Czerwona Wyspa, jak inaczej nazywany jest Madagaskar leży niedaleko Zanzibaru, ok. 700 km na wschód od wybrzeży Mozambiku. Geograficznie to wciąż Afryka. Jednak fauna jak i flora czy wreszcie ludzie wymykają się stereotypowym oczekiwaniom tych, którzy mają szczęście zawitać na Wyspę.
160 milionów lat temu Madagaskar wybrał niezależność i oderwał się od kontynentu afrykańskiego. Od tamtej pory żył własnym życiem a ewolucja i dobór naturalny potoczyły się innymi ścieżkami – obecnie na Madagaskarze żyje ok. 10 tysięcy gatunków roślin i zwierząt, które nie występują w żadnej innej części świata. Na Wyspie są też złoża szafi rów i innych kamieni szlachetnych, obfi cie rosną cenne gatunki takie jak wanilia, kawa, kakao.
Ludzi początkowo nie było. I mimo że Borneo i Madagaskar dzieli w linii prostej około 9000 km, to właśnie stamtąd pochodzą rdzenni Malgasze. Do tej pory nie wyjaśniono dokładnie w jaki sposób między II a V wiekiem n.e., przeprawiając się przez cały Ocean Indyjski, mieszkańcy Borneo dotarli na Czerwoną Wyspę. Mniej więcej w tym samym czasie od strony Afryki przybyli Bantu, a z północy – kupcy arabscy. W późniejszych wiekach tkankę społeczną formowała ludność napływowa: od szukających kryjówki międzynarodowej rzeszy piratów, przez kolejnych kolonizatorów: portugalskich, angielskich i wreszcie francuskich. Ci ostatni opuścili Madagaskar w 1960 roku. Od tamtej pory jesteśmy świadkami kształtowania się współczesnego społeczeństwa malgaskiego.
Społeczeństwo to jest unikalne. Inaczej niż przeważająca większość ludów afrykańskich, Malgasze posługują się jednym językiem i bardziej identyfikują się ze swoim krajem niż z regionem, czy plemieniem. Nie znaczy to, że Madagaskar jest homogeniczny: występują tam liczne dialekty i około 20 plemion z różnorodnymi, mocno zarysowanymi tradycjami.
Wyjątkowość Malgaszy leży jednak w ich umiłowaniu pokoju – patrząc przez pryzmat europejski, powinni zbiorowo dostać Pokojową Nagrodę Nobla. Malgasze nie tolerują wojny, bratobójczej walki. W 2002 r. obalili komunistycznego dyktatora poprzez „siedzący protest" – tysiące ludzi zebrały się w stolicy i na dwa tygodnie zajęły główne ulice, biernie wymuszając wolne wybory. Podczas niedawnych kilkumiesięcznych zamieszek związanych ze zmianą prezydenta zginęło w sumie ok. 100 osób. Siły wysłane do tłumienia cywili odmówiły strzelania do narodu, dzięki czemu przewrót dokonał się z minimalną liczbą ofiar.
Bogaty w zasoby, różnorodną kulturę, piękny i pokojowy kraj szczęśliwych ludzi. To wszystko prawda.
Ale jest druga strona medalu. Pomimo swoich bogactw, Madagaskar pozostaje jednym z najbiedniejszych krajów świata. Przez niestabilność polityczną, nieudolność rządzących i administracji (pokłosie kolonializmu), kraj wpadł w tzw. zaklęty krąg biedy: nie ma środków na rozwój, więc kraj jest biedny, jest biedny, więc nie ma środków na rozwój. Prosty przykład: na całym obszarze Wyspy przez cały rok rosną banany jednak nie ma ani jednej plantacji, która by w sposób zorganizowany handlowała tym surowcem. Dlaczego? Ponieważ nikt nie wie, jak się za to zabrać.
Jedynym elementem, który byłby w stanie przerwać ten zaklęty krąg wydaje się być wyedukowane społeczeństwo. Istnieje już wiele inicjatyw wspierających edukację, ale gros z nich skupia się na najniższym szczeblu – zapewnienie powszechnego nauczania na poziomie podstawowym to zresztą jeden z Milenijnych Celów Rozwoju ONZ. Ale co potem? Czy człowiek po podstawówce jest w stanie rozbudować rynek pracy lub pełnić rządową funkcję?
