
Taka sobie fantazja na temat latania samolotem.
W pewnej chwili samolot zaczął nurkować z przeraźliwym świstem spotęgowanym naszym wrzaskiem. Kto żyw jeszcze na pokładzie - darł się jak opętany a tu i ówdzie warczącym basem dawały znać o swoim istnieniu co wrażliwsze odbytnice. Wreszcie, przy akompaniamencie chóralnie pękających bębenków w uszach pasażerów, samolot wyrównał, dotarł do płyty lotniska z głuchym plaśnięciem oraz finezja spasionej kury. Przestaliśmy się drzeć (a także warczeć, co poniektórzy) i z ulgą żywiołowo nagrodziliśmy pilota oklaskami. W odpowiedzi w głośnikach zaskrzeczało i zachrypiało - zadowolonym głosem odezwał się kapitan: "Podobało się wam? Chcecie bisu? To my zaraz powtórzymy... Arnie, zawracaj!"
"Nieee!!!" odpowiedz nasza była nieco chaotyczna, choć zgodna w swojej wymowie:
"Nieee, nie chcemyyyy!", "Wypuśćcie nas stąd!", "Ja chcę do domu!", "Fuck! Fuck! Shit! Shit!", "Powietrza!" no i moje donośne błaganie: "Spier...laaaj!".
Zamilkli wszyscy, spojrzeli w drzwi przedziału załogi zajęte teraz przez wielką postać czarnego jak smoła kapitana. Ówże wprawnym okiem zlustrował zawartość swojego miejsca pracy i bezbłędnie zlokalizował moje miejsce, choć siedziałem prawie na końcu . Chwiejnym krokiem dotarł do mnie i nachylił nade mną swoja olbrzymią mordę o asfaltowej cerze. Zamknąłem mocno oczy oczekując na cios. Kapitan zagulgotał jednak przyjaźnie radosną i bezbłędną polszczyzną:
"Pan z Warszawy?! Walczak jestem! Witam w Ameryce!".
"Chce pan tik-taka?", zaproponowałem onieśmielony przyjaznym tchnieniem. Walczak wyłączył uśmiech, w odpowiedzi położył na moim ramieniu swoja ciężka i upierścieniona obficie zlotem łapę : "Powiedziałeś pan 'spierdalaj'? Niby do mnie? Przecież to ja tu mieszkam."
Otworzyłem oczy, za ramie delikatnie trzymała mnie tym razem śliczna i jasna jak poranek stewardessa: "Proszę zapiąć pasy, lądujemy". Uśmiechnąłem się do niej.
"Eeee... Chce pan tik-taka?" szybko zamrugała oczami.
Ufff... wiec to był tylko sen. Samolot zgrabnie dotknął ziemi i szybko wytracając pęd zaczął kołować w stronę swojego rękawa . Z głośników usłyszeliśmy głęboki, męski glos: "Kapitan Walczak dziękuje państwu za mila podroż, ponownie zapraszamy do skorzystania z linii Delta Airlines".
Samolot dotoczył się wreszcie do terminala, dzikim pędem rzuciłem się do wyjścia rozdeptując nawet rosłych afroamerykańskich (tak się teraz ładnie nazywa Murzynów) koszykarzy.
I garść bardziej realnych wrażeń z tegoż lotu.
19:15
Właśnie mija półtorej godziny opóźnienia odlotu do Kolorado. A my narzekamy na nasza komunikację... Całe te największe lotnisko świata nie powaliło mnie z początku na kolana. Miałem zaledwie 40 minut na zmianę samolotu i w dzikim pędzie uwijałem się po tym molochu. Na szczęście był dobrze oznakowany i szybko mi to poszło. W każdym razie gdybym się spóźnił 20 minut, to zaliczyłbym nocleg w Nowym Jorku.
Kołując na pas miałem przyjemność obejrzeć galerię najróżniejszych samolotów świata. I najbrudniejszych też, gdzieś w kącie przycupnął nasz lotowski boeing (dorobił się własnego rękawa!) i wręcz błyszczał czystością na tle pozostałych samolotów. Najbrudniejszy był chyba jumbo jet z British Airways. Lotnisko jest spore, wrażenie wywarło na mnie wjechanie naszym samolotem na ulicę pełną samochodów. No cóż, nie mieści się w jednej dzielnicy chyba :) Hen, daleko mignęły na horyzoncie drapacze Manhattanu - podczas lotu z Warszawy nie dane mi było ich obejrzeć. Teraz siedzę wściekły w dusznej rurze z rdzawymi zaciekami na skrzydłach i popijam rozwodnioną coca-colę podaną przez apetyczną, czekoladową stewardessę. Zabawna sytuacja, jedną z pierwszych reklam jakie mnie powitały w Ameryce miała jako logo dobrze nam znaną mordkę LG... Czuję się jak w domu.
Droga z Warszawy była wręcz przyjemna, czyściutki samolocik, miejsce przy oknie, sprawna obsługa (zaledwie 30 minut spóźnienia!). Tylko pogoda wredna, prawie cała trasa ponad chmurami. Prześwity pojawiły się dopiero nad Danią i Norwegią (szkiery wyglądały jak kocie rzygowiny na lustrze), potem kilka błyśnięć Atlantyku i wreszcie zaczął prześwitywać Labrador. Byłem już nad Kanadą. Biały kożuch cholernych chmurek szybko jednak popsuł mi radość oglądania kanadyjskich pól. Dopiero tuż nad Nowym Jorkiem obniżyliśmy pułap na tyle, ze spory szmat najprawdziwszej Ameryki można było podziwiać do woli. Niestety, towarzysz podroży był nudny i ponury, jedyną miłą rzeczą jaką u niego zauważyłem była lektura 'Najwyższego Czasu'. Reszta współpasażerów składała się ze sporej grupy Polaków, kilkorga Japończyków (wszędzie już chyba wleźli), kilkorga Rosjan oraz kompletnej drużyny czarnoskórych koszykarzy, którzy natychmiast zaczęli rządzić samolotem. Próbowałem nieco popisać listów, ale jakoś nie szła mi ta przyjemna praca z zaglądającym mi przez ramie 'kolegą'. W tej chwili mam łatwiej, nawet jeśli współpasażer zagląda, to za Chiny Ludowe nie zrozumie co sobie (i Wam) piszę. Jakiś Flamand, bo szwargocze z niemiecka ale jednak inaczej.
20:15
Stoimy...Za oknem rozszalała się niezła burza z piorunami i potężnym wichrem. Siła wiatru jest taka, ze buja nami nawet teraz na pasie. Zapewne postoimy jeszcze nieco, bo personel roznosi po garści precelków i dwóch garściach orzeszków, byśmy się czymś zajęli. Rozdano tez słuchawki, w ramach przeprosin za darmo. A burza się robi iście amerykańska: wielka, szybka a pioruny łomoczą widowiskowo. I końca jej nie widać. Wow, popatrzę sobie bo jest na co.
20:33
Burza minęła, moja wściekłość nie. Samoloty zaczęły się poruszać, ale nasz stoi jak zaklęty. Zeżarłem już prażone orzeszki i nie mam co robić.
20:45
Startujemy, ciemno już na dworze, ale lotnisko tonie w światłach. Powoli kołujemy na nasz pas - zabawny widok sprawiają olbrzymie samoloty grzecznie czekające jeden za drugim, z nosem w ogonie poprzednika. Jesteśmy trzeci w kolejce, wrażenie robi kilka samolotów startujących jednocześnie w rożnych kierunkach. Tak samo lądujących, coś w rodzaju sabatu czarownic.
I wreszcie w powietrzu. Nowy Jork nocą z góry wygląda jak stolica świetlików, morze światełek i punkcików gdziekolwiek wzrokiem sięgnąć. Oczywiście mam pecha, Manhattan pozostaje poza moim wzrokiem. Wnoszą posiłek, zamówiłem stek. To był błąd, stek zapewne z bizona pamiętającego młodość Buffallo Billa.
22:45
Wokół mrok, horyzont rozświetlony doganianą łuną. Zachłanna czerń nasączona plamami miast. Pode mną śpi Ameryka
Pierwsze wrażenia.
Zupełnie nie czuję ze jestem w Ameryce, chociaż ludzie tu są z założenia serdeczni. Miałem wczoraj przyjemność poznać Yasera A Abdelkadera, Egipcjanina pracującego tutaj. Ma trudności z wypowiedzeniem mojego imienia. Zaśmiał się i powiedział "Maciek' sounds like 'magic'". Może ma nieco racji?
Niebywała rzecz, Internet mają za darmo! No, prawie... Opłaca się tu raz w miesiącu ryczałt ale dzięki niemu wszystkie rozmowy lokalne są za darmo. Internet tez, wiec wiszę na ircu non-stop.
Ciekawe co z moim bagażem, zaginął na lotnisku (o ile w ogóle na nie dotarł?). Miła pani z Delty dała mi w ramach przeprosin saszetkę z niezbędnymi przedmiotami codziennego użytku. A bagaż przyjedzie do mnie taksówką na koszt linii lotniczych. Będzie chyba ze 400 kilometrów.
