Byłem wówczas na początku drogi ku sukcesom w alpinizmie. Moje doświadczenie ograniczało się do kilku sezonów wspinaczkowych letnich i zimowych. Wiedziałem jednak bardzo dobrze, jak bardzo niebezpieczne są lawiny - rok wcześniej zostałem zasypany przez jedną z nich. Wówczas tylko szczęście pozwoliło mi uniknąć śmierci. Niestety, szczęścia i - zdrowego rozsądku - zabrakło grupie młodych ludzi, którzy nagle znaleźli się w sytuacji krytycznej. Tamtego dnia nic nie zapowiadało jednak tragedii...

Dzień zbliżał się ku końcowi. Robiło się coraz ciemniej, choć nawet w południe nie było całkiem widno. Od rana przez postrzępioną grań, otaczającą Morskie Oko, przelewały się ołowiane chmury, niesione podmuchami huraganowego wiatru. Niektóre przynosiły krótkotrwały opad deszczu ze śniegiem, dzwoniącego niesamowitym stacatto o szyby werandy schroniska. Drewniane ściany dzielnie stawiały opór potężnym uderzeniom wichury. Stara konstrukcja trzeszczała złowieszczo, jakby skarżąc się na swój los. Wiatr wciskał się we wszystkie szczeliny budynku, gwiżdżąc w nich potępieńczo. Nic nie wskazywało, że był to ostatni dzień marca, zwykle najbardziej pogodnego zimowego miesiąca w Tatrach.
Czas wlókł się niemiłosiernie. Nudziła nas wielogodzinna gra w brydża, kolejny pasjans "wyszedł", nie pozostawało nic innego, jak wziąć się za przygotowanie obiadu. Wskazówki zegarków wolno zbliżały się do godziny czwartej. Wyszliśmy na chwilę przed ganek schroniska, z nadzieją wypatrując zmiany na lepsze. Nic jednak nie wróżyło poprawy. Nazajutrz czekał nas kolejny dzień zabijania schroniskowej nudy. O wyjściu gdziekolwiek nie można było nawet marzyć. Nikt przy zdrowych zmysłach w takich warunkach nie wystawi nosa poza schronisko.
Wróciliśmy do zacisznego wnętrza, zastanawiając się nad urozmaiceniem tradycyjnego taternickiego menu. Nagle Kucharz chwycił mnie za rękaw.
- Popatrz, tam się chyba coś dzieje.
- Gdzie?
- Ktoś schodzi Szerokim Żlebem!
Nie potrzeba specjalnie znać się na górach, aby wiedzieć, że schodzenie zaśnieżonym żlebem przy dodatnich temperaturach równoznaczne jest z samobójstwem. Dlatego spostrzeżenie Kucharza wydało mi się szukaniem pretekstu do opóźnienia i tak już mocno spóźnionego obiadu. Popatrzyłem jednak we wskazanym kierunku. W górnej partii Szerokiego Żlebu widać było jakiś czarny, maleńki punkt, przemieszczający się raz w lewo, to znów w prawo. Wyglądało, jakby wiatr porwał jakąś większą płachtę folii, czy też szmatę i miotał nią we wszystkich kierunkach. W żaden sposób nie mogłem wyobrazić sobie, że w niezwykle lawiniastym żlebie ktoś może popełniać tak elementarne błędy. Kucharz był jednak uparty. Po chwili ubrany tylko w cienki anorak pędził ku wylotowi Szerokiego Żlebu przez zamarzniętą taflę Morskiego Oka. W razie porwania schodzącego przez lawinę miałby najbliżej.
