Aborygeni, eukaliptusy, kangury, opera, zima - całą Australię nie sposób opisać inaczej jak tylko używając słów-wytrychów. Dzięki nim można się zbliżyć do tego odległego kontynentu.

Aborygeni
Są rdzennym ludem Australii. Zamieszkują ten kontynent od 50 tys. lat. Zanim pojawił się w Australii biały człowiek, koczowali na obszarze całego kontynentu, szczególnie jednak upodobali sobie żyzne wybrzeża, gdzie prowadzili osiadły tryb życia. Centralne tereny zwane Outback'iem były domem dla nielicznych plemion, które zmieniały miejsce pobytu w zależności od pory roku i wydajności bardzo ubogich ziem.
Kiedy 200 lat temu do brzegów Australii przybił Kapitan Cook i inni Europejczycy, Aborygeni zostali zepchnięci do wnętrza kontynentu. Przez kolejne 150 lat byli traktowani jak zwierzęta i regularnie mordowani. Próbowano nawet mieszać rasy tak, aby czarni Aborygeni przestali istnieć. I trzeba przyznać, że nie było to trudne - geny Aborygenów warunkujące ich ciemny kolor skóry są bardzo słabe. W trzecim pokoleniu dziecko osoby o jasnej karnacji skóry i Aborygena jest już zupełnie białe. Często jedyną pozostałością po czarnych przodkach u takiego potomstwa są czarne włosy, nawet niekoniecznie kręcone.
Obecnie społeczność aborygeńska mieszka przede wszystkim na Terytorium Północnym oraz w centralnym Queensland. Aborygeni borykają się z nieustanną biedą i bezrobociem, bo mimo, że mamy już prawie XXI wiek nadal są traktowani gorzej niż inni mieszkańcy Australii.
Blue Mountains - Błękitne Góry
Stanowią część łańcucha Gór Wododziałowych i są położone około 100 kilometrów na zachód od Sydney. Tę wyżynę z piaskowca pocięły w przeszłości rzeki i strumienie, tworząc teren z głębokimi wąwozami, stromymi ścianami i wzniesieniami liczącymi powyżej 1000 metrów. Malowniczość krajobrazu wynika między innymi z niezwykłych kontrastów kolorystycznych. Łączą się tu żółte skały, soczyście zielony las i błękitne niebo. Jednak słowo "błękit" w swojej nazwie góry zawdzięczają lasom eukaliptusowym, ponad którymi unoszą się opary olejków eterycznych, tworząc wrażenie ogólnego "zaniebieszczenia" terenu. Na obszarze długości kilkudziesięciu kilometrów, porozcinanym przepastnymi dolinami, do których wodospadami spływają rzeki, można swobodnie uprawiać turystykę pieszą. Szlaki o różnym stopniu trudności prowadzą po krawędziach wodospadów lub pod nimi, a także po wykutych specjalnie do tego celu półkach skalnych. Największym wodospadem, do którego dotarliśmy była kaskada Wenworth, wysoka na około 150 m wysokości.
Chińczycy, Japończycy, Grecy i inni przyjezdni.
Jeszcze niedawno uważano, że Australia to kraj Aborygenów oraz potomków Anglików i Irlandczyków. Obecnie nie można chyba mówić o dominacji żadnej z tych grup etnicznych. Po wojnie dotarła do Australii duża fala greckich imigrantów. Melbourne stało się wówczas drugim po Atenach miastem z tak dużą liczbą greków. Teraz w Melbourne pozostało tylko kilka uliczek w centrum, z charakterystyczną śródziemnomorską atmosferą, pełnych kafejek i sklepików wypełnionych nieco tandetnymi niby-antycznymi posągami. Z głośników sączy się grecka muzyka, której jakość do złudzenia przypomina swojskie disco polo. Grecy nie są już tak widoczni jak jeszcze przed kilkoma laty. Teraz przyszedł czas na Azjatów - od Hindusów, Tajlandczyków, Indonezyjczyków, Wietnamczyków po Chińczyków i Koreańczyków. Ludność tych narodowości należy do biedniejszej części społeczeństwa, choć zdarzają się wyjątki, szczególnie wśród tych, którzy przybyli do Australii dużo wcześniej, skończyli tam studia i zdobyli dobrą pracę.
