Czwartek 02.02.2012 – Dzień pierwszy
Ziemia zaczęła szybko przybliżać się. Czarterowy Boeing 737 firmy Enter Air od dłuższego już czasu schodził do lądowania z wysokości marszowej 11 kilometrów. Powoli przedzierał się przez szare warstwy chmur. Powoli pod jego podbrzuszem zaczęły majaczyć szaro-żółte piaski i skały. Z czasem pojawił się żółty pas na betonowej płycie lotniska. Lekkie tąpnięcie i słyszę już odgłos toczących się kół po pasie lotniska. Przy końcu pasa oczekiwał już pracownik manewrowy wskazujący czerwonymi flagami konieczność skrętu w prawo. Po kilkunastu metrach maszyna stanęła. Słychać jeszcze hałas pracy silników. Pasażerowie dali popis swoich manier i zaczęli klaskać. Po pewnym czasie zaczęło się opuszczanie maszyny. Temperatura na zewnątrz +19 stopni C. To trochę inaczej, aniżeli w Polsce. Tam było -18 stopni C. Dla jasności sytuacji dodam tylko, że na wysokości 11 kilometrów temperatura powietrza sięgała -61 stopni C.
Szybko przeszedłem niewielki odcinek drogi dzielący maszynę od niewielkiego budynku portu lotniczego Ovda. Przed budynkiem kilka palm daktylowych. Mijając stojącą nieruchomo policjantkę izraelską, pozdrowiłem ją krótkim: „Shalom!”, ale jakoś nie raczyła mi odpowiedzieć. Wszedłem do sali przylotów, aby poddać się odprawie podróżnych, którzy zaczęli stopniowo ściągać z siebie kurtki i swetry z uwagi na aktualną temperaturę. Przede mną były trzy kolejki podróżnych. Czekam cierpliwie, starając się nie przekraczać żółtej linii przed okienkiem odpraw. Wreszcie młody urzędnik imigracyjny daje mi znak, abym podszedł. Padają rutynowe pytanie w rodzaju: imię, nazwisko, dokąd się udaję i czy jestem pierwszy raz w Izraelu. Mogę iść dalej do następnej urzędniczki z kwitem z okienka. Po kilku minutach odpoczynku na ławce w cieniu, opuszczam budynek portu lotniczego. Przed nim stoi już kilka autokarów oczekując na przybyłych turystów. Wsiadam do białego autokaru z czerwonym pasem i napisem „Jerusalem”. Po bokach w jego przedniej części umieszczono polskie godło. Miły akcent, jak na początek pobytu tutaj. Po pewnym czasie ruszył. Przewodnik zaczął zasypywać turystów potokiem ważnych i praktycznych informacji. Opuszczamy teren lotniska. Po obu stronach asfaltowej drogi nic ciekawego. Sterty drobnych kamieni i skał, niczym na dużej budowie. Po pewnym czasie mam wrażenie, jakbym kręcił się w kółko po np. Bełchatowie. Nawet nie było, co fotografować. Jestem na Pustyni Paran. Czasami widzę absurdalny widok. Przystanek autobusowy! Dla kogo? A może Beduini docierają tutaj na swoich dromaderach? Dojeżdżamy do głównej drogi krajowej nr 90 i kierujemy się na północ Doliną Arava. Prawie równolegle z drogą biegnie w pewnym oddaleniu granica jordańska. W pewnym momencie pojawia się po lewej stronie drogi niewielka oaza, a potem znowu długo, długo nic. Ciekawostką jest nagle pojawiająca się stacja benzynowa nieznanej mi firmy, bo nie potrafię przeczytać zapisu „robakami”. Po prawej stronie drogi widzę resztki ogrodzenia i pojedyncze żółte tabliczki ostrzegawcze z angielskim napisem: Danger. Reszty nie sposób odczytać z uwagi na miejscowy alfabet. No cóż, okazuje się, że dookoła rozciąga się wielki poligon wojskowy. Świadczą o tym leżące w pewnym oddaleniu od trasy strzelnice.
Z czasem wynurzają się z mgiełki oddalenia wyniosłe szczyty pasma Arava. Szczyty te miejscami osiągają nawet i ponad 1 600 m. Leżą one już po jordańskiej stronie. Autokar zaś powoli zjeżdża w dół Doliny Jordanu. Jesteśmy już na terenie depresyjnym. Mijamy miejscowość Hazena leżącą na „wysokości” -173 m., Co tam, Holandia ze swoją niby depresją to może się schować. Mijamy Sedom, czyli ruiny biblijnej Sodomy. Jedziemy teraz Równiną Menukha w stronę Grzbietu Omera. Mamy już Pustynię Negev. Za czasów Abrahama, czyli na 2 000 lat przed Chrystusem tereny te były eksploatowane przez koczowników. Około roku 1283 Żydzi opuścili Egipt i w tej właśnie okolicy przyszło im spotkać się z Amalekitami. Jozue pobił ich a zdobyte ziemie przydzielił plemieniu Symeona. Około roku 1 000 król Dawid rozciągnął władzę na tereny Negevu. Z kolei jego syn i następca Salomon zbudował tu linię obronną licznych grodów, a nadto kopalnię miedzi w Timmie oraz port w Ejlat. Po podziale królestwa na Izrael i Judę tereny te zajęli Edomici, których około roku 100 wyparli Nabatejczycy. W dobie średniowiecza Negev był ważnym ośrodkiem bizantyjskim. A następnie aż po lata 80. XIX wieku tereny te penetrowali beduińscy koczownicy. W roku 1939 na północny zachód od Ber Szewy powstał pierwszy kibuc, Negba. Kolejne trzy powstały w cztery lata później. Wielkim orędownikiem zasiedlenia Negevu był pierwszy prezydent Izraela, Dawid Ben Gurion, który w wieku emerytalnym osiedlił się w maleńkim kibucu Sde Boker.
Z dala widać jakąś większą osadę, bo i nawet kominy fabryczne widać. Pojawiają się stopniowo zakłady chemiczne wykorzystujące wody Morza Martwego /Yam Ha-Maleh/. Widać też pojedyncze małe zbiorniki z wysychającą wodą, a na ich dnie białe płaty soli. Jedziemy dalej na północ. Autobus pnie się do góry by po pewnym czasie serpentynami z powrotem powrócić na poziom Morza Martwego, czyli -406 m. Dojeżdżamy do kąpieliska En Boqeq. Na horyzoncie kilka wieżowców, supermarket, kilka sklepów i plaża nadmorska. Wokół tutejszych źródeł mineralnych wyrósł kompleks uzdrowiskowo-hotelowy przyciągający kuracjuszy z całego świata. Tutejsze wody lecznicze znane już w I wieku po Chrystusie, pomagają na najróżniejsze schorzenia, od chorób skórnych po lumbago. Nadto wartościowe są kąpiele błotne, znane już w czasach Kleopatry. Dzisiaj tutejsze błoto jest cenionym towarem eksportowym, jako naturalny środek nawilżający. Autokar zjeżdża na parking. Biorę ręcznik, mydło i kąpielówki. Idę do męskiej przebieralni znajdującej się w namiocie plażowym. W środku jest kilku panów, którzy zmieniają w spokoju swoją garderobę. Nawet nie zauważyłem, że przy wejściu w namiocie... przebierała się bezceremonialnie młoda kobieta. Jest godzina 16.30. Od zachodu pojawiają się chmury. Idę na plażę. Woda ma mieć ponoć około 20 stopni C. Nie czuję tego. Zbliża się wieczór i wiatr spada z gór. Robi się zimno dla mnie. Wchodzę do wody tylko do pasa. Nie mam odwagi kłaść się na plecach, gdyż 30% zasolenie Morza Martwego może być kłopotliwe, gdybym kładąc się na plecach, jakimś trafem odwrócił się twarzą do wody. Tak wyjątkowo duże zasolenie wód tutejszego morza powoduje, że można leżeć na wodzie, niczym na materacu. Robie kilka fotek i idę na wystający cypel. Biorę większy kamień i strącam z kamieni duże kawałki soli. Sól ma lekko ciemny kolor, ale to mi nie przeszkadza. Dookoła mnóstwo turystów z różnych krajów. Jedni spacerują, inni zaś kąpią się. Tablica ogłoszeniowa przy zejściu na parking zawiera informacje w kilku językach, łącznie z rosyjskim. Biorę prysznic na plaży i przebieram się, bo trzeba pozbyć się tej solankowej powłoki z ciała. Czuję się dużo lepiej i znakomicie odświeżony. Czas jechać dalej, bo robi się późno. Z dotychczasowego doświadczenia wiem, że w tych szerokościach szybko zapada zmrok. Wynika to z innej prędkości kątowej obrotu kuli ziemskiej w tych okolicach, aniżeli u nas w Polsce. Autokar jedzie najpierw wzdłuż „pierwszego” Morza Martwego, które w pewnym momencie kończy się. Po kilku kilometrach jazdy wzdłuż kanału, znów pojawia się Morze Martwe. Tym razem to większe. W czym rzecz? Otóż wskutek stopniowego opadania poziomu wód, akwen morza podzielił się na dwa baseny połączone kilkukilometrowym kanałem. Po lewej stronie mijamy słynną górę Masadę, a po prawej stronie mignęło nam małe lotnisko. Jedziemy skrajem Pustyni Judzkiej. Jest już ciemno. Przed nami sznur samochodów. Za Ruin al Bahr autokar zaczyna wspinać się serpentynami w górę, kierując się na zachód. Jedziemy do Jerozolimy. Po lewej stronie mijamy zjazd do meczetu Nabi Musa, czyli rzekomego grobu Mojżesza, który wyrasta nagle na pośrodku kompletnego pustkowia. Meczet zbudowali w XIII wieku mamelucy. W kwietniu pojawia się tutaj najwięcej pielgrzymów muzułmańskich. Wznosimy się prawie na wysokość 600 npm. Przed nami morze świateł. To już przedmieścia Jerozolimy. Autokar jęczy na kolejnym ostrym podjeździe. Czasami jakiś nerwowy kierowca wyprzedza nas. Na drodze panuje spory ruch ciężarówek, autobusów i aut osobowych. Jeszcze tylko dwa tunele i jesteśmy w Jerozolimie. Powoli przebijamy się przez to święte miasto. Kierujemy się do Bayt Lahm, czyli do Betlejem. Nazwa miasta oznacza: dom chleba. Najpierw jednak trzeba zatrzymać się na punkcie kontrolnym, dzielącym Izrael od Palestyny. Autokar turystyczny nie jest kontrolowany. Natomiast pasażerowie lokalnych linii autobusowych muszą czekać na kontrolę. Jesteśmy już na terenie Autonomii Palestyńskiej. Widać tu już flagi palestyńskie na budynkach, inne tablice rejestracyjne aut, jak również większe ubóstwo dookoła. Nie ma już biało-niebieskich flag z gwiazdą Dawida, a na to miejsce pojawiły się trójkolorowe flagi Palestyny. Nie już tak dużo aut z żółtymi tablicami rejestracyjnymi, a w to miejsce pojawiają się białe tablice z zielonymi cyframi i literką: P. Autokar podjeżdża pod hotel „Bethlehem”. Biorę bagaż z luku pojazdu i idę do recepcji po klucz. Mam pokój na 6. piętrze. Odruchowo wyglądam przez okno i widzę za oknem znajome napisy sklepowe: „Sklep polski. Wina, wódki, papierosy, słodycze”. Później dowiedziałem się, że można też tu nabyć znaczki pocztowe. Na końcu ulicy widzę minaret. To on będzie mnie budzić o godzinie piątej śpiewnym: Allah akbar. Biorę prysznic i rzucam się nieprzytomny na łóżko. Łupie mi w głowie z przemęczenia. Ostatnia noc, to jazda autobusem do warszawskie lotnisko Okęcie, a rankiem start „do ciepłych krajów”.
03.02.2012 – Piątek, dzień drugi.