Laramie jest małym miasteczkiem (ok. 25.000 dusz), o typowej środkowo - amerykańskiej niskiej zabudowie. Jest tu nawet 'stare miasto' z budynkami mającymi raptem niecałe 100 lat. Głównie jednak składa się ze współczesnych pudełek, czasami nawet ładnych - częściej jednak całkiem szpetnych. W ogóle zdaje się, że więcej miejsca zajmują jezdnie niż mieszkania. Miasteczko jest niezbyt zamożne, na ulicach widać dużo kilkunastoletnich samochodów. A tych jest masa - w całym stanie Wyoming jest ich około pół miliona, czyli nieco więcej niż wynosi cala populacja stanu. A stan ma powierzchnie większą chyba od całej Polski. Bardzo dużo jeździ tu olbrzymich ciężarówek, znanych mi dotąd jedynie z filmów. I prawdą jest stwierdzenie, ze amerykańskie samochody (te stare zwłaszcza) są niezwykle wygodne. Można się w nich kłaść prawie w poprzek.
Przeważa ludność biała, niewielu widać ciemnoskórych Amerykanów, prędzej śniadych. Wg statystyki jest tu raptem 3% Murzynów. Spory procent obywateli charakteryzuje się bardzo dużą nadwaga, choć kładzie się tu duży nacisk na rozwój sportu. Oczywiście widać też dużo młodzieży o kształtach zapierających dech w piersiach :)
Laramie leży całkiem wysoko względem morza, mniej więcej na wysokości Giewontu. Dlatego powietrze jest bardzo suche a natężenie promieniowania ultrafioletowego dość spore. Nie zauważyłem tu żadnego przemysłu, nastawione zdaje się być na tutejszy uniwersytet (który mnie, prawdę mówiąc, gości).
Zwiedziłem już kilka marketów (trudno bowiem o drobne sklepiki - wszystko można kupić w sklepowych molochach). Bardzo tania jest tu elektronika, już upatrzyłem sobie kilka gadżetów; z ewentualnym zakupem wstrzymam się jednak do wyjazdu. Niesamowicie tanie jest piwo, za skrzyneczkę 12 butelek australijskiego Fosters'a zapłaciłem niecałe $10.oo - zważywszy, że u nas buteleczka taka kosztuje ok. 5,- można obliczyć, iż w Polsce kosztuje ona prawie 2x więcej. Podobnie jest z winami, można je kupować w papierowych kartonach po 5l za kilka dolarów.
Mój rozwalony lotem żołądek dochodzi powoli do siebie, już nie zwijam się z bólu i nie odpalam 'tajniaków'.
Dopiero przed chwilą (20-ta, a właściwie 8 pm) miła pani dostarczyła taksówka mój bagaż, nieuszkodzony i kompletny. Mam przynajmniej co na siebie włożyć, choć już się nastawiałem na odszkodowanie i zakupy od nowa. Prawdę mówiąc to opłaciłoby mi się to sowicie, bowiem w plecaku miałem raptem ciuchów i dupereli za jakieś $100.oo a miałbym szansę otrzymać odszkodowanie nawet w wysokości dziesięciokrotnej.
Drugie wrażenia.
Fascynuje mnie łazienka, a przede wszystkim sedes. Wygląda jak zepsuty, a już zwłaszcza po użyciu. Tak jakby szambo wybiło, albo zatkał się odpływ. Muszla jest wypełniona woda w 3/4, całkiem to łebskie - dzięki temu łatwiej utrzymać jej czystość. Golenie się europejską maszynką elektryczną także dostarcza wrażeń. Mniejsze napięcie powoduje jakby jej wolniejsza prace, a na pewno mniejsza moc. Na szczęście obyło się bez oskalpowania, choć takie wrażenie początkowo miałem.
Od wczoraj nie mamy TV, piorun uderzył tuż koło naszego domu i kablówka w całym budynku zrobiła 'pssss'. Zresztą w TV i tak nic nie ma, mimo chyba 30-tu kanałów nie ma nic do oglądania, głównie jakieś seriale, prezentacje chłamu (takie nasze Mango-Gdynia), talk-shows i kilka kanałów informacyjno-pogodowych. Nie boleję wiec zbytnio nad utrata telewizji, tym bardziej że operator nie subskrybuje Cartoon Network tylko Disney Channel, który swoja słodyczą powoduje u mnie ból zębów. Miła cechę jednak maja tu niektóre kanały - na bieżąco wyświetlane są napisy dla niesłyszących, korzystam z tego by dowiedzieć się na przykład ze Mała Syrenka mówi 'ouch' a kolega-krab za to 'aaaaaa!'.
Olek wyjaśnił mi na czym polega problem ze spalonym transformatorem, otóż tutaj dla oszczędności puszcza się po linii napowietrznej 1kV a następnie rozdziela się na grupy domów (z reguły po 4). Robią to prymitywne transformatory chłodzone olejem a wyglądają jak dwa termosy na słupie. Jako, że olej jest palny, zdarza się raz na jakiś czas, ze transformatory eksplodują sobie. Naszemu wczoraj wydatnie pomógł piorun.
Wybrałem się na pocztę po znaczki. Oczywiście ofiara z demoludu stała dobrych kilka minut na skrzyżowaniu, czekając aż napis DON'T WALK (po naszemu NIE ŁAZIĆ) straci pierwsze słowo. Uważniejsza lektura pobliskiego słupa zaskutkowała olśnieniem: należy nacisnąć taki jeden guzik jeśli chce się przejść. Brak logiki autochtonów kazał im umieścić odpowiedni dla przejścia przycisk z zupełnie innej strony. Zanim wiec przedarłem się na druga stronę jezdni, wstrzymałem beztrosko ruch samochodów na równoległej. Nic to; udało mi się nawet powrócić ze znaczkami i to w ilości uprzednio zaplanowanej.
W południe jedziemy na małą, 10-ciogodzinna wycieczkę do Fort Collins i do Parku Narodowego Gór Skalistych.
Wycieczka do Parku Gór Skalistych.
Dziś mieliśmy małą wycieczkę do Rocky Mountains National Park (Narodowego Parku Gór Skalistych). Zaczęliśmy od wędrówki po sklepach elektronicznych w poszukiwaniu aparatu fotograficznego (miałem złe przeczucia co do swojego Zenitha). Na żaden się nie zdecydowałem i szkoda, bowiem Zenith tradycyjnie zerwał film. Tym razem na szczęście pod sam koniec błony, wiec zdjęcia może uda się odratować. Pierwsza cześć jazdy (łącznie ok 500 km) minęła pod znakiem potu. Samochód musiał jechać, by można było w nim wytrzymać. Zaczęło się od płaskiej prerii z sinym i zachmurzonym łańcuchem górskim na horyzoncie. Na niektórych szczytach można było dostrzec już stąd ośnieżone kopuły. Powoli na prerii pojawiały się żółtorude pojedyńcze skały i wielkie kamienie, było ich coraz więcej aż do najbliższego miasta.
Na pierwszy ogień poszedł Fort Collins, małe miasteczko w stanie Colorado, ponad 100 km od Laramie. Olek z Dagmarą przyjeżdżają tu czasami zjeść coś smacznego w chińskim bufecie; bagatela - półtorej godziny jazdy samochodem w jedną stronę, ale to już taki urok wielkich odległości. Fort Collins jest nieco ładniejszy od Laramie, ma też ciekawszą 'starówkę'. No i ciekawszy asortyment sklepów. Wszyscy przygotowują się do narodowego święta 4 lipca. Budynki są już udekorowane pasiastymi flagami, w sklepach można kupić narodowe sztandary a wielkie markety szykują oferty okazyjnych wyprzedaży. Po drodze mijaliśmy pociąg towarowy, dość krotki - skład wagonów miał może zaledwie z 500m, podobno typowy zestaw przekracza kilometr. Podczas jazdy próbowałem zrobić nieco zdjęć, ale Olek poradził bym się wstrzymał nieco, na pewno będą ciekawsze widoki. I miał racje... Krajobraz jest tu bardzo zmienny, Po wyjeździe z Ft.Collins droga wiodła nas przez wąwozy - właściwie cały czas można było fotografować choćby przerytą dynamitem przez skały autostradę. Barwy skał różne, od typowej szarości do rdzawych odcieni znanych z amerykańskich widokówek. Wjeżdżaliśmy coraz wyżej, powietrze ochładzało się stopniowo i pozwalało oddychać - coraz bliżej nas był tez masyw łańcucha gór, które chcieliśmy pobieżnie zwiedzić tego popołudnia. Wjazd do parku narodowego kosztuje bodaj $6.oo, ale olkowa karta turystyczna Golden Eagle otwierała przed nami wszelkie parki narodowe za darmo.
