Wydanie internetoweEuropa

Ekspedycja Elbrus 2010

Maciej Brożyna, Maciej Śliż, Łukasz Godek, Jarosław HerbertRosja

I. PRZYGOTOWANIA DO WYPRAWY

Nasze przygotowania do tego wyjazdu trwały właściwie już od początków studiów (2002 r.), kiedy to jako studenci rozpoczęliśmy pierwsze turystyczne wyjazdy lokalne w formie turystyki pieszej, rowerowej, konnej i kajakowej, począwszy chociażby od rezerwatu przyrody Prządki, a także Bieszczad, Beskidu Niskiego, Beskidu Sądeckiego, następnie zaś – wraz ze zdobywaniem doświadczenia i wiedzy – sporej części pasma Karpat (Polska, Słowacja, Ukraina, Rumunia i Bułgaria).

W 2006 roku, kiedy nasza grupa zdobyła najwyższy szczyt Polski (Rysy, 2499 m. n.p.m.) pojawiła się idea projektu: „Najwyższe szczyty Europy”. Ponieważ na koncie mieliśmy już wcześniej zimowe wejście na Tarnicę (1346 m n.p.m.), (Bieszczady, styczeń 2004) oraz organizację i uczestnictwo w wyprawie dydaktyczno-nauko-wej na Krym ze zdobyciem szczytu Aj Petri (1234 m n.p.m.) (Góry Krymskie, luty 2005), postanowiliśmy uznać te wyprawy za wstęp do tego projektu.

W latach 2005-2010 organizowaliśmy też i prowadziliśmy studenckie rajdy piesze w Bieszczadach, Beskidzie Niskim, Beskidzie Sądeckim, Tatrach, Beskidzie Żywieckim (ok. 15), co dało nam niezbędną wiedzę praktyczną, a o kondycję każdy z nas dbał już sam, jak przystało na studenta Wydziału Wychowania Fizycznego. Stąd, właściwie, projekt ten zaczął się wcześniej, niż jego formalny start w Rysach – na których wpadliśmy na ten pomysł, a jego kolejne etapy, to:
* Maj 2006 – Wyjście na najwyższy szczyt Polski – Rysy (2499 m n.p.m.), Tatry;
* Wrzesień 2007 – Wyjście na najwyższy szczyt Ukrainy – Howerla (2061 m n.p.m.), Beskidy Wschodnie;
* Maj 2007 – Przejście przez Pasmo Gorganów wraz ze zdobyciem najwyższego szczytu – Sywula (1836 m. n.p.m.), Gorgany;
* Wrzesień 2008 – Zdobycie najwyższego szczytu Grecji – Mytikas (2918 m n.p.m.), Masyw Olimpu;
* Maj 2009 – Zdobycie najwyższego szczytu Bułgarii – Musała (2925 m n.p.m.), Masyw Riła;
* Lipiec 2010 – Zdobycie najwyższego szczytu Rosji – Elbrus (5642 m n.p.m.), Kaukaz.

Przed wyjazdem do Rosji udało się nam pozyskać patronat medialny TVP Rzeszów, Radia Rzeszów i portalu Geozeta.pl. Patronat honorowy objęli: Prorektor UR ds. Badań naukowych i współpracy z zagranicą, prof. dr hab. Aleksander Bobko oraz Dziekan WWF UR prof. dr hab. Kazimierz Obodyński.

Elbrus to góra, którą wybraliśmy z rozmysłem, gdyż pomimo tego, iż oficjalnie nie wchodzi w skład najwyższych szczytów Europy, to stało się tak za sprawą Kongresu Geograficznego, który odbył się pod koniec XIX stulecia w Paryżu. Francuzi chcieli mieć u siebie najwyższą górę Europy i postanowiono, że granica pomiędzy dwoma kontynentami przebiegać będzie obniżeniem Kumsko-Manyckim, a więc daleko przed Kaukazem. Choć dzisiaj coraz częściej mówi się o tym, że granica przebiega głównym grzbietem łańcucha i jego północne stoki należą do Europy. Tym samym, Elbrus i siedemnaście innych szczytów wznosi się wyżej niż Mont Blanc, otwierając faktycznie listę najwyższych szczytów Starego Kontynentu.

Przygotowania, właściwe pod kątem aklimatyzacji w niższych temperaturach, rozpoczęliśmy m.in. od noclegu pod Śnieżką w Karkonoszach (–8º C) oraz indywidualnych przejść szlakami, wspomnianych już wyżej pasm górskich. Trening kondycji fizycznej również pozostawiliśmy we własnej gestii w postaci biegów, jazdy na rowerze, pływania itp.

Sprzęt posiadaliśmy z różnych źródeł, jednym z naszych sponsorów była czeska firma „Husky”, zajmująca się sprzedażą profesjonalnej odzieży, namiotów, śpiworów itp. Warto dodać, iż posiadaliśmy śpiwory tej firmy (do –26º C Extreme Enjoy), w których było bardzo ciepło przy temperaturze na zewnątrz około –12º C oraz profesjonalny namiot (Extreme Fast 4) z kołnierzami śnieżnymi, który bardzo dobrze spełniał swoje funkcje podczas opadów deszczu, śniegu oraz mocnych powiewów wiatru. Następną ważną rzeczą do skompletowania było obuwie. Każdy wziął ze sobą parę butów skitourowych, do których bez problemów podpięliśmy raki (w posiadaniu półautomatyczne i paskowe). Jedyna ich wada, to ciężar tych butów w czasie marszu.

