Na potrzeby ludzkiej słabości, aby wszystko co można schematyzować i uszeregować, stworzono podział na kraje rozwijające się i kraje rozwinięte oraz na kraje biednego Południa i bogatej Północy. Ten dziwny podział opiera się jednocześnie na geografii, historii oraz na zamożności ludności. Kraje rozwijające się to najczęściej te, które leżą na południe od Europy i Stanów Zjednoczonych, były kiedyś koloniami europejskimi, a ich społeczeństwa żyją w biedzie. Ten podział jest oczywiście niekonsekwentny: w biednej Afryce znajdują się państwa dość zamożne (np. RPA), a także biedne państwa, które nie były koloniami europejskimi (Etiopia), z kolei Stany Zjednoczone i Australia (a także wiele innych), pomimo tego, że były koloniami Wielkiej Brytanii, są uważane za kraje rozwinięte – kraje bogatej Północy. Istnieje jeszcze jedna cecha, która pozwala zauważyć czy jest się w kraju cywilizacji Północy, czy na biednym Południu. Jest to powszechna obecność niewielkich prywatnych autobusów na Południu oraz uporządkowanie ruchu podróżnych na Północy. Te niewielkie autobusy, wszędzie powszechnie zwane BUS-ami lub MINIBUS-ami, są najlepiej zauważalnymi elementami przedsiębiorczości lokalnej ludzi niezamożnych. Są one najczęściej własnością kierowcy i przewożą na niewielkie odległości ludność lokalną. Zazwyczaj są również niewygodne, rozpadające się i najtańsze. Podróżnik, który jadąc do jakiegoś kraju rozwijającego się ma zorganizowany jedynie przelot, na pewno zetknie się z busami i będzie nimi jeździł.
Podróżowanie busem jest jednym z bezpieczniejszych sposobów przemieszczania się z miejsca na miejsce. W środku jest niewielu ludzi, aby tam się dostać trzeba przejść przez spojrzenie kierowcy, a zajmując miejsce trudno się ruszyć, bo w ścisku jest to niemal niemożliwe. W wielu krajach Południa przedmieścia dużych miast są bardzo niebezpieczne, zwłaszcza dla białasa. Można na nich spotkać niemal wyłącznie ich mieszkańców, nikt obcy z własnej woli tam nie jeździ. Podobnie z busów korzystają niemal wyłącznie tubylcy, co karze turystom myśleć, że są one również mało dla nich bezpieczne. Tymczasem jest odwrotnie. Bus jest oazą bezpieczeństwa w niebezpiecznych okolicach. Wsiadając do niego stajesz się współtowarzyszem podróżujących, nad którymi swoistą opiekę sprawuje kierowca i jego pomocnicy.
W Republice Południowej Afryki żyje duża mniejszość białej ludności. Dzięki wysokiemu standardowi życia, jaki osiągnęli w ciągu wielu lat apartheidu, podróżują oni prawie wyłącznie własnym samochodami (podobnie jak amerykanie w USA). Rzadko któremu zdarzyło się korzystać z minibusa, a pomimo tego każdy z nich powtarza turyście, że podróżowanie z czarnymi ich środkami komunikacji jest niemalże samobójstwem. Rzeczywiście, korzystanie z dworców kolejowych i autobusowych oraz masowych środków transportu, takich jak kolej czy metro, jest niebezpiecznie, jednak zupełnie inaczej jest z busami.
Korzystanie z busów jest niemałą sztuką, którą jednak można opanować dość szybko, trzeba tylko mieć dużo cierpliwości. Pierwszym etapem jest znalezienie odpowiedniego minibusa. Jest to dość łatwe w wiosce lub niewielkim miasteczku, bo na dużym placu parkingowym stoi zazwyczaj jeden – dwa busy. Wystarczy wtedy zapytać się kierowcy, jego pomocnika lub innych mężczyzn, którzy stoją na placu i podpierają ściany w bezczynnym oczekiwaniu na coś co może się zdarzyć, o to jak można dostać się do np. Thaba-Tseka. Łatwe jest to również w Ameryce Łacińskiej, zwłaszcza w miejscach, gdzie jest więcej turystów. Tam, ledwie białas zbliży się do dworca lub przystanku autobusowego, od razu podlatuje do niego stado młodzieńców i wypytują się o to dokąd chcesz jechać. Okazują się być oni pomocnikami kierowcy, który jest zbyt dumny aby się takimi sprawami zajmować i pije właśnie piwo w miejscowym barze (tylko jedno - dla ochłody), lub zwykłymi naganiaczami. Ciągną oni za rękaw do umówionego busa, karzą wejść do środka i mówią, że zaraz będzie odjeżdżał.
