila opowieściami o swoich kolegach , którzy wyszli w miasto i wrócili ogołoceni w sensie dosłownym z pieniędzy i odzienia. Sam bosman wielokrotnie został napadnięty w drodze do, lub z klubu dla marynarzy "ABC". Najbardziej niebezpieczne jest pierwsze sto metrów za bramą portową. Czają się tam grupki murzynów i mulatów, którzy czyhają na zdrowie i życie polskich marynarzy. Większość napadów odbywa się z bronią w ręku, może być to nóż lub nawet broń palna. Jeden z kolegów bosmana zaatakowany tuż za bramą został dźgnięty nożem i spędził dwa tygodnie w szpitalu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie odpłynął bez niego statek.
Każdy z członków załogi miał jakąś przykrą historię, która przydarzyła się po zejściu na ląd. Przeważały uliczne napady oraz bójki w knajpach. Wszyscy przestrzegali nas przed spacerami po ulicach za dnia, a w szczególności po zapadnięciu zmroku, wizytami w knajpach, rozmowami z miejscowymi i oczywiście zabieraniu jakichkolwiek cennych przedmiotów jak aparaty fotograficzne, buty, czyste ubranie i skarpetki. Trudno było brać te opowieści na serio, ale robiły one wrażenie nawet jeśli by przyjąć 5% ich prawdziwości. Postanowiliśmy więc przygotować się do opuszczenia pokładu. Jako pierwsze uszyliśmy ze znalezionych na pokładzie szmat i starych, fotelowych obić worki na aparaty. Z założenia miały one wyglądać niechlujnie i brudno. Następnie zajęliśmy się przygotowaniem obuwia na nocne spacery (uznaliśmy, że na dzień wystarczą sandały). Skleciliśmy je z kartonu i sznurka. Spodnie i koszulki upstrzyliśmy plamami obiadowymi tak by nie wyglądały zbyt czysto. Jako alternatywa pozostawały zawsze wymemłane spodenki od piżamy. Cel został osiągnięty - w stroju wyjściowym wyglądaliśmy nieźle by nie powiedzieć więcej.
Rzeczywistość
26. dnia podróży dotarliśmy do Ameryki. Pełni obaw opuściliśmy statek. Zgodnie ze wskazówkami marynarzy po wyjściu za bramy portu udaliśmy się prosto bez zatrzymywania, spokojnym aczkolwiek nie za wolnym krokiem uliczką odchodzącą od portu. "Dobrze" nastawieni przez marynarzy, nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, iż każda grupka ludzi to potencjalni bandyci. Najgorsze było to, że prawie na każdym rogu czaiło się po kilku miejscowych. Nie patrząc im w oczy mijaliśmy ich w milczeniu.
Dzielnica portowa nie sprawiała najlepszego wrażenia. Brudne ulice z walającymi się śmieciami, stara parterowa lub jednopiętrowa zabudowa, brak sklepów i nieliczne bary z grupkami autochtonów na zewnątrz tworzyły specyficzny klimat ulic. Poprawiała go nieco roślinność. Palmy, olbrzymie fikusy i inne egzotyczne rośliny przypominały, że jednak jesteśmy w Ameryce.
W miarę oddalania się od portu ulice stawały się czystsze, domy mniej odrapane a ogrody i trawniki bardziej zadbane. Niska zabudowa ustępowała wielkim blokom, coraz częściej pojawiały się sklepy i narożne bary. Niepostrzeżenie znaleźliśmy się w nowej części Santosu.
Centrum miasta znajduje się przy Rua Gonzaga. Ekskluzywne sklepy, drogie restauracje, kilku gwiazdkowe hotele. Najlepsze z nich znajdują się w pobliżu plaży. Skupia ona całe życie miasta. O każdej porze dnia i przez większą część nocy plaże pełne są ludzi biegnących, grających w piłkę nożną na jednym z niezliczonych prymitywnych boisk plażowych, opalających się czy chociażby leniwie sączących mleczko kokosowe ze zmrożonego owocu.