Wjechaliśmy przez Estes Park, gdyby nie budka rangera nie odczułoby się zmiany: droga wyglądała tak samo jak w innych miejscach - szeroka i wygodna, za to bardziej kręta. Wybraliśmy dłuższa nieco trasę Trail Ridge Road biegnącą grzbietem górskim. Cały czas wjeżdżaliśmy coraz wyżej, odczuwalne było to przez zmianę ciśnienia. Na wyższych odcinkach często robiliśmy krótkie postoje gwoli pooglądania widoczków, tak wysoko nawet niewielki spacer kończył się zadyszką, choć nachylenie góry było raczej łagodne. W najwyższym punkcie trasy osiągnęliśmy wysokość ok 3.800 metrów npm, to prawie 2x wyżej niż Giewont. Tu i ówdzie mijaliśmy jęzory brudnego śniegu, niektórzy turyści próbowali się w nim bawić. Prawie cały czas napotykaliśmy samochody, wszędzie sporo zwiedzających choć tłok o wiele mniejszy niż na szlakach tatrzańskich. Gdyby porównać (co nieuchronne) ów odcinek Gór Skalistych z naszymi Tatrami, to te drugie są znacznie mniejsze i wręcz drobniejsze za to bardziej strzeliste i jakby lżejsze. Tutejsze góry są ogromne i zarazem masywne, ofertą bardziej też nastawione są na wygodę turystów. Niektóre tereny przy szosie były całkowicie dostępne, nieliczne jednak (zwłaszcza tundrowe) pod ścisłą ochroną. Generalnie jednak można było wejść gdziekolwiek się chciało a wystarczyło niewielkie oddalenie od asfaltu, by w martwej ciszy słyszeć własny krotki oddech i kołatanie serca. Pętało się tez nieco zwierzaków, spróbowałem zrobić zdjęcie prawie oswojonemu chipmunkowi, nie bał się zupełnie choć wziąć do ręki pozwolić się nie dal. Chipmunk podobny jest do naszej wiewiórki, tylko mniejszy, o beżowo-szarawym futerku i ze znacznie krótszym ogonkiem.
Zjeżdżając już ze szczytu Fall River Pass (ponad 12.000 stop wysokości) zatrzymaliśmy się na moment przy Continental Divide, działu wodnego dwóch basenów: atlantyckiego i Pacyfiku. Nieco dalej zatrzymaliśmy się przy Coyote Valley Trail (Szlak Doliny Kojotów) nad wypływającą stad rzeka Colorado. Kojota nie widzieliśmy żadnego, natomiast od groma było bezczelnych jeleni (Bull Elk), nieco podobnych do reniferów. Zupełnie nie bały się oblegających je turystów; ba, średnio na znudzonego jednego jelenia przypadały 3-4 samochody z zagapionymi zwiedzającymi. Z parku wyjeżdżaliśmy już o zmierzchu, Olek wybrał powrotna trasę nieco okrężną, ale też malowniczą - zaczęło się od przejazdu brzegiem dwóch dużych jezior, widok na drugi brzeg z piętrzącymi się zwałami potężnych gór oświetlanych na różowo zachodzącym słońcem był zachwycający, niestety - było już za ciemno, by robić zdjęcia. Obaj tez byliśmy na tyle zmęczeni, że chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do domu. Szosa jednak nie pozwalała nam na znużenie, mimo że na przewodnikach nie była oznaczona jako szlak widokowy to jednak było co oglądać. Monotonnie zrobiło się dopiero po zapadnięciu pełnego zmroku, ponad 100 km jechaliśmy całkowicie sami przez pustkowia oświetlone jedynie księżycem i reflektorami naszego błękitnego plymoutha. Sporadycznie rozbłyskały światła mijanych pojedyńczych samochodów, chwilami jednak byliśmy całkowicie sami na przestrzeni ogarnianej wzrokiem - od horyzontu po horyzont.
Wycieczka do Devils Tower.
I kto by pomyślał, że zobaczę miejsce, którym zainteresowałem się kilkanaście lat temu...
Wyjechaliśmy w południe, w porze największego operowania słońca. Wpierw odwiedziliśmy na chwile prof. Wilamowskiego, który wyregulował luz w kołach naszego plymoutha i tak uspokojony puścił nas dalej. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o bank, a właściwie przyszłość banków: małe pudełko, znane nam jako bankomat ale o pełnej ofercie usług. Nie wychodząc z samochodu można dokonać transferu pomiędzy kontami, sprawdzić stan kont, nie mówię już o wypłacie gotówki. W ogóle tu wszystko opiera się na kartach płatniczych i kredytowych, gotówka jest mile widziana tylko poza granicami miast a i to w groszowych ilościach. Tak więc amerykański bank zatrudnia niewiele osób przy obsłudze bezpośredniej klienta, klient woli pójść do czynnego całą dobę bankomatu niż wystawać w kolejce do miłej pani (tu wszyscy wciąż się uśmiechają i pozdrawiają radosnym 'Hi!' według znanej zasady ‘keep smiling’).
Jak zwykle wpierw zaczęliśmy od równin (w końcu Laramie leży na równinach), szybko skróciliśmy sobie drogę przez niewielki łańcuch Iron Mountains. Góry Żelazne to niewielkie pagórki, gruzowiska rudy żelaza właściwie, porośnięte skąpa roślinnością, głównie trawą i gdzieniegdzie kaktusami. Następnym odcinkiem było kilkadziesiąt mil autostrady międzystanowej, tu już nie działo się nic ciekawego, masa billboardow na trasie, by kierowcy mogli sobie poczytać broniąc się przed zaśnięciem, spora ilość wielkich truckow i nieco motocyklistów, przeważnie na harleyach sporo szybszych od naszej błękitnej torpedy. Właśnie tu widać kult tego pojazdu, Harleye to symbol niepokornej Ameryki. Niestety, jest to już kult otoczony sporym biznesem. Mijaliśmy nawet jakieś lokalne muzea Harleya-Davidsona, ale nie było czasu (i ochoty zresztą tez), by tam zajrzeć. Sama firma podobno wprowadziła reglamentację tych motorów – aby kupić nową maszynę trzeba oddać starą.
Szybko pożegnaliśmy się z wygodną autostradą już w Douglas, skierowaliśmy się stanową szosę 50 wiodącą do Gilette. Na szybkości jednak nie ucierpieliśmy, stanowa szosa jest równie gładka jak autostrada, tyle że mniej na niej services, brakuje też rest areas, czyli punktów postoju, gdzie można odpocząć, załatwić potrzeby fizjologiczne, kupić coś zimnego do picia i poradzić się dyżurujących informatorów o dojazdy czy miejsca godne zwiedzenia w okolicy. Wszystkie autostrady w USA porażają swoja czystością, nie uświadczy się papierka czy puszki walającej się na jezdni. Cóż, przepisy są tu srogie, co jakiś czas migają znaki ostrzegawcze o kontroli czystości trasy. Za wyrzucenie papierka można zabulić nawet tysiąc dolarów, a 'public urinate' kosztuje conajmniej 80 dolców. Dalsza trasa wiodła przez równiny w pełnym słońcu. Jedynym towarzystwem były furgoniki farmerów i wszechobecne, przetaczające się z hukiem rozgrzane wielkie ciężarówki, nie zważające na nic co przed nimi. Niektórzy kierowcy truckow zabawiali się markowaniem spychania nas na pobocze ale na szczęście niezbyt bezpieczne te zabawy zdarzyły się tylko kilka razy. Drogę urozmaicały tez rozkawałkowane kołami zwierzaki, z reguły szczury piżmowe i szopy.
Około 17-tej dotarliśmy wreszcie do podnóży Black Hills, stąd już blisko było do samej wieży. Wyobrażałem sobie ją jako sporo większą, choć gdy dotarliśmy do jej podnóża, zachwycił mnie jej ogrom. To właściwie jest bazaltowy słup podmorskiego wulkanu powstały 3 miliony lat temu. Pobrużdżony odpadającymi kawałkami i ścięty płasko przypomina kikut Juranda ze Spychowa lub olbrzymi komin. Wygląda posępnie i groźnie, dlatego wciąż jest świętym miejscem dla tutejszych Siuksów oraz wyzwaniem dla żądnych wrażeń alpinistów, wspiać się bowiem na 300 metrów pionowej ściany jest wyczynem.
Porobiłem sporo zdjęć wieży, a warto było bo skała zmienia barwę w zależności od pory dnia i od kąta padania światła. Pod wieczór góra była piaskowo-zielona a o zmroku ciemnoszara. Kolumna mierzy sobie 290 metrów a od zalesionego podnóża doliczyć trzeba kolejne 180. Łącznie wierzchołek wznosi się na 1500 m/npm. Mimo, że jest to pierwszy pomnik przyrody, ustanowiony przez kongres już w 1906 roku, dopiero jednak film Spielberga 'Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia' rozsławił Diabelską Więżę na cały świat. I od tamtej pory jest ona sporą atrakcją turystyczną, jednak tylko dla najwytrwalszych. Widzieliśmy zwiedzających z bardzo odległych stanów, także wszechobecnych Japończyków włażących gdzie tylko się dało. Znów złośliwie używać zaczęliśmy określenia 'żółta zaraza' i doprawdy nie bezpodstawnie. Turyści z Japonii i Chin uznani są bowiem za najbardziej uciążliwych dla otoczenia na świecie.
Dość szybko zaczęło zmierzchać, trzeba było wiec znaleźć miejsce do noclegu, postanowiliśmy spać pod Devils Tower skoro już tu jesteśmy. Nieco czasu zajęło nam zdobycie prowiantu i gdy usadowiliśmy się na campingu, zapadł już zmierzch. W nocy przeszła obok nas burza, błyskawice wspaniale oświetlały skałę, mieliśmy dzięki temu dodatkową atrakcję - przedstawienie 'światło i dźwięk'. Wbrew ostrzeżeniom strażniczki, nie padało w nocy - mogłem wiec położyć się spać pod gołym niebem, pod górą która wiele lat temu tak bardzo mnie zafascynowała. To miło spełnić zachciankę z dzieciństwa, która z góry była skazana na niepowodzenie.