Trudniej jest na dużych dworcach, z których korzystają niemal wyłącznie miejscowi, gdyż tam panuje hałas, chaos i brak jest naganiaczy. Wtedy znalezienie odpowiedniego transportu oraz dostanie się do środka w tłumie przeciskających się osób jest nie lada wyzwaniem. Między innymi dlatego warto jest unikać dużych miast i dużych dworców.
Jak już białas wejdzie do mini-busa i zasiądzie w fotelu, nie wolno mu tracić cierpliwości, teraz dla jego cierpliwości jest największa próba. Czeka go czekanie – czasem dłuższe, czasem krótsze. Na pytanie kiedy odjedzie bus można uzyskać jedną i tą samą odpowiedź: ahora, ahorita, już, za raz, niedługo. Co oznaczają te słowa w Ameryce Łacińskiej bądź w Afryce? Czasem mogą oznaczać 5 minut, częściej pół godziny, godzinę bądź „wtedy gdy będzie komplet pasażerów”. A co oznacza „komplet pasażerów”? Oznacza to tyle ile jest miejsc siedzących w busie, plus dzieci, które siedzą na kolanach mam, plus osoby które siadają w korytarzu na skrzynkach, rozkładanych siedzeniach i stołeczkach, plus kierowca i oczywiście bileter/pomocnik kierowcy.
No więc trzeba poczekać. Jeżeli białas pojawi się jako jeden z pierwszych pasażerów, a tak zazwyczaj jest, bo jest z natury niecierpliwy. Może sobie wybrać miejsce. Należy wtedy stanowczo unikać miejsca z tyłu. Wiele rzeczy niemiłych może się w busie przytrafić, a zazwyczaj najbardziej poszkodowanymi są pasażerowie z tyłu. Najczęstszą niedogodnością jest upał i brak przewiewu. Kierowca oczywiście nie dba o komfort podróżnych, więc jeżeli okno z tyłu mu się zatnie to go już nie naprawia. Zanim bus odjedzie, stoi na placu i się nagrzewa – tak jak puszka z colą leżąca na słońcu. W środku robi się bardziej gorąco niż na zewnątrz. Często jest tak, że aby nie stracić zajętego miejsca trzeba tkwić w środku i się pocić, podczas gdy kierowca czeka, aż zbierze mu się komplet. Jednak zawsze w końcu, ku uciesze podróżnych, rusza. Robi się zbawczy przewiew, jednak nie dla tych, którzy siedzą z tyłu, bo tam są przecież pozamykane, bądź ponacinane okna. Tam z zewnątrz dociera tylko kurz. Gromadzi się i, rozkoszując się upałem tam panującym, przykleja do spoconych ciał podróżujących. Czasem tył jest jeszcze podgrzewany silnikiem, który w starych busach znajduje się tam i rozgrzewa się do bardzo wysokiej temperatury.
Tak więc zawsze lepiej wybrać miejsce z przodu, najlepiej tuż za kierowcą. Czasem kierowca zaproponuje jeszcze lepsze miejsce: na kanapie z przodu. Wtedy można nie tylko oddychać świeżym powietrzem, ale również truchleć ze strachu jadąc po górskich serpentynach z prędkością 70 km/h. Miejsce przy kierowcy jest korzystne jeszcze dlatego, że można mu szybko powiedzieć, kiedy ma się zatrzymać, czego nie trzeba, kalecząc miejscowy język, krzyczeć przez cały autobus. Lecz gdy zdarzy się, że białas przyszedł do busa, gdy prawie wszystkie miejsca były już zajęte, musi przełknąć po raz ostatni ślinę bez zawartości kurzu i iść pokornie zająć jedyne miejsce wolne – na końcu.
Bus jest środkiem transportu nie tylko dla ludzi. Wraz z nimi podróżują wszystkie elementy ich dobytku, jakie mają akurat do przewiezienia. W krajach zamożniejszych są to zazwyczaj bagaże, w tych biedniejszych – towary na handel, rzeczy kupione w mieście i wiezione na wieś, słodycze, jajka, kury, kaczki, świnie, owce, kozy, capy (fuj)... wszystko co tylko ma jakąś wartość. Im okolica bardziej wiejska, im gorsze drogi, im wolniej jedzie bus, tym bardziej wypełnia się on wszelkiego rodzaju drobiem i innymi zwierzętami. Kury pozamykane w klatkach i prosiaki z powiązanymi nogami leżą w specjalnych koszach na dachu (zajmując najlepsze, bo przewiewne miejsce), czasem zwisają za busem (tam mają gorzej, bo się kurzy spod kół). Przeładowany, przepełniony bus jedzie wtedy po szutrowej drodze z mnóstwem dziur – jak w takiej sytuacji szybko dotrzeć na miejsce?
