Wydanie internetoweAzja

Iran'2006

Piotr Borodulin-NadziejaIran
Iran'2006

Poniżej parę porad nt. Iranu. Bylem tam miesiąc w lecie 2006 (od polowy sierpnia do polowy września). Trasa Teheran > Sziraz / wioska luryjska w Zagroz > Bandar Abbas / Hormoz > Kerman > Jazd / Czam > Esfahan > Teheran > Sanandadz / Palangan - wioska kurdyjska > Orumieh.

Mapa trasy: Iran'2006
Mapa trasy

Najpierw uwaga ogólna. W prawie każdym aspekcie znajdzie się kraj, przy którym Iran wypadnie gorzej - gościnność nie taka jak w Kurdystanie, przyroda nie tak piękna jak w Kirgizji, rozrywek mniej niż w Gruzji itp. Jednak wszystkie te aspekty tworzą razem w jakiś magiczny sposób wspaniałą mieszankę i po miesięcznym pobycie nie dziwię się wytrawnym podróżnikom, którzy opisywali Iran jako swoje ulubione miejsce.

Zdjęcia z wyjazdu można obejrzeć tutaj:
www.pbn.biskupin.wroc.pl/iran/archiwum

PRZED WYJAZDEM

W ramach przygotowań mentalnych polecam lekturę "Ślepej sowy" Sadegha Hedajata oraz zbioru opowiadań irańskich "Kolacja cyprysu i ognia". Można tez probować poezje Hafeza czy Sadiego, choć to już cięższa lektura. Obowiązkowo należy też obejrzeć niektóre filmy Kiarostamiego, Makmalbafa, Panahiego i in. (np. "Uniesie nas wiatr", "Gabbeh", "Smak czereśni").

DOJAZD

Ja wybrałem wariant: samolot do Stambułu (300 euro w obie strony, biuro podroży Panek) oraz autobus do Teheranu (30 dolców, biura podroży koło stacji metra Laleli w Stambule). W drugą stronę jechałem z Orumieh do Wan a dalej stopem (nic się nie zmienia: nie ma nic przyjemniejszego niż autostop w Turcji). Jeśli kupować bilet odpowiednio wcześnie, można za 400 euro lub mniej lecieć wprost do Teheranu lub Sziraz. Autobus Stambuł -> Teheran jedzie 40 godzin. Da się wytrzymać, jest klimatyzacja i przystanki.

W lecie na granicy zmieniamy czas o 0,5 godziny a nie o 1,5 jak dotychczas. Pomysł Ahmadenidżana, który uznał, że nie warto zmieniać czasu na letni, żeby nie komplikować terminów modlitw.

RELIGIJNOŚĆ

W Europie panuje stereotyp Iranu jako kraju fundamentalistów, w którym łatwo o faux pas, za które czeka nas chłosta, amputacja lub długoletnie więzienie. W rzeczywistości Iran nie jest zbyt religijnym krajem. Przepaść między władza a "normalnymi ludźmi" jest tam potężna. Codzienna religijność "zwykłych" ludzi w większości sąsiadów Iranu, w tym wschodniej Turcji jest tak naprawdę większa. Nawet muezzini są w Iranie mniej słyszalni, chyba ze w telewizji. Religijność można raczej zobaczyć wlaśnie w telewizji, na bilbordach (hasła w stylu "Israel must be wiped out from the world", Hezbollah, Basidze, itp.) niż w rozmowie z przeciętnym Irańczykiem.

Oczywiście pewne minimum obowiązuje - jeśli zaśniemy pijani na środku chodnika, narysujemy Mahometa na murze albo rzucimy sie do obcałowywania przechodzącej Iranki, porządne wybatożenie może nas nie minąć. Jeśli nie będziemy szaleć, bojówki ajatollahów raczej się nami nie zainteresują.

Kobiety powinny rzecz jasna zasłaniać włosy (w praktyce: trzeba mieć zasłoniętą potylice, reszta przejdzie - vide tinyurl.com/o7a6g) natomiast mężczyźni powinni nosić długie spodnie. Co prawda widziałem w Jazd twardego zawodnika w szortach, turystycznym kapelusiku i z reklamówkę "Tesco" w ręce (zgadnijcie skąd był :). Twierdził, że nie spotkały go żadne problemy. No cóż, wszędzie turyści cieszą się przywilejami niedostępnymi tubylcom i jest to w pewnym sensie naturalne. Krótkie spodnie w Iranie to jednak już trochę przesada...