Widząc naturalny potencjał Madagaskaru i chęć młodych do nauki oraz działania na rzecz rozwoju zdecydowałam się drążyć skałę. Nazywam się Małgorzata Przepiórka, jestem Prezeską Fundacji My Baobab.
Fundacja powstała w 2007 roku jako owoc afrykańskich doświadczeń zebranych przeze mnie i pozostałych dwoje Fundatorów: Anetę Ignatowicz i Adama Dziadaka. Wszyscy pracowaliśmy w krajach rozwijających się pośród tamtejszej ludności.
Ja przez rok uczyłam w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum w Mahajanga. Mój pokój mieścił się w budynku szkoły położonej w Antanimasadzy, biednej dzielnicy tego portowego miasta. Dzięki temu żyłam rytmem tamtejszych ludzi. Codziennie od 6 rano, kiedy budziły mnie głosy dzieci polujących na śniadanie – mango z olbrzymiego drzewa na podwórku szkoły – do 19, kiedy już w ciemnościach krótkich zwrotnikowych wieczorów, licealiści (po powtórkach przedmaturalnych) wesoło przechodzili pod moim oknem. Byłam z nimi, a oni ze mną, „skazani" na poznawanie jedni drugich.
Poznałam więc czym jest codzienna bieda. Codzienna, czyli niespowodowana pożogą wojny, czy cyklonem, który zabiera wszystko, co spotka na swej drodze. Codzienna, czyli dzień za dniem, rok za rokiem. Ale co znaczy – to tak już oklepane – słowo „biedny” z wyrażenia „biedne kraje"? Biedny to taki, który mimo pracy w dzień przy prostych czynnościach naprawczych, a w nocy jako stróż nocny żywi siebie i swoją wielodzietną rodzinę zupą z rozgotowanej kukurydzy – najtańszym możliwym jedzeniem, symbolem niedostatku nawet wśród biednej społeczności Antanimasadzy, i który na 6 dni przed końcem miesiąca rozgotował ostatnie ziarno z worka nad łóżkiem. Spotkałam też biedę, gdy zaproszona, by poznać rodzinę znajomego pomyliłam jego dom z komórką na narzędzia. Za dom wzięłam stojący z tyłu, 3 razy większy chlewik bogatszej rodziny, którego mój znajomy doglądał. Bieda wykrzywiła się do mnie, kiedy dopytując się jednej z moich zwykle roześmianych, nastoletnich uczennic, dlaczego ostatnio chodzi taka smutna (myśląc oczywiście, że powodem musi być zawód miłosny lub niezaliczony sprawdzian) dowiedziałam się, że od 3 dni jada w południe tylko czarkę zupy, bo samotnie wychowująca ją i jej siostrę matka od tygodnia nie zarobiła nic na swoim straganiku, jedynym źródle utrzymania. Co więcej, to nie głód był powodem smutku, ale fakt, że już nie stać jej na szkołę. Zamiast iść na lekcje, weźmie na głowę koszyk z owocami czy rybami kupionymi „na kreskę" i całe dnie będzie chodzić po okolicy, próbując je sprzedać.
Coraz szerzej znany jest fakt, że w Afryce usługi oświatowe na wszystkich poziomach nauczania są płatne. Kryterium cenowe jest proste: im lepsza szkoła, tym droższa. Jedyną szansą biednych na przyzwoite wykształcenie swoich dzieci jest posłanie ich do szkół przymisyjnych, czyli zarządzanych przez zgromadzenia różnych wyznań chrześcijańskich. Te utrzymują wysoki poziom i są stosunkowo tanie (dotowane z pieniędzy misyjnych). Jedynym problemem jest bardzo ograniczona liczba miejsc w relacji do potrzeb i to, że rodzin, mimo obcinania racji żywnościowych i innych oszczędności, często nie stać nawet na zaniżone czesne.