Podróżowanie busem jest dobrym sprawdzianem dla podróżnika. Zazwyczaj jest on zmuszony do tego zaraz po wyjściu z lotniska (no chyba, że chce zapłacić 200 zł za taksówkę). Od razu musi się nauczyć systemu panującego w danym kraju lub regionie. W Maseru (stolicy Lesotho) główną ulicą miasta jeżdżą z dużą prędkością minibusy, w których z prawego okna wyglądają młodzi chłopcy i krzyczą na całe gardło. Trąbiący bus, z wystającą i krzyczącą głową chłopaka oznacza, że w tym busie znajduje się jeszcze co najmniej jedno miejsce wolne. Należy wtedy podnieść rękę, w geście zamawiania taksówki. Bus natychmiast, z piskiem opon zatrzyma się, boczne, przesuwne drzwi się otworzą i białas zostaje wchłonięty do środka. Zasiada na ostatnim wolnym miejscu, a bus natychmiast zmienia swój charakter: przestaje trąbić i krzyczeć, zaczyna jechać wolniej, spokojniej: widok takiego busa oznacza w Maseru jedno – brak miejsc.
W środku białas musi nauczyć się jeszcze jednej ważnej rzeczy: płacenia. Usiadł na końcu, bo był ostatnim pasażerem, jak w takiej sytuacji zapłacić za podróż? Nic prostszego: wystarczy że poda monetę do osoby przed nim, wymieniając nazwę miejsca, do którego chce się dostać. Ta poda ją następnej osobie, ta następnej, aż w końcu trafi ona do kierowcy. Myślicie, że w kraju, gdzie większości ludności brakuje pieniędzy, aby kupić sobie jedzenie, pieniądze te są już stracone? Nic z tego, po kilku minutach kierowca odlicza resztę, podając ją do tyłu, aż trafi w twoje ręce. Pełna kultura!
W różnych miejscach panują różne systemy. W wielu krajach latynoskich płaci się naganiaczowi/pomocnikowi kierowcy. Może on zbierać pieniądze przy wsiadaniu bądź wysiadaniu pasażera, lecz z dziwnego powodu robi to często w trakcie jazdy. Nie ma problemu, gdy bus jest tylko częściowo zapełniony, co jednak, gdy musi przeciskać się pomiędzy siedzeniami, ospałymi ciałami, kurami, kaczkami, bagażami? Problem? Nie dla niego. W przeciskaniu się wydaję się on mieć duże doświadczenie i wyjątkową inwencję: przejdzie tam, gdzie nie ma miejsca, stąpa po podłokietnikach siedzeń i ich oparciach, czasem wychodzi nawet przez okno i wydaje resztę za bilety z zewnątrz. Naganiacz ma zawsze najgorzej: dla niego nigdy nie ma zarezerwowanego miejsca. Gdy bus jest pełen, musi on znaleźć sobie miejsce: zgięto-stojące z plecami opartymi o dach, kucając lub siedząc na oknie, z tyłkiem wystawionym do wietrzenia na zewnątrz. Naganiacz musi być szczupły, sprawny i mieć zaufanie kierowcy. Często jest jego synem bądź dalszym członkiem rodziny – zawsze młodym chłopakiem.
Polscy kierowcy znani są z tego, że jeżdżą szybko i niebezpiecznie, i mogłoby się wydawać, że na południu, gdzie wszystko dzieje się wolniej, również kierowcy będą jeździć wolniej i spokojniej. Tymczasem oni prowadzą wszelkie pojazdy jak szaleńcy. Polskie drogi są w porównaniu np. z kolumbijskimi oazą bezpieczeństwa. W Kolumbii nie obowiązują żadne zasady ruchy, czy raczej, aby być konkretnym, nikt nie zwraca na nie uwagi. Pasy ruchy – to anachronizm, po szerokich drogach Bogoty wszyscy jeżdżą jak tylko chcą – wielu po pijaku. Piesi stanowią ruchome cele – nie mają żadnych praw: są pasy czy nie – piesi zawsze pozostają podporządkowani silniejszym – kierowcom samochodów. Na kolumbijskich drogach, które w większości wije się wzdłuż i w poprzek górskich dolin, trzeba mieć stalowe nerwy. Wyprzedzanie na zakręcie, hamowanie na serpentynach nad trzystumetrową skarpą to standard. Mój znajomy Kolumbijczyk, wyprzedzał kiedyś z dużą prędkością w nocy na zakręcie. Siedząc obok niego, przerażony spytałem, czemu to zrobił, a on odpowiedział mi, że gdyby ktoś jechał z naprzeciwka, to widziałby odbicie jego świateł w skalistej skarpie, wzdłuż której jechaliśmy. Wiedział więc, że nikt nie nadjedzie. Tak, kolumbijskie drogi to pole doboru naturalnego – słabi szybko odpadają. To głównie przez szaleńczą jazdę, Kolumbia często bywa nazywana Locombią (loco – szaleniec).