Niezbędnymi rzeczami okazały się trekkingowe skarpety, kijki oraz spodnie, bielizna termoaktywna, polar lub softshell, kurtki z membraną, czapki i kominiarki, rękawice oraz łapa-wice. Poza ubiorem, w czasie takiej wyprawy ważne są też kremy ochronne do twarzy o wysokim stopniu ochrony przed promieniowaniem słonecznym, np. 30 lub nawet 50 UVA+UVB.

Bardzo ważnym elementem w podróży jest oczywiście wyżywienie czyli „paliwo”, dzięki któremu mieliśmy odnawiać siły i egzystować w czasie drogi oraz w górach. W naszym wyposażeniu były m.in. liofilizaty wojskowe o smaku „własnym”, jednak były one zdecydowanie zbyt ciężkie (racja dzienna – około 2 kg). Do tego dochodziło mnóstwo innych rzeczy, m.in.: kuchenka gazowa, kubki metalowe, niezbędniki oraz papier toaletowy – to bezcenne rzeczy w tego typu podróży. Koszt takiego wyjazdu, jak obliczyliśmy, miał wynosić około 2-2,5 tys. zł, a największy udział w wydatkach (około 70% całej sumy) miały mieć ceny biletów i środków transportu.

II. PODRÓŻ

Nasza podróż zaczęła się w budynku Wydziału Wychowania Fizycznego, gdzie zapakowaliśmy zgromadzony wcześniej niezbędny sprzęt, który miał nam towarzyszyć w po-dróży. Stamtąd udaliśmy się na dworzec główny. Około godziny siedemnastej 17. lipca 2010 roku wsiedliśmy do pociągu i ruszyliśmy do Przemyśla. Jechaliśmy pełni euforii, czując, że ruszamy ku naszej wielkiej przygodzie – na Kaukaz. Pomimo szczegółowo zaplanowanej trasy, liczyliśmy się z tym, że na wschodzie Europy nie wszystko może pójść tak, jak się z góry założyło. Nasze pesymistyczne przewidywania zaczęły się spełniać już przed przekroczeniem granicy. Zaczęło się już na dworcu w Przemyślu. Tam, gdzie zawsze stały busy, jadące do Medyki zastaliśmy puste miejsce. Okazało się, że wieczorem nie ma kursów do granicy polsko-ukraińskiej, a już na pewno nie ma transportu z granicy do Lwowa.

Ale – mając już pewne doświadczenie z wyprawami na Ukrainę – wiedzieliśmy, że nie ma tu sytuacji bez wyjścia i coś da się załatwić. Mając „koniec języka za przewodnika” dowiedzieliśmy się, że po 2200 jedzie bezpośredni ukraiński autobus do Lwowa. Kiedy podjechał wyczekiwany, nie widniejący na żadnym rozkładzie jazdy przedpotopowy autobus „widmo” zaczęła się prawdziwa przygoda. Wsiedliśmy do pojazdu, który w Europie nie miałby prawa poruszać się po drogach publicznych. Tuż przed granicą wszyscy w autokarze zaczęli roznosić swoje tajemnicze pakunki i rozdzielać pomiędzy nas. Owi ludzie, to drobni przemytnicy, chcący trochę zarobić na rodzinę lub inne potrzeby – sławne „mrówki”. Na granicy celnicy ukraińscy przez kilka godzin nie chcieli wpuścić naszego pojazdu na teren swego kraju. Po długich i kosztownych negocjacjach udało nam się ruszyć w dalsza drogę z trzygodzinnym opóźnieniem. Nasz ekspres do Kijowa odjeżdżał o 5 rano, pamiętając o przestawieniu zegarków na czas kijowski o godzinę, niewiele brakowało, a spóźnilibyśmy się na nasz pociąg.

Pamiętając pobyt na dworcu z naszej poprzedniej wizyty (zostaliśmy „oskubani” z 20 dolarów przez milicjantów) szybko zakupiliśmy bilety do Kijowa i udaliśmy się na peron. Po krótkim czasie siedzieliśmy już w ekspresie i pędziliśmy do ukraińskiej stolicy. Na miejscu (co nas jakoś dziwnie nie zaskoczyło), dowiedzieliśmy się, że nasz pociąg do Mineralnych Wód nie odjeżdża w dni nieparzyste, jak zapewniano nas wcześniej, lecz w dni parzyste, tj. za 36 godzin. Nie byłaby to najgorsza informacja, gdyby nie fakt poinformowania nas przez panią w okienku, iż nie ma już wolnych miejsc w tym pociągu. Jakby tego było mało, uzyskanie odpowiedzi na zadane przez nas pytania kosztowało 6 hrywien (dotyczy tylko obcokrajow-ców). Po wędrówkach od okienka do okienka, trafiliśmy na bardzo sympatyczną panią, która doradziła nam, żebyśmy jechali do Rostowa nad Donem, a stamtąd próbowali przedostać się w stronę Wód Mineralnych. W tym pociągu miejsca były jednak tylko i wyłącznie w klasie luks, tzw. Biznes Cupe.