Wycieczka do Badlands.
Noc pod gołym, burzowym niebem przeszła pod znakiem lęku o wizytę grzechotnika w moim śpiworze. Budziłem się też co jakiś czas z powodu wiatru oraz gorącą. Olek użyczył mi swojego śpiwora - nie wiem z czego był zrobiony, bo pociłem się niemiłosiernie, wręcz musiałem rozpinać śpiwór. Ale obudziłem się na czas, na wschód słońca pod Devils Tower. Warto było niedospać, gra świateł poranka na zastygłej magmie kolumny godna była uwiecznienia na kliszy fotograficznej, nie mówiąc już o wspomnieniach - tego się nie zapomina.
Około 6-tej wyjechaliśmy w dalsza trasę; zatrzymaliśmy się na chwilę obejrzeć kolonię piesków preriowych. Małe zwierzaki, oswojone z ludźmi dopuszczały nas na bardzo bliską odległość pozwalając się fotografować. Jako że wyszczekane gryzonie nie chciały robić nic więcej, poza wpieprzaniem trawy, szybko nam się znudziło łażenie za nimi i wysłuchiwanie pyskowania na nasz temat zapewne.
Skierowaliśmy się w stronę Mount Rushmore, zachciało mi się bowiem obejrzeć głowy prezydenckie wykute w litej skale za pomocą dynamitu i dłuta przez niejakiego Borgluma, wyznawcę credo, że sztuka amerykańska powinna być równie monumentalna jak amerykańskie życie. "Dzieło" kosztowało prawie 100 tysięcy ówczesnych (lata 1927-1941) dolarów a zostało wykonane w 90% dynamitem. Mało w tym artyzmu, więcej hołdu technologii, ale Rushmore National Monument robi wrażenie co najmniej interesujące. Można je porównać z komunistycznymi pomnikami Lenina, Stalina czy Kim-Ir-Sena, to jednak bije pozostałe na głowę swoim rozmachem. Każda z głów ma po 18 metrów wysokości, zostały kute przez 6.5 roku ale twórca ich nie zdołał doczekać odsłonięcia. Dzieła dokończył syn a od samego początku monument jest główną atrakcją Południowej Dakoty, który to stan dodatkowo ma jeszcze inna wielka głowę, wodza Siuxów - Szalonego Konia. Twarz jest kuta przez Indian jakby w odpowiedzi na pomnik Białych Ojców z Waszyngtonu. Projekt i wykonanie zapoczątkował na prośbę Indian bostończyk polskiego pochodzenia, Korczak Ziółkowski. Budowę zaczęto w 1939 roku i trwa ona do dziś, jako że ma to być największy pomnik świata. Dumni Indianie nie starają się o żadne rządowe dotacje, całość programu jest wykonywana z darowizn innych plemion oraz z datków zwiedzających. Niestety, do tego monumentu nie dotarliśmy.
Trzecią atrakcją Południowej Dakoty są Badlands wchodzące, podobnie jak Black Hills (kłania się lektura 'Złota Gór Czarnych') do Wielkich Równin. Badlands powstały z popiołu wulkanicznego, przykrytego następnie słonym morzem a potem bagnami. Po wyschnięciu dno zostało zerodowane przez deszcze, powietrze oraz przepływającą przez nie White River. Powstały dzięki temu niesamowite twory wulkanicznego tufu o różnobarwnych warstwach. Nieco przypominają one Wielki Kanion Kolorado, mimo to można je odróżnić z łatwością choćby po bardziej pastelowych barwach. Erozja wycięła w popiołach najprzeróżniejsze kształty - opisać je to tak jakby porwać się na opis szumu morza. Od dawna noszą nazwę Złej Ziemi. Wpierw mieszkający tu Indianie nazwali je 'Mako Sita', następnie Francuzi określili je jako 'Złe Miejsce do Podróżowania'. I rzeczywiście, sprawiają wrażenie wręcz księżycowe, nieziemskie. Ale tylko sprawiają, ponieważ sporo tu fauny i niskiej flory. Łatwo zauważyć można jelenie, wszechobecne pieski preriowe a sporadycznie nawet bizony.
Badlands objeżdża się samochodem wedle dość długiej trasy, bardzo widokowej. Przejazd przez ten park narodowy zajął nam ponad 2 godziny, włączając w to wylegiwanie się na pustkowiach i łażenie po stromych formacjach. Po wjeździe na asfaltową szosę trafiliśmy w tłum turystów, rzecz jasna natknęliśmy się na 'żółtą zarazę' ale też na pełen autokar Polaków. Brak charakterystycznego słownictwa zasugerował nam, że mamy do czynienia z Polonusami a nie z wycieczką ze Starego Kraju.
Porządnie zmęczeni kilkakrotną zmianą klimatu (Devils Tower - gorąco, Mount Rushmore/Black Hills - jazda w chmurach + niskie ciśnienie, Badlands - duszne i ciężkie powietrze) oraz olbrzymimi odległościami (nabiliśmy na licznik chyba ponad 1000 km) wyruszyliśmy z powrotem do Wyomingu. Droga była znacznie dłuższa, bowiem zatrzymywaliśmy się na rest areas, gdy tylko Olek błogo zaczynał pochrapywać nad kierownicą.
Podroż powrotna była monotonna, dopiero pod wieczór, podczas jazdy mieliśmy okazję przyglądać się zachodowi słońca nad prerią. Pustkowia poprzecinane skałami i resztkami wapiennymi mieniły się różnymi kolorami, a zachmurzone na wschodniej części niebo nie pozostawało dłużne. Słońce zachodzi tu istnie krwawo, jest bardziej czerwone niż nasze, europejskie zachody. Gra świateł dosłownie zatykała nas, jechaliśmy w milczeniu kręcąc głowami na wszystkie strony świata, każdą w tym momencie w innym kolorze.
Po zapadnięciu zmroku, gdy dojechaliśmy do Lost Springs, miasteczka o populacji czterech osób, zaczęło padać. Jechaliśmy szosa stanową, tuż przy granicy z Nebraską. Po tamtej stronie granicy szalała potężna burza, gwałtownością nie ustępująca tropikalnej. Chmury rozbłyskiwały czasami nawet kilkakrotnie w ciągu sekundy, zjawisko wyglądało na bardzo groźne, choć walka żywiołów rozgrywała się głownie na wysokim pułapie. Naturze pomagali też ludzie wystrzeliwując w niebo na wiwat masy petard i sztucznych ogni, w końcu to był 4 lipca, najważniejsze święto Amerykanów.
Oślepieni do domu dotarliśmy dopiero o północy, nieludzko zmordowani ale żywi i cali. Tuż przed Laramie bowiem o mały włos nie rozjechałby nas wielki truck, wystarczyłoby wbiegniecie jakiegokolwiek zwierzaka pod nasze koła, a zostalibyśmy wprasowani w asfalt przez kierowcę-idiotę za naszymi plecami, prawie dotykającego kołami nasz samochód.
Lokalne rozrywki.
Kilka dni odpoczynku minęło pod znakiem leniwego zwiedzania najbliższej okolicy. W poniedziałek pojechaliśmy sobie bardzo widokową szosą Vedauwoo do Medicine Bow na barbecue. Medicine Bow to uroczy zakątek niedaleko Laramie, znakomite miejsce piknikowe. Wstęp kosztuje 3 dolary a atrakcji biwakowych sporo. Co kilkadziesiąt metrów są stanowiska wyposażone w paleniska, solidne stoły a czasami nawet w bieżąca wodę i oczko sanitarne (w Ameryce zwane jest 'restroom' - nie należy pytać się o drogę do 'toilet' bo pokażą tylko umywalkę, a skrót WC jest tu kompletnie nieznany). Miejsca są rozrzucone dosyć różnorodnie. Jedne postawiono na płaskiej polance, inne niedaleko małego jeziorka, a jeszcze inne u podnóża skałek, na które rzecz jasna wypada się powspinać. Niewielkie one są, ale z uwagi na gładkość głazów można sobie skręcić to i owo. Pagóry są nieco podobne do naszych Sudetów, tyle ze w miniaturce. Po sutym barbecue przyrządzonym przez Olka zaszturmowałem najbliższe skały. Doszedłem prawie do wierzchołka, niestety - 'obuw' nie nadawał się zbytnio do wspinaczek i odpadłem u podnóża ostatnich głazów. A szkoda, bo Olek był ciekaw jak jest na górze. Tyle ze to ja miałem mu opowiedzieć jak się obudzi po wieczornej sjeście. No nic, nie opowiedziałem. Wróciłem lekko zdyszany i wziąłem się za odpisywanie na listy. Podczas tej czynności także odpadłem, a to z powodu zlotu komarów na maciegowisko - wystarczyło lekko się spocić, by sfrunęły się wszystkie komary (moskity?) w promieniu kilku kilometrów. Wreszcie nie było wyjścia, trzeba było budzić Olka i wiać póki jeszcze było co ratować. Niestety, nie wziąłem ze sobą piwa, wiec nie było czym odstraszyć fruwającego obficie draństwa.