W każdym większym mieście istnieje China Town. Spacery po zmroku nie należą tam do przyjemności. Pełno jest barów i knajpek, kolorowych neonów, ale także dealerów narkotyków, prostytutek i ... policji, która nie daje sobie z nimi rady.
Narodowością, nie darzoną szczególną sympatią są Japończycy. Jest ich równie dużo, co innych Azjatów. Różnica polega na tym, że Japończycy to ludzie zazwyczaj bardzo bogaci. Wykupują olbrzymie fragmenty plaż, zamykają do nich dostęp i budują ośrodki wyłącznie dla Japońskich turystów, którzy często po odwiedzeniu Australii decydują się na pozostanie tam na stałe ... i tak machina się kręci.
"Dziąsło"
"Dziąsło" to krótka historia z długiego życia pewnego krokodyla mieszkającego w rzece Daintree. Krokodyl ten należy do najstarszych, jakie kiedykolwiek żyły w rzece na terenie parku narodowego. Jest on tak stary, że jak twierdzą okoliczni mieszkańcy, nie ma już ani jednego zęba. Pokazują oni natomiast połamane drzewo, którym krokodyl ów posłużył się niegdyś do zabicia swej ofiary. Tak długo walił nią o pień aż zwierze padło. Od tego czasu krokodyl nosi dumnie imię Gummy- co w tłumaczeniu oznacza właśnie "dziąsło".
Eukaliptusy
W Australii zanotowano ponad pięćset gatunków tych drzew. Niektóre należą do najwyższych na świecie i przekraczają 90 metrów. Drzewa eukaliptusa można spotkać na całym kontynencie od tropikalnej północy aż po chłodną Tasmanię. Spotykane są także w karłowatej formie na pustyniach. W tak trudnych warunkach mogą przetrwać dzięki swym niesamowitym przystosowaniom. Przy dużym nasłonecznieniu liście ustawiają się tak względem słońca, by jak najmniejsza ich powierzchnia była narażona na działanie promieni. Dlatego eukaliptusy nie są drzewami, pod którymi szuka się cienia.
Liście eukaliptusów wydzielają olejki eteryczne o świeżym zapachu, znane m.in. z gum do żucia, stosowane także w medycynie.
Farmy
Gospodarstwa w tym kraju są jednymi z największych na świecie. Często zdarza się, że z jednego końca farmy nie widać drugiego. Rolnicy nie mają pełnej kontroli nad swoimi terenami, a zwierzęta, które hodują, boją się ludzi. Tereny wykorzystywane rolniczo w większości położone są w pobliżu morza, co w przypadku wschodniego wybrzeża wiąże się z dużymi różnicami wysokości. Jedynym środkiem transportu na górskich farmach stają się ciężkie samochody terenowe. W takich warunkach nie opłaca się prowadzić małych gospodarstw. Większość z nich ma powierzchnię liczoną w tysiącach hektarów, a liczba zwierząt prawie zawsze przekracza sto. Wiąże się to równocześnie z wysoką automatyzacją rolnictwa. Mimo ekstensywnego typu rolnictwa, australijscy farmerzy są w stanie zagwarantować wyżywienie ludności całego kraju.
Gościnność
Mówi się, że Polacy to gościnny naród. Myślę jednak, że długo musieliby się uczyć, aby osiągnąć taki poziom gościnności, jaki panuje na Antypodach. Jeżeli jedziesz do Australii i masz tam znajomych to dobrze, jeżeli nie masz, to też dobrze. Wystarczy się tylko rozejrzeć, porozmawiać, a na pewno znajdzie się ktoś, kto zaprosi cię do domu na obiad, a potem pozwoli przenocować. Na wstępie nie będzie pytał cię o pochodzenie i czy na pewno go nie okradniesz. Po prostu da ci klucz i wytłumaczy jak działa pralka, żebyś mógł zrobić sobie pranie. A na koniec czysta formalność - wpis do księgi gości. A tam ludzie z całego świata, poznani tak jak my, gdzieś na kempingu w Queensland lub w czasie wyprawy do Europy.