Nigdzie nie było widać hordy bandytów, nożowników ani rewolwerowców. Oczywiście nie oznacza to, że ich nie było. Może po prostu udało nam się stworzyć pozory naszego niskiego statutu społecznego.
Każdego kolejnego dnia wędrowaliśmy coraz dłużej, odwiedzając bary i maleńkie kafejki. Raczyliśmy się tam doskonałą, brazylijską kawą podawaną w małych ok. 100 ml szklaneczkach wypełnionych w 1/4 zawartością czarnego płynu. Jego moc odczuło serce wpadając w nerwowe palpitacje.
Kolejne dni zwiększały naszą pewność siebie. Czwartego dnia pobytu postanowiliśmy spędzić noc na miejskiej plaży. W tym celu zabraliśmy z pokładu koce i swetry. Miejsce na nocleg znaleźliśmy po środku plaży na jakimś dziwnym drewnianym podeście. Zachód słońca wprowadził sentymentalną atmosferę. Języki sprawnie przekazywały nawet najtrudniejsze myśli. Rozmowa przy zwolna odchodzącym dniu pozwalała na opowieści o marzeniach dnia jutrzejszego skradającego się cicho gdzieś za linią oceanu. Gwiazdy nie były zbyt życzliwe tego dnia. Tylko te najsilniejsze przebijały się przez mgiełkę radując nas i innych nocnych plażowiczów. Sen przyszedł jak zwykle niespodziewanie.
Przebudzenie
Z daleka dochodziło dudnienie, zaniepokojony tym dźwiękiem zmusiłem się do nadludzkiego wysiłku i otworzyłem oczy. W promieniach budzącego się dnia ujrzałem człowieka w mundurze. Spowolniony umysł nie chciał kojarzyć z niczym tego obrazu. Dopiero po chwili zrozumiałem, że jest to policjant. Moi towarzysze już się obudzili. Bartek próbował rozmawiać z porannym gościem. Nie bardzo wiedzieliśmy o co pyta. Portugalski jest dość dziwnym językiem szczególnie dla ludzi, którzy znają tylko jedno słowo - obrigado. Prawdopodobnie pytał się o to, co tu robimy. Bartek usiłował coś mu tłumaczyć po hiszpańsku. Mówił mu coś o statku, porcie, polskich marynarzach i romantycznej nocy. Gdy funkcjonariusz to usłyszał, uśmiechnął się tajemniczo, zamachnął się pałką i miarowo zaczął uderzać w nasz podest wykrzykując niezrozumiale. Nagle spod desek zaczęli wychodzić przerażeni ludzie w skąpym, podartym odzieniu. Umykali witani poranną bryzą, gdzieś w spokojniejsze miejsce. Byli to kloszardzi śpiący w naszym podeście. Policjant uśmiechając się odszedł do swoich zajęć nie mówiąc już ani słowa.
W dziwnych nastrojach wróciliśmy na statek, ułożyliśmy się w wygodnych i czystych kojach dokańczając snu z nocy.