Dzień drugi upłynął pod znakiem zakupów. Ponowna wycieczka do Fort Collins miała na celu wejście w posiadanie drogą kupna fotoaparatu w miejsce mojego zapowietrzonego Zenitha. (Rwie on filmy w dowolnych miejscach a dodatkowo nierówno naświetla co jakiś czas klatki.) Najpierw spokojnie obejrzeliśmy ofertę w supermarketach opędzając się od wiecznie uśmiechniętego i boleśnie uczynnego personelu. Markety są podobne do naszych Macro Cash&Carry (półhurtownie takie jak Sam's Club) lub znanego skądinąd Geanta (tutejsze Wal Mart i K'Mart). Dwa dni zajęło mi zrozumienie, że do większości z nich można wejść bez wózka mając tylko ręce w kieszeniach. Pełna swoboda w wyborze towaru: można dotykać, sprawdzać, oglądać na wszystkie strony, otwierać i grymasić. Każdy produkt jest tu wystawiony w pojedynczym egzemplarzu do przetestowania przez kochanego klienta - nawet najdroższe modele kamer video i sprzętu audio są na pełnym chodzie. Tylko broń (tak, giwery dla wszystkich są tez w supersamach) jest zamknięta za szybą coby kochani klienci nie wystrzelali kasjerów na odchodnym. Personel nie łazi jak u nas za klientem i nie zagląda mu w kieszenie. Rolę tę przejęły gęsto zawieszone pod sufitem kamery telewizyjne, tak więc raczej trudno bezkarnie coś buchnąć z półki, choć widywałem uszczknięte opakowania. W USA panuje zasada, że wszystkim się wierzy do czasu pierwszej próby oszustwa. Wieść o nieprawomyślności rozchodzi się błyskawicznie po całym kraju i jakimiś tajemniczymi sposobami nagle wszyscy wokół robią się lekko nieufni. Dlatego dla spokojnego życia nie warto kombinować, tym bardziej że tubylcy nie kochają zbyt mocno przyjezdnych.
Po zlustrowaniu bogatej oferty supermaketow poszliśmy do chińskiej restauracji (Olek stawiał). Wstęp do Chińczyka kosztuje ok. 7 dolarów ale za to można jeść co się chce, ile się chce i jak długo się chce. A wybór niczego sobie: ryż przyrządzony na 4 sposoby, makarony, kurczaki w wersjach od fastfoodowej (pod kątem białych) na czysto orientalnej skończywszy, owoce morza, jakieś cudy-niewidy porobione z warzyw... dla smakosza raj a i dla głodomora siódme niebo; napchać się do nieprzytomności za 20 zł bez popędzającego personelu to nie lada frajda.
Zaatakowałem swój talerz obfitości pałeczkami. Przy grubszych potrawach nawet nienajgorzej mi szło, ale gdy doszło do dziobania ryżu wyraźnie spowolniłem i tak ślimacze tempo. Wreszcie po 10-ciu minutach stwierdziłem, że bardziej się spociłem niż najadłem i sięgnąłem po widelec przyniesiony zawczasu przez przewidującego Olka. Czego tam nie było... kurczaki na ostro i na chrupko, wołowinka w jakimś fantastycznym sosie, ryż na słodko, maleńkie kolby kukurydzy, którymi udekorowano sztukamięs w wersji azjatyckiej. Także jakieś pierścionki ze smażonej na krucho cebuli (średnica takiego pierścionka z powodzeniem konkurowałaby z bransoletami), pierożki z serem (podobne do naszych, ale nie słodkie), małże, krewetki o rozmiarach małej myszy, odnóża krabów (oj, trzeba mieć mocne zęby żeby się dobrać do soczystego mięsa) a wszystko zapijałem piwem korzennym (smak syropu przeciw kaszlowi, który wylał się do kubka z coca-colą. Z piwem nie miało to chyba nic wspólnego). Na sam koniec można było sobie zrobić własnoręcznie deser owocowo-lodowy i zagryźć ciasteczkiem z wróżbą. Można było tez bez krępacji pozdrawiać 'od tasiemca' otoczenie, w chińskich restauracjach jest to mile widziane przez gospodarzy. Za to można się śmiertelnie narazić wydmuchiwaniem nosa. Nażarci i zadowoleni wróciliśmy bez entuzjazmu do marketu po upatrzony wcześniej aparat fotograficzny. Pofolgowałem przy okazji swojemu dziecinnemu charakterowi dorzucając do koszyka pióro laserowe (u nas i tak kosztuje co najmniej 100 PLN, a tu walały się dosłownie koło herbaty i kawy kosztując niewiele). Potem siedziałem dwa dni puszczając zajączki po ścianie odległego o kilkaset metrów od nas szpitala i oślepiając komary w moim pokoju...
Dzień trzeci upłynął na drapaniu bąbli po mściwych komarach. Wieczorem poprzedniego dnia bowiem zabraliśmy się za uszczelnianie miski olejowej w samochodzie. Latające draństwo oczywiście nie przepuściło takiej okazji i na podwórzu odgłosy studenckiej imprezy mieszały się z naszymi warczącymi a treściwymi w swojej wymowie komentarzami pod adresem piękniejszej połowy komarzej populacji. (Wiadomo wszystkim przecie, że panie-komary żywią się krwią, panowie natomiast pyłkami kwiatowymi. Taka to już romantyczna płeć, natury nie da się oszukać, o nie!). Dopiero olśnienie ocaliło nasze marne skóry - przypomniałem sobie bowiem o piwie, szybko popędziłem do domu po puszki i na miejscu obalilim po jednej. Efekt rewelacyjny, w komarzyce jakby piorun strzelił - rozprysły się momentalnie. Jak to z babami - pójdzie sobie chłop na piwko z kolegami to za cholerę taka się już potem nie przytuli. Samo życie.
Ale jako się rzekło, trzeciego dnia drapiąc się po bąblach na różnych częściach ciała, pojechaliśmy do Cheyenne - stolicy stanu Wyoming. Krążąc uliczkami przez chwilę czułem się jak w cywilizowanym mieście - budynki nareszcie zaczęły przypominać konkretne domy, w porywach nawet czteropiętrowe. Każda stolica stanowa musi mięć miniaturkę waszyngtońskiego Kapitolu, tu też takowa była - chyba jedyny Kapitol ze szklaną kopułą w całej Ameryce. Zdjęcie wykonano rzecz jasna. Obok Kapitolu był sobie mały deptak z ławeczkami - niektóre z nich mają udekorowane oparcia całkiem zgrabnymi artworkami ze scenkami z historii Wyoming (trudno to wprost nazwać malowidłem czy obrazem). Na pewno prezentują się ładniej, niż rodzime dzieła wydrapane scyzorykiem bądź wprost pazurami a głoszące miłość do rożnych Beat, Asiek czy Legii.
Cheyenne jest przede wszystkim bazą lotniczą sił powietrznych, siły owe zarządzają nie tylko samolotami ale też rakietami bojowymi, z głowicami atomowymi jak najbardziej na czubku. Swego czasu były wycelowane w dobrze nam znaną część Europy, teraz zostały podobno zdemontowane. Trzy z nich wystawiono jednak ku uciesze gawiedzi na widok publiczny. Rozpoznałem antycznego Minutemana i Pershinga, trzecia rakieta została mi nieznana. Nam zabawnym wydał się fakt, że baza i rakiety stały sobie przy Pershing Boulevard - trzeba jednak wiedzieć, że zarówno ulica jak i rakieta wzięły nazwę od amerykańskiego generała a nie odwrotnie.
Dość szybko sprzątnęliśmy się jednak do Laramie, trzeba się było wyspać przed czwartkową podróżą do Yellowstone. A zacny to szmat drogi...
W księżycową jasną noc.
Gwiaździsta noc gdzieś w górskiej dolinie rezerwatu Indian Arapaho. W tle słychać spadającą kaskadę strumyka Wind River, przede mną łyska oświetlone pełnią księżyca, krystalicznie czyste jezioro. Wokół piętrzą się czarne góry Tetonu poprzetykane łysinami skał.Jestem sam, jeśli nie liczyć śpiącego w namiocie współtowarzysza podróży. Sam na ziemi, którą naście lat temu oglądałem oczami wyobraźni, wspomaganą lekturami powieści Karola Maya. Obok mojego legowiska żarzy się ognisko - sto lat temu ściągnęłoby mi na głowę Indian z odległości kilkunastu mil. Dziś mogę obawiać się tylko zaziębienia; a niech tam, musze spać na podobieństwo bohaterów moich ulubionych książek! Tu jest prawdziwy, wciąż Dziki Zachód. Z dala od autostrad, od krzykliwych reklam, od tak zwanej cywilizacji plastiku. Na całej przestrzeni, którą mogę ogarnąć wzrokiem nie widać ani jednego światełka stworzonego ludzka ręką, czasem tylko skrada się gdzieś wysoko samolot, częściej przemykają umierające w naszym powietrzu meteoryty.Dla starych wędrowców nic dziwnego, góry, las, woda, księżyc... ale jednak odrobiny magii dodaje świadomość miejsca i obcy śpiew nocnych ptaków. To tu jest jedno z tych niewielu miejsc, których biały człowiek nie zdołał skraść czerwonoskórym.