Mam dzisiaj wczesną pobudkę, bo z minaretu przy końcu ulicy słyszę tradycyjne nawoływanie muezzina. Udaje mi się jeszcze zasnąć na półtorej godziny. Jednak w końcu budzi mnie głód. Trzeba tym razem wstawać. Robię wizytę w łazience i zjeżdżam na 3. piętro na śniadanie. Obowiązuje tutaj system barowy. Wybieram sobie swoje menu wg uznania. Całość śniadania zamykają dwie gorzkie herbaty, bo „na salonach nie cukrzy się”. Czas ruszać „w miasto”. Przed hotelem „Bethlelem” czeka już autokar. Jadę zwiedzać Betlejem. Miasto rozlokowane na wzgórzach. Rozbrzmiewa hałasem ulicznym i biciem kościelnych dzwonów. Tłumy pielgrzymów z całego świata przybywają tu, by nawiedzić miejsce narodzin Zbawcy świata.
Najpierw wizyta na Polu Pasterzy. Jest to tradycyjne gdzie anioł przekazał pasterzom nowinę o narodzeniu Jezusa. Ze zbocza obserwuję potencjalne pastwisko. Są ku temu warunki, ale nie ma akurat żadnych pasterzy i ich dobytku. Krążąc pomiędzy starymi cysternami kamiennymi, czuję w powietrzu coś jakby zapach owczej wełny i uryny. Po lewej stronie kwitnie na blado-różowo duże drzewo migdałowca. Idę do Groty Pasterzy. Właśnie amerykańska grupa turystów skończyła swoje nabożeństwo. Na dziedzińcu przed kaplicą widzę naprawiającego latarnie elektryczną franciszkanina. Patrzę, ale nie jest to słynny o. dr Jerzy Kraj z Komisariatu Ziemi Świętej, a znany wielu Polakom z korespondencji do Radia Maryja. Oprócz niego jest tu jeszcze 44 innych franciszkan. Wchodzę do Groty Pasterzy. Po wejściu, widzę po prawej stronie w zakrystii zakrystianina. Pozdrawiam go franciszkańskim: „Pokój i dobro”. Kiedyś byłem w Trzecim Zakonie Franciszkańskim. W odpowiedzi słyszę wesołe: „Ogniem i mieczem!”. No i jak tu nie mówić, że „każdy święty chodzi uśmiechnięty”? Właśnie pilot rozpoczyna dłuższą narrację, poprzedzoną stosowną perykopą ewangeliczną. Wszyscy siedzą, a powinni wstać z uwagi na szacunek do Dobrej Nowiny. Niektórzy robią fotografie, więc ciągle błyskają flesze w mroku groty. Czas iść dalej do Kaplicy Pasterzy, bo przed wejściem do groty czeka już następna grupa ludzi. Monolog pilota dalej miesza się z sesja zdjęciową. W okalającym kaplicę parku podziwiam zieleń krzewów i kwitnące kwiaty. Nie jest tak ciepło jak wczoraj. Powietrze jest rześkie. Chciałoby się rzec, górskie. Istotnie Betlejem, podobnie jak i Jerozolima, leży kilkaset metrów wyżej aniżeli Dolina Jordanu. Jedziemy do bazyliki Narodzenia. Ewangelie podają, że Jezus narodził się w betlejemskiej grocie. W tradycji polskiej upowszechniono obraz narodzin Zbawiciela „w szopce”. Jest to niewątpliwie wpływ zakopiańszczyzny, a nie realiów geograficznych. W miejscu narodzin Jezusa cesarz Konstantyn Wielki wybudował w 325 r. bazylikę Narodzenia. Do jej wnętrza prowadzą niemalże metrowej wysokości drzwi. Specjalnie zostały zmniejszone przez krzyżowców, aby ułatwić obronę świątyni w razie ataku, a przede wszystkim, aby uniemożliwić mamelukom wjazd konno do jej wnętrza. W podziemiach przedniej części świątyni mieści się Grota Narodzenia. Tłum ludzi ustawia się w długiej kolejce, aby pokłonić się miejscu narodzin Jezusa. Ołtarz w tym ciemnym pomieszczeniu zdobi słabo widoczna XII wieczna mozaika. Mój wzrok przyciąga lśniąca gwiazda w podłodze, z łacińskim napisem: „Tutaj z Dziewicy Maryi narodził się Jezus Chrystus”. Znana mi z wielu fotografii gwiazda nie robi na mnie żadnego wrażenia. Dlaczego? To przez poczucie jakiejś komercji. Długi ogonek ludzi czekających na wejście, potem kładą rękę na gwieździe jakby chcąc zalegalizować swoje przybycie do Ziemi Świętej. Ktoś znajomy robi, niczym Arturo Mari, fotkę i już można iść dalej. Przyznam się, że dopiero grób Abrahama zrobił na mnie wrażenie. To coś niesamowitego. Takie ciche i dyskretne, bez komercyjnych tłumów, spotkanie z historią zbawienia człowieka.
Obok groty znajduje się kaplica Żłóbka, gdzie Maryja miała umieścić swoje nowo narodzone Dziecię. Do bazyliki Narodzenia przylega kilka kościołów różnych wyznań chrześcijańskich. Idę dalej ulicą Groty Mlecznej do kościoła Groty Mlecznej, zawdzięczającej swą nazwę białej skale. Według Tradycji, gdy Maryja karmiła piersią nowo narodzone Dziecię, na dnie groty rozlało się kilka kropel mleka, które zabarwiły ją na trwale. Dzisiaj zeskrobane drobiny skały są sprzedawane pielgrzymującym tu kobietom, które mają problemy z karmieniem. Idę dalej ciągle indagowany przez ulicznych handlarzy. Gdy tylko usłyszą jakieś polskie słowo, od razu zagadują używając skromnego słownictwa polskiego. Wcale nie przeszkadza im wołać: „Dzień dobry” sporo po zmierzchu, jak to zobaczę później w Kanie Galilejskiej. W północnej części Betlejem wyrastają wieże dzielnicy zamieszkałej przez 16 tys. chrześcijan arabskich. Znajduje się tutaj m. in. arabskojęzyczny uniwersytet prowadzony przez katolicki zakon Braci Szkół Chrześcijańskich.
Jedziemy dalej. Zbliża się południe. Autokar zatrzymuje się przy barze z napisem: „ Rut`s Field Restaurant”. Można się tu pożywić. Spora sala konsumpcyjna z dużymi oknami, zza których prezentuje się piękna panorama. Właścicielka lokalu osobiście przyjmuje zamówienia od kilkudziesięciu osób z mojego autokaru. Zamówić można coś, co może przypominać chyba hot-doga na ciepło, a do popicia piwo i soczki. Potem chodzi kolejno od stołu do stołu z wyciągniętym koszyczkiem, tak jak kiedyś chodziłem „z tacą” po kościele. Turyści wrzucają banknoty dolarowe. Ja przy tej okazji rozmieniłem sobie banknot o większym nominale. Są też banki i kantory, ale komu chce się tam chodzić i tracić czas w kolejkach?
Koniec południowego popasu „na polu Ruth”. Autokar rusza dalej i kieruje się ponownie w okolice Pola Pasterzy. Po dłuższym przeciskaniu się wąskimi i krętymi uliczkami palestyńskimi, pojazd zatrzymuje się na wybetonowanym placu pod sklepem z dewocjonaliami. Jedną ze sprzedających jest Polka w średnim wieku. Od razu mamy rzekomy upust 12% na zakupione pamiątki. Sklep jest duży i swym rozmiarem przypomina dawny osiedlowy sklep „Sam”. Kto dzisiaj pamięta te sklepy? Duże pomieszczenie sklepowe ma kilka działów i kilku subiektów. Nadto jeszcze chodzi po sklepie uśmiechnięty tubylec z tacą w ręku i częstuje herbatą. Nie interesuje herbata? No dobrze, to zapraszam na kieliszeczek araku. Próbuję jednego i drugiego. Jednak herbata była lepsza, jak na mój gust. Najpierw „lustracyjnie” obszedłem sklep dookoła i zorientowałem się tak w cenach, jak i w oferowanym asortymencie handlowym. W końcu każę sobie pokazać srebrne krzyże jerozolimskie. Nie są tanie. W końcu za srebrny krzyżyk z drugim maleńkim pozłacanym na nim i do tego łańcuszkiem płacę 50 dolarów. Do tego jeszcze mam paczkę różańców „na kilogramy”. W takiej paczce jest 12 różańców z drewna oliwkowego. Mam już dosyć dusznego sklepu i wychodzę na parking. Właśnie ulicą przejeżdżał stary Opel i w pewnym momencie jego kierowca zatrzymał się w połowie ulicy. Wrzucił bieg wsteczny i cofnął się z powrotem na nasz parking. Zatrzymał się przy naszym autokarze z polskim godłem i otworzył kufer auta, z którego wyciągnął podobny asortyment pamiątek, jakie widzieliśmy w sklepie. Podziękowałem mu mówiąc, że odrobinę zaspał, bo właśnie dokonaliśmy stosownych zakupów. Nie zraziło go to bynajmniej i nadal za pomocą kilkunastu polskich zwrotów oferował swój towar. Wcale nie dziwi mnie, że w Palestynie „każdy przędzie jak umie”, skoro oficjalne statystki wskazują na 80% bezrobocie.
Wracamy do Izraela. W ręku odruchowo trzymam paszport, bo oto zbliżamy się do Check Point. Autokar chwilę postał przed szlabanem, po czym ruszył dalej. „Innostrancew nie prawjerliajut`” – ktoś rzucił. Udaję się do Bazyliki Grobu Pańskiego. Po drodze mijam kolorowy tłum turystów, jak i ortodoksyjnych żydów. Jest to doskonała okazja do zrobienia ciekawych zdjęć ulicznych w wersji „live”. Jest późne popołudnie. Słońce oświetla zachodnią część murów starej Jerozolimy. Właśnie kompania żołnierzy izraelskich idzie na wieczorną modlitwę. Już niedługo zacznie się szabas. Na dziedzińcu przed bazyliką tłum kapucynów włoskich z czerwonymi krzyżami jerozolimskimi na habitach. Właśnie zakończyli odprawiać Drogę Krzyżową. Wchodzę do ciemnych wnętrz świątyni. W II wieku po Chrystusie Rzymianie wznieśli w najwyższym punkcie Starego Miasta świątynię Wenus. W IV wieku matka Konstantyna wielkiego, Helena, zidentyfikowała to miejsce, jako lokalizację grobu Chrystusa, a cesarz kazał tu postawić kościół. Od tego czasu świątynia rozrastała się. Aktualnie świątynia administrowana jest przez kilka wyznań chrześcijańskich. Każde z nich ma swe ołtarze i sprawuje nabożeństwa. Najważniejsze miejsce w świątyni to zabudowany wzgórek, na którym ukrzyżowano Jezusa, oraz jego grobowiec. Stanowią one przedłużenie słynnej Via Dolorosa. W wnętrzu świątyni wielojęzyczne tłumy. Trzeba czekać pokornie w kolejce, bo oto prawosławni zakonnicy ormiańscy odprawiają swoje nabożeństwo, potem zaraz łacinnicy rozpoczynają procesję ze świecami wokół Grobu. Potem słychać Greków, którzy czują się tutaj dosyć swobodnie. Na to wszystko nagle spada gdzie spod kopuły bazyliki fragment toccaty bachowskiej. Pomyślałem sobie, może i świętokradczo, że organy w tym miejscu, to gwałt zadany sacrum. Człowiek powinie chwalić Pana własnym głosem, a nie posiłkować się dodatkowymi „pomocami”. Myślę, że Grecy doskonale czuję powagę takich miejsc świętych i chwała im za to. Inna rzecz, że ich nieco monotonne śpiewy bizantyjskie są na dłuższą metę męczące dla takiego laika jak ja. Kiedyś będąc w okolicach Salonik, zatrzymałem się w małej cerkiewce prawosławnej i po 90 minutach biernego uczestnictwa w liturgii, poddałem się i wyszedłem. To było zbyt ciężkie, aby do końca wytrwać i w dodatku nie rozumiejąc. Wewnętrzna kakofonia dźwięków pozwala mi nie słyszeć gardłowego nawoływania muezzina z minaretu. Tłum przede mną wreszcie ruszył się. Z czasem wchodzę przez wąskie i niskie wejście do Grobu pańskiego. Za mną weszły jeszcze dwie kobiety palestyńskie i skłoniwszy się czołami do kamiennej płyty dłuższy czas modlą się. Tyle samo i ja muszę modlić się, bo pomieszczenie jest maleńkie i nie mam możliwości ominięcia pobożnych niewiast. Stojący przed wejściem do Grobu grecki zakonnik pogania nas przypominając, że jeszcze sporo ludzi chce wejść za nami. Wychodzimy.