Hobby
Australijczyka to przede wszystkim sport. Również ten oglądany w telewizji. Co piątek o 20.00 cała rodzina zasiada przed telewizorem i wszyscy oglądają mecze rugby, popijając przy tym zimne piwo i pogryzając chipsy. Gdyby jednak sport ograniczał się tylko do oglądania, to Australijczycy cierpieliby na zbiorową otyłość. A tak nie jest. Każdy młody chłopak i wiele dziewczyn jest zafascynowanych już od dzieciństwa surfingiem. Tak się składa, że fale na Australijskich wybrzeżach są doskonałe do uprawiania tego sportu. Bez względu więc na porę roku na plażach zawsze można spotkać surferów z różnymi deskami - oczywiście tymi bez żagla. Poza młodzieżą, około 16.00 przyjeżdżają tam po pracy całe rodziny z dziećmi. Tatusiowie wkładają obcisłe pianki, które na ich dużych brzuchach (oczywiście od piwa) wyglądają co najmniej zabawnie, a mamy poświęcają się bez reszty plotkom. Po mniej więcej godzinie pakują się do samochodów i jadą do domu. I tak codziennie przez cały rok.
Sport to także olbrzymie pieniądze, które pochłania reklama. Co roku pod koniec września w Melbourne odbywa się wielka impreza kończąca rozgrywki australijskiej ligi rugby. W tym roku imprezy poprzedzające ją rozpoczęły się już na miesiąc wcześniej. Ulice w centrum udekorowane zostały kolorowymi chorągwiami oznajmiającymi, że wkrótce odbędzie się Grand Final. Wszystkie schroniska młodzieżowe, hotele, kempingi zapełniły się po brzegi, a ceny noclegów gwałtownie wzrosły. Na dzień przed Wielkim Finałem odbyła się bajecznie kolorowa parada, której głównym bohaterami były obie drużyny. Tak się złożyło, że ów finał był rozgrywany pomiędzy drużynami z dwóch dzielnic Melbourne. Zawodnicy nie mogli więc narzekać na brak fanów. Na ostatni weekend września całe miasto zamarło. Finał stał się najważniejszym wydarzeniem.
Internet
Będąc na drugim końcu świata kontakt z domem wydawać się może utrudniony. Wbrew pozorom tak jednak nie jest. Dostęp do Internetu jest niemalże w każdej miejscowości, różni się co najwyżej ceną. W tym zakresie usługi swoim klientom oferują lokalne biura podróży, schroniska młodzieżowe, czyli hostele i kafejki internetowe. Już po zapłaceniu kilku dolarów można znaleźć się w sieci. Jeśli jednak fundusze nie pozwalają na pokrycie kosztów łączenia się ze światem warto wiedzieć, że każda biblioteka publiczna darmowo udostępnia swoje komputery także dla turystów. Po zapisaniu się na konkretną godzinę i okazaniu jakiegokolwiek dokumentu ze zdjęciem można swobodnie surfować w sieci.
Jedzenie
Australia, mimo, że jest krajem pod wpływami Anglii, na szczęście nie oferuje jedzenia charakterystycznego dla Wysp Brytyjskich. Wpływ wielu kultur, mieszanka smaków, przyprawy azjatyckie i odrobina fantazji sprawiły, że w Australii można dobrze zjeść. Na co dzień Australijczycy jedzą jednak proste w przygotowaniu dania, wymagające jedynie umiejętności obsługiwania kuchenki mikrofalowej. Uznanie znajdują tarty, lasagne, frytki, pieczone kurczaki, chipsy z olbrzymią różnorodnością sosów. Przy bardziej oficjalnych okazjach można spodziewać się większych smakowitości. W towarzystwie Greków serwowane są na przykład grillowane ośmiornice, kraby i inne owoce morza. Można spróbować mięsa z kangura, które podobno słynie z chudości i ze swoich wartości odżywczych. Dzięki olbrzymim hodowlom owiec, Australia jest także znana z podawania baraniny pod różnymi postaciami.