Podejrzany czarny punkt z każdą minutą był coraz niżej. Teraz widać było wyraźnie, że jest to jakiś człowiek. Tylko dlaczego schodził akurat Szerokim Żlebem? Po kilku minutach szczęśliwie znalazł się na lodzie, pokrywającym Morskie Oko, teraz niemal zupełnie oczyszczonym przez wiatr z resztek śniegu. Kucharz niemal natychmiast był przy nim. Obaj stali chwilę i nagle zobaczyliśmy, jak jeden z nich zaczął bardzo szybko biec w stronę schroniska. Zmrok i duża odległość początkowo uniemożliwiały identyfikację. Biegnący kilkakrotnie przewracał się, ale szybko wstawał i pędził dalej. Drugi szedł, a właściwie wlókł się jego śladem. Domyśliliśmy się, że biegnącym jest nasz Kucharz. Nie minęło pięć minut, gdy, mocno zziajany, wpadł z hukiem i przerażeniem w oczach na werandę, z trudem wykrzykując pojedyncze słowa:
- Lawina... rany Boskie... lawina... z Ciemnosmreczyńskiej... czternastu... zasypanych...
Po chwili, nadal sapiąc, pędził na pierwsze piętro do goprówki.
Popędziliśmy za nim do swoich pokoi, budząc po drodze, kogo się tylko dało. Nie minęło kilka minut, gdy niemal wszyscy mieszkańcy schroniska byli na nogach. Do plecaków wędrują tylko najniezbędniejsze rzeczy: kurtki puchowe, latarki, zapasowe rękawice, czapki, jakieś słodycze. Zapowiada się bardzo długa noc. W pośpiechu połykam pełną łyżkę miodu. Dziś musi wystarczyć za obiad i kolację, a kto wie, czy i nie za śniadanie. Do jadalni zbiegam jako jeden z ostatnich.
Dyżurny ratownik GOPR zapisuje do notatnika nasze nazwiska, rozdziela sprzęt lawinowy, każdemu wyznacza funkcję, uzgadnia szczegóły. Obok niego, w kąciku werandy siedzi mocno przestraszona i chyba śmiertelnie zmęczona dziewczyna. Nigdy przedtem nie widziałem jej w schronisku. Na pierwszy rzut oka widać, że w ostatnich godzinach dużo przeżyła. Po chwili znam prawdę. To właśnie ona schodziła Szerokim Żlebem, niosąc hiobową wiadomość o lawinie.
Minuta po minucie poznajemy szczegóły. Trwa to strasznie długo. Nasza informatorka jest półprzytomna i chyba w stanie szoku. Wiemy już, że duża, siedemnastoosobowa grupa kandydatów na przewodników górskich wraz z instruktorami (!) wybrała się tego dnia w góry. Dotarli do Dolinki za Mnichem z zamiarem wejścia na Wrota Chałubińskiego. Z jakiegoś powodu po drodze zmienili plany i powędrowali ku Zadniemu Mnichowi. Taka trasa przy tej pogodzie?
Aby dotrzeć do celu grupa kandydatów na przewodników wybrała wariant najgorszy z możliwych: trawers niezwykle lawiniastym w tych warunkach stokiem Ciemnosmreczyńskiej Turni. Był to moment, na który czekają wszystkie lawiny świata. Śnieżne zbocze, podcięte śladami niefortunnych uczestników wycieczki ruszyło ku dołowi, grzebiąc ich wszystkich pod zwałami śniegu. Lawina musiała mieć, według słów naszej informatorki, co najmniej 200 m szerokości i - na szczęście - tylko kilkadziesiąt centymetrów głębokości. Dzięki temu kilku pechowców mogło samodzielnie wydostać się spod śniegu. Natychmiast przystąpili oni do poszukiwania pozostałych zasypanych, a samotną dziewczynę wysłali po pomoc. Nie udało nam się uzyskać więcej informacji. Dziewczyna albo nie pamiętała, albo po prostu nie wiedziała nic więcej. Dla niej przygoda już się skończyła.
Nie czekając na przylot helikoptera ruszamy prawie biegiem przez Morskie Oko. Zapada decyzja podchodzenia Szerokim Żlebem. Jest to najkrótsza droga do miejsca zdarzenia, a wiemy już, że raczej lawina tędy nie zejdzie - przecież tę drogę bezpiecznie pokonała nasza informatorka! Może nam uda się bezpiecznie podejść? Po kilku minutach osiągamy wylot złowieszczo wyglądającego żlebu. Stromy, rozmiękły śnieg wygląda podejrzanie. Na dodatek wiatr dobiera się do nas w sposób, graniczący z bezczelnością. Jego niezwykle silne podmuchy za wszelką cenę usiłują powstrzymać nas w wędrówce. Oddychanie momentami staje się wręcz niemożliwe. W twarz biją drobne krople wody. Chyba zaczęło padać.
