Geozeta nr 1Ameryka Południowa

Od Atlantyku do Andów, cz. I

Leszek JanasikInne

„Nic nie jest poza nami, nic nie jest w nas, bo to, co jest poza nami, jest w nas” -- H. Hesse

Wybranymi fragmentami z Dzienników Podróży chciałbym otworzyć cykl artykułów będących owocem wyprawy do Ameryki Południowej. W kolejnych numerach naszego pisma ukarze się: część I - Ocean, statek i duch, cz. II - Życie portów Ameryki południowej, cz III - Ziemia Ognista, cz IV - Deszczowe Chiloe, cz V - Krew i ogień na Altiplano, cz VI - Najwyższa stolica świata - La Paz.

Część I - Ocean, statek i duch

Mam nadzieję, iż opis tych kilku pierwszych dni pozwoli przybliżyć coś więcej, niż tylko geograficzny aspekt naszej wyprawy...

Dzień 1.

Bardzo ciężko jest znaleźć odpowiednie słowa na początek czegoś, co trudno ogarnąć umysłem. Oto jestem na statku, sam w swojej kajucie, za ścianą Bartek i Sylwia. Siedzę przy sekretarzyku i próbuje stworzyć jakąś historię, znak czasu przemijającego, który na całe życie wyryje się w pamięci. Droga się rozpoczyna, wieczna wędrówka po jej zawiłych szlakach. Jeszcze jest szansa aby zawrócić do domu, do zwykłego życia, pozornego bezpieczeństwa i spokoju. Dopóki stoimy przy nabrzeżu jest to możliwe... Czuje ten dreszcz emocji niepewnego jutra, tą wielką przygodę czyhającą tuż, tuż. Decyzję podjąłem dawno - wyruszam.

Dzień 3.

Pierwszy poranek na pełnym morzu. Ile ich jeszcze będzie tego zupełnie nie wiem. Przypuszczam, że chyba nikt na tym statku tego nie wie. Mgła, mgła, tylko czasami zamajaczy jakiś statek, jakiś skrawek lądu. Jest spokojnie. Przed obiadem pójdę się jeszcze przewietrzyć.

Dzień 5.

Dziwny dzień, dziwna noc pełna niesamowitości. Nie mam pojęcia, która była godzina gdy zawitał do mnie gość. Nie widziałem go nigdy przedtem. Byłem tak nieprzytomny, że pamiętam tylko jak przedstawił się jako kucharz i najlepszy wędkarz na pokładzie. Powiedział coś jeszcze, ale ja niestety nic nie zrozumiałem. Wyszedł trzasnąwszy drzwiami i nie gasząc światła.

Dzień 10.

Wieczorem zrobiliśmy imprezę. Parę dziwnych akcji zdarzyło się gdy na stole pojawił się cukier, sok i cytryny. Była świetna zabawa tylko, że ja nie miałem najlepszej fazy. Mówi się trudno. Widok cukru i cytryn we włosach towarzyszy podróży robił dobre wrażenie, więc imprezę należy zaliczyć do udanych. Znowu zaczyna nieźle bujać. Tym razem w trochę innym kierunku niż wczoraj tzn. wzdłuż. Nie dalej jak pół godziny temu zdarzyła się mała awaria steru. Byliśmy trochę niesterowni. Znajdowaliśmy się akurat na mostku, gdy statek wymknął się z pod kontroli. W kilka chwil zrobiło się tłoczno. Pojawił się kolejno kapitan, pierwszy mechanik, elektryk wraz z pomocnikiem i oficer łącznościowy. Emocji było więcej niż zasługiwała na to sytuacja. Otóż okazało się, iż ktoś źle przestawił jakąś wajchę i stąd te problemy. Wszystko wróciło do normy już po paru minutach. Szkoda, bo dobrą atmosferę do tej sytuacji tworzyła pogoda - rozświetlone gwiazdami niebo i wielkie fale igrające z naszym statkiem jak gdyby był tylko wystruganą łódeczką, a nie jednostką o 120 m długości. Czas płynie powoli.

Dzień 11.

