Wydanie internetoweAfryka

Mój sen o Afryce

Marta i Janusz SmarujNamibia

Namibia - niesamowita! Kraj kontrastów i przestrzeni. Od zachodu otulony Atlantykiem, od wschodu pustynią Kalahari. Północna granica to rzeki Okavango i Zambezi, południowa - rzeka Pomarańczowa (Orange River).

Mapa trasy: Mój sen o Afryce
Mapa trasy

Jesteśmy na południu. Upał. Żar leje się z czysto-błekitnego nieba. Ani chmurki…Zatrzymujemy się przy drodze aby posłuchać muzyki traw. Zielono - słomkowe trawy grają na wietrze! Fascynujący dźwięk, symfonia wiatru i ciszy. Wielu mówi, że w Europie tłok, za ciasno... w Namibii półtora miliona ludzi, tylko pięć osób na kilometr kwadratowy, a obszar większy od Polski. Nie narzekamy na brak przestrzeni i swoistego poczucia wolności. Samotni podróżnicy wpadają w zachwyt: "Jechałem godzinami i ani żywej duszy, tylko natura mnie otaczała!"

Oczywiście miasta są bardziej zaludnione. 250-tysięczną stolicę Namibii - Windhoek - ogłoszono najczystszym miastem Afryki. Jest to prężne, nowoczesne miasto. Nowa architektura przeplata się z dawnymi kolonialnymi budynkami. Kolorowi ludzie zmieszani na ulicach, tzw.: "czarni" (blacks) Afrykańczycy z różnych plemion: Ovambo, Herero, Damara; "biali" (whites), mniejszość i "kolorowi" (colords), potomkowie buszmenów i mieszanki innych narodowości. Przeplatanka różności, odmienność i egzotyka!

Ciekawostka o stolicy: Windhoek leży 1700 metrów nad poziomem morza i jest jedną z najwyżej położonych stolic świata. (dla porównania nasz Giewont ma 1894 m). Klimat przyjazny człowiekowi. Słońce świeci 350 dni w roku, łatwo planować wyprawy w nieznane…nie zaskoczy "niespodziewana" ulewa. Pora deszczowa latem, od Listopada do Marca, przynosi ulgę w upale.

Pierwszy przystanek - Ludertiz, małe, portowe miasteczko nad Atlantykiem. Nasze pierwsze wrażenie "Dlaczego wogóle ktoś się tu osadził? Miasto, tutaj?" Wszystko budowane na piachach i skałach, otoczone Pustynią Namib (Namib Desert) z trzech stron i rozszalałym oceanem od zachodu. Odpowiedź prosta - diamenty!

Ok. 100 lat temu odkryto tu pierwsze diamenty i ludzie zaczęli ściągać nawet z Europy. Jakieś 10 km na wchód od Luderitz, resztki osady - Kolmanskoop. Dzisiaj zupełnie opuszczonej na piachach pustyni. Kiedy myślano, że diamenty się "skończyły", wszyscy mieszkańcy wyjechali zostawiając domy, szpital, klub i inne budynki opustoszałe. Ziarnko po ziarnku piasek przesypał się do środka, zasypując niższe piętra domów, okna patrzą na nas bez szyb, wiatr gra w futrynach. W wyobraźni odtwarzamy dawną świetnosć!

W Luderitz wyprawa na niezwykła plażę, Agate Beach! Szukamy półszlachetnych kamieni - agatów - wymytych przez fale na brzeg. Spacerowicze chodzą "zgjęci w pół", przypomina to szukanie bursztynów po sztormie nas Bałtykiem. Biało-szaro-czarne imponujące antylopy oryx przebiegają opodal, ciekawsko patrząc na nas. Żyją na pustyni i mogą długo przetrwać bez wody. Tam gdzie pozornie nic nie rośnie, jedzą wilgotny mech ze skał i kamieni. W porcie parę łódek łowiących diamenty z dna oceanu. Wyciągają piach przez rurę na pokład, przesiewając wciąż szukają skarbów.

W nocy jedziemy na przejażdżkę po mieście, na górę, z której widać cały Luderitz. Światła portu migocą w dole, fale odbijają ich blask. Cicho i wietrznie w Ludertiz... na wodzie oświetlone boje przy Wyspie Rekinów (Shark Island).

Wyruszamy dalej, 1000 kilometrów do Swakopmund. Po drodze zatrzymamy się nad kanionem Rzeki Rybnej (Fish River Canyon, drugi co do wielkości, po Colorado - kanion na świecie). Stado dzikich pustynnych koni przebiega nam drogę. Historia mówi, że niemiecki baron wypuścił swoje konie na pustyni i od tego czasu tak żyją na piaskach.