Jeśli chodzi o stosunki damsko-męskie to flirtowanie jest jak najbardziej obecne, w przypadku turystek może to być nawet nieco uciążliwe, bo niektórzy Irańczycy potrafią być napastliwi (zapewne rezultat propagandy władz, wedle której w Europie na każdym kroku kwitnie wyuzdana rozpusta). Wiele Iranek jest dość progresywnych i same potrafią zaczepić na ulicy pytaniem w stylu "Jakie są relacje między kobietami i mężczyznami w twoim kraju". Słowo kluczowe: "dzigar". :)

CENY

Benzyna jest kilkukrotnie tańsza niż w Polsce, tak wiec transport jest bardzo tani, a cala reszta po prostu (lub tez "bardzo") tania (no chyba, ze kupujemy samochód, czy inny produkt obłożony podatkiem na Hezbollah). Co więcej, zarówno w sklepie, restauracji jak i nawet taksówce nie trzeba się specjalnie bać naciągactwa. Nie trzeba nawet pytać o cenę przed spożyciem / zakupem. Nawet jeśli policzą drożej (w taksówkach to się zdarza, w sklepach i restauracjach raczej nie), będzie to niewiele drożej. Wyjątek stanowią niektórzy taksówkarze pod dworcami.

Oczywiście ta uwaga nie dotyczy bazarów. Tam trzeba się targować, jak zresztą na bazarach na całym świecie. Trzeba tez powiedzieć, ze wstęp do wielu turystycznych miejsc jest dość drogi dla obcokrajowców.

BEZPIECZEŃSTWO

Mogę śmiało powiedzieć, że w ciągu całego miesięcznego wyjazdu nie odczułem nawet cienia zagrożenia. Ani ze strony policji, basidzów ani reszty populacji. I to mimo faktu, ze sytuacja w regionie była napięta (wojna w Libanie)

Wiele osób ostrzega przed ruchem drogowym. Irańczycy rzeczywiście są chyba jeszcze bardziej szalonymi kierowcami niż Turcy czy mieszkańcy Kaukazu, w dodatku samochodów jest tu o wiele więcej, zwłaszcza w Teheranie. Ponieważ jednak ruch jest szalony, kierowcy mają raczej dobre hamulce i umieją się nimi posługiwać. Przed przejściem przez ulice warto jednak oddać się na wszelki wypadek w ręce co najmniej trzech pierwszych imamów.

TRANSPORT

Jeździłem tylko autobusami. Wszystkie są tanie, większość dość komfortowa, a drogi bardzo dobre. W prawie wszystkich autobusach można liczyć na poczęstunek (kompletnie niezjadliwe ciasteczka) oraz zimne napoje. Przykładowe ceny: Sziraz > Bandar Abbas: 5 euro, Sanandadz > Orumieh: 2,5 euro. Autobusów jest dużo, a kupno biletu nie nastręcza trudności (prędzej bilet znajdzie nas niż my bilet :).

W miastach trzeba jeździć taksówkami, przy czym "taksówka" może być w Iranie każdy samochód. Po prostu należy stanąć na ulicy, mniej więcej w dowolnym miejscu i czekać (zazwyczaj nie więcej niż minutę), aż ktoś się zatrzyma. Wtedy należy rzucić nazwę ulicy i czekać na odzew. W Teheranie często trzeba się przesiadać z jednej taksówki do drugiej, bo wiele osób trzyma się swoich tras i za zbaczanie z nich każą sobie płacić więcej. Jeśli chodzi o Teheran, to gdyby nie to, ze ciągle jeździł z nami znajomy tubylec, nie wiem, jak byśmy sobie poradzili z tym systemem.

Ceny taryf dla tubylców to mniej więcej 0,05 euro za kilometr (w Teheranie 0,15 euro). Dla turystów nie powinno być więcej niż dwa razy drożej.