Nagle przez ryk wiatru przebija się inny odgłos. W pierwszej chwili trudno go zidentyfikować. Ale za moment wszystko się wyjaśnia: to nadleciał od strony Zakopanego helikopter. Całe szczęście - będzie szybciej. Może niektórzy z nas polecą do góry? Helikopter na chwilę ląduje przed schroniskiem, ale już po kilkunastu sekundach ponownie jest w powietrzu. Z wielkim wysiłkiem usiłuje podejść do progu Dolinki za Mnichem. Niestety, wiatr okazuje się silniejszy. Dmuchnęło ze zdwojoną siłą i helikopter znalazł się nad naszymi głowami. Zatrzymaliśmy się niezdecydowanie. Wszyscy z nadzieją patrzą, jak pilot usiłuje pokonać wiatr. Helikopter odlatuje ku Rysom, nabierając wysokości. Po chwili znika wśród chmur. Przez ryk wiatru przebija się jednak bardzo charakterystyczny głos pracy jego wirnika. Za moment wyłania się spośród chmur, znów znika wśród nich, zostawiając nadzieję, że może się uda. Udało się! Częściowo. Przez radio biegnie informacja, że dwóch ratowników ze sprzętem wyskoczyło na próg Dolinki za Mnichem. Spada nam kamień z serca. Niemożliwe okazało się jednak możliwe. Po kilku minutach helikopter powtarza swoje podniebne ewolucje. Może uda się i tym razem? Udało się, następna dwójka ratowników jest na śniegu kilkaset metrów ponad nami. Na miejscu wypadku będą minimum pół godziny przed nami. To bardzo dużo. Dobre wiadomości kończą się jednak bardzo szybko. Słyszymy przez radio, że pilot nie będzie jeszcze raz próbował. Zbyt duże ryzyko. Dzięki mu za to, co zrobił. Cóż, gdy zawodzi technika, pozostają ludzie. Do góry zatem.
Nie zdążyliśmy ruszyć, gdy ponad nami pojawiły się dwie sylwetki. Obie - schodzące w dół. I znów Szerokim Żlebem, jakby nie było innej drogi! Po kilku chwilach są koło nas. Kolejni kandydaci na przewodników górskich. Ci podają dokładniejsze informacje. Oni też byli pod śniegiem. Zostali jednak przez współtowarzyszy niedoli wykopani jako jedni z pierwszych i natychmiast wyruszyli po pomoc. Ich słowa nie są jednak optymistyczne. Dwójka uczestników wycieczki znajduje się w stanie krytycznym! Informacja ta idzie przez radio do poprzedzających nas ratowników. Wśród nich jest lekarz!
Jeszcze raz dokładnie wypytujemy o sytuację. Uratowani przysięgają na wszystkie świętości, że pod śniegiem nie ma już nikogo. Dobre i to. Oddajemy im prawie cały sprzęt lawinowy. Nie będzie już raczej potrzebny. Niech zaniosą do schroniska, nam będzie lżej. Jeszcze przez moment patrzymy za odchodzącymi. Ktoś ponagla, ktoś inny klnie zawzięcie. Straciliśmy sporo czasu, ruszamy więc do góry prawie biegiem. Na dobrą sprawę do końca nie wiadomo, jak na prawdę wygląda sytuacja na górze. Automatycznie formujemy szereg. Zajmuję w nim trzecią pozycję. Nie jest najgorzej. Pierwszy musi torować, po jego śladach pójdą inni. Prowadzący alpinista, chyba najstarszy stażem z naszego grona, nie pozwala, abyśmy mogli go dogonić. Z tyłu słychać jednak ponaglenia do szybszego marszu. Na prowadzeniu następuje więc zmiana, po kilku minutach następna. Nie chodzi przecież o popisy wytrzymałości. Zmiany następują szybko po sobie, dzięki temu nasze tempo jest znośne.