Oto nowe działania maniakalne - piszemy bajkę. Ma ona wspólny początek a reszta to już nasza indywidualna inwencja. Jest to taka mała opowieść synchroniczna. Oto jej początek...
...dawno, dawno, temu, za siedmioma głębokimi i siedmioma płytkimi oceanami żył sobie w serwetce Królkonik. W przedśmiertnych majakach zdarzył mu się taki sen...
I oto ciąg dalszy:
...Karmazynowy Las Starych Snów spowity szarą mgłą sprawiał wrażenie Niebytu Nocy. Zawiłą Ścieżką Gwiazd, z zachodu na wschód maszerował mały Królkonik. Nie bardzo wiedział skąd idzie i dokąd zmierza. Za plecami miał Mleczną Nicość, zaś przed sobą Białą Pustkę. Po prostu szedł. Stare sny w Karmazynowym Lesie były jedynymi mieszkańcami. Nikt oprócz nich tu nie przebywał, nikt nigdy tu nie bywał. Jedynie czasami, gdy umierali ludzie, stworzenia, rzeczy o pięknych długich snach, przyjmowani byli do Starego Snu. Nie zdarzało się to jednak nazbyt często. Królkonik nie wiedzieć czemu był tu i szedł. Gdy tak podążał Mgielną Drogą zupełnie niespodziewanie wytoczył się z błota drogi Kremowy Talerz Pełen Niesamowitości - Klusek z Mięsem. Królkonik przyglądał się z rosnącym niedowierzaniem zawartości talerza. Zauważył, iż kluski były nie-kluskami krwawych robali, a mięso nie-mięsem gnijącej szczurzycy. Wtem zabulgotał na talerzu sos zgniłych grzybów:
- Ścierwo! Ścierwo! Cholera, ale Ścierwo!
Sos umilkł. Królkonik milczał struchlały.
- Ścierwo! Ścierwo! Cholera, ale ścierwo!
Sos umilkł ponownie by po chwili wydać z siebie dźwięki wstrętnego odoru.
- I co tak stoisz i gapisz się, w mordę?! Nie pamiętasz mnie?
Z prędkością trzykrotnie niewyobrażalnie szybszą od lotu gza Królkonik myślał. I nagle wrzasnął
- O rzesz ty w d...!
I pobiegł szybko na południe przez Mgielne Chaszcze. Biegł nie wiadomo jak długo. Gdy zmęczył się zbyt bardzo by biec dalej przystanął. Stał znowu przed Kremowym Talerzem.
- Ścierwo! Cholera, ale z ciebie ścierwo! Pamiętasz okrutny i zły Królkoniku?
- Tak pamiętam ciebie dobrze - odparł zmęczony i zniechęcony - co tu robisz i dlaczego mnie nękasz?
- Chłe, chłe he błeeee - ryknął śmiechem zagubionej wyobraźni - bardzo dobrze, że pamiętasz o swoich małych manipulacjach rzeczywistością. I po co ci to było Królwokobylico ? Byłem codziennym koszmarem, o którym próbowałeś zapomnieć, gdy otwierałeś swe plugawo zaropiałe oczęta każdego ranka. To nic, że udało ci się stworzyć ułudę dla kwiatów i drzew. Nie mogłeś tego zrobić dla siebie, a teraz jest już za późno Kórwokobylico. Widzisz ten obłąkany Las Starych Snów ? Oto twoja rzeczywistość stworzona i prawdziwa. Kórwokróliskobylica milczał. Śnięte drzewa z wielkim hukiem kropel deszczu ginęły pod żelazną dłonią Wiatru Zagłady...

Dzień 15.

Dzień obfituje w wielkie wydarzenia. Już z samego rana, gdy wybrałem się na tradycyjny spacer na dziób ujrzałem latające ryby! Po obiedzie siedziałem na dziobie spokojnie próbując ogarnąć bezmiar oceanu, w błękitnej toni pojawił się delfin. Przemknął niezwykle zgrabnie i godnie dziecka oceanu tuż przed dziobem statku i zniknął. Dziś wieczorem po raz pierwszy w życiu przekroczę Zwrotnik Raka. Trudno znaleźć słowa...

Dzień 18.

Najpiękniejszy wschód słońca zaistniał tego ranka. Chociaż nie było go widać nawet przez moment, to gra światła i cienia na bogatym ornamencie nieba przytłaczała swoim bogactwem.

Dzień 20.

Pobudka planowo o godzinie 2.30. Herbatka, chleb z dżemem, parę ziewnięć i ruszamy do mesy. Nasi współpasażerowie mile nas zaskoczyli przynosząc skrzynkę piwa. Na początku spokojnie rozrabiamy farby. Następnie gotową wielobarwną papkę nakładamy sobie wzajemnie na twarz. Efekt jest dość przyjemny. Gdy ujrzałem w lustrze twarz, czułem satysfakcję; błękitne włosy z pomarańczowym pasem pomiędzy uszami, kilka kępek brązowych, a na twarzy gra zielonego, pomarańczowego i niebieskiego. Resztę ciała skryły różnobarwne zacieki tworząc kolorowy chaos. Niestety nie wiem co miałem na plecach, to pozostanie tajemnicą twórców.