Dojeżdżamy do kanionu. Droga początkowo asfaltowa, potem z kamyków i piachu. W małym sklepiku przy bramie wjazdowej ostatnie zakupy: puszki, chleb, ciastka, zupa w proszku. Mijamy plantację daktyli i olbrzymie, imponujące głazy. Podążamy za znakami, bo można się tu zgubić, tyle dróg biegnie we wszystkie strony. Punkt widokowy jest 15 km. od bramy, nad samym urwiskeim kanionu. Oczy nie mogą się przyzwyczaić do takich przestrzeni. Mały daszek ze słomy chroni od słońca. Dech nam zapiera! Jesteśmy bardzo wysoko, a pod nami, ciągnący się na kilkanaście kilometrów w obie strony, Fish River kanion. Na samym dole, jak wąż wije się rzeka Rybna (Fish River). Stoimy zapatrzeni i zachwyceni. Dookoła, symboliczne, ułożone przez turystów górki ze skał - targamy duże kamienie, zostawiamy naszą za sobą! Ślad, że też tu byliśmy!

Dalej w trasę! Jeszcze parenaście kilometrów do Swakopmund. Inna roślinność, robi się chłodniej. Krzaki zamieniają się w trawy, trawy w źdźbła, a za chwilę i te znikają i już nic nie ma…tylko piękne pomarańczowe wydmy, malowane zachodzącym słońcem.

Swakopmund to małe popularne nadmorskie miasteczko. Niska zabudowa i kolorowe fasady domów dodają przyjemnego uroku. Nad samym morzem, aleja palmowa. Małe wielobarwne papużki fruwają nad głowami. Idziemy do końca nabrzeża, fale z hukiem rozbijają się o głazy na tysiące małych kropelek. Foki i delfiny wyskakują z wody. Lekkie samoloty czarterowe latają nad wybrzeżem, obwożąc ciekawskich. W oddali ciągnie się dzika plaża…znikająca na horyzoncie w chmurze.

Na pustyni Namib, otaczającej Swakopmund, są najwyższe wydmy piaskowe na świecie! Piach wlewa się do oceanu, pomarańczowe kontrastuje z błękitem. Majestatyczne z rozszalałym! W lokalnym sklepie pączki z dżemem, bułki z kielbasą i kiszonym ogórkiem. W pubie, piwo z kufla i golonka z musztardą. Europejska tradycja przesiąkła to urokliwe miasteczko.

Jedziemy na tzw. 7-mą Wydmę (Dune 7). To góra piaskowa. Słońce pali, chociaż jest po piątej. Skakaliśmy w falach, nasze mokre ubrania teraz schną szybko. Wspinaczka. Piach przesypuje się pod nogami. Mozolny wysiłek. Idziemy, ale tak jakby się stało w miejscu. Złudzenie, "fata-morgana"? Samochód na dole wydaje się malutki, szczyt góry przybliża. Kolczaste, jaskrawo - zielone krzewy wystają z piasku. Wiatr nieustannie przesypuje ziarnka, tak jakby bawił się i tworzył swoje nowe dzieła.

Jesteśmy na górze, co za widok! W zasięgu 360 - ciu stopni - fascynujące formy wydmowe, utworzone z małych ziarenek i wiatru. Aparat sie zaciął, obiektyw "dostał ziarnko". Stopy gorące, włosy potargane na wietrze. Idziemy po zacienionej stonie góry, piach jest chłodniejszy. Mały żuczek biegnie, szybko przebierając nogami. Zatrzymuje się, chwila zastanowienia i nagle "wchodzi" w piach. Parę kroków dalej suchy liść, zamarł opruszony piaskiem, jak rzeźba z gliny. Oczy głupieją, tracą poczucie odległości, powietrze faluje nad przesypującymi się wydmami. Parę fotek, ostatni rzut okiem, sekunda refleksji. Zbiegamy w dól dużymi susami. Żeby tylko nogi nie powypadały! Wszystko się iskrzy i świeci, piasek jak małe diamenty.

Następny dzień, wyprawa do Etoshy. Odległość: ok. 500 km. Cel: największy Park Narodowy w Namibii i pierwszy założony w Afryce Południowej. Docieramy do jednej z bram wjazdowych - Okakuejo. Wysokie, podwójne, kolczaste płoty - ochrona przed drapieżnikami. Rozbijamy namiot w obozie blisko poidła. Kolacja: tradycyjny barbaque z kurczaka (lokalnie zwany "braai"), bułki i czerwone wino. Szakale biegają dookoła, czekają na kości, tylko ich oczy świecą się w ciemnościach. W oddali słychac głosy hien. Dzięki Bogu za płot!