TECHNIKALIA

O bankomatach można zapomnieć, chyba ze się ma jakaś super kartę (a i wtedy można coś ugrać chyba tylko w największych miastach). Simplus za to działał całkiem sprawnie. Internet jest częsty, choć czasem dość wolny. Znaczki na kartki pocztowe do Polski kosztowały 0,1 euro (!). Kartki doszły po 3 tygodniach, choć nie wszystkie. :)

JEDZENIE

W Iranie można napotkać wielką różnorodność potraw. W każdej prowincji są inne dania, chociaż większość irańskich fast-food'ów sprzedaje to samo: kebaby, hamburgery, sandwicze, czasami falafle. Poniżej wymienię część tego, co mnie się udało w Iranie zjeść. Nie zawsze jestem pewien nazw, ale podając te, które wymieniam mniej więcej powinniśmy być zrozumiani.

Przede wszystkim. Nie wiem, jak to się dzieje, ale jedzenie w Iranie jest bezpieczne. Jadłem wszędzie i wszystko, piłem też wszędzie wodę z kranu i nie miałem najmniejszych problemów żołądkowych. Dla odmiany, w Turcji zazwyczaj takowe problemy zaczynają się już po paru dniach.
Za 1-2 euro można zjeść porządny obiad.

Oczywiście wszędzie przyrządza się kebab (choć nie gyros, jak w Turcji). Kebab przygotowany na ognisku przez irańska gospodynię to niezapomniana uczta, zwłaszcza jeśli mięso zostanie obtoczone w którymś ze specjalnych sosów (np. z kiwi). Jednak kebaby w fast-foodach też bywają nie najgorsze. Możemy wybierać szpile z rożnego rodzaju mięsem - np. kurczakiem (dude kebab), wątróbką (dzigar), sercami, nerkami i innymi częściami ciała. Bardzo dobry jest kebab z mięsa mielonego, pieczony na podłużnej szpilce (jest on zresztą najczęściej spotykany).

Głównym sposobem jedzenia kebabu jest zawijanie go w chleb (lawasz albo, rzadziej, sangek - oba równie dobre), dodawanie mięty (oraz innej zieleniny, czasami niewiadomego mi pochodzenia), cebulki, przypieczonego pomidorka i skrapianie wszystkiego limonką. Choć przepis to prosty, trzeba przyznać, że efekt jest znakomity.

Można też zamawiać czelou kebab, czyli kebab z ryżem. Czelou to po prostu ryż, natomiast polou to pilaw (ryż gotowany z dodatkami, np. warzywami). Warto doprawić taki kebab przyprawą someq lub suszonym berberysem (zereszk).

Co do berberysu, to polecam, jeśli tylko będziecie mieli okazję, spróbować kurczaka z berberysem - już nie suszonym (też pod hasłem zereszk). Raczej nie dostanie się tego w fast-foodzie, ale w irańskich domach to chyba częsta potrawa. Dla mnie bomba! Podobnie używane jest "albalu", coś co przypominało trochę mirabelki.

Sambuse to pieróg z warzywami i bardzo suchym ciastem.

Abguszt to potrawa - legenda. Można to opisać jako bulion z baraniną, fasolą i ciecierzycą, ale to nie odda klimatu tej potrawy. Już samo oprzyrządowanie wzbudza szacunek - oprócz bulionu dostaje się puste talerze, lawasz, miętę oraz... obcęgi i tłuczek. Rozwiązanie zagadki jest następujące - obcęgami chwytamy naczynie z abgusztem, odlewamy "wodę" do talerza. "Wodę" jemy jak zupę, krusząc wcześniej do niej kawałki lawasza, natomiast resztę ugniatamy tłuczkiem i jemy w lawaszu, jak kebab. Kiedy strączkowe zmiksują sie z baranim mięsem i tłuszczem wychodzi coś naprawdę wspaniałego. W Kurdystanie abguszt nazywany jest także "dizi".

W Esfahanie lub Teheranie łatwo dostać zupę "asz", która w smaku przypominała mi trochę zupę z proszku i ogólnie nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Jedna ze specjalności kaszkajskich jest natomiast zupa "asz-mast", która w smaku przypomina z kolei naszą koperkową.

Falude - deser, mówią na to "lody", choć nie zawiera w sobie mleka. Zawiera za to skrobiowe "makarony" w owocowych zalewach. Całkiem, całkiem. Mnie smakowało zwłaszcza w zalewie cytrynowej.