Wiatr nawet przez moment nie daje za wygraną. Raz za razem sypie nam w twarze wszystkim tym, co tylko udało mu się zerwać ze śniegu, z gałęzi kosodrzewiny, spod nóg idących wyżej. Wpadamy jednak w rytm. Dzięki temu idzie się znacznie szybciej. Powtarzam w myślach kolejne kroki rytmu: lewa noga, prawa noga, czekan, lewa noga, prawa noga, czekan... I znów to samo, nieskończoną ilość razy. Zapominam o istniejącym potencjalnym zagrożeniu lawinowym. W końcu żleb staje się bardziej połogi. Wychodzimy na wielkie i niemal zupełnie płaskie pola trawiaste. Chyba wszyscy odetchnęli w tym momencie z ulgą. Chodzenie lawiniastymi żlebami nie należy do ulubionych zajęć alpinistów. Szczególnie przy dodatnich temperaturach! Czeka nas chwila odpoczynku. Zbyt krótka, żeby odpocząć, zbyt długa, aby nie zacząć marznąć. Ruszamy, zanim ktokolwiek zdążył wyrównać oddech.
Wokół nie było już prawie śniegu. Ciepły wiatr i deszcz zrobiły swoje. Tylko gdzieniegdzie między rudymi trawami pojawiały się maleńkie poletka mokrego, częściowo zlodowaciałego śniegu. Szkoda, że wyżej znów trafimy na głębokie śniegi...
Zaczynam odczuwać skutki niedawnej kontuzji. W kolanie chwilami pojawia się dotkliwy ból. Co będzie później? Znów docierają złe wieści. Z radia płynie wiadomość, że jeden z ratowników, którzy kilkanaście minut temu tak dzielnie wyskakiwali z helikoptera, utracił plecak z zawartością. Wiatr porwał mu go i rzucił gdzieś w dół, do stóp wschodniej ściany Mnicha. Trzeba koniecznie go odszukać. Robi się coraz ciemniej i pośpiech jest ze wszech miar wskazany. Wszyscy intensywnie wypatrujemy, gdzie ten przeklęty wór może leżeć. Jest!!! Leży w wylocie stromego żlebu, opadającego z progu tarasu pod Mnichem, jakieś sto metrów niżej. Trzeba schodzić. Deklaruję gotowość i po chwili pędzę w dół na złamanie karku. Ktoś pędzi za mną. Bardzo dobrze. Co dwie osoby, to nie jedna. Plecak widać doskonale. Właściwie nie jest to już plecak, tylko bezkształtna bryła, z której raz za razem wiatr wywleka jakieś przedmioty i rozrzuca wokoło. Szybciej, bo za moment nie będzie po co schodzić. Jeszcze kilka kroków w głębokim śniegu i jesteśmy na miejscu. Pośpiesznie zbieramy wszystkie rozrzucone przedmioty, upychamy je do własnych plecaków i - do góry. Niewiele, na początek sto kilkadziesiąt metrów różnicy poziomów, potem jeszcze drugie tyle, i będziemy na miejscu akcji. Jesteśmy sami. Tylko my, góry i zawodzący wiatr. Grupa ratownicza ze schroniska już dawno musiała dotrzeć do celu. Przed nami pojawia się jednak mała przeszkoda: ciężki śnieg, w którym zapadamy się prawie do kolan. Brniemy w nim, co kilkanaście metrów zmieniając się na prowadzeniu. Idziemy bardzo wolno ale cały czas pod górę. Po kilkunastu minutach znajdujemy się na progu Dolinki za Mnichem. Przed nami kawałek płaskiego terenu. Potem - znów do góry. Wielki odłam skały daje nam chwilowe schronienie od wiatru. Chowamy się za nim. Przytulnie, jak we własnym łóżku. Zjadamy po kawałku czekolady, zagryzając śniegiem. Nikt nie pomyślał, aby zabrać coś do picia. Będą kłopoty: śnieg nie gasi pragnienia, wręcz przeciwnie. Ale przez chwilę jest wilgotno w ustach i lżej oddychać.