Po wyjściu z bazyliki widzę, że już zmierzcha się. Na ulicy jakby mniej żydowskich sprzedawców. Jest wieczór i spora część ortodoksyjnych żydów udaje się w tym czasie do synagog na modlitwy szabasowe. Na parkingu jeszcze jakiś zapóźniony handlarz oferuje mi jarmułkę za „jedyne 10 zł polskich”. Żeby nie było wątpliwości pokazuje polski banknot o takim właśnie nominale. Dziękuję, ale nie udaję się do bożnicy, bo jestem goim. Wsiadam do autobusu. Czas wracać do Palestyny. Na punkcie kontrolnym żołnierze izraelscy „trzepią” właśnie jakiś palestyński autobus. Kiwają tylko do naszego autobusu, aby jechać dalej. Ponownie jesteśmy w Palestynie. Więcej ubóstwa i śmieci na ulicach. Teraz szybko na kolację, bo od śniadania minęło sporo czasu i zaczyna burczeć w brzuchu. Potem oglądam w pokoju dziennik na „Polonii”. Czekam na wiadomości pogodowe w Polsce. Informacja mówiąca o tym, że Tusk wstrzymał ratyfikację ACTA wcale mnie nie rusza. Można było tego się spodziewać. A w Polsce nadal dalszy ciąg silnych mrozów. W Rzeszowie miało być ponoć -32 stopnie mrozu. Taki typ pogody ma być aż do niedzieli, a potem prognozowane są śnieżyce. Tymczasem tu, za oknem kwitną migdałowce, w ogrodach wiszą na gałęziach cytryny i pomarańcze.
04.02.2012 –Sobota, dzień trzeci.
Dzisiaj zapałem, a raczej przespałem poranne nawoływanie muezzina. Obudziłem się około godziny 6.30. Szybkie mycie i zjazd na śniadanie. Potem kolejny „wyjazd za granicę”. Autokar staje przed punktem kontrolnym, ale żołnierze każą jechać dalej. Pogoda wiosenna. Bezchmurne niebo. Temperatura rano w granicach +12 stopni C i stopniowo rośnie. Zatrzymujemy się na jerozolimskiej starówce. Wchodzimy do niej Bramą Lwów. Mało widać żydów. Dzisiaj świętują. Coraz więcej pojawia się turystów na ulicy. Zaraz też skręcamy w prawo, do pięknego ogrodu. Pojawia się kościół św. Anny. Idziemy jeszcze kilkanaście metrów dalej i oto mamy ruiny słynnej sadzawki Betesdy. Z Pisma Świętego pamiętamy, że przy niej to Chrystus uzdrowił chorego paralityka w szabat. Św. Jan opisuje, że sadzawka otoczona była pięcioma krużgankami. Podzielona była na dwa zbiorniki: północny i południowy, a środkiem biegł piąty krużganek. Zbiorniki zasilane były wodą ze źródła. Wg Tradycji, powierzchnia wody poruszana była przez skrzydło anioła. Nad sadzawką zbierało się wielu chorych, ponieważ zawsze pierwsza osoba zanurzająca się w jej wodach była uzdrawiana. Obok sadzawki znajduje się piękny romański kościół św. Anny zbudowany w 1140 roku przez joannitów. Aktualnie jest on pod administracją francuskich Ojców Białych. Według przekazów bizantyjskich znajduje się on na miejscu domu Joachima i Anny, rodziców Maryi. Oprócz urzekającej prostoty architektonicznej, słynny jest on z wspaniałej akustyki. W pewnym sensie przypomina bazylikę w Akwizgranie i w jakimś wymiarze słynną świątynie w Trewirze. Sam nie wiem, z której ma więcej. Wchodzimy do wnętrza i próbujemy coś zaśpiewać po polsku. Efekt akustyczny daje się od razu wyczuć. Gorzej z umiejętnościami śpiewackimi. Pielgrzymi z Korei Południowej stanowczo lepiej śpiewali tu przed Polakami. Wychodząc z opactwa francuskich Ojców Białych, zaopatrujemy się u ulicznego sprzedawcy pamiątek w opis Drogi Krzyżowej w języku polskim. Warto było wydać tego dolara na taka inwestycję, bo przed nami słynna Via Dolorosa. Wąska uliczka, a po jej obu stronach otwarte sklepiki z pamiątkami i dewocjonaliami. Mijamy też małe zakłady naprawcze w rodzaju szewca, krawca, czy też małe lokaliki, gdzie można napić się czegoś, lub coś zjeść. Ciekawi mnie, jak tu można uczestniczyć w misterium Drogi Krzyżowej w takim rozgardiaszu. Miejscami oznaczenia Drogi Krzyżowej są widoczne. Innym razem nie jestem w stanie ich odnaleźć. Ciężko jest się tu przeciskać, ale trzeba to robić, bo oto już za nami idzie następna grupa. To Rosjanie.
Z kolei udajemy się w stronę bazyliki Grobu Pańskiego. Co prawda byliśmy tam wczoraj, ale nie starczyło nam czasu obejrzenie całości bazyliki. Najpierw jednak przewodnik ogłasza dwie godziny przerwy „na własne potrzeby”. Wędruję sam wąskimi uliczkami Jerozolimy. W jednym ze sklepików kupuję pamiątkowy T-shirt z krzyżem jerozolimskim. Mam wrażenie, ze przepłaciłem dając zań aż osiem dolarów. Gdzieś dalej na pewno dostałbym i za pięć, ale pocieszam się, że w moim palestyńskim hotelu widziałem taką koszulkę za 12 dolarów. No cóż, wszędzie zwyczajem Orientu, należy targować się. Gdy zapytałem w jednym miejscu o cenę czterech paluszków firmy Duracell do aparatu fotograficznego, to najpierw usłyszałem sumę dwanaście dolarów. Po dłuższej debacie handlowej zapłaciłem pięć dolarów. Po przerwie południowej, dalsze zwiedzanie bazyliki Grobu Pańskiego. W pewnym momencie przewodnik pyta, czy jest może w grupie jakiś historyk. Cisza. Nikt się nie przyznaje, chociaż wiem, że są co najmniej dwie osoby. Boją się? Wreszcie jedna z kobiet wskazuje na mnie. Owszem, ukończyłem kiedyś historię w Toruniu, ale aktualnie pracuję w „teologii”. Przewodnik prowadzi mnie do zakrystii jednej z kaplic. Pokazuje mi na ścianie oszkloną tablicę zawierająca pas rycerski, miecz i pochwę króla Jerozolimy Baldwina II. Poczułem się wyraźnie wyróżniony i poruszony takim bezpośrednim zetknięciem się z historią powszechną. Gdy wyszedłem z zakrystii wiele osób zapytywało mnie, po co zabrał mnie przewodnik. Odpowiedziałem wesoło, że właśnie tam wyspowiadał mnie. Dłuższy czas przyglądano mi się uważnie.
Po wyjściu ze świątyni udajemy się przez dzielnicę żydowską do bazyliki Wniebowzięcia NMP. Mijam na ulicy wielu wystrojonych świątecznie żydów. Mam ochotę filmować i fotografować. Jednakowoż w dobrym tonie jest tego nie czynić z uwagi na szabat. Robienie użytku z kamery filmowej postrzegane jest przez ortodoksów, jako prowokację; jako „pracę w niedzielę”. Tak samo nie ma co się dziwić, gdy zobaczy się żyda z ciągnącymi się za nim sznurówkami od butów. Ich zawiązanie równoznaczne jest z pracą szabat.
Bazylika Wniebowzięcia NMP na Górze Sion robi wrażenie, a szczególnie jej wspaniałe mozaiki. Poza tym znowu ta niesamowita akustyka. Ponoć czasami dokonuje się w jej wnętrzach nagrań muzycznych na potrzeby radia. Idziemy dalej, do synagogi obok pomnika króla Dawida. Przed nami grupa rosyjska. Mija nas ciekawy duet: Żyd ubrany na czarno i jego kompan ubrany na biało. Mało tego, biały ma sobie biały kapelusz kowbojski. Po pewnym czasie widzę ich kiwających się razem w modlitewnym zapamiętaniu w synagodze. Robię ukradkiem zdjęcie, uważając, aby nie podpaść dyżurnemu Izraelicie czuwającemu u wejścia, by wchodzący tacy jak ja ubierali na głowę białe jarmułki. We wnętrzu synagogi naliczyłem zaledwie sześciu modlących się. Kobiety mają swój sektor modlitewny.
Czas wracać do autokaru. Kolejny przejazd „graniczny” i znów Autonomia Palestyńska. Obok hotelu „Bethlehem” znajduje się „polski sklep”. Kupuję tam znaczki do Polski. Praktycznie są w tym miejscu dwa polskie sklepy: z alkoholem i z innymi rzeczami. Polaków wabią do środka polskie piosenki. Najczęściej jednak grane jest: „Anna Maria, smutną ma twarz”. Osiem znaczków na kartki, to osiem dolarów. W hotelu ponoć to drożej wychodzi. Nie wiem, w czym rzecz. Na znaczkach o nominale 280 czegoś tam, znajduje się napis: Autonomia Palestyńska. W pokoju wypisuję widokówki i oddaję je w portierni. Znajdująca się w holu skrzynka pocztowa nie budzi u mnie zaufania, gdyż brak jest na niej jakiegokolwiek napisu informującego. Mam cichą nadzieję, że portier nie wyrzuci moich kartek i kiedyś dotrą one do Polski.
05.02.2012 – Niedziela, dzień czwarty.
Pierwszy raz obudziłem się o godzinie 4.20. Położyłem się jeszcze na parę minut. Wreszcie wstaję. Dzisiaj wyjazd nad Morze Śródziemne i do Tyberiady. W sumie około 250 km jazdy. Tradycyjna pobudka muzułmańska o godzinie piątej. Ubieram się, myję i zjeżdżam na śniadanie. Przed godziną siódmą moja walizka ląduje w luku bagażowym autobusu. Ponieważ nie ma jeszcze kompletu pasażerów schodzę w dół, na drugą stronę ulicę, aby zebrać kilka kamyków na pamiątkę z Betlejem. Nagle tracę przyczepność i ląduję na plecach. No ładnie! Białe spodnie i jasna kurtka. Chyba trzeba będzie się przebierać? Na szczęście upadając na gładkich płytach chodnika, oparłem się na lewej ręce, a głównie na kciuku. Jest siny, ale na szczęście niezłamany. To wszystko przez twarde zelówki moich niedzielnych butów. Omal nie skończyło się to poważniejszymi komplikacjami dla mnie. Uspokojono mnie, że odzież nie uległa zabrudzeniu i nie trzeba się przebierać. Ale kamienie zabrałem z Betlejem.