Obowiązkowo, po każdym posiłku gospodyni podaje deser. Do najbardziej znanych i równocześnie najsłodszych należy date pudding, czyli ciasto daktylowe krojone w plastry, podawane na głębokich talerzach i polewane ciepłym sosem karmelowo - czekoladowym. Często, aby zneutralizować słodycz sosu, podawane z bitą śmietanę.
Do australijskich ciekawostek należy sernik. Nikt tam jednak nie piecze go w domu. Sernik można kupić w sieci sklepów "Mamuśka- Cheesecake shop", które zostały wiele lat temu założone przez dwóch braci pochodzenia... polskiego. Obecnie serniki w niczym nie przypominają babcinego wypieku, ale Australijczycy zachwycają się nimi. Zazwyczaj wierzch ciasta pokrywa się lokalnymi owocami, np. passion fruit, mango czy melonem. Brzmi to pysznie, my jednak przez blisko dwa miesiące musieliśmy zadowolić się chlebem tostowym z dodatkiem dżemu i chińskimi zupkami.
Kangury, koale, kolczatki, krokodyle, kazuary i inne dzikie stworzenia nie koniecznie na K
Australia uważana jest za krainę torbaczy. Należą do nich kangury i misie koala, ale także, o czym nie wszyscy wiedza, wombaty, oposy, kuny workowate i wiele innych rzadziej spotykanych zwierząt. Odkąd kilka lat temu wprowadzono w Australii ograniczenia na posiadanie broni, liczba dzikich zwierząt, a w szczególności kangurów, gwałtownie wzrosła. Można je teraz oglądać bez większych poświęceń z okien samochodu czy autobusu, po prostu jadąc autostradą. Najlepiej wypatruje się kangury w blasku zachodzącego słońca, tuż przed zapadnięciem zmierzchu lub wczesnym rankiem. Pozostałą część dnia kangury spędzają zaszyte w głębokiej trawie, niewidoczne dla oka.
Inaczej jest z misiami koala. Zwierzęta te można oglądać przede wszystkim w licznych ogrodach zoologicznych, jak również w specjalnie stworzonych do ochrony tego gatunku parkach. Aby wypatrzyć koalę wystarczy zadrzeć do góry głowę i poszukać szarej plamy wśród dość rzadkich liści eukaliptusów. Bywa to jednak coraz trudniejsze. Głównym zagrożeniem dla misiów koala jest zmniejszanie się powierzchni lasów eukaliptusowych. W wyniku ich wyrębu, koala są zmuszone do poszukiwania nowych żerowisk. Często wiąże się to z pokonywaniem licznych przeszkód, które stworzył człowiek. Misie koala, znacznie bardziej aktywne nocą, przechodzą przez drogi i niewidoczne dla kierowców często giną pod kołami. Właśnie samochody są powodem tak gwałtownego spadku liczby tych sympatycznych zwierzątek.
Do innych ciekawych stworzeń, które bardzo trudno zobaczyć na wolności, należą kolczatki. Są to małe pokryte kolcami stworzonka, z długim nosem, żywiące się mrówkami i termitami. Kolczatki, podobnie jak dziobaki, należą do jedynych ssaków składających jaja,. Tych drugich niestety nie udało nam się zobaczyć. Prawdopodobnie dlatego, że ich występowanie na kontynencie Australijskim jest ograniczone ze względu na zanieczyszczenie wód. Jedynym miejscem, gdzie dziobaki są stałymi bywalcami jest Tasmania.
Na północ od zwrotnika Koziorożca w rzekach i nad brzegiem oceanu żyje chyba największe zwierze w Australii - krokodyl różańcowy. Gatunek zamieszkujący zarówno wody słodkie jak i słone. Długość tego gada może dochodzić nawet do 7 metrów. Żywi się wszystkim, co ma w zasięgu paszczy.