Spokojna ton jeziora namawia do nocnej kąpieli przed snem a strzegące wody pinie obiecują trzymać straż nad moim snem. Żal kłaść się spać takiej nocy, szkoda tracić każdą nutę szemrzącego strumienia. Zbrodnią jest zamykać oczy na bogactwo setek odcieni szarości.Jakie wiec barwy przyniesie świt? Jakie tajemnice obnaży wschodzące słońce? Czy starczy mi przymiotników, do tej pory posłusznych mej woli? Czy klisza fotograficzna potrafi przekazać czar tego zakątka?
Nad górskim łańcuchem wzeszła Gwiazda Poranna, czas spać.
Stairway To Heaven, Highway To Hell.
Czwartek
Na wyprawę wyruszyliśmy we czwartek późnym popołudniem tym razem kierując się na zachód autostrad ą 80, aż do Rawlins. Miasteczko jak inne środkowoamerykańskie - niska zabudowa, rozległa powierzchnia... nie ma co opisywać. Z Rawlins odbiliśmy na Lander, a następnie przez rezerwat Indian Arapaho do Dubois. W drodze do Lander mijaliśmy całkowicie spalony sąmochód, dogaszała go lokalna ochotnicza Emergency Service, dopi ero po kilku minutach minął nas pędzący na sygnale radiowóz policyjny. Cóż, sąmorządy znów górą. Do Dubois nie dotarliśmy tej nocy, szukając noclegu przypadkiem skierowaliśmy się w całkowicie boczną, żwirową dróżkę. Po pół godzinie jazdy natrafiliśmy na idealne miejsce do spania: kotlinkę pomiędzy dwoma grzbietami górskimi, spomiędzy których wypływała Wichrowa Rzeka wpadając do czyściutkiego jeziora z widokiem na odległy, ośnieżony szczyt Washakie Needles. Widok naprawdę zapierający dech w piersiach, tym bardziej że trafiliśmy na pełnię księżyca - zdecydowaliśmy się tu spać.
Piątek
Po porannej kąpieli w lodowatym jeziorze obudziłem bestialsko Olka o nieludzkiej godzinie 7:30. Szybko pozbierawszy manatki ruszyliśmy w dalszą drogę, cofając się na chwilę d o Red Rock, zachwalany punkt w przewodnikach. I rzeczywiście, widziana w nocy skała w dzień prezentowała się o wiele okazalej, niż oświetlona kilka godzin wcześniej księżycem - barwą przypominała formacje Wielkiego Kanionu lecz była oczywiście tylko "niewielk ą" ska łą. W ogóle Wyoming słynie z tego, że w jednym stanie można spotkać większość atrakcji z innych stanów. A więc i prerie i kaniony i piękne jeziora i wysokie góry. A wszystko co najwyżej o dzień drogi z krańca na kraniec stanu.
Po drodze do Teton u zahaczyliśmy o Dubois, celem zatankowania sąmochodu. Obsłużył nas Włoch, który utknął tu już 28 lat temu. Dubois miejscami zachowało charakter miasteczka Dzikiego Zachodu, budynki sprawiały wrażenie co najmniej półwiecznych, jeśli nie starszych. Jako że klimat tu jest suchy, to drewno mogło przetrzymać wiele lat. Mijaliśmy nawet starą kopalni ę, z wejściem wykutym wysoko w skale. Czas jednak naglił.
Z Dubois pojechaliśmy już do Wysokiego Tetonu, jakby odpowiednika naszych Tatr Wysokich z Jackson w roli Za kopanego. Nazwa miasta wywodzi się oczywiście od prezydenta Usą a nie od pewnego beżowego piosenkarza.
Góry Grand Teton nie są najwyższym łańcuchem należącym do Gór Skalistych, ale i tak pną się wzwyż na 2100m od dna kotliny Jackson Hole. Nazwę swa zawdzięczają na poły Indianom, na po ły francuskim traperom. Ci pierwsi nazywali je Teewinot (Wiele W ieżyczek - a to dzięki kształtowi szczytów, jakby regularnych stożków). Inne zdanie mieli Francuzi, którym góry skojarzyły się jednoznacznie (Grand Teton oznacza Wielkie Piersi). Zawsze ośnieżone, stłoczone i groźnie wyglądające szczyty zapraszają amatorów wspinaczek wysokogórskich obiecując trudy ich zdobycia. Pierwsze kroki, a raczej dociśnięcia gazu skierowaliśmy na Signal Mountain (2314m), na któr ą można wjechać sąmochodem, mimo że szczyt jej sięga sporo wyżej niż nasze Rysy. Wiem, że zdobywanie szczytów sąmochodem nie przysparza chwały, ale z uwagi na mała ilość czasu odwrotnie proporcjonalną do odległości, czuję się usprawiedliwiony takim rozwiązaniem problemu zwiedzania. Widok ze szczytu na wysokie partie Tetonu był nieco zepsuty chmurami, natomiast przeciwległa dolina Jackson Hole z przepływającą Rzeka Żmijową (Snake River - znów kłaniają się westerny), w pełni oświetlona słońcem mieniła się rożnymi odcieniami zieleni i stalowego błękitu luster wodnych rozsianych jezior.
Z góry Signal udaliśmy się na lunch do Jackson, mateczko leży w dolince u podnóża Grand Tetonu i jest zarówno atrakcją turystyczn ą jak i kurortem. Położenie jego oraz własne lotnisko sprawiają, ze jest to dobre miejsce do urządzenia nawet zimowych igrzysk olimpijskich. Zabudowa miejska jest mocno kiczowata, zbyt usilnie stylizowana na charakter westernowy . Ale cóż, to tu ściągają spragnieni głodnej historii Ame ryki turyści oraz kuracjus ze mający czas i dolary, by długo deptać drogi ułożone z drewnianych bali. O wiele bardziej przekonywująco wypadło miasteczko Dubois, które mijaliśmy kilka godzin wcześniej.
Z barwnego jak spódnica łowicka Jackson skierowaliśmy się do Yellowstone inn ą tras ą, niż przyjechaliśmy. Dróżka była miejscami nieasfaltowana, ale dzielny nasz plymouth poradził sobie z nią bez wysiłku. Yellowstone graniczy z parkiem Grand Teton, wiec cała tra są była bardzo atrakcyjna widokowo. Niesłusznie Grand Teton Park niknie w ci eniu słynnego Yellowstone, ze swoimi kształtnymi szczytami może śmiało konkurować z najbardziej popularnymi górami świata.
Pierwsze co się rzuca w oczy przy zbliżaniu się do Yellowstone, to wielkie przestrzenie spalonych drzew. To blizny po wielkim pożarze sprzed 10 lat, który strawił bardzo wielką powierzchni ę parku - ponad 409.000 akrów (36% obszaru parku). Tamtego lata płonęło 29 niezależnych ognisk pożaru, większość spowodowana przez błyskawice, a 9 spowodowanych przez człowieka - niestety, te ostatni e były największe. Do dziś na spalonych terenach wyrosła jedynie niska roślinność, miejscami poprzebijały się młode pinie. Puszczy celowo się nie odbudowuje, to co zrobiła natura jest tu świętością, prawie nic nie jest zmieniane przez człowieka - powalone wichrem drzewo leży aż do gnicia. Jednym z wyjątków było postawienie wału ochronnego pod zabytkowym domem, któremu groziło zalanie przez gorące źródła Mammoth Hot Springs.
Yellowstone jest olbrzymi, zajmuje powierzchnie odpowiadając ą naszym kilku województwom zebranych razem (ok. 70tyś. km kwadratowych). Pobieżne zwiedzenie go sąmochodem w ciągu jednego dnia jest bardzo trudne a zwiedzenie szczegółowe, piesze do tego, zajęłoby kilka tygodni co najmniej. Yellowstone ma charakter głównie geologiczny z uwagi na swoj ą główną atrakcj ę, którą są gejzery występujące tu obficie (ponad połowa gejzerów całego świata). Najsłynniejszy z nich to Old Faithful, wypluwający strumień wody i pary na wysokość 30-60 metrów w interwale czasowym ok. 70 minut. Wokół gejzeru rozmieszczone są w półksiężycu ławeczki, zawsze prawie okupowane przez tłumy zwiedzających w oczekiwaniu na kolejny wytrysk. Yellowstone leży częściowo w kraterze dawnego wulkanu, który ostatni raz wybuchł ponad 600.000 lat temu, dziś znajdują się tu bogate złoża siarki (stad nazwa Yellowstone). Park jest bardzo zróżnicowany, jest tu jakby mini dzika Ameryka. Są i wysokie góry, są olbrzymie łąki i prerie, są wielkie lasy i jeziora, są gejzery i wulkany siarkowe. Tu znalazła schronienie także zwierzyna z bizonami i gri zzly na czele, choć nie udało się zachować pum.