Jest już ciemno. Idziemy nad poidło zwane "oczkiem" (Water Hole). Stado żyraf w tle - cierpliwie czekają na swoją kolejkę. Lwy siedzą w krzakach! Kilka, pięc albo sześć. Odstraszają inne zwierzęta. Z lewej twardym krokiem nadciąga duże stado słoni. Matrona z przodu - lwy na bok - młodsze słonie za nią i małe słoniątka pomiędzy. Całe poidło jest teraz dla nich. Słonie uwielbiają wodę, urządzają kąpiel dla całej rodziny. Lwy spokojnie respektują "panów sawanny". Słonie nie mają naturalnych wrogów, pokłada je antrax - choroba skóry.

Jest prawie pierwsza w nocy. Słonie powoli odchodzą. Samotny nosorożec ostrożnie zbliża się do wody. Olbrzym! Jego przedni róg ma jakieś pół metra! Człowiek to pchełka! Drugi wychodzi z ciemności. Zaczynają się denerwować, przepychają się. Bijatyka. Kurz unosi się w powietrzu, aparaty błyskają w ciemnościach. Cisza. Ustalili, który będzie pierwszy. Płochliwe szakale wpadają na łyk wody. Żyrafy podchodzą bliżej. Lwy znikają w ciemnościach. W oddali słychać ich ryk.

Idziemy spać. Szakale biegają dookoła namiotu. Hieny w oddali wyją za płotem. Niecodzienna atmosfera, jesteśmy zmęczeni, ale dźwięki nocy nie dają zmrużyć oka. Wcześnie rano pobudka, kawa, jajecznica z kurzem pustynnym i chleb. Małe, żółte ptaszki wiją olbrzymie, zbiorowe gniazdo na suchym, pochylonym drzewie. Stary słoń przechodzi za płotem. Idzie wziąść poranny prysznic, jego skóra sucha i przypruszona. Dzisiaj wyruszamy do następnego obozu na terenie parku. Bramy otwierają o szóstej rano. Pakujemy namiot, tankujemy i w drogę.

Po obu stronach drogi stada antylop, żyrafy, słonie. Rodzina strusi przechodzi przez drogę: mama, tata i jedenaście miniaturek! Wybielone słońcem poroże antylopy gnu, porzucone przy drodze. Małe wiewiórki ziemne chowaja się w swoich domkach. Jest gorąco. Woda to bezcenny skarb. Dojeżdżamy do następnego obozu: Halali. Zatrzymujemy się tu na noc. Suche drewno pali się leniwie, jesteśmy spoceni, ale szczęśliwi, pełni wrażeń. Odświeżająca kąpiel w basenie zmywa cały dzień, gwiazdy migocą przyjaźnie na czarnej płachcie nieba. Cisza. Wszystko śpi. Ćmy i małe tłuste chrabąszcze latają wokół światła. Tak przyjemnie wyciągnąć nogi. Jutro do Gobabis.

Rankiem ciepło, a raczej gorąco! 33 stopnie. Ruszamy na wschód, poznać tamte strony. Antylopy tuż przy samej drodze. Ostrzegano nas aby być uważnym, bo często wyskakują na drogę. Widzieliśmy auto rozbite przez jednotonową antylopę Kudu, przód to miazga. Dzikie świnie też przebiegają, a są tak zdezorientowane, że nie wiedzą, w którą stonę biec.

Na noc zatrzymujemy się w obozie safari. Rozbijamy namiot, rozpalamy ogień, trzeba coś zjeść. Słońce zachodzi, cisza w powietrzu. Ptaki rozpoczynają swój wieczorny koncert. Kończymy upieczonego kurczaka i ruszamy na przejażdżkę po buszu. Stado antylop Springbok gania się w zaroślach. Kudu - majestatyczne antylopy z kręconymi rogami - powoli idą do wodopoju. Duże afrykańskie strusie przyglądają się nam uważnie, szare samiczki i jeden biało - czarny, kontrastowo ubarwiony "pan".

Jest noc. Nietoperze zaczynają bezszelestne łowy. Obserwujemy ciszę. Wydawałoby się, że wszystko śpi, a tu dopiero się zaczęło! Najpierw mały skorpion wychodzi do światła, potem duży pająk, biegnie szybko, szuka obiadu. To koniec? O nie, dopiero początek wieczornych odwiedzin! Udało nam się złapać tego skorpiona do pudełka po lodach. Siedzimy skupieni, uważnie rozglądamy się dookola, ciekawe co jeszcze wyjdzie z krzaków? Następny skorpion! Mniejszy, inny od tego poprzedniego. Łapiemy go do pudełka. Dwa osobniki zaczynają swój fascynujący taniec: łapią się za szczypce i tańczą w koło. Duże, grube żuki obijają się o słup lampy, coś nie mogą trafić. Spadają na ziemię, kręcą się w kółko i ponownie wzlatują, trwa to bez ustanku.