Australia może się poszczycić także dużą ilością niespotykanych gdzie indziej ptaków. Są wśród nich dwa nieloty - kazuar i emu. Oba należą do gatunku strusi, jednak ich wygląd jest zupełnie inny. Kazuary zamieszkują lasy tropikalne północnej Australii i charakteryzują się ciekawym ubarwieniem. Na głowie każdy dorosły osobnik ma szafirowe narośle w kształcie rogu, a pod brodą czerwone "korale", podobne do tych, jakie mają indyki. Emu natomiast całe jest szarego koloru i żyje raczej na obszarach suchszych, nieco dalej od wybrzeża.
Lasy równikowe
Lasy równikowe obejmują zasięgiem północną cześć stanów Queensland i Terytorium Północnego. Rośnie w nich niezliczona ilość różnych gatunków drzew i krzewów, z których część nie została jeszcze poznana. Charakterystyczną cechą wszystkich gęstych lasów jest panujący w nich półmrok. Poprzez zwarte korony drzew światło prawie nie dociera do powierzchni ziemi. Chodzenie po australijskiej dżungli może być niebezpieczne, jednak na pewno nie natkniemy się tam na żadne duże zwierzę. Jedynymi zwierzętami, jakie mogą nam zagrozić są węże, jaszczurki i pająki, lub żyjące w rzekach krokodyle. Poza tym można spotkać również dzikie świnie, które przywędrowały tu wraz z Europejczykami i stanowią teraz zagrożenie dla istniejących tu naturalnie gatunków. W tej gęstwinie żyją też różne gatunki ptaków, choćby nogale, czy kazuary.
Łowca Krokodyli - Crocodile Hunter
To bohater wielu filmów dokumentalnych z kanału telewizyjnego Discovery. Jest to człowiek na co dzień zajmujący się hodowlą krokodyli, czy unieszkodliwianiem węży.
Steve Irwin w filmach często pojawia się ze swoją żoną Terry. Prowadzą oni razem coś pomiędzy farmą krokodyli a małym zoo. Ich posiadłość położona jest około stu kilometrów na północ od Brisbane, w miejscowości Beerwah. Do odwiedzenia ich hodowli zapraszają wielkie bilboardy wzdłuż szosy z wizerunkiem Crocodile Hunter'a przytulającego kilkumetrowego krokodyla. Na farmie odbywają się pokazy z udziałem największych okazów, a samemu można spróbować nakarmić bestię.
Miasta
Australijskie miasta należą do największych na świecie. Nie żyje w nich wielu mieszkańców, za to powierzchnia terenów zabudowanych jest ogromna. Prawie każdy obywatel posiada duży dom oraz ogród, albo przynajmniej skrawek trawnika. Taki układ szczególnie widoczny jest na mniej zaludnionych obszarach centralnej Australii. Miasta w tej części kontynentu mają dwie główne ulice, szerokością do złudzenia przypominające Marszałkowską, które ciągną się przez dziesiątki kilometrów. Po obu stronach stoją drewniane domki na niewysokich palach. Pale chronią przed wężami i pająkami, a co ważniejsze, ułatwiają chłodzenie mieszkań od spodu w czasie upałów.
W większych miastach takich jak Sydney, Perth czy Melbourne architektura tylko trochę różni się od tej opisywanej wcześniej. Domy są w większości murowane, a centrum miasta porośnięte jest gęstą siecią drapaczy chmur. Pomiędzy nimi wciśnięte i jakby ukryte ostały się budynki z czasów wiktoriańskich. Australijskie stare budownictwo z dziewiętnastego wieku jest jedynym na świecie oryginalnym, zachowanym w całości. Z wiktoriańskiej zabudowy szczególnie znane jest Melbourne. Dodatkową atrakcją są tu wiekowe tramwaje stwarzające sympatyczną, staroświecką atmosferę.
Newcastle
Położone jest 160 km na północ od Sydney. Na przepięknym wybrzeżu po obu stronach uchodzącej do Pacyfiku rzeki Hunter, pomiędzy wzgórzami, rozciąga się bajecznie kolorowe miasto o parterowej zabudowie. Newcastle liczy około ćwierć miliona mieszkańców i jest przemysłowym miastem portowym. Jednak na pierwszy rzut oka przemysłowego charakteru wcale nie widać. Fabryki i port oddzielone są od reszty miasta rzeką. Jedyną oznaką istnienia przemysłu są dziesiątki ogromnych statków cumujących na horyzoncie w oczekiwaniu na wpłynięcie do portu.
