„Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica!” Tak przekonywaliśmy panią bileterkę w Muzeum Etnograficznym w Ułan Ude, aby potraktowała nas ulgowo i w drodze wyjątku sprzedała bilety w cenie dla studentów – obywateli Federacji Rosyjskiej. Usłyszeliśmy wtedy: „Polsza i Mongolia nie zagranica.”

Skoro „nie zagranica”, to przejechanie z rzeczonego Ułan Ude przez przejście graniczne w Nauszkach do Suche Bator (już po stronie mongolskiej) nie powinno sprawiać problemów. I faktycznie byłoby dziecinnie proste, gdybyśmy nie postanowili oszczędzać i wykazywać się pomysłowością w znajdowaniu środków transportu.
Z Ułan Ude odchodzi dziennie jeden, złożony z wagonów typu obszczyj (bez rezerwacji miejsc, najniższy standard oferowany przez koleje rosyjskie) pociąg do Nauszek. Do tego pociągu podczepiane są dwa wagony typu kupiejnyj (standard prawie najwyższy), tylko w nich można przekroczyć granicę i z nich właśnie korzysta większość turystów udających się do Mongolii. Jednak bilety na te wagony są drogie, oprócz tego doświadczenie poucza, że międzynarodowymi pociągami opłaca się jeździć tylko przez samą granicę, a dojechać do niej warto innym sposobem.
Wsiadamy zatem do obszczego, mając zamiar na samym przejściu przesiąść się do kupe – kupując bilety lub korumpując prowadnika (u nas chyba określa się tę osobę polskim słowem „sleepingowi”) – w jakikolwiek sposób. W pociągu spotykamy starych znajomych z magistrali transsyberyjskiej, którzy zupełnie niezależnie od nas wpadli na równie genialny pomysł.
W Nauszkach dowiadujemy się, że biletów nie możemy już kupić, a kolejarze zmieniają nieco naszą opinię o tej grupie zawodowej, wyrobionej na podstawie kontaktów z ich kolegami z transsyberyjskiej, okazując się odpornymi na sumy, jakie możemy im zaoferować. Nie zraża nas to jednak, dowiadujemy się, że za chwilę odjeżdża autobus do samochodowego przejścia granicznego w Kiachcie. Po przejechaniu 10 kilometrów docieramy na miejsce.
Mamy szczęście – za chwilę ma odjechać jedyny autobus kursujący wahadłowo przez granicę. Po niezbyt długich targach płacimy kierowcy, ładujemy bagaże, wsiadamy i jak na szpilkach czekamy. Jest godzina 11.00, słońce zaczyna nagrzewać metalową puszkę pojazdu marki PAZ.
Naszą ciekawość wzbudzają współpasażerowie, upychający gdzie się da przeróżne tekstylia. Z rozmów z nimi wynika, że spodnie i t-shirty stanowią większość przemytu z Rosji do Mongolii. Jednak w pewnym momencie wszystkie schowki zostały wypełnione, a nasz bolid jak stał, tak stoi.
Po godzinie 12.00 rozpoczynamy nieśmiałe wycieczki po okolicy. Zaczynamy zwiedzanie od placu, na którym czekaliśmy, a który był niezwykle ożywionym ośrodkiem handlu i wymiany towarów wszelakich. Po raz pierwszy próbujemy mongolskich specyfików, takich jak solona herbata z mlekiem (bardzo dobra) i rodzaj placków z baraniną (wtedy mi smakowały, miesiąc później patrzeć na nie nie mogłem). Jednak mimo rozkoszy kulinarnych nuda i zniecierpliwienie zaczynają nas ogarniać – wszak zbliża się już godzina 14.00, a na przejściu nie widać żadnego ruchu, żadne odprawy nie są przeprowadzane.
Zdobywamy się na coraz dalsze eskapady, zwiedzamy Kiachtę, miasteczko założone przez polskich zesłańców, a składające się z kilku bloków w stylu typowym, pięknej, choć zdewastowanej, cerkwi oraz fabryki (nieczynnej, oczywiście), gdzie można obejrzeć bardzo ładną socjalistyczną w treści i realistyczną w formie mozaikę i poznać miłego stróża.
Około godziny 17.00 powstaje wielkie zamieszanie: to ekipa buriackiej telewizji przyjeżdża robić reportaż o przejściach granicznych. Korzystając z okazji udzielamy wywiadu o tym, jak to czekamy już nie wiadomo ile, a przejście wygląda na całkowicie opustoszałe. I nagle staje się rzecz niesłychana. Z eleganckich pawilonów wychodzą do nas nienagannie umundurowani funkcjonariusze. Nawiązujemy z nimi nić porozumienia (by nie powiedzieć sympatii), miło gawędzimy aż do czasu, kiedy opuszczają nas oni, by dać się sfilmować w miejscu pracy.