Wreszcie, gdy nadeszła ostatnia zaspana osoba autokar ruszył w drogę. Opuszczamy biblijną „ziemię Beniamina” i kierujemy się autostradą na „ziemię Efraima”, a potem „ziemią Dana” w stronę Tel-Avivu. Stopniowo autostrada wyciętymi wąwozami schodzi w dół. Z czasem jedziemy żyzną równiną, na której prawie już zaczęła kłosić się pszenica. Widać stada bydła na polach. Kwitną kwiaty. Miła dla oka zieleń, której brak jeszcze w Polsce. Prognozy na niedzielę w kraju mówią o możliwości -29 stopni C. Tym bardziej z przyjemnością patrzę na przydrożne opuncje, plantacje cytrusów i inne elementy „ciepłych krajów”. Mijamy tablicę zjazdową do lotniska Ben Guriona pod Tel-Avivem, po czym kierujemy się na północ. Będziemy jechać wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego. Piękny lazur wód przypomina mi te same „klimaty”, gdy kiedyś wjeżdżałem do Monaco. Jeszcze tylko krótki postój na stacji benzynowej, dla odprostowania kości. Na parkingu dużo autokarów wycieczkowych. Widać dużo młodzieży izraelskiej. Roześmiani, ze słuchawkami w uszach. Nastrój pikniku. Wieje tylko silny wiatr od morza. Jedziemy dalej. Nadal wiosenne widoki. U nas w Polsce będziemy mieli taką zieleń dopiero za trzy miesiące, jak dobrze pójdzie. Pod Cezareą Nadmorską widzę plantację bananów i awokado. Niebo bezchmurne. Temperatura powietrza +22 stopnie C. Wreszcie jest Cezarea, miasto Rzymian i krzyżowców. Zatrzymujemy się na parkingu przed ruinami teatru rzymskiego. Idziemy najpierw do niewielkiej sali kinowej, aby w piętnaście minut zapoznać się z przeszłością tego miasta. Potem już konkretny kontakt z historią. Tutejsze ruiny dawnej świetności rzymskiej na tych terenach, to najlepiej zachowane ruiny w Izraelu. Najstarsze ślady osadnictwa w tym terenie sięgają czasów fenickich. Właściwa historia tego miasta zaczęła się w 22 roku przed Chrystusem, kiedy to Herod Wielki założył dla Rzymian nowe miasto. Liczył na to, że w ten sposób odciągnie od świętego miasta Jeruzalem okupantów. Od 6 roku przed Chrystusem Cezarea stała się oficjalna rezydencją namiestników Judei na okres najbliższych pięciu stuleci. W czasach Jezusa rezydował tu Poncjusz Piłat. Tutaj też przez dwa lata więziono św. Pawła, zanim deportowano go do Rzymu. Zwiedzam najpierw dobrze zachowany amfiteatr rzymski nad brzegu miasta. Kiedyś występował na nim słynny Isaac Stern. Wchodzę do miasta krzyżowców po moście nad szeroką fosą. Pięknie prezentują się mury obronne, jak i też dobrze zachowane ulice i ruiny domów mieszkalnych. Dużo zielonych trawników. Na jednym z nich grupa dzieci i młodzieży. Pozdrawiają radośnie mijających ich turystów. Wołam do nich: „Hava nagila”. Ucieszeni tym tekstem śpiewają jego ciąg dalszy. Piękna okolica. Widzę masę palm daktylowych, eukaliptusów i innej egzotycznej roślinności, która ocienia pola golfowe i piękne wille nadmorskie. Czas jechać dalej. Kierunek: Hajfa. Jedziemy wzdłuż brzegu morza. Z czasem pojawia się linia kolejowa. Jedyna w Izraelu. Łączy ona ponoć Hajfę z miastem Ashdod. Dojeżdżamy do Hajfy. Piękne miasto portowe położone na tarasach. Wjeżdżamy na wzgórze Stella Maris. Tu znajduje się klasztor karmelitański. Najstarsze wzmianki o tym mieście pochodzą z II wieku po Chrystusie. Zajęte zostało przez krzyżowców w 1100 roku, a następnie przez Turków. Była to bezpieczna przystań dla przepływających tu statków. Stan taki trwał aż po XVIII wiek. Większy rozwój nastąpił na początku XX wieku w dobie rozwoju kolei. Od północy kolej zaczęli budować Turcy, a od południa Anglicy. Dzisiaj jest to trzecie pod względem wielkości miasto w Izraelu. Oprócz portu miasto słynne jest ze wzgórza Karmel. Na jego szczycie znajduje się klasztor karmelitów. Widok sprzed klasztornego kościoła przy Stella Maris należy do najpiękniejszych w mieście. Kościół wybudowano w XVIII wieku nad grotą, w której żył prorok Eliasz i jego uczeń. Są to czasy IX wieku przed Chrystusem. Zwiedzam kościół, a następnie boczną kaplicę, gdzie ma być sprawowana w południe niedzielna Msza św. dla naszej grupy. Celebrować ją będzie polski karmelita, który dłuższy już czas czekał na naszą grupę u drzwi świątyni. Akurat moje czytanie mszalne dotyczy proroka Eliasza. Opuściwszy grotę, prorok udał się na szczyt Karmelu, gdzie stał ołtarz Baala i innych fenickich bóstw. Tam rzucił wyzwanie pogańskim kapłanom, by mocą swych modłów rozpalili ogień ofiarny. Nie udało się im to. Natomiast Jahwe odpowiedział Eliaszowi i zesłał ogień z nieba. Stało się to na oczach żydowskiego króla, Achaba, który zerwał z pogaństwem, a wyznawców Baala kazał stracić nad rzeką Kiszon. Tyle powiada Pierwsza Księga Królewska. W trakcie Mszy św. po kaplicy wędrował koszyk, tzw. tacy. Padały nań banknoty jedno i pięciodolarowe. Na koniec mszy zakonnik poświęcił nam dewocjonalia. Był skłonny długo opowiadać nam o swej pracy misyjnej w Afryce. Nas jednak ciągnęło dalej w drogę.
Czas obrać kurs na Nazaret. Jedziemy zieloną równiną. Po godzinie jazdy pojawia się miasto Jezusa. Położone jest na terenie już górzystym. Wysiadamy w pobliżu bazyliki Zwiastowania. Najpierw jednak przerwa południowa. Idę do cukierni, aby skosztować polecanych mi ciasteczek. Nie pomnę już ich nazwy. Są bardzo słodkie i zarazem bardzo małe, jak na cenę jednego dolara, ale spróbować trzeba. Do tego mogę sfotografować się ze sprzedawcą tych słodkości. Przed bazyliką chłopcy sprzedają truskawki i mandarynki. Nad nimi wznosi się potężny daktylowiec ze spadającymi już owocami. Robię zdjęcia i idę do bazyliki. Przed wejściem jakiś Beduin oferuje mi arafatkę ze kefiją za osiem dolarów. Próbuję pertraktować, ale sprzedawca zdaje się być nieugięty. Nie, to nie. Wchodzę do bazyliki. Jej wnętrze robi nieciekawe wrażenie. Szary kolor betonu robi wrażenie jakby dzisiaj właśnie wyjęto z sufitu deski szalunkowe. Faktycznie było tak, ale w 1969 roku. Zwiedzam najpierw kaplicę dolną a potem idę do góry, na poziom piętra. Właśnie zakończyła się msza św. w języku angielskim. Zaraz po niej rozpoczęła się następna w języku polskim. Wychodzę z bazyliki. Z zewnątrz wygląda ciekawiej, aniżeli w środku. Przed wejściem już nie ma Beduina. Idąc do autobusu zatrzymałem się przy ulicznym straganie. Za osiem dolarów kupiłem nie jedną, ale dwie arafatki z kefijami. To był warunek rabatowy. Zaraz po wejściu do autobusu znalazła się chętna osoba na zakup drugiej chusty. Pierwszą arafatkę kazałem sobie założyć zaraz po zakupie. Kiedy wchodziłem do autobusu zauważyłem wrażenie, jakie zrobiłem niechcący na pasażerach. Kiedy po krótkiej jeździe autobus zatrzymał się w Kanie Galilejskiej, wiele osób chciało robić sobie fotki ze mną z braku innego „Araba”. W Kanie zwiedzamy kolejne „święte” miejsce. Wykopaliska, a w nich dwa okazy stągwi na wodę, z których Jezus po raz pierwszy uczynił cud zamieniając wodę w wino. W kościele w czasie mszy św. małżeństwo z Polski dokonywało odnowienia przyrzeczeń małżeńskich. Miło znowu było usłyszeć liturgię mszalną po polsku. Idę do sklepu obok kościoła. Nie muszę zgadywać, co jest tutaj głównym towarem handlowym. Butelki wina z Kany widać już na wystawie sklepowej. Można skosztować wina zanim się zakupi kilka butelek. Próbuję. Wino jest podejrzanie słodkawe. Nie mam zaufania do tego produktu. Pracowałem na winnicach Francji, Austrii i Niemiec, więc nie dam się wziąć „na słodki lep”. Pomagam jeszcze moim znajomym w pertraktacjach handlowych przy zakupie arafatek. Nagle sporo osób stwierdziło, że też mają kaprys, aby nabyć taką chustę. Zapadł już zmrok, ale sklepikarze jeszcze stoją w drzwiach czatując na ostatnich turystów. Jeden z nich woła do mnie: „Dzień dobry!”. Cofam się i uczę go, że o tej porze powinien mówić: „Dobry wieczór”. Każę mu powtórzyć kilka razy, aby zapamiętał. Rzeczywiście, kiedy ruszyłem dalej, sklepikarz wołał do pozostałych Polaków: „Dobry wieczór!”.
Czas w drogę, do Tyberiady. Czeka nas nocleg w PGR-ze! Poprawnie to mówi się: „w kibucu”. Nie minęła chyba godzina, a autokar zatrzymał się przed kolonią parterowych domków. Jestem oto w kibucu Ohola Minor pod Tyberiadą. Duże zieleni dookoła. Zza pawilonów mieszkalnych słychać szum wody. To pewnie „burza na morzu”? Jestem bowiem nad brzegiem Yam Kinneret, czyli Jeziora Genezaret. Biorę walizkę w rękę i szybko do portierni po klucz. Dostaję pokój nr 601. W środku dwa pojedyncze łóżka, lodówka, telewizor, szafa i regulator klimatyzacji. Szybko myję się i idę do następnego pawilonu na kolacje. Jest ciepło. Mamy pełnię księżyca. Temperatura + 20 stopni C. Kolacja jest bardzo dobra. Bogaty wybór menu.
06.02.2012 – Poniedziałek, dzień piąty
Nocą usłyszałem wielki szum za oknem. Wydawało mi się, że to nocna ulewa. Wyjrzałem oknem. Nic z tego. To tylko wiatr gonił fale Jeziora Genezaret, wiatr spadający od strony Gór Libańskich. Wyłączyłem klimatyzację w pokoju, aby zasnąć. Trochę uciszyło się. Zasnąłem na pewien czas. Obudził mnie telefon. Było już sporo po godzinie siódmej. Najwyraźniej zaspałem dzisiaj. Wizyta w łazience i wymarsz na śniadanie do pawilonu z widokiem na jezioro. Po drodze nie odmówiłem sobie, aby nie zrobić kilku fotografii, bo położenie kibucu Ohola Manor było nader malownicze. Moi współtowarzysze podróży już siedzieli przy stolikach z widokiem na wodę. Dla mnie już takich miejsc nie starczyło, więc usiadłem na środku sali przy kolumnie. Jednego tylko w pierwszej chwili nie ogarniam. Czyż żydzi poszczą w poniedziałki? Ja to robię w środy i piątki, ale w poniedziałek to nie słyszałem. Poza śledziem i tuńczykiem w sałatce, nie było żadnego mięsa. Dopiero później patrząc na wystawione produkty, skojarzyłem, że tu obowiązuje jedzenie koszerne. Jeżeli jest ser, mleko, twarożek, ryba i owoce, to nigdy nie zobaczę wędliny. Na kolację było właśnie odwrotnie. Mięso, ryba, ale nie było żadnych mlecznych produktów.