Do ciekawostek należy zaliczyć z pewnością rezerwat w samym centrum. Obejmuje on swoim zasięgiem jedno ze wzgórz porośnięte wilgotnym lasem. Na terenie rezerwatu można spotkać misie koala, kangury, strusie, wombaty, nietoperze, ptactwo wodne oraz niezliczone ilości papug. Dominują wśród nich kakadu - duże białe papugi z żółtym pióropuszem na głowie. Park jest przystosowany do pikników i szkolnych wycieczek, równocześnie jest miejscem, gdzie można w ciszy i spokoju spędzić dzień z dala od ludzi i zgiełku. Deptak rozciągający się wzdłuż portowego nadbrzeża pełen jest kawiarenek, pubów i dyskotek, które szczególnie w dni wolne od pracy zapełniają się ludźmi. Jedną z atrakcji tej części miasta jest wieża widokowa, z której rozciąga się widok na ocean, starszą część Newcastle, z górującą nad nią katedrą oraz pięknie położone dzielnice willowe.
Specyficzną cechą tego miasta jest to, że pod względem statystycznym idealnie reprezentuje cały kontynent. Zostało wykorzystane między innymi jako obraz całego kraju w analizach struktury ludności i w przedwyborczych sondażach.
Opera
Symbol nie tylko Sydney, ale i całej Australii. Pojawia się na co drugiej pocztówce i trzeba przyznać, że prezentuję się pięknie... Z daleka. Została zaprojektowana przez duńskiego architekta Jrrn'a Utzon'a. Swoim kształtem ma przypominać żagle Pierwszej Floty, która dotarła do brzegów Australii trochę ponad 200 lat temu. W operze mieści się centrum kulturalne, w którego skład, poza operą, wchodzą także filharmonia, sale konferencyjne, kilka kawiarń i restauracji. Z bliska opera wydaje się być ogromna. Robi wrażenie nie dokończonej. Gdzieniegdzie wystaje beton i zbrojenia. A co wydało mi się ciekawe, dach pokryty jest białymi, dużymi kaflami.
Płonąca Góra
Znajduje się ona w Nowej Południowej Walii, niedaleko małego miasteczka Scone. Wiąże się z nią wiele legend aborygeńskich, z czasów, kiedy ziemie te zamieszkiwały tylko wspólnoty plemienne. Dziś okolice podzielone są na pola i pastwiska, a wolny od upraw pozostał tylko teren parku.
Historia tego niesamowitego miejsca rozpoczęła się około 5000 lat temu, kiedy to doszło do samozapalenia się pokładów węgla wypełniających wnętrze góry. Od tego czasu jej kolejne partie ulegają spalaniu, czego skutkiem są równoległe uskoki, powstałe po zapadnięciu się wypalanych fragmentów. Miejsce, w którym obecnie wypala się węgiel położone jest dokładnie w najwyższym punkcie góry. Ziemia w tym miejscu jest ciepła w dotyku i od spalonej siarki przybiera żółtawy kolor. Ponad szczytem unosi się jej zapach oraz dym z tlącego się wgłębi węgla. Cała góra porośnięta jest na zmianę wysoką trawą i krzakami lub eukaliptusami. Gdzie nie spojrzeć widać uciekające kangury i kolorowe, wszędobylskie papugi.