Gaz - rodzaj ciągutek z pistacjami, bardzo popularny łakoć w Iranie, na początku nie bardzo mi smakował, po jakimś czasie sie przekonałem. Gaz to czołowy produkt Esfahanu.

Nabat to żółty cukier. Nie wiem, czy się specjalnie różni w smaku od normalnego. Ja nie zauważyłem, ale jest uznawany za irańską specjalność.

Irańczycy mają talent do produkowania napojów. Nie dość, ze "Zam-zam" nie jest wcale gorszy od "Coca-Coli" i innych tym podobnych, za to znacznie tańszy, to wszędzie możemy zakupić również dość tanie owocowe soki "Rani". Porządne soki, z kawałkami owoców, bez żadnych oszustw. W rożnego rodzaju lodziarniach możemy też kupić soki robione z owoców na poczekaniu - np. z marchwi, melona. Całkiem niedrogie. W takich przybytkach można też dostać figi w zalewie oraz coś ze śliwek, co jest słodkie a je się z solą. Niekiedy można dostać "Mecca Cola". 10% "for Palestinian childhood".

Pełno w Iranie orzechów i nasion. Można jeść świeże pistacje, orzechy włoskie w rożnych wariantach oraz dużo takich, o których nie mam pojęcia czym były, np. szadane (rodzaj prosa (?)), tochme (coś w stylu pestek z dyni). Świeże daktyle nazywają się kharaki i nie są tak dobre, jak te "nieświeże".

W niektórych miejscach na śniadanie można zjeść jajko rozgniecione z ziemniakiem w mundurku i zawinięte, wraz z garścią zieleniny, w lawasz.

Poza tym tak jak pisałem, każde miejsce ma swoje specjalności - w Bandar Abbas albo nad górskim potokiem zjemy np. dobra rybkę, w Sanandadz w Kurdystanie można zjeść jako kebab jakaś dziwna i chyba intymna cześć ciała krowy o interesującym, choć lekko mdłym smaku (podobno w reszcie Iranu nie jest się tego (czymkolwiek TO jest), bo wszyscy oprócz Kurdów się tego brzydzą).

Poza tym, w każdym mieście są lokalne delicje w postaci wyrobów cukierniczych.

UŻYWKI

No cóż, fakt, ze picie alkoholu jest karane chłosta (99 batów) nie tyle sprawia, ze alkoholu w Iranie nie ma, co że jest albo ohydny albo drogi. W zasadzie nie ma problemu z jego kupieniem, chociaż za bardzo nie próbowaliśmy. W sklepach można za to kupić wiele rodzajów piwa bezalkoholowego. Na placu przy kompleksie Amir Chaghmah w Jazd znaleźliśmy nawet legendarna Baltike 0. Cale 0,5 % alkoholu! :)

Papierosy są tanie. Np. "Magna" - 0,5 euro.

Khalion, czyli fajka wodna jest dostępna w czajhanach. Niektóre z nich są naprawdę rajskimi miejscami - nastrojowa muzyka, latające po pomieszczeniu ptaszki, fontanny, półmrok, odświeżająca i paląca się "godzinami" fajka wodna, wspaniałą herbatka, daktyle... Przyjemniejsze to miejsca na pogaduszki niż nasze zadymione knajpy z wodnistym piwem, ryczącą muzyką, karkiem na bramce i cykniętymi studentami przy stoliku obok. Oprócz owocowych, khaliony bywają także nie-owocowe (po prostu pali się tytoń w fajce wodnej). Tych nie polecam.

Opium, heroina. No cóż, to było jedno z największych moich zdziwień w Iranie, tym bardziej, ze jakoś nie wyczytałem o tym w żadnych relacjach z podroży po Iranie. Otóż opiaty, pomimo faktu, ze jeszcze nie tak dawno za uzywanie narkotykow grozila kara smierci, sa w tym kraju bardzo powszechne. Widać to już w Teheranie - zagęszczenie "narciarzy" chwilami osiąga poziomy a'la dworzec kolejowy w Katowicach. Widok staruszki zakutanej w czador i chwiejącej się w charakterystyczny sposób nie należy do rzadkości. Nietrudno to wytłumaczyć - raz, ze tradycja palenia opium jest bardzo silna (vide "Ślepa sowa" Hedajata), dwa - sąsiadem Iranu jest Afganistan, największy producent maku i opium oraz Pakistan - kraj, w którym z owego maku robi się heroinę. No cóż, palenie opium na irańskiej wiosce jest przeżyciem wartym polecenia, zwłaszcza jeśli mamy szansę zapalić w tradycyjnej fajce. Bać się nie trzeba, bo po opium nie traci się kontaktu z rzeczywistością. Opiaty są oczywiście silnie uzależniające, lepiej się wiec na takich wioskach nie zasiadywać. :)