Zwiedzanie zaczęliśmy od jeziora West Thumb ze skupiskiem gejzerów na brzegu, które głó wnie bulgotały i intensywnie parowały ale też ściągały rzesze zwiedzających. Gejzery te zostały podniszczone przez pier wszych turystów, w latach dwudziestych naszego wieku, którzy myli się w gejzerach zatykając je mydłem, bądź wręcz gotowali sobie strawy w ich kraterach. Z West Thumb pojechaliśmy do wielkiego gejzeru Old Faithful, który kazał czekać na siebie ponad pó ł go dziny. Wybuch jednak wynagrodził tak długie oczekiwanie - sięgnął ponad 50 metrów wywołując gromki aplauz ze branej obficie gawiedzi. Nieco już zmęczeni ruszyliśmy w stronę Grand Canyon, wypłukanemu w żółtej skale korycie rzeki Tower. Zdążyliśmy tam o zachodzie słońca, gra nieco różowych już promieni słonecznych na załomach skalnych niełatwa jest do opisa nia. Nie na darmo tez punkt zwiedzania nosi nazwę Artist Point. Z kanionu ruszyliśmy już do obozowiska położonemu ponad godzinę drogi od parku w fantastycznej krainie wodospadów. Przez ca łą drogę jazdy po parku, a zwłaszcza tuż przed zmierzchem mogliśmy obserwować zwierzęta, które po całym dniu snu ruszyły na żer. Często napotykaliśmy bizony, jeden z nich kroczył nawet po szosie na wyciągniecie ręki od przejeżdżających powoli samochodów grożąc ich uszkodzeniem. Niedźwiedzia jednak zobaczyliśmy tylko jednego, biedak wyszedł za blisko szosy, wcinając jakieś zielstwo - momentalnie spowodował korek sa mochodowy, kto żyw (my tez, a co!) pobiegł obfotografować misia ze wszystkich stron. Sarny i chipmunki nie wzbudzały już większego zainteresowania jako zbyt pospolite. Wracaliśmy nocą w koszmarnej ulewie, otoczeni przez łomoczące bardzo blisko pioruny. W końcu jechaliśmy na sporej wysokości, tuż pod dolnym ich pułapem. Obozowisko Falls na szczęście było już po deszczu, szybko zjedliśmy co się dało i poszliśmy spać. Tym razem zdecydowałem się na spanie w sa mochodzie z uwagi na poburzowe zimno, chmary moskitów oraz zagrożenie ze strony niedźwiedzi. Stosowne ostrzeżenia wisiały na każdym kroku, przypominając o zamknięciu w sa mochodach całej żywności oraz kosmetyków. Zresztą nie tylko niedźwiedzie straszyły, ale także kary wysokich grzywien (do $5.000,oo) za nieprzestrzeganie zakazów. W przypadku braku takiej ilości pieniędzy, karę mo żna było zamienić na pó ł roku wiezienia. Cóż, chodziło tu nie tylko o własne bezpieczeństwo ale także o sąsiadujących biwakowiczów.
Sobota
Ranek zaczęliśmy od powrotu do Yellowstone, pozostała jeszcze jego druga cześć, rzadziej odwiedzana z uwagi na wysoki łańcuch górski, który należało wpierw przebyć. Droga wiodła grzbietem Mount Washburn na wysokości ponad 2500 metrów, po długiej i wyboistej drodze znaleźliśmy odpoczynek przy zwiedzaniu 40-metrowego wodospadu Tower Fall. Można było go oglądać z dwóch poziomów - mniej więcej równego spadkowi, oraz na samym dole, tuz przed lustrem rzeki, któr ą Tower Fall tworzył. Następnym etapem było Skamieniałe Drzewo, całkowicie sfosylizowany pień drzewa, ułamany jednak na wysokości kilku metrów. Nie sprawiał on wrażenia imponującego wymiarami czy wiekiem, ot - taka ciekawostka, niemy świadek milionów lat. Niedaleko drzewa widzieliśmy całkiem świeże szczątki zwierzęcia - prawdopodobnie jelenia, który zmienił status z jedzącego na zjedzonego.
Ostatnim etapem wycieczki po Yellowstone ( lub Jellystone wg Misia Yogi) były gorące źródła Mammoth Hot Springs. U podnóża źródeł rozłożyło się małe miasteczko turystyczne, oraz ładne kwatery personelu obsługującego północną cz ęść parku. Gorące źródła to kaskady wód spływających po wyboistych tarasa ch, budulcem ich jest trawertyn przybierający rożne odcienie brązu i oranżu. Najbardziej atrakcyjnym tarasem jest Minerva Terrace, zmieniający paletę barwę po przejściu kilkunastu kroków. Mieliśmy szczęście trafić na zmianę pogody, w ciągu kilkunastu zaledwie minut czyste niebo z oślepiającym słońcem zostało zasnute przez ciężkie zwały burzowe. Powiązanie ołowiowej szarości z bielą i brązem tarasów godne były pędzla malarza. Fotografik bowiem miałby wielkie trudności z ujęciem całej gamy odcieni. Z Gorących Źródeł skierowaliśmy się już ku wyjazdowi z parku brama północno-wschodni ą, mało uczęszczaną, choć niewiele ustępującą pięknem od popularnych miejsc. Droga wiodła przez strome i wysokie góry, prawie całkowicie opustoszałe przez ludzi. Czasem tylko mijaliśmy pojazdy służb drogowych i leśnych - poza tym pustki. Wjechaliśmy do górzystej Montany; na chwilkę tylko - aż żałuję, że nie zrobiłem sobie zdjęcia przy powitalnym napisie, bowiem cała jazda przez Montan ę trwała może pół god ziny. Jedyna miejscowość po drodze (Cooke City) trzymała stereotyp miasteczka na Dzikim Zachodzie: jedna ulica i kilkanaście skupionych przy niej drewnianych domków. Miasteczko także było jakby wymarłe, jedyne ślady życia to stojące przy sa loonach współczesne rumaki - dodges oraz pa lące się tu i ówdzie neony. Zbliżał się już bowiem wieczór a przed zmierzchem chcieliśmy dotrzeć do Cody, miasteczka zachwalanego przez zaprzyjaźnioną panią Łęgowsk ą, ekspertkę od wycieczek i podró ży po całych Stanach.
Droga, niby krótka na mapie, wydłużyła się bardzo przez prześliczne góry Windy Mountain. Widok zatkał nawet Olka, który otwarcie przyznawał się wcześniej, że widoczki już go mocno zmanierowały. Z zachodzącym słońcem za plecami musieliśmy znacznie zwolnić, gdyż kr ęta szosa groziła zleceniem w przepaść na ostrych zakrętach. Ca ła drogę jechaliśmy wściekli na siebie: Olek, bo nie wziął aparatu a ja, bo sko ńczy ła się klisza w moim. Niepomny przestróg fachowca, zostawiłem jedn ą rolkę filmu w domu, będąc pewien, ze 60 klatek starczy śmiało na udokumentowanie mojej wędrówki. Filmy skończyły się już w Yellowstone i musiałem kupować na stacji benzynowej za koszmarna kwotę 6 dolarów (za 2 dolary więcej mogłem kupić 4 rolki tego samego filmu, tyle że w Laramie). Ale i ten zakup interwencyjny okazał się niewystarczający, nastawiałem się na kolejne wywalenie cennej waluty w błoto, bo przecież kusiło Cody - spore miasteczko o charakterze westernowym. Rozz łoszczeni i milcz ący wyjechali śmy wreszcie z pó łnocnego szlaku nazwanego imieniem wodza Josepha i pędząc przez Przełęcz Martwego Indianina skierowaliśmy się do Cody, bowiem cienie już były bardzo długie. Wreszcie wjechaliśmy do miasteczka, pierwszym ruchem był zakup kolejnej kliszy, następnie pojechaliśmy na główną ulic ę, zachwalan ą jako Buffalo Bill Scenic Highway. Ulica ta chyba po raz pierwszy w swojej stuletniej historii usłyszała polskie, dosadne i dobitne określenia pod swoim adresem... Tandeta, kicz, ch łam i neony. Oto ca łe 'westernowe' miasteczko. Tekturowa kultura i gwiaździste sztandary, zapchana samochodami ulica, kowboje dzwoniący ostrogami i ubrani w całkiem modne wranglery. Miasteczko zostało założone w 1896 roku, a inwestorzy namówili samego Buffalo Billa do wy łożenia pieniędzy na budowę miasteczka. Od niego te ż otrzymało swoj ą nazwę, prawdziwe bowiem nazwisko Buffalo Billa brzmi William Cody. Głównym budynkiem przy 'scenicznej' (a raczej ‘obscenicznej’) ulicy jest właśnie hotel, będący niegdyś własnością Cody'ego. Dziś nachalnie odnowiony na kolorek różowy nie zasłużył sobie na uwiecznienie moim aparatem. Połaziliśmy pó ł godziny, pstryknęliśmy kilka zdjęć dla przyzwoito ści i ruszyliśmy do domu. Czekało nas 7 godzin ostrej jazdy samochodem. Szybko zapadł zmierzch i nie żałując silnika pędziliśmy przez stepy wprasowuj ąc w asfalt pomniejsze zwierzęta i rozmazując na szybie oślepione reflektorami ćmy. Na szczęście droga była pusta, wiec nie groziły nam kolizje z innymi pojazdami - co najwyżej z pętającymi się po jezdni antylopami, ale jako że to spore zwierzaki, udawało się Olkowi w porę je wymijać.