Czas nagli, robi się coraz ciemniej. Po krótkim odpoczynku ruszamy więc. Przed nami ciągną się doskonale widoczne ślady poprzedników. Nie trzeba szukać drogi. Szkoda tylko, że po kilkudziesięciu metrach skręcają one w lewo, pod górę, Cóż, taki nasz los. Podchodzimy pod pierwszy próg skalny. Jest niewysoki. 5, może 6 m wysokości. Poniżej niego - sześćdziesięciometrowe, bardzo strome zbocze śnieżne, opadające na dno najniższego piętra dolinki. Dochodzę do progu, mocno pracując czekanem. Śnieg miejscami jest bardzo zlodowaciały i śliski, a raki zostawiłem w schronisku. Trzeba uważać. Jeszcze dwa, trzy kroki i wejdę w skałę. Wbijam dziób czekana w jakąś zmarzniętą kępę trawy, pod nogami znajduję stopień, staję na nim, przenoszę czekan wyżej, sprawdzam, czy dobrze siedzi, wyszukuję kolejny, dobry stopień, staję na nim, obciążam go całym ciężarem i nagle... "Dobry" stopień okazuje się przymarzniętym okruchem skały, który nagle urywa się spod moich stóp i szybuje w dół! Ja - razem z nim. Pętelka, łącząca mnie z czekanem, gwałtownie zaciska się na przegubie dłoni. Zawisam na niej całym ciężarem, nogi wiszą w powietrzu, druga ręka także. Czy wytrzyma? Czy dziób czekana dobrze siedzi w trawkach? Czy trawki dobrze trzymają się skały? Myśli pędzą błyskawicznie. Co będzie, gdy któryś z elementów nie wytrzyma? Polecę minimum 40, może 50 m w dół. Drobiazg, to tylko 15 pięter! Ostrożnie wolną ręką odnajduję jakiś marny chwyt, delikatnie podciągam się, nogi znajdują jakieś oparcie. Podciągam się jeszcze mocniej, oburącz chwytam czekan za głowicę, wbitą w trawki na kilka centymetrów. Siedzi wręcz idealnie. Podciągam się jeszcze mocniej, nogi znajdują jeszcze pewniejszy punkt podparcia i po chwili jestem bezpieczny. Mój towarzysz pomaga mi w powrocie do świata żywych, klnąc przy tym w sposób niezwykle wyszukany. Jeszcze brzydszymi słowami ponagla do szybszego marszu.
Przed nami monotonny krajobraz śnieżny. Niemal płaskie pole. Nadchodzący zmrok zaciera wszelkie kontrasty. Wychodzimy na Plecy Mnichowe. Stąd już blisko do miejsca tragedii. Blisko - rzecz niesłychanie względna w górach... Śnieg jest miejscami kopny, miejscami przewiany, ale wszędzie jest go o wiele za dużo! Zapadamy się w nim chwilami nawet po pas. Ślady ekipy ratowniczej już dawno zostały zawiane, mrok utrudnia orientację. Nasza wędrówka chwilami przypomina wyścig żółwi - przynajmniej pod względem prędkości. Dodatkowo życie utrudnia wiatr, który tu szaleje z całą zawziętością. Jakoś jednak sobie radzimy i niesamowicie zmęczeni przechodzimy przez wszystkie pola śnieżne. Czeka nas jeszcze tylko mały moment emocji przy przewinięciu się na drugą stronę Kopy Mnichowej. Po prawej stronie wystają spod śniegu jakieś skały, po lewej śnieg urywa się pionowo, opadając do Mnichowego Żlebu. Jest tu strasznie wąsko, może półtora metra. Trzeba strasznie uważać. Jest gdzie spaść! Drobiazg, jakieś 50 m wolnego lotu, a potem... Lepiej nie myśleć. Ostrożnie, krok po kroku przechodzimy na drugą stronę, gdy nagle śnieg pęka pod nogami! To był nawis!!! Ogromny płat śniegu spada do żlebu, ale - bez nas! Kolejny raz się udało. Ciekawe, ile jeszcze razy?