Sylwia posiadała najbardziej usystematyzowane wzorki. Były to kwiatuszki, krateczki, drzewka a wszystko to stworzone przy wykorzystaniu sześciu kolorów farb do znakowania ładunku: jasno zielonej, ciemno zielonej, jasno żółtej, szaro żółtej, niebieskiej i pomarańczowej. Niestety nie zgodziła się pomalować sobie włosów. Dominika, nasza współpasażerka, wsmarowała w ciało zieleń i błękit dzięki czemu wyglądała jak syrena. Również Niemcy wyglądali dość atrakcyjnie: Fisherman z żółtą głową w różowe cętki i z niebieskim nosem oraz ciałem niebiesko - pomarańczowym, jego kolega wybrał dla siebie tylko dwa kolory niebieski i pomarańczowy.

Bartek - na włosach kupa niebieskiej i pomarańczowej farby, twarz od nosa w górę zielona, w dół niebieska, reszta ciała pomalowana na dowolny temat nie rozpoznawalny.

Równik minęliśmy o 6.10. Szkoda, że chrzest morski musieliśmy sami sobie zorganizować. Załoga była zbyt zblazowana, żeby cokolwiek zrobić.

Wieczorem odbył się alarm przeciw pożarowy. Godzina rozpoczęcia wiadoma była od południa tak by wszyscy mogli się należycie przygotować i nikt nie był zaskoczony „pożarem”, który wybuchnie w kuchni półtorej godziny po obiedzie. Syreny alarmowe zawyły punktualnie. Marynarze leniwym krokiem dotarli na rufę, gdzie trzeci oficer sprawdził listę obecności, a później przeczytał kto czym będzie się zajmował. Następnie rozwinięto węże strażackie. Nie puszczono w nich wody z uwagi na to, że zbyt długo musiały by schnąć. Akcja zakończyła się pełnym sukcesem, ogień opanowano a pasażerom kamień spadł z serca.

Dzień 33.

7.50 Przebudzenie
8.00-śniadanie
8.45-11.00 - spacer pomiędzy dziobem a rufą
11.00-12.00 - kąpiel
12.00 - obiad
12.00-13.30 - wizyta na mostku
13.30-15.00 - szachy
15.00 - podwieczorek
15.30 - 17.00 - spacer na dziób
17.00 - 18.00 - wizyta na mostku
18.00 - drugi obiad
18.30 - 20.00 - obserwacja zachodu słońca
20.00 - 21.30 - wizyta na mostku
21.30 - kolacja
22.00 - 24.00 - obserwacja gwiazd
24.00 - sen

Dzień 43.

Wieczór. Pożegnalna impreza zorganizowana przez chiffa. Wino, rum, pląsy i to czego nie zapomnę do końca życia... Żeglarz Nocy... gdy wyszedłem na zewnątrz ujrzałem cud, żeglowaliśmy w przestrzeni bez dna. Gwiazdy były wszędzie nad i pod nami...zamarłem wpatrzony w przestrzeń bez granic, na nie skrępowanie, nieskończoność, brak początku i końca, doskonałość wszelkiego istnienia, wieczność i ... Boga. Statek kołysał się leniwie a ja długo nie mogłem zasnąć.
Tej nocy przepłynęliśmy przez wielką ławicę glonów fluoroscencyjnych.

W drodze na kontynent południowo amerykański spędziliśmy na statku 46 dni. Ponownie stanęliśmy na pokładzie po 267 dniach. To co wydarzyło się w tym czasie, to już zupełnie inna historia...

Dzień 58.

Wciąż tkwimy w Bosque Petrificado. Nic nie jeździ. Jest strasznie sennie. Trochę się kimnąłem na plecaku. Uf, ale duszno. Sylwia rysuje coś w zeszycie, Bartek przyniósł jakieś korzenie na zupę. Wyglądają całkiem smakowicie.

Dzień 220.

Pustynie można kochać albo nienawidzić. Ja na leże do tych drugich. Krajobrazy są cudowne, ale brak życia przerażający.

Dzień 249.

...jest to jedna z tych podróży, które nigdy się nie kończą. Nie pamiętam co było jej przyczyną. Jedna szybka decyzja i wszystko pozostało wspomnieniem. Cel jest trudny do określenia. Nazwałem go podobnie jak poprzednicy Wschodem. Jedynie co wiem to, że leży na krańcach ludzkiej duszy...

Dzień 347.

To prawie nie wiarygodne, że nastał dzień ostatni. Ostatnia noc, ostatnia kolacja i śniadanie. Już jutro zawitamy do domu. Tak minął rok spełnienia marzeń i snów.

Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa
prawdziwa podróż z której się nie wraca
powtórka świata elementarna podróż
rozmowa z żywiołami pytanie bez odpowiedzi
pakt wymuszony po walce wielkie pojednanie

Z.Herbert

Więcej z Ameryki Południowej