Klasa ta miała mnóstwo plusów np. klimatyzację ale miała również jeden bardzo wielki minus, którym była cena biletu (600 zł za osobę). Było to jednak jedyne rozwiązanie, więc z wielkim bólem wydaliśmy te pieniądze i zaczęliśmy się poważnie martwić o nasze zasoby finansowe. Czekając około 10 godzin na odjazd pociągu postanowiliśmy zwiedzić Kijów. Podczas naszego powrotu na dworzec jeden z naszych kolegów zorientował się, że zostawił portfel w restauracji wraz z paszportem i naszymi biletami. Pomimo tego, że biegaczem nigdy nie był to pobił światowy rekord w biegu na 800 metrów. Wszystko jednak dobrze się skończyło i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Dzięki temu, następnego dnia przekroczyliśmy granicę ukraińsko-rosyjską i dojechaliśmy do Rostowa nad Donem.

Musieliśmy się dostać na Dworzec Centralny, co okazało się bardzo trudne. Taksówkarze, widząc obcokrajowców z plecakami zażądali od nas jakichś niebotycznych sum za przejazd. Może ktoś im powiedział, że podróżowaliśmy Biznes klasą i sądzili, iż mają do czynienia z Krezusami? Całe szczęście zwykli ludzie okazali się bardzo pomocni i wskazali nam przystanek, z którego bus dowiezie nas na miejsce. Bus, pomimo napisu „Centralnyj wokzał” wcale tam nie jechał, a jego kierowca wskazał na inny bus, który jedzie tam na sto procent. Ten drugi z kolei twierdził zupełnie odwrotnie. Ostatecznie jeden z nich zgodził się nas zabrać za podwójną opłatą, ze względu na bagaż. Prosił byśmy poczekali 10 minut bo miał przerwę, po upływie której zapalił silnik i odjechał… bez nas! Niewątpliwie, dobrze jest mówić bez akcentu, by nie stawać się stale obiektem do „ostrzyżenia”.

Dzięki jednak uprzejmości i wskazówkom młodego Rosjanina, który na fali ostatniej sympatii dla Polaków, widząc nasze nieudolne zmagania, pomógł nam bezinteresownie – dotarliśmy na miejsce. Na dworcu spotkaliśmy wszystkie te busy, które podobno miały tam nie jechać (dziwna jest tajemnica duszy rosyjskiej). Pod dworcem zaczepiali nas różni „taksówkarze” i oferowali podwiezienie do wioski Elbrus za jedyne 10.000 rubli. Zupełnie nam się to nie opłacało, gdyż potem za pociąg i taksówkę z dworca zapłaciliśmy łącznie niecałe 5.000 rubli, jak przystało na „Krezusów”.

Udało nam się kupić najtańsze miejsca w pociągu, tzw. plackarty. Trasa miała około 500 km. Cena za taki bilet do Mineralnych Wód, to 600 rubli za osobę, więc trochę zaoszczędziliśmy, bo trzeba było myśleć o oszczędnościach, by starczyło na drogę powrotną.

Po 3 dniach od wyjazdu z Polski dotarliśmy do Mineralnych Wód. Wczesnym rankiem wysiedliśmy z pociągu, gdzie zostaliśmy „zaatakowani” przez miejscowego Rosjanina, który pojawił się nie wiadomo skąd i oferował nam podwiezienie do samej wioski Elbrus za „tylko” 2400 rubli. Dodał, że spotkało nas wielkie szczęście, ponieważ jest najtańszym przewoźnikiem w mieście. Chcąc się rozejrzeć za innymi środkami transportu próbowaliśmy tłumaczyć mu, że chcemy zjeść śniadanie, sprawdzić pociąg powrotny, znaleźć bankomat i kantor.

Nasz nowy znajomy nie odstąpił nas już nawet na krok, powtarzając, że zawiezie nas wszędzie, zatrzymując się gdzie zechcemy. Jego upór i determinacja wygrały z naszym zmęczeniem. Ruszyliśmy w drogę pojazdem, zwanym „Żiguli”, krajową wersją znanej w Polsce Łady 1500.

Podczas przejazdu nasz taksówkarz zatrzymał się dwa razy na naszą prośbę. Jak się później okazało, przystanki nie były darmowe, gdyż sam sobie pobrał za to napiwek, nie wydając nam reszty, tłumacząc to zbędnymi postojami (które obiecał na samym początku).

Na naszej drodze napotkaliśmy bardzo dużo patroli policyjnych. Kierowca wytłumaczył nam, że zatrzymują kierowców wyłącznie w celach zarobkowych. Prawie się o tym przekonaliśmy, jednak kontrola dokumentów naszego kierowcy, ku zdziwieniu wszystkich wykazała niepełnosprawność – wydawałoby się w pełni sprawnego szofera. Policjant był bezradny wobec człowieka, który oświadczył, że nie otworzy bagażnika, gdyż nie może chodzić. A myśleliśmy, że już nic nas nie zdziwi.