O godzinie ósmej ruszam z kibucu. Autokar jedzie początkowo trasą nr 90 na południe dookoła jeziora. Następnie kieruje się na wschód i północ w stronę Wzgórz Golan. Po lewej stronie drogi obserwuję toń jeziora. Po prawej zaś mam Rezerwat Przyrody Nahal Mezar. Niebo jest lekko zasnute mgłą mimo wiatru. Zatrzymuję się na przystani w En Gev. Wysiadam z autobusu. Do pomostu wraca z jeziora mały stateczek. Zaraz też wysiadają zeń turyści angielscy. Zaraz też na ich miejsce wchodzi polska grupa. Pytam przewodnika, kiedy można rozwinąć polską flagę. W odpowiedzi słyszę, że załoga stateczka sama wywiesi polską flagę. Istotnie, w kilka minut potem widzę na prawej burcie polską flagę. Po lewej zaś łopoce flaga izraelska. Zaraz też z głośników popłynęły dźwięki „Mazurka Dąbrowskiego” na powitanie Polaków. Jak to miło, pomyślałem. Sam też rozwinąłem polską flagę. Moja była większa, a ponieważ wiał silny wiatr, musiałem uważać, aby nie wylądowała w wodzie. Zaraz też Polacy zaczęli robić sobie zdjęcia na tle polskiej flagi. Łódź tymczasem popłynęła kilka kilometrów na północ, po czym zrobiła zwrot przez prawą burtę wokół żółtej boi i wzięła kurs powrotny. Wiatr wzmagał się i rozbryzgi fal wpadały na pokład, dlatego wszyscy skupili się na prawej burcie pod polską flagą. Ja też przesiadłem się na prawą burtę, starając się mocno trzymać moją flagę w rękach, aby nie porwał jej wiatr. Po pewnym czasie łódź dopłynęła do pomostu i wszyscy opuścili jej pokład. Zrobiłem jeszcze kilka fotek na miejscu, zanim wsiadłem do autobusu. Jadę teraz dalej na północ. We wsi Kursi wjeżdżam na tereny okupowane przez Izrael od 1967 roku i po kilkunastu kilometrach droga skręca na zachód. Po kolejnych dwu kilometrach pojawia się mały mostek nad mętnym potokiem, który nazywa się...Jordan. Potok ma ze dwa metry szerokości, po obu stronach porośnięty trzcinami. Teraz droga wiedzie w kierunku Kafarnuam. Na przydrożnych pastwiskach widać pasące się bydło opasowe, któremu wiernie towarzyszą czaple białe. Kwitną czerwone anemony i wiele kolorowych kwiatów, których nazw nie znam. Na plantacjach dojrzewają banany i awokado. Jedziemy kilka kilometrów serpentynami do kościoła na Górę Błogosławieństw, skąd dobrze widać Jezioro Genezaret. Na wzgórzu Jezus wygłosił słynne „Kazanie na Górze”. Zawarte w nim Osiem Błogosławieństw Jezusa jest nowo-testamentalnym odpowiednikiem Dekalogu ze Starego Testamentu, aczkolwiek nie przewyższa go, ile raczej uzupełnia w swym wymiarze teologicznym. Stojący na tym wzgórzu kościół wraz z zadbanym ogrodem należy do sióstr franciszkanek z sąsiedniego klasztoru. Mimo położenia na wzgórzu, w ogrodzie jest ciepło. Turyści spacerują w krótkim rękawku. W ogrodzie –zdaniem przewodnika – można zobaczyć papugi i kolibra galilejskiego. Tego ostatniego, mimo moich wysiłków nie udało mi się wypatrzyć. W miłym zaciszu ogrodu od strony jeziora, Koreańczycy uczestniczyli w swej Mszy św. Z drugiej zaś strony, od strony plebanii, polscy pielgrzymi sposobili się do uczestnictwa we mszy św. Pozdrowiłem moich znajomych z grupy chilijskiej. Widzieliśmy się już w kilku miejscach. Na koniec zrobiłem sobie fotkę pamiątkową z uroczą Juanitą. Jest bardzo ciepło, bo około +25 stopni C i wcale nie chciało się gdziekolwiek ruszać. Jedziemy teraz serpentynami w dół dalej do kościoła w sąsiedniej miejscowości Ein Tobgha. Tutaj Jezus miał dokonać cudownego rozmnożenia pięciu bochenków chleba i dwu ryb, by nakarmić pięć tysięcy głodnych ludzi, którzy przyszli słuchać Jego nauk. Kościół jest nowy, bo wybudowano go w 1982 roku, na miejscu bizantyjskiej świątyni, z której zachowała się kolorowa mozaika podłogowa. Obok, gdzie zmartwychwstały Chrystus ukazał się po raz trzeci apostołom, znajduje się kościół Prymatu św. Piotra. Na miejscu przewodnik, jak zwykle w takich miejscach, odczytuje stosowną perykopę biblijną. Tu jest jeszcze cieplej i znów słodkie lenistwo ogarnia wszystkich. To pora obiadu. Kierowca autokaru „bierze sprawę w swoje ręce” i wiezie nas...”do św. Piotra”. Czy chciał nas zabić? Nic z tego. Jedziemy do ładnie położonej nad Jeziorem Genezaret „St. Peter`s Restaurant”, aby spróbować ryby św. Piotra. Już wcześniej żartowałem sobie, że taką rybę za jedyne 15 zł można zjeść nad Zatoką Gdańską. Wiem, bo pół roku taką jadłem. Tylko chyba z pięć osób z autobusu zdecydowało się na degustację. Jednak, potem te osoby nie były zachwycone posiłkiem za 18 dolarów z rybą roli głównej. Ja w tym czasie zająłem się fotografowaniem góralików, które wylegiwały się na kamieniach na brzegu jeziora. Po raz pierwszy miałem okazję widzieć te zwierzęta. W pierwszej chwili miało się wrażenie, że są to dobrze wyrośnięte szczury bez ogonów. Nie mają jednak one żadnego związku z tymi gryzoniami. Góraliki, a raczej: góralki spokrewnione są z trąbowcami i syrenami. Są to zwierzęta wielkości raczej kota o ciemnym futrze. Nie kopią nor, ile żyją w skałach. Żywią się roślinami i owadami. Aby nieco poleniuchować w tym terenie znalazłem sobie wygodne miejsce nad jeziorem. Była to nieczynna o tej porze drewniana wieża ratownika. W środku wygodna kanapa i wentylator. Z góry widok na całą okolicę. Skorzystałem z mojego przenośnego prowiantu dosyć szczątkowo, bo większe posiłki, obiadokolacje jadam zwykle później. Miło leżało się na kanapie, ale w końcu trzeba było się ruszyć. Jedziemy dalej. W Kafarnaum autokar zatrzymuje się. Jest okazja, aby zwiedzić wykopaliska archeologiczne z czasów Chrystusa, dom św. Piotra oraz synagogę. To w rybackiej osadzie Kafarnaum Jezus znalazł pierwszych swych uczniów, „Szymona Piotra i brata jego, Andrzeja”, jak powiada Ewangelista. Tutaj właśnie Jezus wygłosił więcej kazań i uczynił więcej cudów, aniżeli gdzie indziej. Imieniem jednego z apostołów nazwano najbardziej galilejską rybę. Gatunek tej ryby zwany po arabsku: musht, to znaczy „grzebień”, opisany został przez Linneusza, jako zeus Faber. Wszędzie pełno turystów. Oprócz Polaków, są Rosjanie, Anglicy i Holendrzy. Szukam w konarach drzew eukaliptusa zielonych papug. Wreszcie dostrzegam je. Wyciągam aparat fotograficzny, ale ptaków już nie ma. Uciekają. Na miejscu jest współczesny kościół, który z zewnątrz przypomina latający talerz UFO. Coś strasznego. Dlaczego franciszkanie budują takie straszydła?
Jedziemy do Tyberiady. Autokar zatrzymuje się na parkingu opodal sklepu kosmetycznego oferującego produkty robione na bazie surowców z Morza Martwego. Najpierw prelekcja w języku angielskim. Tłumaczy przewodnik. Obsługa sklepu mówi po rosyjsku. Prelekcja o cudownych kremach i maściach stanowczo przedłuża się i zaczynam drzemać w ostatnim rzędzie. Na koniec prowadzący tę prelekcję, każe przewodnikowi obudzić śpiących i zaprasza do sklepu, aby wziąć do ręki, chociaż próbki tych specjałów. Poszedłem i ja. Wziąłem przydział kremu na rękę i obszedłem z grzeczności dookoła sklep. Ceny od 3 do 50 dolarów. Ponieważ nie było żadnego innego poczęstunku, jak to było w sklepie z dewocjonaliami w Palestynie, wyszedłem, aby pospacerować. Tak właściwie to szukałem szewca, bo odkleił mi się obcas lewego buta. Szewca nie było. Znalazłem tylko pralnię i zegarmistrza. Wszedłem do sklepu obuwniczego, a tam ceny obuwia w granicach 350 zł polskich. Dziękuję. Wracam do autobusu. Kazałem sobie zrobić kilka fotek na ulicy i wsiadam do pojazdu. Wracamy do kibucu Ohola Manor. Robi się ciemno. W portierni biorąc klucz, pytam młodą Żydówkę, czy mogą mi pomóc w kwestii odklejonego obcasa. Dziewczyna dzwoni do warsztatu konserwatora obiektu. Zaraz też pojawia się młody Żyd i każe mi iść za sobą. Poszliśmy do jego warsztatu. Obejrzał mój but, wyczyścił go z piasku, posmarował czymś, co przypominało mi butapren i położył na „farelce” na kilka minut. Co prawda miałem osobiście wątpliwości, czy będzie trzymać, ale na razie trzymało. Podziękowałem uprzejmie i udałem się na kolację.