Oprócz opium obecne jest też "szire", czyli to, co zostanie z wygotowania cybucha opiumowej fajki. Znacznie mocniejsze. Afgańczycy używają też powszechnie narkotyku o nazwie "noz" (lub coś w tym stylu). Wkładają to sobie pod wargę i żują. Nie wiem jednak, co to jest, jakie ma działanie itd.

MIEJSCA

Na wstępie muszę powiedzieć, że nie byłem zbytnio zainteresowany zabytkami i skupiałem się na eksplorowaniu "żywych" kultur. Nie byłem więc w Persepolis itp., a i muzeów zbytnio nie odwiedzałem. Informacje o tychże można jednak znaleźć w wielu innych miejscach.

* Teheran - straszliwy moloch. 16 milionów mieszkańców, 9-pasmowe ulice, ciągnące się kilometrami. Ma się wrażenie, ze samochodów jest tam więcej niż w całej Polsce. Gdyby nie pomoc znajomych Irańczyków, przemieszczanie się zajmowałoby nam pewnie kilkakrotnie więcej czasu. W Teheranie na pewno jest sporo ciekawych miejsc, zwłaszcza "undergroundowych" (imprezy w Górnym Teheranie wyglądają podobnie jak w Europie, włącznie z tym, ze odbywają się sex-party, z tym ze nie wejdzie się tam z ulicy), nie mogę w tym względzie jednak niczego polecić. Jeśli chodzi o relaks to można pojechać do "Stone Garden" lub dalej, na gore Darband.

Hotelu nie polecam, gdyż byliśmy goszczeni.

* Sziraz - bardzo przyjemne, zwłaszcza ogrody (grób Hafeza z klimatyczna czajhana, ogród botaniczny), w końcu jest to miasto "poezji i ogrodów". Sympatycznie jest też przy "Koran gate" - mile czajhany i irańskie turystki. Bazar jest olbrzymi i przebogaty. Idealne miejsce na kupienie jakiś pamiątek. Miasto ma swoja atmosferę i warto się w nim zatrzymać na dłużej. Nie pisze więcej, bo o Sziraz można poczytać w wielu miejscach.

Hotelu nie polecam, gdyż byliśmy goszczeni.

* Bandar Abbas - to prawda, ze dość gorące. Gorąco było nawet w nocy (40 stopni?). Co się działo w dzień? No cóż, trzeba to przeżyć, żeby zrozumieć. W każdym razie mój mózg pracował na zwolnionych obrotach i wspominam Abbas jak przez mgłę. :) Warto nosić dwie podkoszulki - biała pod spodem i czarna na zewnątrz. Życie tam zaczyna się koło 17. Potem szybko zapada zmrok a o 21 ulice ponownie pustoszeją. Wybrzeże bardzo interesujące z przyrodniczego punktu widzenia (ptaki). W samym B.A. jakiś mega atrakcji nie zauważyłem, być może przez upały.

Hotel "Eslami". Super tani, zwłaszcza jeśli się weźmie pokój z wiatrakiem zamiast klimatyzacji. Przybycie turystów może wywołać zdziwienie. :)

* Hormoz - wyspa w Zatoce Perskiej. można tam dopłynąć za 1 euro z Bandar Abbas motorówka. Niesamowite miejsce. Prawie wszyscy mieszkańcy zajmują się pojawianiem krewetek. Ludzie o wyjątkowo ciemnej karnacji, kobiety ubrane w charakterystyczne maski z dziobem. Palmy i inna dziwna roślinność. Środkiem lokomocji są tam motocykle, skądinąd ich posiadacze chętnie podwożą to tu to tam. Podobno z Hormoz można zobaczyć amerykańskie statki wojenne, Oman jest już bowiem całkiem blisko.

Hotelu nie ma, w lecie nocowanie na zewnątrz to chyba szaleństwo, ale przy odrobinie determinacji można coś znaleźć. My nocowaliśmy, za darmo zresztą, w klimatyzowanym ośrodku sportowym należącym do bojówek ajatollahów - basidzow.