I tak znaleźliśmy się na miejscu – w wiosce Elbrus. Stamtąd mieliśmy jeszcze 15 km do Azau. Nasz kierowca nie zgodził się nas zabrać dalej z niewiadomych przyczyn. Na miejscu kolejny przewoźnik chciał nas zawieść na miejsce za 300 rubli, gdzie jak dowiedzieliśmy się od pary młodych rosyjskich turystów nawet 100 rubli to za dużo. 23 lipca – stanęliśmy w Azau u stóp Elbrusu.

III. ZDOBYCIE SZCZYTU

Jesteśmy w Azau (2200 m n.p.m.), pełnym turystów i wspinaczy, którzy chcą zdobyć szczyt, należący do korony świata. Elbrus, liczący sobie 5642 metry, jest najwyższym szczytem Rosji oraz pasma, w którym się znajduje – Kaukazu. Jest nie tylko jednym z siedmiu najwyższych szczytów kontynentów, a więc zalicza się do Korony Ziemi, ale również jako najwyższy wulkan Europy, jest częścią tzw. Volcanic Seven Summits, czyli siódemki najwyższych wulkanów na kontynentach świata (wśród których jest również Kilimandżaro). Wśród turystów nie brakuje także ludzi w klapkach i szpilkach, którzy – ku naszemu zdziwieniu – nie przyjechali kupić pamiątki ze straganów pod Elbrusem, ale spoglądają na kolejkę linową, jadącą w kierunku naszego celu.

Wyjeżdżamy więc nowoczesną kolejką, przypominającą te alpejskie. I to by było na tyle, co do europejskich porównań. Kolejka wywozi nas do stacji Mir, na wysokość 3470 m n.p.m., skąd ukazuje się nam piękny krajobraz – czerwone wulkaniczne skały, po których spływa woda z topniejącego lodowca. Niestety, oprócz tych pięknych widoków, zastajemy sterty śmieci, żelastwa i złomu, jak choćby kolejkę krzesełkową, która pamięta Związek Radziecki, a którą przedostajemy się na wysokość 3800 m n.p.m. do stacji Garabaszi, w pobliże tzw. „Beczek”.

Rozstajemy się tam z ludźmi w skąpych, letnich strojach, wyjeżdżających na piwo i by złapać trochę opalenizny. Nie ukrywamy z tego powodu zadowolenia, że owi turyści nie idą dalej ku szczytowi, co mogłoby świadczyć o tym, że szczyt jest dostępny dla wszystkich – podobnie, jak Gubałówka – przez co nasza wyprawa straciła by całą powagę. Łapiemy dwa głębokie oddechy i ruszamy dalej mijając blaszane kontenery, kojarzące się z magazynami na narzędzia, które okazują się być schroniskami dla co bardziej zamożnych turystów.

To Baza „Beczki”. Nikt nie pyta skąd wzięła się ta nazwa, bo to tak jakby zapytać przechodnia stojąc przed „Tesco”, czy gdzieś w pobliżu jest tutaj hipermarket. Baza o nazwie „Beczki”, to teren, na którym stoją ustawione w szeregu jak Toj-Toje, olbrzymie metalowe beczki – jak się okazało – wcześniej służące jako zbiorniki na paliwo rakietowe, a po opróżnieniu i wycięciu okienka i drzwi, służące jako miejsca „hotelowe” dla turystów z widokiem na kontener-sklep, jedyny i ostatni obiekt handlowy na drodze do szczytu.

Rozbijamy pierwszy obóz, który dziwnie nas doświadczył, powodując pierwszy ból głowy, zmęczenie, ospałość i trudności z oddychaniem. Trwa aklimatyzacja, bez której zdobycie szczytu Elbrus jest niemożliwe. Poranek to przepakowanie sprzętu, pełna micha i wyruszamy w górę. Tempo, kojarzące się ze spacerem emerytów, przyprawia nas o szybki i utrudniający myślenie oddech, który uspokajamy ciągłymi przystankami.

Kolejny cel – Skały Pastuchowa – jest widoczny ale im dłużej idziemy, tym wydaje się on coraz bardziej odległy. Mijamy drugą bazę „Prijut 11” (4100 m n.p.m.), gdzie gotujemy obiad i spoglądając w dół nie możemy uwierzyć, że mimo tak wielkiego wysiłku przeszliśmy tak niewielką odległość. Uśmiechamy się mówiąc, że góra chce nas wystawić na próbę cierpliwości i wytrzymałości i trzeba przyznać, że nieźle jej to wychodzi. Wokół nas pełno rozbitych namiotów. Zastanawiamy się, dlaczego nie rozbijają bazy wyżej? Odpowiedź przyszła, a właściwie dotarła do głowy w dokładnym tego słowa znaczeniu kilkanaście metrów wyżej.

Otoczyła nas gęsta mgła, zamieć utrudnia wspinaczkę. Każdy słucha swojego oddechu, którego opanowanie jest wyczynem dla nielicznych. Niosąc plecak czujemy, jakby ktoś złośliwy co kilka metrów podbiegał i wkładał tam kolejny kamień, powodując wrażenie coraz większego ciężaru.

Skały Pastuchowa – wysokość 4800 m n.p.m. – dociera do nas odpowiedź na zadane wcześniej pytanie – dlaczego tak wiele namiotów, z nielicznymi wyjątkami, rozbito w bazie „Prjiut 11”? – Już wiemy: dla lepszej aklimatyzacji!!! Przyspieszony oddech mimo postoju, ból głowy, osłabienie do granic możliwości.