Czas spać. Dobrze, że namiot jest szczelnie zapięty. W nocy, coś obok naszych głów drapie w ścianę namiotu. Ciekawe co to? Może jakiś duży skorpion? Albo żuk? Albo małpa? Ustało. Cisza.

Po "długiej nocy", podzwrotnikowe słońce budzi nas ciepłym blaskiem. Skorpiony z pudełka idą na wolność, agresywnie wznoszą swoje szczypadła. Odjeżdżamy - kierunek północ. Ale wrażeń i zdjęć!

Do Rundu mamy ok. 900 km. Droga jest tak prosta, jakby ją ktoś od linijki odrysował. Krajobraz się zmienia. Roślinność gęstnieje. Krzaki zamieniają się w duże drzewa, a pomiędzy nimi smukłe, wysokie palmy. Murowana zabudowa ustępuje słomianym chatkom i szałasom, ogrodzonym drewnianymi palami - ochrona przed drapieżnikami. W Rundu zatrzymujemy się tuż nad samą rzeką Okavango, po drugiej stronie Angola. Nasz szałas ma tylko siatki i kotary w oknach. Dach stylowo wyłożony słomą, czysto, miło i afrykańsko! Odpoczywamy na zewnątrz przy lampce wina. Głosy śpiewu i bębnów dochodzą z buszu. Ludzie po drugiej stronie rzeki celebrują koniec tygodnia, woda niesie echo. Zasypiamy przy tam-tamach...

Caprivi to 500-kilometrowy odcinek drogi wiodący przez jeden z lokalnych parków narodowych (Caprivi Game Park). Co jakiś czas znak na drodze: "Uwaga słonie! 80 km./godz." (Beware! Elephants! 80 km/h). Koniec tej drogi to północno - wschodnia granica Namibii. Jedyne miejsce na Ziemi, gdzie granice aż czterech krajów łączą się w jednym miejscu: Namibii, Zambii, Zimbabwe i Botswany. Nasz cel - dotrzeć do słynnego Wodospadu Wiktorii. (Victoria Falls) Trasa jest dobra, droga porządnie zbudowana - to ważne. Wiele afrykańskich dróg jest nieprzejezdnych. Mamy wciąż jakąś godzinę do granicy..

Coś dużego leży na drodze. Osioł albo krowa? Te często uciekają od stada albo wędrują samotnie w buszu. Ogarnia nas totalny szok! To nie osioł, nie krowa! Jesteśmy oko w oko z "bestią buszu" - lwem! Zwalniamy, hamujemy. Zwierzę podnosi się na nogi. Jest olbrzymi! Podróżujemy po Afryce Volkswagenem busikiem (8 miejsc) więc nie mały samochód, a lew sięga wyżej niż połowa wysokości. Uchylamy szybę, żeby zrobić parę fotek. Zauważył to! Głęboki pomruk ostrzega nas aby nie posuwać się za daleko - jesteśmy na jego terenie! Szyba szybko w górę. Bliska wymiana spojrzeń, wsteczny bieg gotowy, noga na gazie. Lew spokojnie i majestatycznie rusza w busz. W zaroślach spostrzegamy jeszcze jednego. "Cykamy" zdjęcia przez szybę, robi się szaro. Lwy odeszły. Chłoniemy z wrażenia ruszając dalej. A myśleliśmy, że to krowa. Ale był blisko! (Jeszcze większego szoku doznaliśmy, gdy po wyprawie odebraliśmy wywołane zdjęcia! Fotografując odchodzącego lwa, aparat złapał odbicia ślepi jeszcze sześciu innych lwów chowających się w buszu, byliśmy otoczeni przez całe stado! Lwie oczy odbiły światło lampy błyskowej!)

Przez granicę bez czekania, mało ludzi na trasie. Jesteśmy w Zambii. Docieramy do Livingstone. Jutro do Wodospadu Wiktorii (Victoria Falls)! Ale o tym już następnym razem.

Mała statystyka Namibiańskiej wyprawy:
- Pokonaliśmy ok. 4500 kilometrów.
- Odwiedziliśmy 14 miast.
- Widzieliśmy setki antylop, słoni, stada żyraf, zebry, strusie, małpy, lwy, hieny, samotne nosorożce, płochliwe szakale, foki, delfiny, hipopotamy, węże, skorpiony, orły, sępy, olbrzymie jaszczury i małe wiewiórki ziemne.
- Zrobiliśmy parę tysięcy zdjęć.
- Wracamy z milionami wrażeń

Zdjęcia do artykułu (12)

namibia01.jpgnamibia04.jpgnamibia05.jpgnamibia06.jpgnamibia07.jpgnamibia09.jpgnamibia10.jpgnamibia11.jpgnamibia13.jpgnamibia15.jpgnamibia17.jpgnamibia18.jpg

Więcej z Afryki