* Kerman - kiedyś było to turystyczne miasto. Od czasu zawalenia się Bam, nie ma tu już zbyt wielu turystów. Mimo to, a raczej dzięki temu, miasto jest interesujące. Dużo osób zagaduje, jest tanio. Bazar jest nie gorszy (choć mniejszy) niż w Sziraz, polecam włóczęgę po jego zakamarkach, zwlaszcza po zmroku, kiedy jest mniej kupujacych. Fragmenty miasta przypominają Jazd i są za dnia kompletnie opustoszale. Stolica opium.

Hotel "Hafez". Bardzo tani, dobre położenie, wygodny, bardzo mila obsługa. Z całego serca polecam.

* Jazd - nazywane jest miastem zoroastrian, choć tych więcej jest w Kerman (a i tak dość mało). Jazd jest wspaniale - stare miasto jest bardzo duże, a chodzenie jego ciasnymi uliczkami z tysiącami zakamarków (podziemne pomieszczenia na lód, czajhany, itp. itd.) to czysta przyjemność. Można zwiedzać Świątynię Ognia i Ciszy, choć lepiej wypytać się najpierw o godziny otwarcia. Swoją drogą, lepiej brzmią nazwy tych miejsc, niż same miejsca wyglądają. Polecam "restauracje" w kompleksie Amir Czaghmah, co ciekawe, są prowadzone przez Irakijczyków, i bardzo dobre.

Hotel "Amir Czaghmah". Tani, bardzo dobre położenie. Mila obsługa w postaci Abbasa, który umie parę zwrotów (i piosenkę) po polsku i bardzo lubi polskie turystki.

* Czam - wioska zoroastrian. Miejsce z atmosfera. Warto tam jednak jechać w czasie któregoś ze świat zoroastrian. My zastaliśmy tam pustki i dwoje staruszków, którzy zupełnie (nomen omen) nie palili się do zapraszania. można nocować na zewnątrz, warto jednak zaopatrzyć się w prowiant, bo w pobliżu nie ma sklepu, a na drzewach tylko figi i granaty.

* Esfahan - jeśli ktoś lubi zwiedzać zabytki, będzie to dla niego żelazny punkt programu. Mnie Esfahan znudził już po paru godzinach. Tam niewiele osób zagaduje, nie słychać "hello, mister" rozbrzmiewającego bezustannie w większości innych miejsc. Główna ulica dobiła mnie całkowicie - jedno wielkie centrum handlowe. Drożej niż w reszcie kraju, a na dodatek miasto jest dość religijne. To m.in. Esfahan głosował w ostatnich wyborach na Ahmadenidżana. Ciekawostką jest rzeka i most. Można się poczuć jak w Europie. Tylko czy po to się jeździ do Iranu? :)

Hotel "Amir Kabir" na głównej ulicy. Standardowe gniazdo turystów z Europy.

* Sanandadz - nieturystyczne, niewielkie i pełne uroku miasto. To Kurdystan, a Kurdowie to chyba najbardziej gościnny naród świata. Łatwo o zaproszenie do domu, samozwańczych przewodników (i przewodniczki), itp. Ciekawy bazar, interesujące muzeum etnograficzne (tak, jak nie znoszę muzeów, to jest naprawdę warte odwiedzenia). Można się też wybrać na gore Arbadar, na piknik.

Hotel "Kacz". Dobra cena i położenie. Całkiem wygodny.

* Palangan - wioska kurdyjska, niedaleko granicy z Irakiem. Nie napisze nic, bo to czysta poezja.

* Zahedan - pisze o Zahedan, choć tam nie byłem, ponieważ wydaje się, że jest to miejsce szczególnie warte odwiedzenia. Wiele osób mówiło nam, ze jechać tam jest niebezpiecznie (ostatnio grasuje tam niejaki Abdul Malek Rigi). Potem jednak spotkaliśmy wielu Beludzów i wszyscy okazywali się być niesłychanie gościnni i kontaktowi. Nie sadze, żeby turystom coś groziło na drodze do Zahedan ani tym bardziej w samym Zahedan. Jakby co można powołać się na Mohammada Rigi :)

Więcej z Azji