Rozbijamy obóz (ostatni przed atakiem szczytowym). Mróz, mamy zmarznięte dłonie i kłopoty z przemieszczaniem się. Zasunięcie śpiwora, porównywalne jest tutaj z przebiegnięciem 1500 m na stadionie i wymaga długiego wypoczynku. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie i wymaga olbrzymiej siły. Myślimy o poranku i o tym, by współtowarzysz nie zasnął. Brak rozmów po-woduje napływ myśli o zaśnięciu i nie obudzeniu się rano, a brak tlenu powoduje lęk przed uduszeniem.

Poranek – żyjemy!!! To chyba dobra wiadomość? Budzi nas jakiś dziwny warkot. Nie, to chyba nie możliwe? Spoglądamy i…, to jednak ratrak, wypełniony turystami, którzy za kwotę 600 euro mogą w taki sposób dotrzeć na wysokość 4700 m n.p.m. Uchylając wejście do namiotu każdy z nas nagle milknie. Kto kocha góry o świcie wie, co to oznacza.

Pod nami wyłaniają się zza gęstych chmur szczyty, które mimo swej wysokości wydają się pagórkami, powleczonymi mglistym mlekiem. Od wschodu, z ciemnego sklepienia, wyłania się otoczone wieloma kolorami słońce, którego nieśmiało przebijające promienie na tej wysokości, mimo dużego mrozu, ogrzewają nas swoim widokiem. Ruszamy z minimalnym balastem, pełni wiary w sukces, pozostawiając na Skałach Pastuchowa naszą bazę. Mijają godziny, ciśnienie spada, ból głowy jest tak duży, że nawet myśli sprawiają trudności.

Przebytej odległości nie mierzymy już w kilometrach, czy w dziesiątkach metrów, ale w pojedynczych krokach, których przypada, „aż” trzy na jeden metr. Wysokość 5200 m n.p.m. – rozsądek i wspólna decyzja biorą górę nad chęciami. Potrzebujemy jeszcze jednego dnia aklimatyzacji. Schodzimy do bazy. Brak apetytu i myśl o chorobie wysokościowej, która nas doświadcza sprawia, że nieomal jedyną naszą „wykwintną” kolację stanowią tabletki przeciwbólowe, które kończą się jak landrynki u zbyt łakomych dzieci. Dzięki koreańskim turystom, których baza znajduje się 10 metrów wyżej od naszego namiotu, uzupełniamy zapasy życiodajnych tabletek.

Dzień ataku

Choroba zbiera żniwo. W okrojonym składzie wychodzimy na szczyt. Walka trwa, zdawałoby się tylko kilkaset metrów, prowadzących przez słynne „siodło”, wiodące pomiędzy małym i dużym Elbrusem staje się wiecznością, trwającą 16 godzin. Upadki, walka z własnymi słabościami, reakcje organizmu namawiające do powrotu – a przeciwko tym ludzkim słabościom – 4 przyjaciół, którzy obrali w życiu cel i dzięki swojemu uporowi i walce 26. lipca 2010 roku o godzinie 11.11 osiągnęli go.

Jeśli ludzie mają podobne cele w życiu i do nich dążą, osiągną je – jeśli tylko zrozumieją, że nawet w trudnych sytuacjach i warunkach, dzięki lojalności i przyjaźni nie są już tylko jednostkami – ale tworzą wspólny organizm i nawet jeśli jedna osoba z tej organicznej całości osiągnie cel, to tak jakby osiągnął go cały organizm, poza którym jednostka byłaby zbyt słaba, by go osiągnąć.

Każdy z nas ma w życiu swój „Elbrus” – pytanie czy go osiągnie? My zdobyliśmy tę górę ale w życiu ciągle jakiś „Elbrus” jest wciąż jeszcze przed nami.

IV. POWRÓT

Powrót zaczął się również od negocjacji cen z taksówkarzami za przewiezienie nas do Mineralnych Wód. Z Azau nie podlegająca negocjacjom cena wynosiła 3000 rubli. Ale powiedziano nam również, że z Terskola, oddalonego o 5 km od Azau, przez który i tak trzeba przejechać, można pojechać za 2000 rubli. Kurs do Terskola 150 rubli za wszystkich. Nie rozumieliśmy tego, ale dzięki temu zaoszczędziliśmy 850 rubli. Tak, oszczędzając staje się „Krezusem”, poznając nieco niepoznawalną „duszę rosyjską”. Tym razem jechaliśmy samochodem o nazwie Gazela (taki odpowiednik naszej dawnej Nysy lub Volkswagena transportera). Kierowca okazał się bardzo miły, ale nie daliśmy się zwieść i mieliśmy rację, gdyż próbował wyłudzić od nas „górką” 500 rubli. Jednak twardo obstawaliśmy przy swoim i dojechaliśmy za wcześniej umówioną cenę. Dotarliśmy na dworzec w Mineralnych Wodach w godzinach popołudniowych. Chcąc wymienić resztę dolarów na ruble szukaliśmy kantoru, którego nigdzie w tym mieście nie mogliśmy odnaleźć, może nawet tam go po prostu nie ma. Banki natomiast czynne są tylko do godziny 1700 więc – aby kupić bilety – musieliśmy ponownie korzystać z bankomatu. Jako, że musieliśmy czekać na pociąg do godziny 1400 w następnym dniu, czekała nas noc na dworcu w poczekalni.