Musimy teraz zejść nieco w dół. Kilkaset metrów przed nami widać olbrzymią grupę ludzi. Jesteśmy na miejscu! Teraz - do roboty, wszak po to tu przyszliśmy. Ktoś wciska mi do ręki jakąś linę, ktoś inny przeklina, ktoś okrzykami wyraża swoją radość na mój widok. W pierwszej chwili trudno się w tym wszystkim połapać, tym bardziej, że robi się coraz ciemniej. Pytam o rezultaty akcji. Nagle nogi uginają się pode mną. Pytam jeszcze raz. Ktoś, przekrzykując ryk wiatru, sylabizuje:
- Dwie... oso... by... nie... żyją...
A więc cały wysiłek na nic, nie udało się... Siadam na śniegu. Muszę dojść do siebie. Nagle odczuwam wszystkie możliwe zmęczenia tego świata. Czuję się fatalnie. W głowie dzwoni pytanie: DLACZEGO??? Ktoś wali mnie po plecach, nie wiem, kto. Krzyczy jakieś slogany o resztkach rozumu, ale jego słowa nie docierają do mnie. Jeszcze przez moment tkwię w bezruchu. Aż nagle przychodzi opanowanie: przecież są jeszcze żywi, których trzeba za wszelką cenę sprowadzić na dół. Jest jeszcze tobogan ze zwłokami, trzeba pomóc go ciągnąć. Jeszcze tyle do zrobienia...
Na dnie kieszeni znajduję jakieś cukierki. Pośpiesznie gryzę kilka, nie zwracając uwagi na ich smak. Po chwili czuję się lepiej. Chwytam za linę, którą wciśnięto mi do ręki i razem z innymi ciągnę, ile sił. Na jej drugim końcu jest tobogan ze zwłokami. Idzie ciężko, krok po kroku poruszamy się do góry, stojąc niemal w miejscu. Okrzykami i ordynarnymi przekleństwami dopingujemy się do zdwojonego wysiłku. Karawana zatrzymuje się po kilku krokach. Odpoczynek. Bardzo krótki. I znów ciągniemy za linę. Tobogan jest potwornie ciężki, śnieg grząski i głęboki, stawiający ogromny opór. Na szczęście jeszcze tylko kilka kroków do góry, potem przewinięcie w miejscu, z którego zrzuciliśmy nawis, a potem - już tylko w dół.
Wiatr, zamiast cichnąć na noc, rozszalał się jeszcze bardziej. Jego silne podmuchy, niosące ze sobą śnieg i deszcz, uderzały nas raz za razem prosto w twarze. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. Temperatura spadła chyba poniżej zera, bowiem deszcz zaczął zamarzać na ubraniach, a nawet na twarzach, tworząc coraz grubszą warstwę lodu. Trzeba było co chwilę zatrzymywać się, żeby się jej pozbyć. Przynajmniej z twarzy. Było to zajęcie tyle uciążliwe, co bolesne. Ale - konieczne.
Znów dłuższy postój. Ludzie zaczynają odczuwać zmęczenie. Pomimo, że droga wiedzie w dół, nie jest lekko. Wiatr naniósł sporą warstwę świeżego śniegu, który zapadając się stwarza ogromny opór toboganowi. Na dodatek zamaskował wszystkie wystające kamienie. Dzięki temu tobogan od czasu do czasu zakleszcza się między nimi, dając nam dodatkowe zajęcie. Rozglądam się wokół. Zrobiło się już całkiem ciemno. Niewiele widać. Trudno rozróżnić okoliczne szczyty, tym bardziej, że niektóre giną wśród chmur. Niebo i skały zrobiły się zupełnie czarne. Wszystko wokół jest czarne. Czarny zrobił się nawet śnieg. Czarne są także sylwetki otaczających mnie osób.
Odpoczynek zrobił swoje. Ruszamy, by po kilkunastu metrach znowu stanąć. Tobogan zablokował się między kamieniami. Przychodzą kolejne podmuchy wiatru. Śnieg zakleja oczy. Jest mało przyjemnie.