Mniej znane są inne przeszkody przeciętnego nastoletniego Malgasza na drodze do matury. Pobudkę ma około 5 rano. Po ciemku wstaje z materaca, gdzie obok śpi młodszy brat i pomaga matce, która już od godziny gotuje na palenisku ryż na cały dzień dla kilku osób. Robi się jasno, powtarza lekcje i o 6.30 zaczyna zajęcia. O 11.30 – trzygodzinna sjesta, robi się za gorąco na naukę. W domu zjada miskę ryżu i do roboty: tylko dwie godziny, a trzeba nanieść wody, poprać nad rzeką, zająć się młodszym rodzeństwem, pouczyć się. 0 14.30 powrót na lekcje, które trwają do 18.30-19, kiedy znowu zapada noc. Po kolacji, jeśli jest, i po rozmowach z rodziną już tylko przy świetle paleniska, nasz licealista szybko wskakuje do łóżka: komary tną, a zachorować na kilkudniową gorączkę i niemoc malaryczną to tylko dodatkowy kłopot. Idzie spać, bo jutro klasówka z ekonomii – trzeba zbudzić się o 4 rano żeby jeszcze (przy świetle świeczki) – zdążyć nauczyć się terminologii.
Przychodzą wyniki matury – zdał! Może iść na studia! I wtedy niepokój, który go nawiedzał już nie raz nad notatkami – skąd wziąć pieniądze, nawet te na przejazd do miasta uniwersyteckiego, gdzie odbywają się egzaminy i znajdują uczelnie? Jak się samemu utrzymać w mieście, w którym rynek pracy dla młodych praktycznie nie istnieje? Wreszcie – jak opłacić czesne? Rodziców ledwo było stać na czesne za liceum – opłata za miesiąc studiów jest kilka lub kilkanaście razy wyższa.
Właściwie jedyną możliwością dla takiego zdolnego ucznia (zdawalność malgaskiej matury to średnio około 20%-30%) pochodzącego z przeciętnej malgaskiej rodziny to posiadanie kuzyna za granicą przysyłającego część swojej wypłaty w euro. Drugą możliwością jest pomoc organizacji takich jak My Baobab.
Fundacja od początku swojej działalności prowadzi projekt „My Madagascar", który ma na celu wychwytywanie tego typu zdolnych, ale nie mogących studiować młodych Malgaszy. Przez przydzieleniem im stypendium pokrywającego czesne i część kosztów utrzymania pragniemy, by w przyszłości, jako ludzie wykształceni i znający realia życia większości Malgaszów, mogli oni zmieniać swój kraj na lepsze. W tym momencie pod opieką Fundacji znajduje się piętnaścioro stypendystów uczących się w 3 miastach uniwersyteckich: Mahajanga, Fianarantsoa i Antananarivo.
Inny projekt, nad którym Fundacja zaczyna właśnie pracować, dotyczy młodych studentek, które mimo pochodzenia z najbiedniejszych środowisk stać na studiowanie. Jak to się dzieje? Prostytuowanie się młodych dziewcząt jest na Madagaskarze tematem tabu. Najczęściej ich źródło utrzymania jest tajemnicą Poliszynela. Dziewczyny nie wytrzymując takiego życia, próbują je zmienić, ale znajomość trudnych realiów gospodarczych bezlitośnie mówi im, że nie ma innej drogi.
Nasz projekt będzie nakierowany na szukanie tej „innej drogi" i na pomoc psychologiczną dla poszkodowanych. Elementem finalnym będzie założenie profesjonalnego punktu prewencji i pomocy, którego zręby już stworzył jeden z Malgaskich współpracowników Fundacji, Tendry Rakotoson, student socjologii i prawa na stołecznym uniwersytecie Ankatso.
Istnieje legenda o Malgaszach i ich Wyspie: pewnego razu, kiedy Świat już był prawie stworzony a wszystkie lądy i morza zostały już rozdzielone między ludy, zmęczony Stworzyciel udał się do Edenu by odpocząć, przybiegł do Niego Piotr i ze zmartwioną miną oznajmił, że jeden naród się spóźnił i żadnej ziemi mu nie przydzielono. „I co my z nimi zrobimy? Lud to dobry i spokojny, czekają teraz pod bramą, mam ich z niczym odesłać?" Na to Stworzyciel zastanowił się, westchnął i powiedział: „Dobrze. Niech więc oni przyjdą tutaj, a ja pójdę do Nieba".
www.mybaobab.org
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)