W poczekalni może i nie było zbyt wygodnie, ale nie wychodząc z niej uniknęliśmy kontroli osobistej, przeprowadzanej przez milicjantów, najczęściej na zagranicznych turystach. Cel owych kontroli był już nam znany, z wcześniejszych doświadczeń. Po upływie kilku godzin w naszej przytulnej poczekalni musieliśmy ukradkiem opuścić nasze bezpieczne miejsce, by móc coś zjeść. Dzięki zorganizowanej akcji udało nam się uniknąć kontroli i przedostać do całodobowego miejsca, noszącego nazwę „baru”, choć niezupełnie go przypominał. Koczowaliśmy tam grając w karty i jedząc smażone na tłuszczu placki z mięsem pod nazwą czeburieki (najtańsze ze wszystkich dań). O świcie, gdy tylko otworzyły się pierwsze stragany, wyszliśmy z naszej bezpiecznej norki i kręcąc się po peronie, oczekiwaliśmy z niecierpliwością na nasz pociąg. W końcu odjeżdżamy!!!

Ponad 25. godzinna podróż zaowocowała poznaniem wielu ciekawych ludzi. Wszyscy byli uprzejmi, pomocni i bardzo chętnie rozmawiali. Dzięki temu mogliśmy zaznajomić się z róż-nymi kulturami, zwyczajami i zachowaniami ludzi, gdyż wracając z granicy Europy i Azji spotyka się osoby, które reprezentują odmienne wyznania, narodowości oraz różny bagaż doświadczeń, włączając w to również przeżycia wojenne w niedalekiej Czeczenii. Powrót nie był już tak emocjonujący i zaskakujący. W Kijowie zakupiliśmy bilety do Lwowa, gdzie dojechaliśmy bez problemów. We Lwowie wsiedliśmy w „marszrutę” i za 15 hrywien dojechaliśmy do granicy w Medyce. Kilku „taryfiarzy” próbowało nam wmówić, że busy nie jeżdżą na granicę, co – jak doskonale wiedzieliśmy z poprzednich wyjazdów na Ukrainę – było oczywiście oczywistą nieprawdą i za „jedyne” 200 hrywien proponowało nam, że zawiozą nas na miejsce – byliśmy jednak już na tyle doświadczeni, że nie daliśmy się oszukać. Na granicy, którą przekroczyliśmy pieszo też nie było żadnych problemów, a nawet celnicy widząc turystów z plecakami wpuścili nas przed cały kordon „mrówek” i dzięki temu zaoszczędziliśmy około 2 godziny czasu stania w kolejce. Po polskiej stronie wsiedliśmy w pociąg do Przemyśla, a stamtąd pełni wrażeń, zmęczeni ale bogatsi o nowe doświadczenia i szczęśliwi wróciliśmy do domu.

V. NIEZBĘDNE DOKUMENTY POTRZEBNE W WYPRAWIE NA ELBRUS

Wyprawa na najwyższy szczyt Rosji (oraz Europy – niektórzy mogą się tu nie zgodzić, o czym pisaliśmy już na początku) – Elbrus, wiązała się z bardzo dokładnym przygotowaniem oraz omówieniem wyjazdu przez członków ekspedycji, nie zapominając o najdrobniejszych szczegółach (co jednak – jak już wspomnieliśmy wyżej – nie ochroniło nas od wpadek i nieprzewidzianych sytuacji, z którymi musieliśmy sobie radzić „improwizując”, zmieniając plan po drodze i zdając się na pomoc „bratnich słowiańskich” dusz, których spotkaliśmy więcej, niż potencjalnych naciągaczy). Podstawowym elementem przygotowania jest oczywiście trening i utrzymanie na wysokim poziomie sprawności fizycznej, jak również skompletowanie specjalistycznego sprzętu, potrzebnego w górach. Jednak – oprócz kompletowania indywidualnego sprzętu, należało załatwić również szereg spraw organizacyjnych, związanych z zakupem biletów (który dla nas możliwy był tylko w trakcie wyjazdu), załatwieniem wiz, wymianą waluty, uzyskaniem odpowiednich zezwoleń, potwierdzeń, tzw. voucherów, związanych z koniecznością zameldowania na terenie Rosji. Poza tym dużo pracy włożone zostało w odpowiednie nagłośnienie medialne oraz znalezienie sponsorów. Patronami medialnymi naszego wyjazdu została TVP Rzeszów, Radio Rzeszów, geozeta.pl, natomiast naszym głównym sponsorem po pozytywnej decyzji prof. dra hab. Aleksandra Bobko, Prorektora ds. nauki i współpracy z zagranicą został Uniwersytet Rzeszowski, który wspomógł nasz wyjazd na Kaukaz. Za co serdecznie dziękujemy!!!