Odłączam się od liny. Muszę chwilę odpocząć. Wyciągam z plecaka latarkę. Będzie coś widać. Inni, którzy nie zrobili tego wcześniej, idą w moje ślady. Modlimy się, aby baterie wytrzymały choć do Szerokiego Żlebu, wierząc, że niektóre modlitwy bywają wysłuchiwane. Ale - nie nasze. O tym przekonaliśmy się jednak dopiero po godzinie.
Wraz ze światłem poprawił się nastrój w grupie. Zaczynamy dzielić się zadaniami. Trzeba zająć się uratowanymi. Oni przeżyli najwięcej. Część ratowników zostaje z toboganem, reszta dostaje pod opiekę po jednym uratowanym. Przydzielono mi jakieś młode, wystraszone dziewczę. Oby tylko nie trzeba było jej nieść. Dziewczyna, ubrana w ogromną kurtkę puchową któregoś z ratowników, ledwo stoi na nogach. Drży z zimna. Znajduję w plecaku kilka tabletek glucardiamidu. Jedną wciskam jej do ust, drugą sam rozgryzam i pospiesznie łykam, zagryzając śniegiem. Po chwili jest z nią lepiej. Chwytam ją pod rękę, robimy kilka kroków. Idzie zupełnie dobrze, ale gdy tylko na chwilę zwalniam chwyt, siada bezsilnie na śniegu. Zapowiada się niezła zabawa. Biedaczka porusza się o własnych siłach do chwili, gdy czuje, że jest podtrzymywana. Wystarczy, abym na chwilę zwolnił chwyt, by natychmiast straciła siły.
Przychodzą kolejne uderzenia wiatru. Jest źle. Robi się coraz zimniej. Deszcz ze śniegiem wciska się we wszystkie zakamarki odzieży. Co chwila zatrzymujemy się, grupując po kilka osób, zwróconych do siebie twarzami. W ten sposób łatwiej przeczekać szkwały. Moja podopieczna zaczyna skarżyć się na zimno, szczególnie w stopy. Niedobrze! Uderzam ją delikatnie czekanem po butach. Nie reaguje. Walę mocniej. Nadal brak reakcji. Nie dziwię się. Na nogach ma "turystyczne" obuwie typu "Pionier", doskonałe do spacerów po Gubałówce, i to tylko latem. Na dodatek ubrana jest w cienkie, sztruksowe spodnie, teraz całkiem mokre i zalodzone. Nic nie poradzę, musi marznąć. Dziewczyna po kilkudziesięciu silnych uderzeniach czekanem odzyskuje czucie w nogach, ale skarży się na silne "mrowienie". A więc krew zaczyna krążyć. Mam nadzieję, że obejdzie się bez odmrożeń. Robimy kilkadziesiąt kroków. Okazuje się, że cały zabieg z waleniem po butach trzeba powtórzyć. Biedne dziewczę znów traci czucie w stopach. Tak będzie cały czas aż do schroniska.
Jest coraz zimniej. Dochodzimy do miejsca, z którego chciałem spaść podczas wędrówki do góry. Będzie niezła zabawa. Schodzę przez próg jako pierwszy, ktoś delikatnie opuszcza "moją" dziewczynę. Niestety, zachowuje się ona całkiem biernie. Po prostu całym ciężarem spada na mnie i muszę użyć sporo siły, aby razem z nią nie wylądować kilkadziesiąt metrów niżej. Jakimś cudem to się udaje, i w końcu oboje stoimy w miarę pewnie. Dalej będzie już tylko łatwo!
Po chwili osiągamy dno dolinki. Jesteśmy w miarę osłonięci od wiatru, można chwilę odpocząć. Chwila trwa prawie pół godziny. Wiatr już nam nie dokucza. Gdyby nie zimno, byłoby całkiem przyjemnie. Sielanka. Każdy wyciąga swoje skromne zapasy. Prowiantu nie jest dużo, ale musi wystarczyć i dla nas i dla uratowanych. Bo nikt z nich nie wziął w góry nic do jedzenia! Karmimy więc nieszczęśników, czym kto ma. Niektórzy usiłują palić papierosy. Niestety, szczęście szybko mija. Większość latarek odmawia posłuszeństwa. Modlitwy widać nie trafiły pod właściwy adres.