Do wieczora szlajaliśmy się leniwie po dzielnicy przyportowej fascynując się nieporządkiem, starymi ciężarówkami i atmosferą maleńkich obskurnych barów. Gdy zmierzch już zapadł i całkowicie opanował świat, spotkaliśmy bosmana. Ten zaproponował nam nocną eskapadę do ABC - legendarnego klubu. Wedle zaleceń naszego przewodnika ubraliśmy się w nasze wyjściowe stroje : kartonowe buty, poplamione spodnie i starą koszulkę. Bosman jak przystało na marynarza niezwyczajnego dalekich spacerów zapakował nas do taksówki i rozmawiając z przerażonym kierowcą po polsku zażyczył sobie szybki przejazd do klubu. Taksówkarz, gdy usłyszał nazwę klubu uśmiechnął się porozumiewawczo i pewnie ruszył w miasto. Jadąc kilka minut ciemnymi zapomnianymi uliczkami dotarliśmy na miejsce. Budynek rozświetlony wielobarwnymi neonami, otoczony był znaczną grupką ludzi przeważnie mężczyzn. Uiściwszy rachunek w taksówce wkroczyliśmy do wnętrza witani głośną muzyką pulsującą tutejszymi rytmami. W drzwiach zatrzymał nas ochroniarz i wskazując na Sylwię dał do zrozumienia, że nie możemy z nią wejść. Tu bosman wykazał się refleksem i po polsku wytłumaczył, że jest ona jego żoną. Bramkarz pokiwał ze współczuciem głową i wpuścił nas do hałaśliwego wnętrza. Natychmiast wchłonął nas wirujący tłum. Przeciskając się pomiędzy rozgrzanymi ciałami niesionymi żądzą, muzyką i alkoholem dotarliśmy do jakiegoś wolnego stolika. Natychmiast po zajęciu miejsc pojawiły się piękności nocy zachęcając do przebywania w ich niewątpliwie gorącym towarzystwie. Tańce i rozmowa jest gratis, jedynie gdy ktoś zmęczy się taneczną wibracją może udać się na zaplecze i w zaciszu pokojów oddać się konwersacjom z wybranką wieczoru. Popijając piwo, przyglądając się zachowaniom ludzi mogliśmy obejrzeć striptiz najpierw damski a później męski. Po jakimś tam czasie ogłuszeni muzyką, zmęczeni natręctwem i atmosferą handlu ludzkimi ciałami opuściliśmy ABC. Na pokład wróciliśmy tym samym środkiem transportu. Noc z wolna przygotowywała się do odejścia, a myśli krążyły sennie przywołując sekrety duszy. Kolejna noc nowego oblicza Brazylii minęła zwleczona nieuchronnością dnia. Tak przywitała nas Ameryka, tak przywitała nas Brazylia.
Montevideo
Dwa dni po opuszczeniu Santosu woda w oceanie zmieniała z wolna kolor stając się buro-szarą cieczą. To znak, że pojawiliśmy się w La Plata. Koło południa ujrzeliśmy ponownie ląd. Pilot pojawił się po kilku godzinach. Rokowało to nadzieję, że jeszcze za dnia wejdziemy do portu. Tak też się stało. U wąskiego wejścia do zatoki portowej z wody wyrasta coś na kształt stalowego krzyża. Jak się okazało jest to maszt pancernika Graff Spee który ścigany przez wojska sprzymierzone chciał schronić się w urugwajskim porcie. Gdy odmówiono mu wejścia do portu kapitan podjął decyzję o zatopieniu okrętu.
Po wejściu do portu również co chwila napotyka się jakieś wraki. Prawdopodobnie są to statki skonfiskowane za niewypłacalność armatora. Ciekawe, że wśród nich można dostrzec wiele zdewastowanych, nadgryzionych przez rdzę okrętów wojskowych.
Na miasto wyruszyliśmy jak zwykle po załatwieniu formalności celno-paszportowych. Zaraz po przekroczeniu bram zrozumieliśmy, że znaleźliśmy się w innym świecie. Rzędy kilku piętrowych kamienic tłoczących się przy wąskich uliczkach zapchanych ciężarowymi samochodami czekającymi na wjazd do portu. Wystarczyło przejść kilka przecznic i krajobraz ulegał gwałtownej zmianie osiągając swe apogeum przy głównej ulicy. Nowoczesne domy towarowe, biurowce i banki mieściły się w nowoczesnych budynkach, ale nie w drapaczach chmur. Taka była jedynie główna ulica. Gdy zagłębiliśmy się w jednej z bocznych dróg nieoczekiwanie ogarnęła nas zieleń wtopiona w małe parterowe kamieniczki. Ruch jak gdyby ustał, gwar cichł, coraz częściej zaczęły się pojawiać samochody z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Za każdym skrzyżowaniem można było natrafić na maleńki a czasami większy stragan z owocami i warzywami. Dopełnieniem były skromne bary kuszące przechodniów swą prostotą i sklepy gdzie podstawowym artykułem było wino. W jednym z takich domowych sklepików zakupiliśmy pięciolitrowy baniaczek wina, ot tak na przywitanie z nowym miastem, nową kulturą. Znaleźliśmy przyjemny park i w cieniu wymarzonej palmy czekaliśmy aż upał osłabnie. Skutecznie pomagał nam czerwony płyn, rozleniwiając członki i oddając umysłom upragniony spokój. Podczas naszej sjesty nawet języki uznały że jest to czas odpoczynku i nie nadwyrężały swych właścicieli zbędnym natłokiem słów.