07.02.2012 Wtorek, dzień szósty.
Rano śniadanie o godzinie 6.30 czasu miejscowego. W Polsce jest w tym czasie godzina 5.30. Potem pakowanie się i wykwaterowanie. Niebo zasnute czymś, co może mi przypominać jedynie mgłę. Jest już ciepło, 20 stopni C. Jedziemy na Górę Tabor. Żegnamy Jezioro Galilejskie. Powoli wjeżdżamy serpentynami na tereny coraz wyżej położone. Silnik autobusu jęczy strasznie. Zastanawiałem się nad długością żywota takiego pojazdu eksploatowanego w tych warunkach. Pewnie ze trzy lata i jest już gotowy wsad do pieca hutniczego? Po 30 kilometrach dojeżdżamy na miejsce. Po drodze mijamy wioskę osadników czerkieskich. Dzisiaj, aby dostać się na Górę Tabor, można to zrobić pieszo, lub autobusem. Jednak na pewnej wysokości trzeba wysiąść z pojazdu, bo liczne krótkie i ostre zakręty uniemożliwiają górską wspinaczkę dużym pojazdom. Na ostatnim etapie trzeba przesiąść się do busów. Jadę pierwszym z nich na górę. Tam mam czekać z moją flagą na parkingu na resztę polskiej grupy. Około sześciu busów marki VW i Mercedes sprawnie wwozi turystów na Górę Tabor. O ile Jezioro Genezaret znajduje się na poziomie – 210 m ppm, to Góra Tabor wznosi się na wysokość 688 m npm. Z daleka wygląda dość majestatycznie. Z kolei z jej wierzchołka bajecznie wygląda panorama Doliny Jezreel pokryta szachownicą pól uprawnych. To tutaj biblijna Debora i Barak poprowadzili armię 100 tys. Żydów przeciwko bałwochwalcom. Tu właśnie miało miejsce Przemienienie Jezusa. „Tam przemienił się wobec nich: twarz jego zajaśniała jak słońce, odzienie stało się białe jak światło” notuje Ewangelista Mateusz. Wydarzenie to, zapowiadające Zmartwychwstanie, upamiętnia dziś piękna franciszkańska bazylika Przemienienia Pańskiego z kaplicami poświęconymi Mojżeszowi i Eliaszowi. Nieco poniżej, po lewej stronie bramy wejściowej znajduje się grecka cerkiew św. Eliasza. Przewodnik odczytuje kolejną perykopę biblijną poświęcona temu miejscu. Po zwiedzaniu bazyliki udaję się na punkt widokowy, aby podziwiać wspomniana już panoramę Doliny Jezreel. Piękny widok, niczym z samolotu. Niestety, nie ma słońca. Nadal jest coś, co przypomina mi mgłę. Wracamy busami „na raty” w dół, na parking autobusowy. Po zebraniu kompletu pasażerów autobus długo jedzie Doliną Jordanu na południe, trasą nr 90 wzdłuż granicy jordańskiej. Po lewej stronie drogi widać ciągnące się kilometrami potrójne ogrodzenia graniczne. Zastanawiam się, ile to kilometrów siatki zużyto na granicy. Monotonia terenu sprawia, że ma się ochotę na drzemkę. W pewnej chwili autokar zjeżdża z głównej trasy na wschód, na tereny typowo pustynne. Wcześniej jeszcze od czasu do czasu pojawiała się jakaś szczątkowa zieleń. Kierujemy się ku rzece Jordan, a konkretnie do Ayn Hualh. Po obu stronach drogi widać opuszczone przed kilkudziesięciu laty zabudowania dawnych koszar jordańskich. Wszędzie siatki, płoty i żółte ostrzegawcze tablice: „Miny”. Po wojnie w 1967 roku granica Jordanii przesunęła się za Jordan. Wjeżdżamy do Al Maghtis, czyli miejsca Chrztu Jezusa. Zatrzymujemy się do kontroli wojskowej, po czym autobus może jechać na duży parking, gdzie stoi już masę aut osobowych i autokarów. Wysiadam i od razu czuję, że jest bardzo ciepło mimo owego zachmurzenia nieba. Idę przez parking pełen turystów i pielgrzymów z wielu krajów. Schodzę do rzeki. Właściwie to nie jest rzeka, ale wręcz jakiś dwumetrowy rów pełen mętnej, żółtej wody. Po obu stronach Jordanu pomosty i ludzie w mundurach i z bronią. Po mojej stronie, pod drzewem siedzi młoda dziewczyna z karabinem w mundurze armii izraelskiej. Po drugiej zaś stronie zaś spaceruje młody żołnierz jordański. Po obu stronach rzeki znajdują się drewniane pomosty. Spacerują po nich ludzie. Po moje stronie widzę dużą grupę ludzi przyjmujących chrzest z rąk hiszpańskiego kapłana. To są ludzie z neokatechumenatu. Po prawej zaś stronie widzę grupę modlących się Niemców. Sądząc ze słów, odmawiali właśnie Różaniec. Po Niemcach nadeszła grupa dwunastu Rosjan w wieku od 18 do 70 lat w długich do ziemi koszulach. Wchodzili kolejno do Jordanu i zanurzali się w wodzie przyjmując chrzest. Ściągnąłem buty i skarpety. Zamoczyłem delikatnie nogę w Jordanie. Zaraz też zobaczyłem na dużym palcu dużą porcję gliny. Jeszcze tylko kilka fotek i do autobusu. Czas jechać dalej, do Jerycha. Robi się szaro, mimo, że pora jeszcze wczesna. To wpływ wiatru pustynnego o nazwie ham-sun. Wznosi on z pustyni duże ilości piasku, który utrzymuje się na pewnej wysokości nad ziemią. W ten chmura unoszącego się piasku uniemożliwia wychładzanie się gruntu i tym samym rośnie temperatura. Latem może ona dochodzić do 50 stopni C, co po arabsku znaczyć ma: ham-sun. Wjeżdżamy na teren Autonomii Palestyńskiej. Znów punkt kontrolny. Kierujemy się w stronę Góry Kuszenia. Na niej to był kuszony przez szatana Jezus w czasie swego 40-dniowego postu. Do skalnego urwiska przycupnął prawosławny grecki klasztor Kuszenia, zbudowany na wprost groty, w której pościł Jezus. Zatrzymujemy się u zbocza góry. Z powodu ham-sunu słabo widać górę.. Na parkingu wielbłąd odziany w kolorowe ciuchy czeka na turystów. Za jedyne pięć dolarów można przejechać parę metrów dookoła. Obok sprzedawcy na skuterach oferują „pamiątki z kamela” od sandałów począwszy aż po naszyjniki. Obok sklep spożywczy z „cenami promocyjnymi” dla turystów. Podejrzewałem, że to jest jakiś kant, ale na wszelki wypadek wszedłem, aby się przekonać. Nic tu nie było „promocyjnego”. Zszedłem z drogi na pola, aby z bliska sfotografować bananowca z dojrzewającymi kiściami owoców. Temperatura dochodzi do +27 stopni C. Jedziemy do Jerycha. Autobus zatrzymuje się na parkingu opodal wejścia na teren wykopalisk. Wejście 10 nowych szekli izraelskich. Od czasu do czasu nad głowami przemkną trzy wagoniki kolejki górskiej. W ten sposób można dostać się na Górę Kuszenia. Nie ma chętnych i kolejka jeździ pusta. Turyści udają się do centrum handlowego, gdzie można kupić „mydło i powidło”, a także dobrze zjeść. Wchodzę na płaski dach budynku, skąd chcę zrobić kilka fotek. Z czwartego piętra powinien rozciągać się już ładny widok na okolicę. Szkoda tylko, że wiatr pustynny psuje dobrą widzialność. Schodzę do sklepu z owocami, gdzie można gratisowo skosztować owoców marakui. Wychodzę na parking, aby za autobusami fotografować spacerujące pawie. Samiec nie chce jednak zademonstrować swego pięknego ogona. Czas wreszcie jechać dalej. Za miastem na punkcie kontrolnym jest większa kolejka. Żołnierze izraelscy bardziej drobiazgowo kontrolują wyjeżdżających z Palestyny. Na jezdni leży rozciągnięta kolczatka. Ham-sun coraz bardziej ogranicza widoczność na drodze. Wreszcie jedziemy dalej. Do kąpieliska HaMeleh nad Morzem Martwym. Typowy widok: parking, autokary i auta osobowe. Przybysze mówiący po rosyjsku, polsku, angielsku, włosku i arabsku. Biorę ręcznik i plastikowe krzesło spod płotu i idę na plażę. Niecodzienny widok. Wiele osób wysmarowanych błotem nieomalże „na Murzyna” spaceruje brzegiem morza, lub kąpie się. Kuracja błotna nad Morzem Martwym pomaga w wielu schorzeniach, m.in. artretyzm, lumbago, czy schorzenia skóry. Najpopularniejsza forma terapii to wysmarowanie się ciemnym błotem zalegającym brzeg morski. Przekazy historyczne mówią, że Kleopatra specjalnie wysyłała niewolników po tutejsze błoto, które w dzisiejszych czasach stało się cenionym towarem eksportowym, jako naturalne mleczko nawilżające. Zatem ja też skorzystam z tych darów natury. Wchodzę do wody i smaruję się ile wlezie. Następnie kładę się na plecach i leżę na wodzie. Gdzieś za głową słyszę ostrzeżenie Rosjanina, żebym uważał na kamienie, jakie znajdują się dwa metry za mną. Z kolei ratownik z swej wieży wzywa przez megafon dwie kobiety, aby zanadto nie oddalały się od brzegu. W kilka minut później ten sam głos wzywa pewną Rosjankę z imienia i nazwiska, aby raczyła odebrać swój paszport, który zostawiła w przebieralni. Jest ciepło, chociaż nie widać słońca. To z powodu tego wiatru pustynnego. Tym razem woda nie jest dla mnie za zimna i dłuższy czas spędzam w niej leżąc na plecach. Kiedy już mam dosyć tych wywczasów, idę pod publiczny prysznic, aby zmyć sól z ciała. Ku mojemu zdziwieniu, woda z prysznica pod ścianą wydaje mi się nawet cieplejsza niż w morzu. Jeszcze tylko teraz zmienić kąpielówki, ale jak, skoro tłumy przechodzą drewnianym pomostem? W końcu znalazłem sposób: ubrałem koszulę z długim rękawem i w ten sposób mogłem zmienić kąpielówki nikogo nie gorsząc swoją golizną. Jasne, mogłem pójść na górę do przebieralni, ale zniechęciła mnie kolejka oczekujących osób. W ten sposób mogę od razu z plaży skierować się do autobusu.
Pojazd opuszcza parking i kieruje się do głównej drogi. Jeszcze tylko trzeba zatrzymać się przed punktem kontrolnym armii izraelskiej, po czym droga wolna. Znów po obu stronach widoki pustyni. Po pół godzinie jazdy, skręcamy w boczną drogę i kierujemy się do niewielkiego kompleksu zabudowań obwarowanych murem obronnym. To Nabi Musa, legendarny grób Mojżesza. Tak przynajmniej uważają muzułmanie. Wchodzimy do środka starą bramą, a w środku widać niewielki meczet z minaretem. Zwiedzamy wnętrze zabudowań. Z zewnętrznych krużganków widać tylko pustynne piaski. Na zboczu obok tego mauzoleum widać cmentarz muzułmański. Trzeba dobrze wytężyć wzrok, aby go dostrzec w zapadającym zmroku, kiedy to kamienne stelle zlewają się z fakturą pustyni. W dodatku cmentarz nie żadnego ogrodzenia. Pod murami mauzoleum dopiero teraz dostrzegłem „zaparkowanego” wielbłąda. Próbowałem zrobić mu zdjęcie, ale niezbyt ono udało się, więc całość skasowałem. Patrząc na zieloną jarzeniówkę na minarecie, zauważyłem zwoje drutu kolczastego na murach. Zdumiało mnie to. Po co na murach mauzoleum druty kolczaste? Przecież oprócz starego Beduina, który otworzył nam bramę, nie ma tu żadnego ducha? Zapytam o to przewodnika. Okazuje się, że ponoć tutaj właśnie mieści się ośrodek dla narkomanów. Reszta, zatem jest jasna. Wracam do autobusu. Koniec zwiedzania. Jedziemy teraz bezpośrednio do Jerozolimy. Przeciskamy się przez dwa tunele i przemierzamy miasto wieczorową porą. Silnik autokaru jęczy niemiłosiernie, gdy przychodzi mu wspinać się na Górę Oliwną. Tam właśnie na jednym z najwyższych wzniesień miasta znajduje się „Hotel 7 arches”. Wysiadam z pojazdu i mam u swych stóp całą Jerozolimę. Najbliżej na dole leżą groby proroków. Niżej zaczyna się właściwy kirkut. Patrząc na Jerozolimę „by night”, po prawej stronie widzę wieżę kościoła Wniebowstąpienia, a dwa kilometry dalej na sąsiednim szczycie szpital Augusta Wiktora. Bliżej murów Starej Jerozolimy znajduje się cerkiew św. Marii Magdaleny i kościół Dominus Flevit.
08.02.2012 Środa, dzień siódmy.