Dokumenty niezbędne w wyprawie na Elbrus należało przygotować już na kilka miesięcy przez planowanym wyjazdem. W porównaniu z poprzednimi latami wykaz wymaganych dokumentów nie zmienił się, doszła jedynie opłata za przebywanie w Parku Narodowym – do zapłacenia na miejscu. Niezbędne dokumenty potrzebne do wyjazdu na Elbrus to:

1) Wiza i ubezpieczenie oraz voucher – istnieją wyspecjalizowane biura turystyczne lub biura podróży, które załatwiają oba w/w dokumenty (wizę można także załatwić w serwisie www.geoblog.pl/wizy/rosja. Korzystając z usług krakowskiego biura podróży „Czajka” ubiegaliśmy się o 14-dniową wizę do Rosji (21 VII 2010–04 VIII 2010) wraz z ubezpieczeniem (57 zł). Podstawą do wydania wizy jest voucher, będący rodzajem zaproszenia, wystawianego na nasze nazwisko przez podmiot rosyjski (np. hotel, osobę prywatną, uczelnię wyższą). Biuro, które nie wysyła nam vouchera, należy poprosić o jego kserokopię (fax), która jest pomocna w trakcie kontroli na granicy ukraińsko-rosyjskiej. Całą operację można przeprowadzić bez osobistej wizyty w biurze, wyłącznie za pomocą poczty, telefonu, emaila oraz konta internetowego. W naszym przypadku odebraliśmy wizy w biurze w Krakowie ze względu na naglący nas czas.

2) „Kartoczki” – pokonując granice: polsko-ukraińską oraz ukraińsko-rosyjską, należy wypełnić specjalne kartoczki (potocznie wizy – do rejestracji ruchu cudzoziemców) podając swoje szczegółowe dane osobowe. To ważny dokument, o którym nie można zapomnieć i którego nie wolno zgubić (choć niewątpliwie stanowią one relikt przeszłości i niedługo powinny zniknąć, najpierw na Ukrainie; potem zapewne i w Rosji). Składająca się z dwóch takich samych części kartoczka, zabierana jest przez celnika (pierwsza połowa) w momencie wjazdu na teren Ukrainy bądź Rosji oraz w momencie wyjazdu (pozostała część) z w/w państw. Nie powinno się tego dokumentu zgubić, bo grozi to światowym kataklizmem (choć nikt nie wie jakim konkretnie)!

I jeszcze jedno, nikt na granicy nie ma możliwości sprawdzenia danych (poza tymi, które i tak są w paszporcie), więc co napiszemy, to pozostanie gdzieś w biurokratycznych zakamarkach na wiele lat, na „wszelki wypadek”.

3) OWIR – świadectwo o zameldowaniu w Rosji, które należy zdobyć do 72 godzin od przyjazdu. Wydawane na określony czas, który trzeba z góry określić (najlepiej do wygaśnięcia wizy). Bez jego posiadania można mieć duże problemy podczas kontroli oraz przy wyjeździe z Rosji. Należy wtedy brać pod uwagę długi czas oczekiwania na załatwienie sprawy i konieczność zapłacenia łapówki. Dlatego też przed wyjazdem do Rosji wraz z wizą i ubezpieczeniem należy mieć ze sobą również Voucher.

4) „Propusk” czyli przepustka do strefy nadgranicznej – umożliwia poruszanie się w strefie przygranicznej (wszystkie doliny oraz szczyty w głównej linii Kaukazu). Nie jest on wymagany na Elbrusie. Można go zdobyć w Oddziale Straży Granicznej w Nalczyku lub w biurze bazy wspinaczkowej „Kabalkalpinist”. Należy podać termin pobytu w Rosji, skład gru-py z jej wybranym przewodnikiem, numery paszportów oraz to, gdzie chcemy się wspinać (najlepiej pisane cyrylicą).

VI. OSOBISTE REFLEKSJE UCZESTNIKÓW WYPRAWY

Jarosław Herbert: kiedy krok za krokiem podchodziłem z kolegami w stronę szczytu w celach aklimatyzacji, na wysokości około 5000 m n.p.m. w pewnej chwili odwróciłem się i to był pierwszy moment podczas tego wyjazdu, który zaparł mi dech w piersiach. Byliśmy nad wielką warstwą gęstych, jak wata cukrowa chmur, wszystkie były pod nami – czekając jak gdyby na rozwój sytuacji – a słońce ogrzewało nas z góry. Mógłbym tam zapewne siedzieć w nieskończoność. Taki krajobraz z drogi na szczyt zapadnie w mą pamięć na zawsze. Dzień następny okazał się być nie gorszy od poprzedniego, przy ataku szczytowym mieliśmy okazję zobaczyć niezwykły wschód słońca, który budził dreszcz emocji. Niezwykła to okazja zobaczyć wyłaniającą się z mroków nocy panoramę pięknych gór (w tym kilka trzytysięczników). Kiedy obróciliśmy się w drugą stronę do kierunku marszu, naszym oczom ukazał się widok bardzo rzadko spotykany – mianowicie cień naszej góry jak gdyby jeszcze leżał rozciągnięty, a u jego wierzchołka zachodzący księżyc. Sama chwila dotarcia na szczyt to moment, w którym rodzi się burza emocji, a każdy przechodzi ją indywidualnie. Jest to właśnie ten moment oderwania się od rzeczywistości, zostawienia swych zmartwień gdzieś bardzo daleko i przeżywania tej chwili. Pokonanie własnych słabości, to dla mnie jedna z najważniejszych spraw podczas wspinaczki, ważna jest też euforia, płynąca z przeżyć każdego dnia w podróży. Nasza wyprawa miała jedną zasadniczą różnicę, w porównaniu z wielu innymi. Pojechali na nią zwykli ludzie, którzy mają niewielkie doświadczenie, związane z górami (wysokimi), którzy nie należą do żadnych renomowanych klubów górskich z Polski, czy zagranicy. To jest czwórka normalnych facetów, sprawnych fizycznie, mających wspólny cel, marzenia, wyobraźnie oraz to, co różni ich od wielu innych ludzi – chęci.