Trzeba jednak ruszać dalej. Goprowcy dzielą grupę na dwie części. Do mnie zostają przydzieleni najbardziej zmęczeni i przemarznięci uratowani oraz kilka osób do pomocy. Reszta uratowanych i ratowników zostaje z toboganem. Mamy za zadanie jak najszybciej dotrzeć do schroniska. Kandydaci na przewodników górskich są zbyt przemoczeni, aby dłużej pozostawać na mrozie. Byłyby z nimi poważne kłopoty. Jest nas 11 osób. Zarządzam wymarsz. Na odchodnym dostaję kilka szczegółowych instrukcji, co robić, gdyby...
Po kilkudziesięciu metrach wychodzimy z osłoniętego od wiatru terenu. W tym momencie wiatr pokazał, co potrafi, jakby mszcząc się za to, że nie mógł nam dokuczać przez ostatnie pół godziny. Staram się jednak nie zwracać na niego uwagi, ponaglając swoją grupę do szybszego marszu. Zgodnie z instrukcjami mamy schodzić prawą stroną Szerokiego Żlebu. Umieram z ciekawości, czy tym razem też się uda przeżyć.
Niesubordynacja jest chyba naszą narodową cechą. Setki razy upominam grupę, aby trzymać się prawej strony żlebu i tyleż samo razy wszyscy dążą do środka. Tak, jakby tam było łatwiej. Owszem, łatwiej, ale o lawinę... W końcu jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności osiągamy taflę Morskiego Oka.
Odetchnąłem z ulgą. Tu już absolutnie nic nam nie grozi. Dosłownie nic!!! W oddali błyskały światła schroniska. Jego ciepło, promieniujące z każdego okna, dawało się odczuć aż tu. Jeszcze tylko kilkaset metrów i będzie po wszystkim. Przynajmniej dla mojej grupy. Teraz nikogo nie trzeba zachęcać do marszu. Wszyscy cudownie odzyskali siły! Nie odczuwaliśmy nawet wiatru, który przecież nie przestał wiać nawet na moment. Liczyło się tylko schronisko. Byle szybciej.
Otworzyłem drzwi werandy. Przyjemne ciepło uderzyło w twarz. Nie mogłem uwierzyć, że to już koniec. Obejrzałem się za siebie. Po schodach, zmęczeni, wchodzili członkowie mojej grupy. I moja podopieczna. Teraz już uśmiechnięta! Policzyłem wchodzących. Nie było ani manka, ani superaty. Za ostatnim zamknąłem drzwi. Tak, to już naprawdę koniec. Teraz szybko coś zjeść, napić się i spać. Spać!
Coś wilgotnego i ciepłego dotknęło mojej dłoni. Psi nos! Do niego dołączony ogromny pies lawinowy, szczęśliwy, radośnie merdający ogonem. Przytulił się do moich nóg, jakby znał mnie przez całe życie. A przecież widzieliśmy się po raz pierwszy! Ktoś wcisnął mi do ręki kubek z gorącą herbatą, na całe nieszczęście okropnie słodką. Teraz jednak jej smak wcale mi nie przeszkadzał. Była ciepła i uroczo mokra. Tylko to się liczyło. Wypiłem kilka łyków i rozejrzałem się dokoła. Pies witał wszystkich wchodzących. Był autentycznie szczęśliwy. Należał do ekipy lawinowej GOPR, która tak, "na wszelki wypadek" czekała w pogotowiu w schronisku. Podszedł do mnie jeszcze raz, wyciągnął pysk i z wdzięcznością popatrzył w oczy. Tak, jakby w ten sposób chciał podziękować, że nie musi opuszczać przytulnego pomieszczenia. Nie musiał się obawiać. Któż kazałby mu wyjść na dwór w taką pogodę?
Epilog
W niespełna 24 godziny od zakończenia akcji ogromna lawina zeszła Szerokim Żlebem, wymiatając wszystko, co spotkała na swojej drodze i zatrzymując się daleko od brzegu na tafli zamarzniętego Morskiego Oka.
Informacje o autorze: ryszard.jakubowski.wizytowka.pl