Rafa Koralowa
Łańcuch Wielkiej Rafy Koralowej rozciąga się na odcinku 2000 km wzdłuż wschodnich wybrzeży stanu Queensland i zbudowany jest ze zwapnionych szkieletów koralowców. Jest nie lada atrakcją dla turystów, dlatego też liczne firmy oferują dotarcie do odległych ławic i atoli. Nurkowanie na rafie należy do zajęć, które pozostają w pamięci na całe życie. Bajecznie kolorowy podmorski świat przyciąga swoją różnorodnością i nie pozwala od niego oderwać wzroku. Promienie słońca w płytkiej wodzie rozświetlają różnobarwne koralowce. Gra świateł nadaje rafie magii. Tym razem nie mieliśmy takiego szczęścia i rafa nie pokazała całego swego uroku. Pogoda przez kilka dni nie była najlepsza i siąpił deszcz, było zimno i wietrznie, tak, że nawet kombinezony nurkowe nie pomagały. Słońce nie pokazało się ani razu, przez co pod wodą było ciemno i rafa nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia. Pojedyncze ryby przepływały w odległości kilku metrów. Wszystko było zielonoszare. Ludzie opiekujący się nami mówili, że na skutek deszczu ryby słonowodne chowają się głębiej, tak, aby nie dosięgła ich słodka deszczówka. Na koniec, w drodze powrotnej na ląd, trwającej ponad trzy godziny, rozszalał się sztorm. Bujało naszą łodzią tak strasznie, że niemal wszyscy doświadczyli, czym jest choroba morska. Kiedy wreszcie dotarliśmy do portu z nieba lunął deszcz. I jak tu mówić o miłych wspomnieniach.
Widok rafy, który pozostał mi w pamięci, to tysiące wysepek widziane z okienek samolotu i białe smugi wody za motorówkami.
Sydney 2000 - Olimpiada
Olimpiada rozpoczyna się za około 200 dni, więc Sydney rozbudowuje się tempie błyskawicznym. Rosną nowe wieżowce w centrum, w nich będą mieściły się hotele dla turystów, stare budynki odzyskują dawny blask. Dawno już zakończono prace przy budowie wioski olimpijskiej. Powstał też olbrzymi stadion lekkoatletyczny, na którym odbędzie się m.in. uroczystość otwarcia Igrzysk. Dodajmy też, wśród jego projektantów znalazł się polski architekt. Przedłużono jedną z linii metra, tak aby dojeżdżała do Homebush - tej części Sydney, w której mieści się wioska olimpijska. W ogrodzie zoologicznym przygotowywany jest specjalny wybieg dla maskotek olimpijskich. Przypomnę tym, którzy jeszcze nie wiedzą, że są nimi dziobak, kolczatka i kookaburra, czyli australijska odmiana zimorodka. W logo olimpiady znaleźć można natomiast trzy bumerangi ułożone w kształcie biegnącego człowieka z pochodnią, z której dym do złudzenia przypomina gmach Opery w Sydney. Promocja olimpiady rozpoczęła się kilka lat temu, a dziś z logo Sydney 2000 można kupić już chyba wszystko. Nie można za to kupić mieszkań, w które zostaną przekształcone po olimpiadzie pokoje dla sportowców. Wykupiono je już dawno temu za ogromne sumy pieniędzy.
Turyści i turystyka
Australia jest krajem bardzo dobrze przyjmującym turystów. Wśród ludzi podróżujących po wybrzeżu dominowali Anglicy. Poza tym spotkaliśmy bardzo wielu Irlandczyków, Szkotów, Holendrów i Niemców. Przyjeżdżają oni w większości na dłużej, to znaczy mniej więcej na rok. Póki mają odpowiednie fundusze objeżdżają kontynent, a potem pracują w najdziwniejszych miejscach, tak aby zarobić na mieszkanie, jedzenie czy bilet powrotny do Europy. Warunki, w jakich żyją turyści są bardzo różne. Bogaci mieszkają w hotelach i schroniskach, a ci trochę gorzej sytuowani na kempingach. Jednak pola namiotowe mają taki standard, że można w nich mieszkać na stałe, co zresztą czyni wielu biedniejszych Australijczyków.
Urocze widoki
To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci to wspaniałe widoki. Bezkresne równiny, strome, prawie pionowe skały, niesamowite barwy. Australia ma zupełnie inną kolorystykę. Dominuje tu zszarzała zieleń, przemieszana z czerwienią bądź żółcią ziemi. W powietrzu, w ciepłe i suche dni unosi się zapach eukaliptusów. W ogrodach rosną te same gatunki co w Polsce, ale u nas spotyka się je tylko w doniczkach. Tam zaś osiągają pokaźne rozmiary.