Łukasz Godek: gdy pierwszy raz usłyszałem, że kolejnym szczytem w naszym projekcie jest Elbrus przestraszyłem się, że nie dam rady, że za wysoko, że brak sprzętu. Ostatecznie prawdziwym okazało się powiedzenie „dla chcącego, nic trudnego”. Od samego początku wiedziałem, że przygodą będzie sam przejazd do Rosji, a zdobycie szczytu – prawdziwym wyzwaniem. Przeżycia podróży na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako zbiór doświadczeń. Podróż, podobnie jak moim przyjaciołom, pozwoliła mi poznać bliżej siebie, nauczyła mnie liczyć na swoich współpartnerów, a także poznać wiele kultur i narodów. Samo wyjście na Elbrus pokazało mi, jak mały jest człowiek wobec potęgi natury, jak wiele doświadczenia we wspinaczce mi jeszcze brakuje. Pomimo tego, że technicznie góra nie różni się od wyjścia na Tarnicę to wysokość na jakiej się znajduje skutecznie uniemożliwia komfortową wspinaczkę, nawet w warunkach idealnej pogody. Kiedy już udało nam się dotrzeć na szczyt, po raz pierwszy odczułem tak wielkie wzruszenie, że uroniłem kilka łez. Do dziś patrząc na tę górę nie mogę uwierzyć, jakiego wyczynu dokonałem. Tych kilka dni i nocy nauczyło mnie jeszcze większego szacunku do gór, pokazało jak ważne jest zaufanie do drugiego człowieka i czym jest prawdziwe braterstwo pomiędzy towarzyszami w wyprawie.

Maciej Śliż: na wyprawę jechałem z pewnym dreszczykiem emocji, podenerwowaniem i niepewnością, co przyniesie następny dzień w naszej podróży. Nie byłem pewny co nas spotka – w końcu przejazd pociągiem przez Ukrainę i Rosję zawsze niesie ze sobą wiele niespodzianek oraz potencjalnych przygód. Zdobycie, według mnie, najwyższego szczytu Europy jest moim największym osiągnięciem w zdobywaniu szczytów. Wiem jedno – iż bez moich przyjaciół – na pewno nie dałbym rady, codzienna pomoc, wyrozumiałość oraz rozmowa – dodawały mi sił i pozwalały na – w miarę normalne funkcjonowanie w anormalnych warunkach pogodo-wych. Każdy mógłby zapytać dlaczego to robię? Po prostu, jest to pasja, hobby – zresztą nie wiem sam – jak to nazwać. Powoduje ona iż każdy z nas ma cel, do którego dąży. Moim ko-lejnym celem jest – zdobycie następnej góry.

Maciej Brożyna: Elbrus – dla jednych góra należąca do korony świata, dla innych wyzwanie pełne trudno-ści i niedogodności, które na wysokości 5 tysięcy metrów są skrajne dla organizmu i psychiki, a po zejściu na dół uświadamiają o swej potędze i sile kształtującej, jakże różne charaktery. Zdobyć Elbrus to nasza siła, wiara, upór, lojalność i prawdziwa przyjaźń wobec współtowarzyszy. Zrozumiałem, że zdobyć Elbrus, to nie znaczy wyjść na najwyższy szczyt Kaukazu, ale przezwyciężyć w swoim życiu wiele utrudnień i przeciwności, które stają na drodze do osiągnięcia celu. Wyprawa na Elbrus wystawiła na próbę przyjaźń między naszą „czwórką” i potwierdziła, że w tych najtrudniejszych chwilach możemy na siebie liczyć. Nauczyła mnie również, że nie każdy Elbrus w naszym życiu jest wart zdobycia go za wszelką cenę. Czasami nie udaje się nam osiągnąć wielu marzeń ale nie można się tym załamywać, bo jak mawiał Dalaj Lama: „Pamiętaj, że czasami nieotrzymanie, tego czego pragniesz jest niezwykłym fartem”. Każdy z nas ma w życiu swój Elbrus – pytanie, czy jesteśmy na tyle silni i wytrzymali, by przezwyciężyć wszystkie przeszkody na naszej drodze i Go zdobyć? Odpowiedź jest w nas.

Zdjęcia do artykułu (14)

elbrus01.jpgelbrus02.jpgelbrus03.jpgelbrus04.jpgelbrus05.jpgelbrus06.jpgelbrus07.jpgelbrus08.jpgelbrus09.jpgelbrus10.jpgelbrus11.jpgelbrus12.jpgelbrus13.jpgelbrus14.jpg

Więcej z Europy