Poranek jest dość chłodny. Słońce przebija się przez resztki wczorajszego ham-sunu. Wieje zimny powiew od zachodu. Mamy rześkie powietrze. Temperatura oscyluje w okolicach +8 stopni C. Śmieję się, że jest tutaj chłodniej niż w Polsce na Śnieżce. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że „mieszkamy na wysokościach”. Wsiadam do autobusu i jadę na Stare Miasto. Kieruję się w okolice Kopuły na Skale. Bywa on błędnie nazywany meczetem Omara. Ten drugi nie ma złotej kopuły tylko jakąś prawie czarną. Na widokówkach obiekt ten łatwo odnaleźć z uwagi na błyszczącą kopułę. Zbudowana jest ona z platerowanego złotem aluminium. Jest to nie tyle meczet ile rodzaj mauzoleum. Jego ośmioboczną podstawę tworzą ściany z marmuru, zdobione mozaikami, witrażami, malowanymi kaflami z cytatami z Koranu. Według wierzeń muzułman w Dniu Sądu Ostatecznego na arkadach znajdujących się u góry stopni wiodących na taras wokół budowli, będą ważone ludzkie dusze. Wewnątrz Kopuły na Skale znajdować się ma olbrzymi głaz zwany Kubbet es-Sachra. Jest to skała, na której Abraham miał złożyć w ofierze Izaaka. Pod skałą znajduje się krypta, w której podobno zbierają się duchy zmarłych. Nie mogłem tego osobiście sprawdzić, bo obiekt był czasowo zamknięty, stąd też modlący się dookoła na krzesłach muzułmanie. Aby wejść na wzgórze świątynne znajdujące się na Górze Moria, trzeba najpierw przejść przez bramkę kontrolną z detektorem metalu. Pilnują tego żołnierze i policjanci izraelscy. Nie rozumiem tylko, dlaczego grupa niemiecka nie musiała czekać w kolejce tylko została przeprowadzona poza kolejnością. To wdzięczność za II wojnę światową, czy też może fakt, że polska nie jest w „pierwszej prędkości Unii Europejskiej”, jak to kiedyś zauważył jeden z polskich polityków. Dziedziniec świątynny nie jest jeszcze zapełniony turystami. Przed meczetem siedzi na krzesłach grupa muzułman i modli się. Po drugiej stronie Kopuły na Skale inna grupa muzułman w identycznej sytuacji. Z dala widzę starszego druza udającego się do małej kaplicy. W pobliżu Kopuły patrol żołnierzy. Kiedy oddaliłem się od mojego przewodnika, jeden z żołnierzy dał znak, abym podszedł. Zapytał mnie, z jakiego kraju jestem. Kiedy usłyszał, że z Polski, to od razu odezwał się czysto po rosyjsku. Zaczyna się rozmowa. Pytam go o imię. Wskazuje mi wtedy swe imię zapisane cyrylicą na mundurze. Ma na imię Wania i przyjechał tu na stałe z Władywostoku. Nie pamiętam już jak miał na imię drugi Rosjanin, bo poprosiłem o możliwość zrobienia sobie pamiątkowej fotografii. Stanąłem zatem przed dwoma Rosjanami i jednym Żydem etiopskim /miał bardzo ciemna karnację skóry/. Będę miał ciekawą pamiątkę. Tymczasem w mojej grupie ktoś spanikował, widząc moją rozmowę z trójką żołnierzy izraelskich. Jednak obawy te szybko minęły, gdy zobaczono, że właśnie robię sobie zdjęcie z tymi żołnierzami. Od razu kilka osób z mojej grupy poprosiło też o możliwość zrobienia sobie wspólnego zdjęcia. Tymczasem dla mnie rozpoczyna się stres, gdyż podklejany w kibucu obcas znów odkleił się i but po prostu „chlapie” za mną. Ale co zrobić? Trzeba tak „człapać się” dalej. Idę teraz pod Ścianę Płaczu. Teren wyraźnie jest, tak jak w synagodze, wydzielony na część męską i na kobiecą. Biorę ze stolika białą jarmułkę i idę z bliska obserwować modlących się. Pod Ścianą zaledwie ośmiu żydów. Na placu obecna jest chyba jakaś jesziwa, bo widzę kilku mamałedów /nauczycieli/ z uczniami w różnym wieku. Coś śpiewają i tańczą w kole. Ciekawostka, bo wszyscy bez względu na wiek byli jednakowo ubrani: czarne chałaty, kapelusze i pejsy. Tymczasem kieruję się w lewą stronę Ściany, która jest zadaszona i przypomina mi jakąś część synagogi. Widzę tu jakieś meble, święte księgi i menory. Każdy żyd zatopiony w swej modlitwie nie zwraca uwagi na goim, którzy bezceremonialnie fotografują ich. Moją uwagę przyciągają żydzi w białych pończochach i bobrowych toczkach na głowie. Wracając zdaję moją białą jarmułkę na stoliku. Idę teraz w stronę bazyliki Narodzenia. Po drodze jest okazja, aby przyjrzeć się wykopaliskom archeologicznym ukazującym resztki murów miejskich z czasów Chrystusa. Na placu przed bazyliką dowiaduję się, że mam godzinę przerwy. Informuję przewodnika, że idę do szewca i aby „w razie, czego poczekać” na mnie. Wchodzę w wąskie zaułki ulic i szukam szewca. Po pewnym czasie ktoś wskazuje mi niepozorny kąt, w którym siedzi sobie sympatyczny staruszek. Gdybym nie znał adresu, pomyślałbym, że jest to raczej krawiec z uwagi na bele materiału do szycia i starego Singera. Szewc przybił mi po trzy gwoździe od środka i po dalsze trzy od zewnątrz. Chciał jeszcze zająć się moim drugim butem, ale nie było potrzeby. Zażądał za to pięciu dolarów. Miałem w kieszeni ostatnich kilkanaście, ale nie byłem skłonny rozstawać się z nimi, chociaż jedną przecznicę wcześniej widziałem kantor, w którym mogłem wymieć polskie złotówki na szekle. Pomyślałem, że, na co mi zmieniać 100 zł, skoro jutro wracam do Polski. Dałem dziadkowi 20 polskich złotych i podziękowałem za usługę, mówiąc: Toda!
Idę dalej labiryntem uliczek. Szukam cierniowej korony, zwanej Koroną Tronu. Miałem coś takiego przywieźć pewnej osobie w kraju. Wcześniej widziałem coś takiego, ale nie kupiłem, bo bałem się, że połamię do czasu wyjazdu. Wreszcie znalazłem to, czego szukałem. Ile kosztuje? Młody sprzedawca „zaśpiewał mi” kwotę trzydziestu dolarów. Wariat, no nie? „Co za bezczelność” rzuciłem mu i kieruję się do wyjścia. Zatrzymuje mnie i opuszcza kilka dolarów. Rozpoczynają się pertraktacje. W końcu uzgodniliśmy kwotę ośmiu dolarów. Biorę woreczek z kartonikiem, w którym znajduje się korona i podaję banknot dziesięciodolarowy, bo nie miałem innego. A tymczasem ów osobnik odmawia mi wydania reszty twierdząc, że jest OK. „Nie jest Ok” wołam i odkładam towar na półkę. Siadam na krześle i głośno domagam się zwrotu pieniędzy. Po pewnym czasie przychodzi ktoś starszy, ojciec, albo właściciel kramu i pyta, o co chodzi. Młody coś szybko relacjonuje pokazując na mnie, po czym sięga do blaszanej puszki i wydaje mi resztę. Idę zniesmaczony tą transakcją. Nie dość, że przepłaciłem za towar, to jeszcze młody chciał mnie oskubać z reszty. Idąc dalej zastanawiałem się, co jeszcze planowałem kupić przed wyjazdem. W kraju chcę zmontować reportaż filmowy z pobytu w Ojczyźnie Jezusa. Będę potrzebował muzyki, jako podkładu do zdjęć filmowych. Płyty CD z muzyką izraelską były drogie, bo w granicach dwudziestu dolarów. W końcu w jednym ze stoisk znalazłem coś tańszego. Wysłuchałem trzech utworów i po utargowaniu zapłaciłem pięć dolarów. Kiedy wróciłem na plac przed bazyliką, moja grupa ruszyła do autobusu. Na parkingu kupiłem od „naręcznego” sprzedawcy jarmułkę za 10 złotych polskich. Jedziemy teraz do Instytutu Vad Yashem. Jakoś ten punkt programu nie pociągał mnie. I nie omyliłem się. Zbiorowisko betonowych nieomalże bunkrów o niesłychanej brzydocie. Nie mam nic przeciwko pamięci ludzi, którzy przeszli na drugą stronę życia, ale tego typu mauzoleum było nieciekawe, że tak powiem delikatnie. Owszem, widziałem drzewa z tabliczkami osób, które ratowały Żydów w czasie II wojny światowej. I bez tego wiedziałem, że najwięcej jest polskich tabliczek. Mówił mi to już dawno biskup elbląski. Jedno pomieszczenie mogło być ciekawe. „Sala zabitych dzieci”, jak to nazwałem. Ludzie wchodzą do dużej sali, w której panują ciemności. Tylko gdzieś w powietrzu na różnej wysokości widać maleńkie światełka, a lektor monotonnym głosem czyta imię i nazwisko, wiek i miejsce śmierci dziecka. Wracam na parking autobusowy. W pewnej chwili między dwoma autobusami zauważyłem bijącego salemy muzułmanina. Klęczał na rozłożonym dywaniku. Głowę miał skierowaną na południe, w stronę Mekki. Szybko zrobiłem zdjęcie zza tzw. winkla. Jedziemy dalej. Kierunek: Hebron. A zatem kolejny punkt kontrolny i znów jesteśmy „za granicą”. Po półgodzinnej jeździe z Betlejem autobus zatrzymuje się na parkingu. Pilot ostrzega przed bardzo natrętnymi dziećmi, które żebrzą, albo coś sprzedają. Idę w stronę mauzoleum, aby pokłonić się przed grobami Abrahama, Sary, Izaaka i Rebeki. Hebron jest w połowie skolonizowany przez Żydów. Coraz mniej Palestyńczyków. Zabudowania żydowskie są zadbane. Natomiast stare budowle palestyńskie po prostu sypią się. Nie ma pieniędzy na remont, a przede wszystkim nie ma ponoć zgody Izraelczyków na remont, jak powiedział przewodnik. Po wyjściu z autobusu natychmiast oblega nas grupka dzieciaków w różnym wieku wołając jeden tylko tekst: „One dolar, please!”. Idę w stronę mauzoleum. W bramie kontrola bagażu, niczym na lotnisku. Pilnują tego policjanci i żołnierze izraelscy. Jest też jedna kobieta w zielonym mundurze. Ma piękny długi warkocz. A może uda mi się zrobić fotkę z nią? Wchodzę dalej. Widzę masę ludzi. Turystów i modlących się żydów obojga płci. Kobiety mają swoje kwartały modlitewne. Kobietom towarzyszy duża ilość dzieci. Wszyscy są odświętnie ubrani. Nie ma, co się dziwić. W końcu przychodzą modlić się, a nie tak, jak co niektórzy katolicy, którzy niechlujni pojawiają się na niedzielnej eucharystii. Robię zdjęcia i filmuję. Nikomu to nie przeszkadza. W końcu klękam przed grobami postaci sprzed czterech tysięcy lat. Takie spotkanie z historią zbawienia robi na mnie wrażenie. Dużo nawet większe, aniżeli wizyta w bazylice Narodzenia. Bo tam tłumy ludzi, przepychanki i jakiś element komercji. Tu, w Hebronie, tego nie czuję. Mogę klęczeć ile chcę przed sarkofagami bohaterów Starego Testamentu ile chcę i nikt mnie nie pogania, abym przechodził dalej, bo za mną już inni czekają. Wychodzę z mauzoleum. Na punkcie kontrolnym już nawet nie chce mi się wyciągać kamery z kieszeni. Włącza się brzęczyk alarmowy. Idę dalej. Ekipa kontrolna też jest rozleniwiona przygrzewającym słońcem. Nie reaguje nawet, gdy jakiś żyd szybko wchodzi przez „bramkę”, a ta zaczyna piszczeć sugerując przenoszenie jakichś metalowych przedmiotów. Żydzi idąc do sarkofagów Patriarchów, nie tracą czasu i już na schodach modlą się ze swych modlitewników. Naprzeciw wejścia do mauzoleum znajduje się kilku wiekowe drzewo oliwne. Właśnie nadeszła grupa policjantów żydowskich i zatrzymała się w cieniu drzewa. Zaczęto robić sobie zdjęcia pamiątkowe. Schodzę nieco dalej. Moja grupa powoli kompletuje się. Tymczasem natrętne dzieciaki, żeby nie powiedzieć: dzikie; rzucają się na naszą grupę niczym szpaki na rzuconą bułkę. Torba uważać na kieszenie i torby, bo ich pazurki dosyć szybko usiłowały penetrować te miejsca. Po drugiej stronie stoi grupa żołnierzy izraelskich i obserwuje nas. Kiedy nie udaje się odpędzić dzieciaków od nas, jeden z żołnierzy idzie w naszą stronę i w jeden moment dzieciaki uciekają. Tylko chłopak, tak na oko dwunastolatek, ostro pyskuje żołnierzowi pozostając w bezpiecznej odległości. Może będę brutalny, ale w tym momencie pomyślałem, że czasami gumowe kule mają swe uzasadnienie, chociaż zdaję sobie sprawę, że i tymi kulami można zabić człowieka. Wchodzę do kilku sklepów z pamiątkami. Nic szczególnego. Wszędzie kurz i piasek. Gdy wychodzę ze sklepiku, rozpoczyna się koncert „na trzy minarety”. Ciekawie brzmi taki chórek. Czasami przypomina to odgłosy trzmieli letnią porą, lub kiedy indziej ryk pikujących bombowców. Wsiadam do autobusu. Jedziemy dalej. Nagle widzę, jak na ulicy żołnierz izraelski rewiduje pod ścianą młodego Palestyńczyka. Drugi z żołnierzy stoi w pewnej odległości z bronią w ręku. Niestety nie zdążyłem uwiecznić tej „wojennej scenerii” na ulicy. Chwilę stoimy na punkcie kontrolnym i oto jesteśmy w Jerozolimie. Ruch w mieście dosyć wolny, bo mamy godziny szczytu. Mijamy Dolinę Gehenny i zatrzymujemy się przy bazylice Getsemani, bazylice Konania. W tym miejscu zatrzymywał się Jezus podczas swych pobytów Jerozolimie, szczególnie w czasie żydowskiego święta Paschy. Tutaj właśnie Judasz Iskariota wydał swego Mistrza i Boga, Jezusa. Zanim to nastąpiło Jezus pogrążył się w agonii prosząc swego Ojca, by, jeśli to możliwe, ominęło Go to cierpienie, którego się spodziewał. W tym też miejscu przyjął „wolę Ojca”. Naprzeciw bazyliki Konania znajduje się siedem wielowiekowych drzew oliwnych. Ich pnie nie pamiętają sceny aresztowania Jezusa, ale korzenie tych drzew mogą pamiętać, bo często po wycięciu pnia drzewa, wypuszcza ono odrośl właśnie z korzenia. Bazylikę Konania wzniesiono w czasach cesarza Teodozjusza (379-395). W kolejnych wiekach popadała w ruinę. Jednak przybycie krzyżowców przyczyniło się do jej odbudowy. Kiedy ponownie obiekt popadł w ruinę, nabożeństwa przeniesiono do pobliskiej groty, która w IV wieku uchodziła za miejsce pocałunku Judasza i pojmania Jezusa. Ostatecznie świątynia została odbudowana w 1924 roku przez Kustodię Ziemi Świętej.