O godzinie 18.00 ktoś z przejścia daje upragniony znak i nasz autobus podjeżdża do odprawy, co zostaje uwiecznione w na taśmie VHS. Kamera nagrawszy to wydarzenie zostaje wyłączona i odjeżdża w towarzystwie ekipy. Czujemy się bohaterami: w końcu gdyby nie było nas w tym autobusie, jego pasażerowie mogliby czekać w nieskończoność pod bramą. My o tym wiemy i oni o tym wiedzą, co jeszcze poprawia nasze samopoczucie.
Jednak następuje coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali. Gdy tylko dziennikarze znikli za horyzontem nasz autobus został zawrócony. O 19.00 znów jesteśmy po rosyjskiej stronie. Potem jeszcze tylko godzina czekania i przejście graniczne zostaje zamknięte.
Lekko zdezorientowani obserwujemy układających się do snu Mongołów. Postanawiamy pójść w ich ślady. Rozbijamy namioty pod samym ogrodzeniem przejścia, jemy kolację złożoną z polskich sardynek kupionych w pobliskim sklepie, a przed snem podejmujemy kolejną zakończoną niepowodzeniem próbę przekonania GPS-u koleżanki, że jednak jesteś w Azji, niezależnie od tego co on twierdzi, swołocz!.
Zrywamy się następnego dnia rano, wszak chcemy zdążyć na otwarcie przejścia! Po ablucjach i śniadaniu jesteśmy gotowi stawić czoła trudom odprawy paszportowej i celnej. Nasze czekanie rozpoczyna się od nowa, umilamy je sobie grą w brydża w cieniu jakiejś ciężarówki i piciem kompotu z tajemniczych owoców.
I o godzinie 11.00, równo 24 godziny od przyjazdu, po raz kolejny jedziemy! Zaznaczyć należy, iż od naszego przybycia ani jeden pojazd nie został odprawiony. Lecz to nie ważne, już za chwilę będziemy w Mongolii!
Witają nas przyjazne, uśmiechnięte twarze poznanych wczoraj rosyjskich celników. Chwila na wypełnienie deklaracji celnych i do odprawy. Ten, który poszedł pierwszy wraca z niepewną miną: wszyscy zadeklarowaliśmy wywóz dolarów, jednak nikt nie ma deklaracji wjazdowej. Nie dostaliśmy ich od celników białoruskich (zgoda, powinniśmy ich o nie poprosić, po części nasza wina). Co robić? Ze strony rosyjskiej pada sugestia: można wrócić do Kiachty (o nie, nie opuścimy przejścia!), wymienić dolary na ruble i z tą walutą przejechać granicę.
Sytuacja jest patowa: Rosjanie mają nasze deklaracje i dokładnie wiedzą, ile mamy pieniędzy, my nie mamy zamiaru ich wymieniać. Nie ma możliwości skontaktowania się z Brześciem i sprawdzenia naszych deklaracji, procedura tego nie przewiduje. Siadamy więc sobie na podłodze i myślimy. Co kilka minut zostaje wysłana delegacja do szefa przejścia, ale ani prośby, ani próby przekupstwa nie pomagają. Celnicy wyglądają na równie zafrasowanych jak my. Chcieliby nas wreszcie przepuścić, ale prawo jest prawo…
I nagle ktoś z nas wpada na błyskotliwy pomysł: zapomnimy o tamtych deklaracjach i wypełnimy następne, zadeklarujemy tylko karty płatnicze a pieniądze pochowamy. Rozpromienione oblicze naczelnika utwierdza nas w tym zamiarze. Robimy tak, jak zaplanowaliśmy, pod okiem celników wsadzamy dolary do przeróżnych skrytek i dajemy się skontrolować. Nasze plecaki zostają dokładnie przeszukane, szczególne zainteresowanie wzbudzają leki i sprzęt fotograficzny, lecz dziwnym trafem ani jeden nielegalny dolar nie zostaje wyciągnięty na światło dzienne.
Potem tylko rozpadająca się budka mongolskich pograniczników, wypełnianie deklaracji napisanych tylko i wyłącznie po mongolsku (rewanżujemy się wypełniając je po polsku) i witaj nam kraino stepów, jurt i baraniny! Pokonanie odcinka długości ok. 200 metrów zajęło nam prawie półtorej doby.