Do domu dojechaliśmy po 4 nad ranem, pierwsza czynnością była mała kłótnia, kto pierwszy dzwoni po pocztę - cóż, tęsknoty przezwyciężyły sen... Umyci i zmordowani, legliśmy o świcie w łóżkach, choć do godziny 10-tej trzeba było zanieść 4 rolki filmu do wywołania.
Rodeo.
Dzień upłynął pod znakiem rodeo. Wyczytałem o nim przypadkiem w Burger Kingu, zajadając śniadanie przyrządzone przez lepszą kuchtę ode mnie. Olek odstawił mnie na Albany County Fairgrounds punktualnie o 13-tej a sam pojechał załatwiać swoje sprawy. Wstęp kosztował 9 dolarów, postanowiłem więc wytrwać do końca imprezy, tj. 3.5 godziny.
Publiczność dopiero się schodziła, więc znalazłem sobie dość wygodne i ocienione miejsce. Na rudej arenie trwała już rozgrzewka, wyścigi dwóch powozów zaprzęgniętych w kuce - miała to być jedyna konkurencja zaprzęgów podczas tej imprezy. Następna zabawa była przeznaczona dla najmłodszych, ujeżdżanie owiec - przyszli cowboys i cowgirls występowali w zakresie wiekowym od 1 roczku (!) do 5 lat, najwytrwalszy utrzymał się na wełnistym wierzchowcu ok 4 sekund. Nie jest to wcale najgorszy wynik, biorąc pod uwagę dorosłych kowbojów. Największe oklaski zebrał jednak psiak, wyuczony do zaganiania owiec - robił to przezabawnie i znakomicie.
Właściwa impreza zaczęła się o 14-tej od parady sztandarowej występujących (i nie) kowbojów i kowbojek. Sztandarowej... szumna nazwa, 'poważne' sztandary były raptem dwa: flaga narodowa oraz flaga stanowa, kilkadziesiąt pozostałych stanowiły flagi firm sponsorujących Laramie Jubilee Days, w skład której to fiesty wchodziło też niniejsze rodeo. Odmówiono modlitwę, odśpiewano hymn narodowy (nie powiem, wokalistka miała znakomity głos) i zaczęto pierwsze punkty programu. Wpierw przedstawiono miss'ki rodeo oraz stanu Wyoming - panny jędrne, soczyste ale nie wiem czy wszystkie załapałyby się do naszych finałów, gminnych nawet. Nic to, w siodle trzymały się znakomicie i pewnie. Zresztą ich jedynym zajęciem miało być objeżdżanie areny i umilanie ładnym widokiem oczekiwania na następne wydarzenia. Standardy trzymały głównie amerykańskie: piersiaste blondynki o silnych udach. Nie było jednak mowy o żadnej prowokacji - dziewczyny były pozapinane pod szyje i nie pokazywały nawet skrawka ciała oprócz twarzy. Cóż, środkowe stany...
Publiczność już zajęła miejsca całkowicie; rodeo tutaj jest imprezą dla wszystkich, od 1 roku do 100 lat. I to dosłownie; koło mnie rodzinka trzymała kilkumiesięczne maleństwo a parę metrów dalej mocno starsze pokolenie bawiło się mimo wózków i aparatów tlenowych w plecakach. Na oko najstarsi spokojnie przekroczyli 90-tkę, cóż to znaczy wyżynny, stepowy klimat! Przez cały czas pobytu tutaj, na każdym kroku widzę przykłady troski o niepełnosprawnych. Mają oni dostęp do wszelkich możliwych miejsc, nawet głęboko w górach natrafiałem na wychodki przystosowane dla inwalidów na wózkach.
Wróćmy do rodeo. Pierwszą konkurencją było łapanie cielaków, należało konno dopaść cielaka, zeskoczyć, złapać go oburącz i powalić na ziemię. Każdy kowboj miał na to kilkanaście sekund czasu, chodziło zarówno o czas konkurencji jak i o niestresowanie zwierzaków. Zadanie było łatwe, w grę wchodził więc tylko czas stracony na ową czynność. Konkurencją drugą było ujeżdżanie młodych rumaków, a właściwie utrzymanie się na ich grzbietach przez 8 sekund. Po tym czasie (o ile się wytrwało!) trzeba było przeskoczyć na siodło towarzyszącego porządkowego i puścić wierzchowca luzem. Ta konkurencja była już trudniejsza, pechowcy wystrzeliwali w powietrze jak korki szampanów - wszyscy jednak byli nagradzani oklaskami; samo bowiem dosiądnięcie nieujeżdżonego konia było dowodem odwagi, nie wiadomo bowiem jak koń będzie walczyć. Udział brali głównie kowboje z okolicznych stanów, ale znaleźli się dalsi śmiałkowie z Kalifornii i Nowego Jorku. Publiczność (w 90% fachowcy) przyjęli ich śmiechem i żartami (kto widział kowboja z Nowego Jorku? Albo z Kalifornii, o ile nie był Ronaldem Reaganem?) ale jednak sprawiedliwość i uznanie zwyciężyło: Kalifornijczyk okazał się być bardzo dobry, choć nie wygrał konkurencji - zebrał jednak sowite brawa. Nowojorczyk jednak został wykopany przez konia w oka mgnieniu. Zapewne nie przywykł do takich rumaków... powiecie, że łatwo mi się śmiać z perspektywy wygodnego miejsca widza? Być może, ale mam za sobą wakacje w stadninie koni...
Kolejną konkurencją było znów łapanie na lasso rogacizny, która chyba rosła w trakcie rodeo -tym razem były to już całkiem wyrośnięte byczki. Konkurencja polegała na złapaniu inwentarza na lasso i związanie mu trzech kopyt (dwa tylnie i jedno przednie), tak by nie mógł się wyzwolić przez 10 sekund. Tu już bywało rożnie, każdy uczestnik nagradzany był jednakże oklaskami - czy ty kowboj, czy to sprytniejszy od kowboja byczek kłusujący sam do corralu bez niczyjej pomocy. Warto było zwrócić uwagę na konie, znakomicie wyuczone do takiej pracy. Po zarzuceniu lassa kowboj zeskakiwał z konia, by spętać byczka. Koń w tym czasie sam pilnował, by zarzucone lasso nie zsunęło się z karku cielaka cały czas trzymając odpowiedni dystans od byczka; znakomity przykład współpracy jeźdźca z koniem.
Kolejna konkurencja to znów ujeżdżanie koni, tym razem sporo starszych; obyło się bez sensacji - kto miał zlecieć to zleciał, kto miał się utrzymać to wygrywał nagrody: od fioletowych garniturów począwszy, na tysiącu dolarów skończywszy. W przerwie zafundowano nam pokazy konnej woltyżerki w wykonaniu trzech dziewcząt: stawały w pełnym pędzie, przeskakiwały przez konie, zwieszały się głowami do ziemi - całkiem widowiskowe. Główny aplauz zebrała dziewczyna stająca pionowo na grzbiecie wierzchowca i trzymająca gwiaździsty sztandar. Pfe, dziwne gusta...
Następne zawody były przeznaczone dla pań: krótki slalom pomiędzy trzema keg'ami piwa - publiczność raczej złośliwie komentowała niż dopingowała a pechowa cowgirl wywróciła na starcie dwie pierwsze beczki, za co zebrała radosne 'buuuu!'
Wreszcie główna i ostatnia atrakcja popołudnia: jazda na dorosłych bykach: tu już nie było żartów, byki były naprawdę złośliwe i potrafiły brać na rogi lub wcierać w bandę swoich dżokejów. Jeden z nich zaliczył nawet potężne kopnięcie w sempiternę, ale pozbierał się (znaczy się kowboj, nie byk). Byki były nietypowe, nie reagowały na czerwony kolor - zaznaczam jednak, że dbano bardzo o zwierzaki by nie denerwować ich ani niepotrzebnie nie męczyć. Nikt z graczy nie wykroczył poza granice codziennej pracy, nie było zresztą tu miejsca na zbędne popisy - rodeo było obsadzone przez prawdziwych kowbojów a nie aktorów i przeznaczone nie dla turystów.
Widowisko skończyło się krótko po 16-tej, do domu wróciłem spacerkiem w pełnym słońcu popijając zapiaszczoną coke. Półtoragodzinną wędrówkę urozmaicałem sobie liczeniem pieszych na trasie; było ich raptem dziewięcioro - po drodze tylko i wyłącznie samochody, motocykle i sporadycznie rowery. Miałem wrażenie, jakbym wylądował na innej planecie, której mieszkańcy są niscy, lśniący , maja cztery okrągłe kończyny i porozumiewają się warkotem. A teraz spaaaac... zasłużyłem sobie!
Z Laramie do Vegas.
Parę godzin oczekiwania nocą na pustkowiu na nocny autobus do Salt Lake City zakończyło się sukcesem, poprzedni bowiem mając komplet pasażerów ominął Laramie. Srebrzysty Greyhound wtoczył się na opustoszałą stację benzynową - dokładnie taką, jak z filmów: ze stary