Do moich ulubionych czynności należało wpatrywanie się w ocean. Olbrzymie fale łamiące się w oddali, szum bulgoczącej wody, smak soli w ustach, wszystko to niczym nie przypomina Bałtyku. Tam czuje się przestrzeń, która otacza. Przestrzeń ta wręcz przygniata. Szczególnie odczułam to w lasach tropikalnych, gdzie zewsząd otacza człowieka przeogromna dżungla, tak gęsta, że nie widać co czyha za najbliższym drzewem. Wzdłuż szos biegnących przez puszczę stoją co kawałek słupy z ogłoszeniami typu: "na sprzedaż" i tu podana niezliczona ilość hektarów. Kiedy zacznie się wyobrażać jak dużego terenu dotyczą, okaże się, że mamy do czynienia z niewielką działką 10 x 5 kilometrów. Przy czym trzeba pamiętać, że na tym "poletku" nie ma nic prócz tysięcy gatunków drzew.
Winnice
Nie wszyscy wiedzą, że w Australii robi się bardzo dużo dobrego wina. Słyną z tego dwa regiony: Hunter Valley w Nowej Południowej Walii i Barossa Valey w Australii Południowej. W dolinie rzeki Hunter istnieją dziesiątki winnic, które poza tym, że produkują znaczne ilości wina, zajmują się też jego promocją. W każdej z nich znajduje się winiarnia, gdzie można za darmo spróbować wszystkich gatunków tego trunku, a potem, jeśli ma się ochotę, kupić. Niektóre bowiem z piwnic- przechowalni pozostawiono w takim stanie, aby turyści mogli zobaczyć, jak produkowano wino 100 lat temu. Obok beczek z przeszłością mieszczą się nowoczesne laboratoria, gdzie na bieżąco kontrolowane są wszystkie procesy. Dolina Hunter słynie przede wszystkim z win wytrawnych. Druga dolina - Barossa, słynąca z win musujących, położona jest na północny zachód od Adelaidy - stolicy Australii Południowej. Produkuje się tam jedną trzecią całego australijskiego wina.
Vegemite
To obco brzmiące słowo wymawia się "wedżimajt" i dla dużej części Australijczyków oznacza ono przysmak. Jest to tzw. "smarowidło" do chleba robione z wywaru warzywnego, powstającego jako produkt uboczny przy wytwarzaniu rumu. Z alkoholu tego słynie miasto Bundaberg w stanie Queensland. Vegemite przybyszom z innych krajów rzadko smakuje, gdyż jest bardzo słony.
Zima
Podczas kiedy u nas jest środek lata, na drugiej półkuli panuje zima. Nie jest ona jednak aż tak surowa jak w Polsce. Przed wyjazdem wiedziałam tylko, że jest to najsuchsza pora roku i że temperatury oscylują w granicach 20°C. Okazało się, że pogoda spłatała nam figla i tegoroczna zima była wyjątkowa pod każdym względem. Przede wszystkim, na wschodnim wybrzeżu padało przez cały czerwiec i lipiec, czego skutkiem były powodzie. Na szczęście nie przeszkodziły nam one w podróży, ale z pewnością dały się we znaki mieszkańcom Nowej Południowej Walii. Poza tym, przewidywane przez nas temperatury w rzeczywistości okazały się być nieco niższe, w związku z czym nie rozstawaliśmy się z kurtkami i polarami. Przeżyliśmy też kilka bardzo zimnych wieczorów kiedy temperatura spadała w okolice zera, co na zwrotniku Koziorożca nie zdarza się często. W czasie naszego pobytu w głębi kontynentu musieliśmy też raz skrobać szron z szyb w samochodzie. Muszę przyznać, że nie spodziewaliśmy się takiej zimy i nie posiadaliśmy w naszych przepastnych plecakach na przykład rękawiczek. Dzięki opiekuńczości jednej z rodzin dostałam rękawiczki, czapkę i gruby sweter. Za to jestem im wdzięczna.