Wychodzimy z bazyliki Konania i udajemy się „do Greków”, czyli do sanktuarium Dominus Flevit /Pan zapłakał/. W końcu XIX wieku franciszkanie wykupili posiadłość na zboczach Góry Oliwnej i wybudowali kaplicę. W roku 1953 odkryto cmentarzysko i pozostałości kościoła bizantyjskiego z VI wieku. Na fundamentach tej świątyni powstało nowe sanktuarium upamiętniające płacz Jezusa nad Jerozolimą. Z dawnego kościoła zachowała się zaledwie mozaika podłogowa i to we fragmentach. Wychodzimy z kościoła, bo robi się już szaro. Trafiają się jeszcze spóźnieni turyści. Na nich to właśnie poluje „naręczny sprzedawca”. Za „jedne 100 zł polskich” oferuje pięć krzyżyków i łańcuszków. Nawet nikt nie pyta, czy są one srebrne. Wsiadam do autobusu i wracam na Górę Oliwną. Czas na kolację i ostatnie fotki zachodu słońca nad „świętym miastem Jeruzalem”.
09.02.2012 – Czwartek, dzień ostatni.
Wczesna pobudka i równie wczesne śniadanie. Ruszam z hotelu już przed godziną siódmą. Jest strasznie zimno, bo tylko osiem stopni. Zapominam, że hotel „ 7 arkad” znajduje się na Górze Oliwnej, a więc w jednym z najwyższych punktów Jerozolimy. Mimo wczesnej pory przy autokarze kręci się już uliczny sprzedawca pamiątek. Za jednego dolara można nabyć u niego panoramę Jerozolimy. Mam już taką pamiątkę w swojej walizce i nie skorzystam z tego typu usługi. A zatem: Toda!
Autokar powoli jedzie wąskimi uliczkami miasta w dół. Mahomet chyba jedzie jakimś znanym mu skrótem. Powoli zostawiamy za sobą „święte miasto Jeruzalem”. Na niebie coś jakby lekka mgiełka. Robię jeszcze zdjęcia przez okno. Już poza miastem w górach, w jednym z wąwozów widzę obozowisko pasterskie, a w nim nawet i ciągniki. To rodzący się sektor prywatny. Wygląda ma ubogi, ale zawszeć to „na swoim”, a nie w kibucu. Te ostatnie już powoli są prywatyzowane. Przez kilkanaście kilometrów jedziemy w dół terenem górzystym. Tylko gdzie niegdzie widać jakieś ślady zieleni. Resztę elegancko wyrugowały kozy i owce. Kierujemy się na wschód w stronę Morza Martwego. Po pewnym czasie widać koniec kanionu, którym jedziemy, a na jego końcu wielką równinę nadmorską. Po prawej stronie mamy Midbar Yehuda /Pustynię Judzką/, a u jego stóp przyrody rezerwat przyrody Mezuqe HaHe`teqim. Dookoła nieużytki, piaski i kamienie. Tylko gdzie niegdzie widać kilka palm daktylowych lub akację pustynną. Widać wielką taflę Morza Martwego. Skręcamy na południe w stronę Eljatu. Mijamy kąpielisko nadmorskie Rijm Al. Bahr. Jesteśmy na poziomie -406 m. Są to dane z roku 1986. Dzisiaj może to być jeszcze większa depresja z uwagi na wysychające morze. Jadąc na południe po lewej stronie mamy lustro wody, a po prawej skaliste grzbiety gór sięgające 450 npm. Mijamy legendarną skałę Masada, na której przez trzy lata bronili się Żydzi przed wojskami rzymskimi. Koniec był tragiczny. Samobójstwo obrońców ostatniego skrawka niepodległości tych ziem. Zadziwiać może dobrze zorganizowane zaplecze obrońców, które pozwoliło im przetrwać w skalistych górach przez 36 miesięcy. Po przeciwnej stronie słynnej góry mijamy małe lotnisko i zaraz też kończy się Morze Martwe, które połączone jest kanałem z „drugim” Morzem Martwym. To po prostu efekt obniżania się lustra wody. W ten sposób powstały dwa akweny tego samego zbiornika wodnego. Czasami pojawia się pojedynczy gaj palmowy. Góry dochodzą momentami aż do samej drogi krajowej nr 90. Skały nieomal ocierają się o lusterka autobusu. Zakręty i podwójna linia ciągła. Mam też próbkę kawaleryjskiej jazdy miejscowych kierowców. W pewnym miejscu przed niewidocznym zakrętem, na podwójnej ciągłej, wyprzedza nas autobus lokalnych linii komunikacyjnych. No, tym razem udało się. Kierowca zdążył. A może ja jestem tylko przewrażliwiony? Może moje dwa wypadki samochodowe tak działają na moją imaginację?
Mijamy kąpielisko En Boqek, w którym zaraz po przylocie zażywałem kąpieli solnych. Autokar mija modne kąpielisko, by zaraz wspinać się serpentynami w górę. Mijamy kolejne małe lotnisko i za skrzyżowaniem z drogą wiodącą do Be`er Sheva mamy zakłady chemiczne bazujące na surowcach pochodzących z leżącego za płotem morza. Kolejne kilka kilometrów i mijam po prawej stronie miejsce dawnych miast: Sodomy i Gomory. Od razu nasuwają się mimowolnie refleksje odnoszące się do perykop biblijnych i do „modnych haseł” w stylu: homoseksualiści, jako kochający inaczej. Chroń nas Panie Boże od takiej nowoczesności i tolerancji. Droga stopniowo wznosi się w górę. Po prawej stronie mijam ruiny dawnego miasta Hazeva, które leżą na „tylko” 173 m poniżej poziomu morza. Krajobraz nadal monotonny. Czasami tylko pojedyncza akacja, lub jakiś krzew znoszący duże zasolenie terenu. Już kilka godzin trwa jazda. Zaczyna powoli męczyć monotonia krajobrazu, hałas silnika i zapach gumy w pojeździe. Sądziłem, że będzie popas w kąpielisku En Boqek, ale nic z tego. Widocznie kierowca musiałby płacić za parking. A ja liczyłem na krótki spacer brzegiem morza i na zebranie nowych kawałków soli morskiej. Ale nic z tego. Jedziemy dalej przez Pustynię Negev na południe. Mijamy dawne koryta rzeki Neqarot, a potem rzeki Hiyon. Mijamy osadę Paran, od której zaczyna się Pustynia Paran. Od razu przypomina mi się spotkanie z Adi w Hiszpanii. Adi miała nazwisko Paran. Dostałem od niej adres mailowy „na wszelki wypadek, gdybyś był w Jerozolimie”. Niestety coś pokręciłem z tym adresem, bo był problem ze skontaktowaniem się z Adi.
Wreszcie autokar staje na pustynnej oazie. Trochę skąpej roślinności. Kilka palm daktylowych zacienia mały bar i sklepik przydrożny. Aby przyciągnąć do siebie podróżnych, do tego kompleksu obsługi podróżnych dołączono jeszcze małe zoo, gdzie oprócz wielbłądów i osłów, można oglądać ptaki, węże i świnki morskie, albo coś w tym guście. Nie muszę niczego kupować, ale z chęcią wychodzę z autobusu. Rozglądam się po okolicy. Robię kilka fotek. Panuje przedpołudniowa cisza. Czasami drogą przemknie samotne auto. Sceneria niczym z pustyni Nevada w USA. Obserwuję Żydów, którzy zatrzymują się na krótki popas.
Jedziemy dalej. Po pół godzinie jazdy widać już pustynne lotnisko Ovda. Po prawej stronie drogi widać kilka wraków czołgów z ostatniej wojny izraelskiej. Autokar zatrzymuje się przed bramą lotniska. Po chwili brama odsuwa się na boki. Autobus przejeżdża parę metrów dalej i zatrzymuje się. Jakiś osobnik z bronią w ręku wsuwa pod autokar mały wózek z lustrem, bacząc, aby pewnie jakaś banda Beduinów nie chciała przemycić się na teren dawnego lotniska wojskowego. Autobus podjeżdża pod niewielki budynek portu lotniczego Ovda. Przed wejściem oczekuje nas ładnie opalony młodzian w białych spodniach i karabinem na plecach. Taki widok tego niby partyzanta nie robi już na nas żadnego wrażenia. Wchodzimy do wnętrza budynku. Czeka nas aż sześć punktów kontrolnych, przez które należy przejść, a by za trzy godziny móc wejść do samolotu. Postanowiłem wraz z moim sąsiadem nie przyznawać się do znajomości żadnego języka obcego. Niech Żydzi sami główkują, jak się z nami porozumieć. Na rutynowe pytanie urzędnika: English?, odpowiadamy szybko: Polish. W tym momencie urzędnik podaje nam zestaw pytań w języku polskim i każe nam wskazać właściwą odpowiedź typu: „tak”, lub „nie”. Ciekawe na ile on zna język polski, aby całe to teatrum miało jakiś sens. Kiedy znalazłem się przy ostatnim stanowisku kontrolnym i zobaczyłem ładną kobietę, dałem sobie spokój z tym bojkotem językowy. Odpowiedziałem po angielsku i dorzuciłem do tego menu kilka słówek hebrajskich.
Jesteśmy już na hali tzw. wolnocłowej. Idę obejrzeć salon kosmetyczny. Młode pracownice operujące płynnym rosyjskim, zachęcają do zakupów wodę toaletową firmy Gucci i Boss. Pytam taką rusałkę, której firmy używa jej parień. Dziewczyna wskazuje na moją prawą dłoń, którą przed momentem skropiła wodą „od Gucciego”. Pytam z grzeczności, ile taki drobiazg może kosztować. Słyszę w odpowiedzi, że tylko 85 dolarów USA. Powiedziałem miłej interlokutorce, że muszę zastanowić się nad zakupem na świeżym powietrzu, bo przy jej stoisku mam mieszaninę około dwudziestu zapachów. Idę do WC, aby umyć ręce. Obecność na jednej ręce Gucciego, a na drugiej zaś Bossa, może być dusząca w samolocie. Już raz kiedyś zrobiłem taki kardynalny błąd, więc nie zamierzam go powielać.
Mamy półgodzinne opóźnienie, bo spóźnił się samolot z Polski. Wreszcie wypuszczają nas na płytę lotniska. Idziemy kilkadziesiąt metrów do naszego Boeinga 737. Jeszcze tylko spojrzenie dookoła i wciągnięcie w płuca ciepłego powietrza i definitywnie opuszczamy Ziemię Świętą. Po chwili samolot powoli kołuje na pas startowy. A zatem bierzemy kurs na północny zachód, kurs do Polski.