Słońce leniwie chyliło się ku horyzontowi kiedy ponownie wyruszyliśmy na wędrówkę po zaułkach Montevideo. Wino jeszcze pulsowało w skroniach gdy stary krążownik szos, chyba to był Chevrolet, przemknął ze złowieszczym pomrukiem. Wizyta w maleńkiej kafejce postawiła nas na nogi i zachęciła do dalszego spaceru. Kolejne ulice, kolejne bazary, ospali sprzedawcy i wszechogarniający spokój. Ulotność czasu, ludzi i miejsc wydała się czymś absurdalnym i nie istniejącym. Przecież wszystko trwa, nic nie przemija, jestem ja, jesteś ty tu i teraz ...
Splątani myślami wędrowaliśmy w coraz to bardziej zagmatwane uliczki, nic nie mogło tego już przerwać to miasto nas pochłonęło. Nie zauważyliśmy kiedy ponownie pojawiliśmy się w rejonach przyportowych. Odpoczynek w czasie sjesty sprawił, że nie mieliśmy ochoty na powrót do koi. Zagłębiliśmy się więc w pierwszą napotkaną knajpę. Los sprawił, że znajdowała się na przeciwko bramy portowej.
Otworzyłem oczy
Drzwi ustąpiły pod naporem ręki wydając z siebie przeciągły zgrzyt. Minęła chwila zanim oczy przyzwyczaiły się do panującego półmroku. Ta chwila wystarczyła by wszyscy stali bywalcy mogli zmierzyć nas spojrzeniem. Zasiedliśmy przy stoliku pokrytym czymś na kształt starej lepiącej się folii. Zamówiliśmy po zimnym litrowym piwie. Pociągając chłodny płyn powoli zaczęliśmy rozpoznawać wnętrze. Na drewnianym , oblepionym starymi pożółkłymi gazetami barze stała potężna kasa. Z żeliwnego korpusu wyrastała tylko ogromna rączka. Za ladą stał człowiek o urodzie Włocha i wieku niemożliwym do określenia z za zmarszczonej twarzy i wyimaginowanego dymu z cygara, które przestało palić się może ze dwa dni temu. Na półkach za plecami barmana stała masa butelek. Trudno było dostrzec nazwy trunków na pożółkłych etykietach. Czary dopełniał wszechobecny kurz. Wszystko było w nim skąpane nawet szklanki ze zlewu, które dostaliśmy do piwa. Z sufitu zwisały długie pajęczyny smętnie falujące w wirach powietrza wznieconych przez nie poruszający się wiatrak. Gdzieś w tle przygrywała muzyka. Posiedzieliśmy tam trochę. Trochę to znaczy tyle ile było trzeba, a trzeba było wiele by zrozumieć co się z nami dzieje, że dotarliśmy naprawdę do wymarzonego innego świata gdzie wszystko było tylko kwestią czasu, naszego czasu z tym małym zastrzeżeniem, że nie mierzonego godzinami ani dniami ale rzeczywistością, tym co jest.
Wracając na statek spadłem z trapu
W czasie naszej podróży odwiedziliśmy jeszcze wiele portów. Stojąc na redzie nie jednokrotnie mieliśmy okazję no obcowanie z handlem ludzkim ciałem. W Brazylii nie trzeba nawet nigdzie iść bo "Mazowsze" przypływa samo a kapitanowie wysyłają praktykantów na obowiązkowe noce z paniami z amerykańskiego kontynentu. Santos i Montevideo wywarły największe wrażenie. Może dlatego, że były to pierwsze porty. Przedziwne historie można by mnożyć w nieskończoność i może wydaje się Wam, że niewiele w nich jest prawdy bo to powieść morska nie z przed stu lat a tylko z przed dwóch. Kto nie wierzy niech nie wierzy jego rzecz, ja wybieram się ponownie w morze.